poniedziałek, 29 lipca 2013

Krywań...

... zamarzył mi się już rok temu podczas sierpniowego wyjazdu. Czailiśmy się wtedy do Giewontu (poza mną nikt ze składu na tamten czas tam nie był), ale pogoda nie pozwoliła. Coś tam zaczęliśmy planować, że może uda się jeszcze pojechać jesienią (wrzesień, wczesny październik) i chodził mi po głowie taki wypad na dwie święte góry, czyli nasz Giewont i Słowaków Krywań właśnie. Z planów, jak to z planami często bywa, nic nie wyszło, jesienią siedzieliśmy w domu.

Krywań jednak pozostał mi w głowie i w bieżące wakacje został "wykorzystany" przez nas jako dość lajtowa wycieczka na początek pobytu (który zresztą okazał się tak krótki, że nie bardzo było się do czego rozgrzewać).

Start - parking nieopodal Trzech Studniczek (najpierw dojazd z Polski, a konkretnie z Brzegów). Opłata za cały dzień postoju auta - o ile mnie pamięć nie myli 4,70 euro. Godzina 7.10, niebo lekko zachmurzone, zimno jak diabli, ale idąc szybko się rozgrzewamy i zdejmujemy kolejne warstwy ubrań. Najpierw 10-minutowy spacer do właściwego początku szlaku na Krywań, no i jazda. Ścieżka wiedzie lasem od początku pod górę. Ludzi mało, aż chodzi mi po głowie, że może to przez pogodę i źle o nas świadczy, że się tam pchamy. Ta się jednak poprawia. W wyższych partiach szlaku towarzyszy nam widok na cel wędrówki zalany słońcem. Zakładamy jednak coś cieplejszego, bo mimo lampy wiatr jest lodowaty.

Szlak przeprowadza nas przez wszystkie piętra górskiej roślinności. Najpierw las - tu oszczędzony przez kalamitę, potem kosówka, następnie wysokogórskie łączki i wreszcie turnie. Gdy docieramy do tych ostatnich pogoda znów zmienia się, tym razem na niekorzyść - robi się trochę szaro, jeszcze trochę zimniej, a wiatr zacina naprawdę nieprzyjemnie. Od parkingu pniemy się w górę praktycznie nieprzerwanie - poza wiązaniem buta, chowaniem kurtki do plecaka, paroma szybkimi łykami wody i jednym krótkim przystankiem na zdjęcia - żadnych postojów. Robię się głodna, ale upieram się, aby drugie śniadanie zjeść tuż przed samym atakiem szczytowym. Jestem śmierdzącym tchórzem jeśli chodzi o pogodę w górach. Pewnie czuję się tylko przy stuprocentowej lampie. Każda większa chmurka, nagła mgła, silniejszy poryw wiatru, a już nie daj Bóg huk samolotu gdzieś w górze przyprawia mnie o średnio przyjemne mrowienie w okolicach żołądka. Idę bo idę, bo chcę wleźć na tę górę, bo stuprocentowa lampa trafia się rzadko i gdybym tylko przy niej wychodziła w góry, to dużo bym w życiu po nich nie pochodziła, ale komfortowo to się nie czuję.

Po osiągnięciu grzbietu Krywania (do tej pory trudności niewielkie) szukamy miejsca choć trochę osłoniętego od wiatru, który tu wieje naprawdę wściekle i wcinamy drugie śniadanko.
Tu po raz ostatni mamy jakieś widoki. Na chmurach się jakoś szczególnie nie znam, ogólnie nie jestem zadowolona z faktu, że są. Jemy dość szybko, bo w bezruchu natychmiastowo marzniemy, a nie chce nam się wyciągać i zakładać ciuchów, które zaraz trzeba będzie zdjąć - przy dalszym podejściu zgrzejemy się na pewno.

