sobota, 10 sierpnia 2013

Orla! (cz. 1)

Długo myślałam, że nie dla mnie Orla Perć i długo istotnie miałam w tym względzie rację - miałam stracha przed trudniejszymi miejscami na szlakach wynikającego może nie tyle z realnych zagrożeń, co z niepewności własnych ruchów i braku wiary w swoje możliwości. Jak przypominam sobie swoje wchodzenie na Świnicę przed paru laty (a może właśnie sęk w tym, że jednego momentu przed samym szczytem sobie nie przypominam, tak byłam zestresowana), to nie mam wątpliwości, że Orla i ja to były wtedy dwie zupełnie inne bajki. Myślenie jednak, że moja noga nigdy tam nie postanie okazało się być błędnym.

W moim przypadku sprawdziła się złota zasada stopniowania trudności. Najpierw Giewont, Szpiglas i jakieś tam inne popierdółki. Potem Kościelec, Świnica. W rok później pomimo pamiętnych lęków ze Świnicy (tłumaczyłam je sobie tłumem siedzącym mi na tyłku i blokującym zejście ze szczytu i chyba trochę miałam rację) - Granaty, jak się okazało ugryzione bez problemu. Po nich nabrałam pewności siebie - w końcu to kawalątek Orlej. Kolejny rok przyniósł Rysy od słowackiej strony - teraz już wiem, że to spacer, wtedy szykowałam się na jakieś trudności... Wreszcie rok temu nie bez pewnego onieśmielenia wejście na Przełęcz pod Chłopkiem, które okazało się być jak najbardziej na miarę moich możliwości. Po tym doświadczeniu nabrałam odwagi na owiany złą sławą Zawrat (od Hali), który okazał się być dla mnie czystą zabawą. Ale pamiętam, jak pisałam na forum, że choćbym nawet poradziła sobie z innymi trudami Orlej, to drabinką nie zejdę ZA NIC W ŚWIECIE. Także po Zawracie było zejście do Piątki, a potem jeszcze wejście stamtąd na Kozi. I tak się jakoś oswoiłam z tą Orlą i po powrocie do domu coś mi się zaczęło wydawać, że za rok, to już i drabinkę przeboleję...

Oczywiście w międzyczasie były i Tatry Zachodnie i jakieś trasy na Słowacji, które jednak nijak się mają do stopniowania trudności, więc je tu pomijam.

Długie jesienne i jeszcze dłuższe zimowe wieczory oraz nudnawe popołudniowe zmiany w pracy urozmaicałam sobie tatrzańskimi wspomnieniami, marzeniami no i racjonalizowaniem przesławnej drabinki. Na wiosnę już miałam to ułożone w głowie jak trzeba: "Toż to tylko drabina do ciężkiej cholery. Jak nigdy w życiu z żadnej drabiny nie spadłaś, to dlaczego niby z tej akurat miałabyś spaść?". Także tego (tu fanfary) - Orla w tym roku była już DLA MNIE.

Tyle słowem wstępu. W lipcu tego lata w dzień, który zapowiada się bezchmurnie meldujemy się w Kuźnicach i trzeba zaznaczyć od razu, że meldujemy się za późno. Grzebaliśmy się trochę rano, potem zaskoczył nas zakaz wjazdu w ścisłe okolice budynku kolejki (może mamy po prostu sklerozę, ale zdawało nam się, że kiedyś tam był parking, tyle że w ciul drogi) i w efekcie w kolejce do kolejki ustawiamy się na 10 minut przed startem pierwszego wagonu czyli o 6.50 no i jesteśmy w tej kolejce... dość daleko. Postanawiamy jednak zaczekać, bo dzień ma być ładny, a być o 9-tej na Kasprowym (ktoś optymistycznie prognozuje około półtorej godz. czekania) i jednak mieć tych sił trochę zaoszczędzonych to jeszcze nie tragedia. Czekanie jednak przeciąga się, umieram w tej kolejce na sto różnych sposobów, ale jak już tyle czekaliśmy, to czekamy dalej. Na szczycie jesteśmy około 9.30 i pierwsze co tam zauważamy to chmury, chmury białe, chmury szare, chmury wiszące nieruchomo nad szczytami i chmury zapierdzielające po niebie, ogólnie chmur dużo. Pogodynka w moim telefonie uparcie pokazuje słońce na Kasprowym, choć ja nie mogę dopatrzeć się choćby skrawka błękitnego nieba. Początkowo raźno ruszamy w stronę Świnicy, ale ja już wiem, że nic z tego nie będzie.


