piątek, 9 sierpnia 2013

Polski Grzebień i Mała Wysoka

Najpierw geneza zajawki na ten szlak. Pewnego razu pewna osoba powiedziała tak: "Bardzo ładna jest Dolina Białej Wody. To jest na Słowacji, równolegle do szosy do Morskiego Oka. Ale tam jest fajnie, bo jest pusto i są bardzo piękne widoki". No to latem '09, gdy akurat po czymś bolały nas nogi, a pogoda wyżej pozostawiała wiele do życzenia postawiliśmy na spacer jakąś urokliwą dolinką. No to ja mówię: "Słuchaj, kiedyś jedna taka mi powiedziała, że bardzo ładna jest..." - i tu następuje, to co napisano wyżej. No więc dobrze, wysiadamy w Łysej Polanie i idziemy. Prędko okazuje się, że osoba, która skutecznie zachęciła mnie do odwiedzin w Dolinie Białej Wody nie uściśliła jednej dość istotnej kwestii.
W Dolinie owej bardzo ładnie, owszem, jest, widoki zapierające dech w piersiach, owszem, są, ALE większość trasy to jednak długi i nudny marsz wybetonowaną ścieżką przez las, bez widoków. Oczywiście, jak ma się lepszą kondycję i nie bolą nogi, to pewnie da się ten żmudny kawałek przejść trochę prędzej. Nas nogi wtedy akurat bolały, a kondycję mieliśmy ogólnie niezbyt rewelacyjną, a ja to już w ogóle dyntka. Jak patrzę teraz na mapę, to trochę nie rozumiem, dlaczego my wtedy aż tak długo szliśmy, musieliśmy naprawdę wlec się przeokropnie. Ten las ciągnął nam się wtedy w nieskończoność. Umarłam tam z nudów, a że potem wracaliśmy tą samą drogą - umarłam dwa razy.


Nic to. Wreszcie jakiś strumień, wielkie skalne ściany, widoki faktycznie rewelacyjne. Po dłuższym odpoczynku zdecydowaliśmy pójść jeszcze trochę, wiedzieliśmy, że gdzieś tam w górze jest coś, co zwie się Polski Grzebień, ale raczej nie planowaliśmy tam dotrzeć (naprawdę liczyliśmy wtedy wyłącznie na spacer malowniczą dolinką, a że widoki były dopiero przy jej końcu, to dlatego zdecydowaliśmy się podejść choć trochę wyżej, żeby coś tego dnia zobaczyć). Trasa zrobiła się dużo ciekawsza i pomimo szybszego osiągania wysokości mniej męcząca - bo nie tak monotonna. Ale, jak już wspominałam, pogoda tego dnia straszyła. W dolinie mieliśmy nad głowami słońce, ale góry spowite były kłębowiskiem szaro-burych chmur i nie wyglądały zapraszająco. Dotarliśmy nieco ponad próg Litworowej Doliny i zrobiliśmy odwrót. 


Dla mnie Bielovodska wyryła się w pamięci jako istna umieralnia i źródło wszelakiego marazmu z bonusem w postaci cudnych widoków, które jednak nie wynagrodziły mi najnudniejszej w mym żywocie przeprawy przez las. W kolejnych planach wędrówek jednak ten Polski Grzebień nam się przewijał. Zaproponowałam kompromis - Polski Grzebień owszem, ale skąd inąd, nie Doliną Białej Wody, bo przysięgam, że położę się tam na tym betonie i umrę z marazmu. Popatrzymy sobie na nią z góry. No to w tym roku poszliśmy od Doliny Wielickiej.

Wstęp miał być krótki, wyszło jak wyszło, to teraz przechodzę do sedna. Poranek wita nas wyraźnym zarysem gór na horyzoncie i kusi obietnicą ładnej reszty dnia. Wstajemy wcześnie i ruszamy na Słowację. Zostawiamy auto w osadzie Tatrzańskie Zręby - raptem kilka zabudowań, parking znajduje się w dole za wielkim hotelem, czy też uzdrowiskiem i jest darmowy. Ruszamy, gdy na zegarkach jest zdaje się około 7.15. Przejście przez szosę, kilka schodków i jesteśmy na niebieskim szlaku. Mapa pokazuje w tym miejscu las. W rzeczywistości po lesie pozostało tu jedynie wyglądające jak siedem nieszczęść wspomnienie. Jak okiem sięgnąć olbrzymi wiatrołom, uschnięte konary, powywracane pnie. Idąc, wyobrażam sobie jak tu było niegdyś, przed kalamitą i trochę marzę o tym lesie, bo pomimo wczesnej pory zaczyna doskwierać nam upał. 