Szlak się zmienia, staje się nieco trudniejszy. Przydają się ręce, tu i ówdzie trzeba się przytrzymać, czasem lekko podciągnąć. Nie ma tu żadnych sztucznych ułatwień. Ekspozycji w mojej ocenie brak - tuż przy szlaku nie odnotujemy żadnych przepaści, choć niefortunne poturlanie pewnie mogłoby się i niewesoło skończyć. Inna sprawa, że weszliśmy w chmurę, więc te dalsze przepaście mogły stać się dla nas niewidoczne. Przyjemnym jest fakt, że szlak jest pusty, nikt nie schodzi z góry, nikt nie idzie tuż przed, ani tuż za nami, w odległości kilkunastu metrów za sobą mamy jednego chłopaka. Szczyt osiąga się łagodnie, bez żadnej karkołomnej gimnastyki.

Na Krywaniu przez chwilę poza nami nie ma absolutnie nikogo, po paru minutach wchodzi wspomniany wyżej chłopak i pyta, "czy go wyfocę" ;). Nie widać absolutnie nic poza krzyżem, płaszczyzną szczytu i lufą pod nim, co jednak nie odbiera nam radości ze zdobycia góry. Jest godzina 10.15, wejście od parkingu zajęło nam około 3 godziny, wyprzedziliśmy czas z drogowskazu i z przewodnika o dobrą godzinę, podejrzewamy, że zejście też pójdzie nam sprawnie, a chmury nie wyglądają źle, więc pozwalamy sobie na dłuższą chwilę odpoczynku.

Zejście ze szczytu jest trochę bardziej problematyczne niż wejście, ale bardzo trudne nie jest. Trochę niżej niespodzianka - ludzie. Całkiem dużo ludzi. Na początku są to rodziny wymijane przez nas jeszcze w partii lasu lub kosówki, a im niżej tym bardziej robi się tłum z kulminacją w okolicach rozstaju szlaków - mniej więcej tam, gdzie zaczynają się turnie. Jeszcze niżej - na poziomie łąk - kolejna niespodzianka - słońce i upał. Po jakimś czasie okazuje się, że także "nasz" szczyt wyłonił się z mleka i mijany przez nas tłum siedzi tam zapewne właśnie i napawa się widokami. No nic, trudno, gdybyśmy wiedzieli, że to się tak ładnie przetrze, to byśmy sobie na to przetarcie poczekali na górze, ale cóż, tego się nie przewidzi. W dół idziemy też szybko - pogoda już nas nie straszy, ale skwar jest dokuczliwy i nie mamy ochoty na dłuższe posiadówki.

Szlak oceniam jako przyjemny i ciekawy z lekkimi trudnościami u góry - bez żadnych obrastających legendą "strasznych" czy "trudnych miejsc". Na niekorzyść szlaku wpływa fakt, że jest on jednym z najpopularniejszych po słowackiej stronie Tatr (Krywań jest zdaje się dla Słowaków mniej więcej tym, czym dla nas Giewont - górą symbolem), w kulminacyjnym momencie dnia jest więc troszkę ciasno, jednak do zatłoczenia takiego jak na Świnicy czy Giewoncie Krywaniowi jest bardzo daleko. Na plus jest to, że do pewnego momentu na Krywań prowadzą dwa różne szlaki. Radą na to, żeby mieć samotność i ciszę jest oczywiście jak najwcześniejsze wyjście.

Plan wycieczki zrealizowany, szczyt zdobyty, my cali i zdrowi, a nawet lekko opaleni. Dodatkowo dumni z osiągniętego czasu (w dwie strony 6 godzin - jednych jara, że zrobią ładne zdjęcia w górach, nas jara, że szybko chodzimy, taka sytuacja ;)).

8 komentarzy:

  1. Gratulacje zdobycia "świętej" góry Słowaków, bo Mi zdobycie Krywania nie było dane w 2008 zrezygnowaliśmy po tym jak niemal bez przerwy gubiliśmy szlak który w dolnej części był kompletnie rozjeżdżony przez ciężki sprzęt usuwający wyłamane drzewa. Jak to wygląda teraz czy nie ma problemu z czytelnością szlaku?