W okolicy Beskidu jakiś pan kończy przeprowadzać ankietę z idącą przed nami parą i ostrzega ich przed burzą. A burza, Orla i ja, to trzy byty, które zdecydowanie nie powinny ze sobą korelować. Siadamy na kamieniu i pogrążamy się w zadumie. Potem wracamy parę kroków, siadamy na innym kamieniu i w przerwach zadumy udzielamy ankiety. Nam pan ankieter mówi, że eeee burzy raczej nie będzie. Głupiejemy do reszty i dumamy dalej. Wreszcie odpuszczamy Orlą i wracamy na Kasprowy. Tam też siedzimy i dumamy, poza tym jeszcze jemy, studiujemy mapę i dowiadujemy się na przykład, że to przed nami, to Dolina 5 Stawów. Wreszcie zwijamy manatki i idziemy na Giewont.

W sierpniu już się tak nie grzebiemy i pod budynkiem kolejki jesteśmy około 5.40. I jest git, załapiemy się na pierwszy wagon. W kolejce do kolejki jak zawsze okazja do dokonania kilku ciekawych obserwacji. O godzinie 7 z minutami, trochę fartem, bo "miał dojechać szwagier z resztą rodziny, ale oni dopiero jadą z Murzazichla" (wku*wia mnie to trzymanie kolejki) jesteśmy na Kasprowym. Na niebie wzorowa lampa, toteż bez przystanków ruszamy przed siebie. Prawie nie zauważamy trzech kozic, które spokojnie skubią trawę tuż przy ścieżce jeszcze przed Beskidem.

Jaram się bardzo Świnicą. Jak już pisałam, miałam już przyjemność być na tym szczycie, niestety ale... wątpliwą. Zapamiętałam z tamtego wejścia rzekę ludzi, siebie uczepioną łańcuchów, swoje nerwy i autentyczny strach przed zejściem ze szczytu (było naprawdę ciasno na tych łańcuchach). Teraz jest puściuteńko, a ja mam możliwość zmierzyć się ze Świnią raz jeszcze dojrzalsza i opanowana. Nie mogę doczekać się trudniejszych kawałków, bo nie za dobrze czuję się dziś podchodząc (niewyspanie i brak aklimatyzacji - przyjechaliśmy poprzedniego wieczora, obstawiam, że trudności technicznie nie zmęczą mnie aż tak, jak ciągły marsz pod górę i mam rację). Pojawiają się łańcuchy i... nie robią na mnie absolutnie żadnego wrażenia. Staram się trzymać raczej skały. Jest fajnie, ani trochę straszno.


Wrażenia zupełnie odmienne od tych sprzed paru lat. Sama radość :).



Łańcuchów na Świnicy jest bardzo dużo. W wielu miejscach ich używanie według mnie nie tylko nie jest konieczne, ale i zupełnie zbędne. W każdym bądź razie - po to tam są, aby w razie czego sobie pomóc, czy też dodać sobie poczucia bezpieczeństwa, co czyni ten szczyt dość łatwo dostępnym (choć odradzam wchodzenie tam w środku dnia).

Ze swojego pierwszego zdobywania pani Ś. najbardziej traumatycznie zapamiętałam jedno miejsce pod szczytem, gdzie ni diabła nie mogłam wyciągnąć nogi, żeby pokonać dużą płaską pionową skałkę i ostatecznie zostałam tam trochę wciągnięta. Teraz weszłam tam bez problemu, ale muszę się przyznać, że przy zejściu musiałam w tym miejscu dłuższą chwilę pomyśleć i pogimnastykować się. Ten maleńki kawałek oceniam jako dość trudny.


Na szczycie byliśmy trochę zaskoczeni, że to już, bo oboje zapamiętaliśmy szlak jako dłuższy i ogólnie trudniejszy. Nie rozsiadamy się, bo mamy dziś dużo do zrobienia. Cykamy kilka fotek i zaczynamy szukać szlaku prowadzącego na Zawrat. Według mnie odbicie na niego jest słabo oznaczone - zupełnie nie zauważyliśmy go podchodząc, a teraz w zejściu musimy bacznie się rozglądać aby go nie przeoczyć.

Znaleźliśmy i idziemy. Tu takich trudniejszych miejsc jest sporo. Pojawia się też niemała ekspozycja. Pokonujemy ten odcinek wprawdzie bez lęku, ale nie bez wysiłku włożonego w kombinowanie, jak by tu zejść, postawić nogę itp. Łańcuch - dość gęsto rozwieszony - okazuje się gdzieniegdzie, przynajmniej dla mnie, niezbędny.


Docieramy do Zawratu prawie idealnie w czasie wyznaczonym przez mapę. Na przełęczy kilkoro ludzi. Rozsiadamy się i wyciągamy jedzonko, a potem ruszamy dalej. Moja ekscytacja - przyznaję - sięga zenitu. Jestem w huk wysoko, na najtrudniejszym znakowanym szlaku w Tatrach, zaraz czeka mnie mnóstwo łańcuchów, podciągnięć, spacerów nad przepaścią - jejć, ale fajnie!

Nie znam niestety na pamięć topografii OP, czytałam o tym szlaku wiele razy, oglądałam dziesiątki zdjęć, kojarzę wiele nazw i rozpoznawałam miejsca, o których czytałam idąc, jednak nie jestem w stanie odtworzyć teraz dokładnej ich kolejności, ani przypomnieć sobie ich wszystkich (nie jesteśmy też typem turystów robiących zdjęcia co pięć kroków, a tego, co mam na zdjęciach - muszę się przyznać - nie do końca rozpoznaję i umiem podpisać), toteż nie będę się na to silić, bo z pewnością nie wyszłoby to naturalnie. Od tego zresztą jest przewodnik. Skupię się na moich odczuciach - tych bardzo ogólnych i tych mocno konkretnych związanych z poszczególnymi miejscami.

A więc początkowo jestem po prostu nabuzowana endorfinami, co krok robię krótki postój, rozglądam się wokół, wydaję z siebie przeróżne dźwięki oznaczające zachwyt i nie mogę uwierzyć, że tu jestem. Ścieżka robi wrażenie, jesteśmy naprawdę wysoko i lufa wokół fest, ale trudności na razie nie zaskakują.



Poruszamy się sprawnie i bez obaw. Mimo to mocniej niż zwykle zaciskam ręce na chwytach skalnych i łańcuchach, stabilniej stawiam nogi, idę też nieco wolniej niż jestem w stanie iść. Staram się pamiętać, gdzie jestem, że wypadki tu się zdarzają i bywają opłakane w skutkach. Docieramy do miejsca, gdzie jak na dłoni widać południową ścianę Zamarłej Turni. Według mnie jest to najbardziej zniewalający fragment tej części OP, którą dane mi było tego dnia przewędrować. Miejsce po prostu zachwyca mnie swoją urodą, ale widok tej niemal pionowej skały miesza dodatkowo mój zachwyt z grozą. Spacer płaską i pochyloną skalną płytą dostarcza niemałej adrenaliny.