    OdpowiedzUsuń
  2. My nie mieliśmy problemu z odnajdywaniem oznakowań i ścieżki. A na pewno masz na myśli ten szlak? Bo na Krywań prowadzi też inna droga.

    Chociaż wiadomo, pięć lat temu mogło to wszystko zupełnie inaczej wyglądać...

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdobycie Krywania dopiero przede mną. Ten szczyt fascynował mnie od samego początku przygody z Tatrami a teraz, idąc na Świnicę, cały czas pozierałem na niego tęsknym wzrokiem, zwłaszcza pilnując, by przyłapać go na sytuacji, gdy jakaś chmura okryje niższe partie a ponad nią będzie wystawać sam szczyt. Udało się... chciałbym być w tamtej chwili na szczycie.

    I tylko trochę rozczarowujące jest to że wejście na niego jest takie łatwe... ;)

    atopos

    OdpowiedzUsuń
  4. Krywań można spokojnie potraktować jako rozgrzewkę przed kolejnymi wyprawami. 14 sierpnia 2013 z familiją byliśmy na nim zaczynając z parkingu Tri Studnicky, ale zeszliśmy na Jamske Pleso i stamtąd do parkingu. Nie ma specjalnych trudności z wejściem na szczyt, ale już przy zejściu trzeba troszkę pilnować szlaku - schodzący przed nami Słowacy szli w tzw "krzaki" kiedy ich nawróciliśmy na prawidłowy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja szłam dokładnie odwrotnie niż pan Ireneusz i nie był to najlepszy pomysł. Zejście za szlaku w miejscowości Tri Studnicky koło godziny 20 czy 21 wiąże się z powrotem do 'cywilizacji' pieszo lub przy odrobinie szczęścia i słowackiej życzliwości- stopem (co mi, na szczęście się udało, bo gdyby nie przemiła pani, która mnie podwiozła to nie wiem jak dotarłabym do domu). Góra, moim zdaniem, nie należy do najłątwiejszych bo nie jest to krótka wyprawa. Poza tym, w końcu, pokonuje się ogromną wysokość- koło 1000metrów różnicy pomiędzy Jamskim Plesem, a szczytem. Ale widok, o ile pogoda pozwoli, powalający. A emocje i duma związane z wejściem tam- niezastąpione! Polecam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Z tym prostym to bez przesady. Może nie należy do najtrudniejszych technicznie (bo kondycję trzeba już jakąś mieć), ale uważam go za trudniejszy niż Rysy od polskiej strony (od słowackiej też, ale jeśli od polskiej to logiczne, że od słowackiej również). Na szczycie są świetne (!!!!) widoki na słowackie i polskie Tatry, Panorama widokowa z Krywania jest bardzo rozległa, szczyt ten ma też największą w całych Tatrach wysokość względną nad położona pod nim doliną (Dolina Koprowa leży 1300 m niżej). Ekspozycje przy ładnej pogodzie przy szczycie jednak dają się we znaki osobom, które mają duży lęk wysokości. Ja miałem super pogodę (totalnie zero chmur na niebie) więc byłem oczarowany widokami. Na szczycie było chyba ze 100 ludzi. Na szczęście jest gdzie siedzieć, leżeć czy stać :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla nas również był trochę trudny. Głównie ostatnie podejście. Oznakowanie szlaku mogłoby być lepsze. Wchodziliśmy z dużą obawą bo było bardzo pochmurno i nadciągała burza. Dobiegające grzmoty nie pozwalały na odpoczynek :-)

      Usuń
  7. Byłam wczoraj z synem. Niestety widoków zero. Zdecydowanie trudniejsze podejście jak na Rysy bez względu na stronę. W drodze powrotnej dopadł nas deszczvi nie odpuścił aż do zejścia na parking.. Na pewno byłoby spokojniej gdyby nie stanowczo zbyt późne wyjście i częstowanie się malinami i jagodami.

    OdpowiedzUsuń