Dalej szlak ma podobny charakter jak poprzednio - wąskie chodniki, łańcuchy, fragmenty "wspinaczkowe", trochę powietrza wokół (choć nie aż tyle, ile spodziewałam się doświadczyć). Zaczynam już wyglądać drabinki. Jestem jej po prostu bardzo ciekawa, choć przez chwilkę i jakieś lekkie ukłucie obawy przemyka przez trzewia. Tyle lat bałam się tej gangreny, a teraz zmierzę się z nią sam na sam. Wreszcie jest.


Spoglądam w dół, nic mnie nie paraliżuje, jest dobrze. Trochę martwię się odległością drabinki od skały. Drabina jak drabina, nawet całkiem wygodna i stabilniejsza od starej drewnianej, którą za dzieciaka wchodziłam na strych w domku na wsi. Fakt, że przepaść pod spodem jest i wcale nie mam ochoty w nią spadać, więc trzymam się naprawdę mocno i schodzę naprawdę powoli. Pod drabiną staję już jako trochę inna osoba ;).

Odnośnie drabinki - jest w niej coś zadziwiającego - idzie się nią w dół, nie odczuwa się przechyłu na żadną stronę, jednak już po zejściu (a zwłaszcza z pewnej odległości) widzi się wyraźnie, że wisi ona krzywo.



I jeszcze jedno - że jest dużo dłuższa niż to się wydaje przy schodzeniu.


Zostawiamy słynną drabinkę za plecami i kierujemy się dalej. Wesoło mi. Nie musiałam przełamywać jakiejś niesamowitej psychicznej bariery (przynajmniej nie tu i teraz - zrobiłam to na spokojnie w domu), ale nie czuję się też rozczarowana łatwością tej przeszkody. Zobaczyłam ją na własne oczy, przeszłam, zdemitologizowałam sobie ją i tyle.



Od Koziej Przełęczy zaczyna się prawdziwa zabawa. Trudności, do tej pory już znaczne, teraz jeszcze wzrastają. Łańcuchy i mięśnie górnych kończyn idą w ruch. Jest bosko. A już rzut oka na wejście na Kozi Wierch sprawia, że zbieram szczękę gdzieś znad Czarnego Gąsienicowego. Nie rzucam w przestrzeń głupiego "I jak ja tam niby wejdę?", bo przecież jakoś wejdę, szły przede mną tysiące, a ja sama przeszłam już taki kawał, że nie ma innej rady, tylko dać radę. Zresztą nic nigdy w Tatrach nie jest aż tak straszne, na jakie wygląda ;).

I tu mały klops, bo nie mam żadnych zdjęć z tych najciekawszych fragmentów.

Kozi Wierch osiągamy przepyszną i obfitującą w emocje drogą wiodącą prawie pionowo do góry (to "prawie" oczywiście ma znaczenie). Na szczycie posiłek, zerknięcie do mapy na czasy, ogląd wzrokowy tego, co za i co przed nami. A przed mniej więcej to:


Pogoda się utrzymuje, więc bez dłuższego zastanowienia ruszamy dalej. Szlak przechodzi teraz na południową stronę i staje się nieco... nudny. Ku naszemu zdziwieniu, pomimo tego, że właśnie zeszliśmy z jednokierunkowej części, ruch wciąż jest znikomy. Po pewnym czasie przechodzimy znów na północną mańkę, skąd mamy widoki na to, co już za nami i docieramy do Żlebu Kulczyńskiego. Stąd w najwyższej ostrożności nieco w dół. Nie jest aż tak krucho, jak obawiałam się, że będzie, ale teren jest mocno nachylony, więc łatwo niechcący nabrać rozpędu. Pokonujemy górny odcinek żlebu i niedługo potem stajemy pod Kominkiem pod Czarnym Mniszkiem.


Wygląda imponująco, choć nie bardziej niż "wspinaczka" na Kozi. Zresztą czytaliśmy już o nim co nieco i wiemy, że w podejściu nie powinien nam sprawić kłopotów. Istotnie pokonujemy go sprawnie i niebawem mamy przed oczami pierwszy z tej strony - Zadni Granat. Wiemy, że daleko już nie zajdziemy, o Krzyżnem nie ma co marzyć - robi się popołudnie, jesteśmy niewyspani i już trochę zmęczeni, od słońca bolą nas głowy, a ja, jak zwykle zresztą, nie do końca ufam pogodzie. Po takim upale spodziewam się raczej burzy niż spokojnego wieczoru (myliłam się, ale mniejsza o to). Na Granatach już wprawdzie kiedyś byliśmy, ale szliśmy wtedy z drugiej strony i schodziliśmy wówczas zielonym. Proponuję więc, aby te Granaty sobie przypomnieć, dziabnąć od drugiej mańki no i zejść dla odmiany żółtym. Ponadto trochę nie chcę już kończyć wycieczki i chcę zrobić drugie podejście do kroku nad szczelinką, którą poprzednio obeszłam.

Idziemy więc. Na Granatach ludzi jest sporo, dużo więcej, niż spotykaliśmy dotychczas. Wielu z nich jednak odpoczywa na kolejnych szczytach, więc na szlaku jest luźno. Trudności podobne do tych, jakie zapamiętałam - momentami dość znaczne. Ostrożność wysoce wskazana. Na spokojnie dochodzimy do szczeliny. Mocno chwytam łańcuch, coś tam niby próbuję machać nogą... i du*a. Jak na całej dotychczasowej OP nic nie wzbudziło mojego strachu, tak tej szczelinki się zwyczajnie boję, nie ogarniam swojego mózgu. Jeszcze jedna śmiechu warta próba i odpuszczam, znów obchodzę dołem. Cóż, trudno.

Na Granatach żegnamy z Orlą i nie bez żalu ruszamy w dół. Na początku trochę stromo i krucho, idziemy powoli, nie spieszy nam się, wiele osób nas mija. Na odcinku z łańcuchem z respektem przykucam, ale daje to tyle, że boleśnie zahaczam tyłkiem o kotwę i muszę chwilę odczekać, zanim pójdę dalej, bo boli jak nie wiem. Stopniowo obniżamy się, a ja znów co chwila przystaję i ogarniam ogrom tego, co żeśmy dzisiaj przeszli. Po naszej lewej ręce widzimy wspinających się ludzi, a nieco w dole słyszymy chłopaka, który zatroskany macha do nich ręką i woła, że szlak jest tutaj... Potem kosówkowy tunel, odpoczynek nad stawem (ale nie w tym najpopularniejszym miejscu), spacer w tłumie do schroniska, słuchanie wynurzeń nastoletnich uczestniczek kolonii: "Phi, i po co myśmy tu przyszli, phi, staw zobaczyliśmy, phi, tyle chodzić, żeby staw zobaczyć". Jeszcze tylko rzut oka na dzisiejszy wyryp...


... a jest na co, bo przestrzeń pomiędzy Świnicą a Skrajnym Granatem to kawał krajobrazu. A potem przez Boczań do Kuźnic.

Ogólne moje prywatne wrażenia z Orlej w telegraficznym skrócie: OP jest dla ludzi. ALE dla ludzi, którzy po pierwsze są ogólnie dobrze sprawni fizycznie. Tu nie chodzi tyle o kondycję, co o siłę i jakąś taką zwykłą zdrową sprawność ruchową. Po drugie są pewni swoich ruchów w trudnym skalnym terenie, a to zazwyczaj nie bierze się znikąd, więc jakieś wcześniejsze wysokogórskie doświadczenia mile widziane. Po trzecie - nie boją się i są w stanie zapanować nad swoją psychiką w trudnym i przepaścistym terenie. Orla jest w moim odczuciu szlakiem trudnym, trudniejszym sporo od wszystkich innych polskich szlaków. O kontuzję tam nietrudno - sama boleśnie tylko uderzyłam się w goleń i kilkakrotnie o mało nie rąbnęłam głową o wystający głaz, ale łatwo tam się boleśnie zranić, kamienie są ostre, myślę, że złamanie czy skręcenie kończyny też może się tam przydarzyć bardziej niż gdziekolwiek indziej. No i te poważniejsze wypadki... Zachowanie wzmożonej ostrożności pozwala zminimalizować ich ryzyko, ale one się jednak tam zdarzają i należy mieć to na uwadze. Na pocieszenie wtrącę tylko, że najczęściej dochodzi do nich, gdy skały są mokre lub pokryte śniegiem czy zlodowaciałe, więc na pewno przy ładnej pogodzie jesteśmy teoretycznie bezpieczniejsi. Żeby nie było jednak za wesoło - kronika TOPR-u pamięta i takie przypadki, że i przy wzorowej lampie ktoś nagle leciał i pozostawał po nim tylko stukot kamieni.

Osobiście jestem dumna z siebie, że dojrzałam do Orlej, zachwycona szlakiem i niepocieszona faktem, że jeszcze nie przeszłam całości. No nic - jest przynajmniej o czym marzyć :).

11 komentarzy:

  1. To OP Pani nie przeszła :-)
    OP kończy się na Przełęczy Krzyżne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tu nie widzę nigdzie tekstu typu "przeszłam Orlą" tylko raczej coś w stylu "byłam na Orlej" a to różnica i wszystko się zgadza wg mnie, w ostatnim zdaniu zresztą jasno jest napisane o co chodzi. :)

    Ciekawa relacja i fajnie się czytało. Gratulacje za przejście kawałka fajnego szlaku i powodzenia w dalszej części. :)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. "OP kończy się na Przełęczy Krzyżne." - Tak, wiem.

    "To OP Pani nie przeszła :-)" - Tak, to też wiem i w całym tekście ani razu nie zasugerowałam niczego podobnego.

    "Ciekawa relacja i fajnie się czytało." - Dziękuję, bardzo mi miło :).

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, czy inaczej mi również miło się czytało :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ile Wam zajął ten odcinek? :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Teraz już dokładnie nie pamiętam, ale to było mniej więcej tyle, ile przewidywała mapa. Podgoniliśmy na podejściu z Kasprowego na Świnicę, ale potem już szliśmy wolniej i wyrabialiśmy "mapowe" czasy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Całkiem fajna relacja Ja też mam zamiar w tym roku skubnąć trochę OP, w zeszłym przeszedłem tylko od skrajnego granatu do krzyżnego ale za to z atrakcjami (3-godzinna burza którą praktycznie przestałem prawie w miejscu w okolicach granackiej przełęczy) może w tym roku uda się coś więcej i bez takich atrakcji :-) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. "Łańcuchów na Świnicy jest bardzo dużo. W wielu miejscach ich używanie według mnie nie tylko nie jest konieczne, ale i zupełnie zbędne".
    ******
    Tak oczywiście może się wydawać, rozpatrując wejście przy "lampie" latem. Ale ja pierwszy raz na Świnicę wszedłem dwa dni temu, 28-go września, kiedy miejscami były już poletka śniegu i niewielkie ale jednak fragmenty oblodzonej skały. Łańcuchy bardzo się w tych warunkach przydały ("przydoł się śwagier..." - jak rzekł melancholijnie Kwiczoł, gdy Pyzdra zdradził jak się dostać na zamek :D).

    atopos

    OdpowiedzUsuń
  9. Fajnie się czyta Twoje relację. Ale mam prośbę, jakem zdjęciowa fanatyczka - wrzucaj je większe, niech się te Taterki prezentują. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Baardzo miło mi się czyta szczególnie, że miałem DOKŁADNIE takie same doświadczenia i odczucia po raz pierwszy na Świnicy i ogólnie mam podobne podejście do Tatr. Stopniowo zwiększać skalę trudności. Orla póki co w oddalonych marzeniach, a drabinka przerażająca gdy o niej myślę. Czytając robi mi się cieplej na sercu, bo skoro mieliśmy podobnie na początku, znaczy, że z czasem też powinienem się oswoić :) Dzięki za obszerne relacje ze szlaków!

    OdpowiedzUsuń