Szlak wznosi się powoli do góry i w pewnym momencie moje marzenie się spełnia - wkraczamy do lasu. Tu jest trochę chłodniej, za to idziemy nieco mocniej pod górę. W lesie tak charakterystyczny na Słowacji dźwięk pił i innych maszyn. Cyganie - zastanawiam się, czy właśnie legalnie pracują, czy po prostu kradną drzewo. Tak czy inaczej coś krzyczą na nasz widok i cieszę się, że ich nie rozumiem, szybko idziemy dalej. Niebawem niebieski szlak dochodzi do żółtego, gdzie skręcamy w lewo i kierujemy się do Śląskiego Domu nad Stawem Wielickim. Jesteśmy już trochę wyżej i pojawiają się chmury, upał zostawiliśmy gdzieś na wiatrołomach, teraz już temperatura jest znośna. Do stawu dochodzimy dość prędko. Wita nas cisza i spokój, siadamy więc na drugie śniadanie. Byłam kiedyś w tym miejscu - jako szesnastolatka na obozie sportowym. Porównuję sobie teraz moje wspomnienie z tym, co widzę w czasie rzeczywistym - wspomnienie jest jednak trochę piękniejsze. Ach ten mój romantyczny, popadający co i rusz w zachwyt szesnastoletni mózg.


Po posileniu się ruszamy dalej. Pora wczesna, przyjemny chłód, ludzi mało. Gdy okrążamy staw obszczekuje nas jakieś maleńkie psiątko z wyłupiastymi oczami. W Słowacji na większość szlaków można zabierać psy.

Idziemy pod górę, mijamy wodospad i osiągamy dno pięknej wysokogórskiej dolinki. W oczy rzucają się dwie rzeczy - w górze na pewno imponujący masyw Gerlacha, w dole zaś coś na kształt dzikiego ogrodu, czy zielnika. Piękna łąka z szemrzącym strumieniem porośnięta gęsto dziesiątkami odmian traw i kwiatów. Cudne miejsce.


Od dołu troszkę się chmurzy...


Ścieżka początkowo wiedzie po płaskim terenie, potem staje się kamienista i pnie się bardziej pod górę. Widoki piękne, otaczają nas wysokie szczyty, a ja ogólnie lubię tę zamkniętą przestrzeń dolin położonych wysoko w górach, ten sterylny krajobraz tak różny od tego, który oglądaliśmy jeszcze przed godziną.

Jest i małe jeziorko...


I trochę śniegu... ;)


Jeszcze parę kroków i z dołu widać przełęcz Polski Grzebień. Bez problemu dostrzegamy charakterystyczny drewniany drogowskaz, ale trochę nie dowierzamy, że to już ta przełęcz, bo mamy spory zapas czasu. Pojawiają się łańcuchy i parę klamer, ale jest łatwo. Niespecjalnie zresztą się tych łańcuchów łapiemy, klamry przydają się może trochę bardziej. 

Bez lęku i nie odnotowawszy miejsc, którymi można by straszyć niegrzeczne dzieci przed zaśnięciem osiągamy miejsce, które faktycznie okazuje się być Polskim Grzebieniem. 


Chwila postoju i ruszamy na Małą Wysoką. Na zdjęciach niebo wygląda przyjaźnie, ale w oddali nad polską częścią Tatr jest nieco paskudnie.


Trochę jestem zaskoczona ilością śniegu i lodu w tym stawie, dopiero potem dowiaduję się z przewodnika, że jest to zwykłe zjawisko w tym miejscu.


Mała Wysoka ma swoje groźne oblicze...


...ale szlak wiedzie łagodnym zboczem. Nie jest zbyt trudno, ale przydają się łapki, im wyżej, tym bardziej. Szlak jest nie za dobrze oznaczony, ale niewielkie zboczenie z niego nie stanowi problemu.


 Widok z podejścia w stronę Gerlacha.


No i widok ze szczytu :). Daliśmy czadu - zamiast "drogowskazowej" godziny szliśmy pół. Na górze jest kilkanaścioro ludzi (parę osób mijaliśmy też przy podejściu). 


Słowacy mają fajne panoramki na szczytach. Według mnie pomysł jak najbardziej do przeniesienia na nasz grunt. Nie trzeba wyciągać przewodnika ani rozkładać mapy, żeby dowiedzieć się, na co się właśnie patrzy.

Włącza nam się "chmurowy cykor", więc nie siedzimy zbyt długo na Małej Wysokiej. Schodzimy do Grzebienia i dalej tą samą drogą, którą przyszliśmy (auto czeka w Tatrzańskich Zrębach) idziemy w dół. Jeszcze raz podziwianie zielnika...


I nagle potężny huk przetacza się po dolince. Serce momentalnie podskakuje mi do gardła, a mózg próbuje zracjonalizować sytuację "spoko, tu zaraz w dole jest schronisko, zejdziemy raz dwa, nie ma się co martwić". Ale głowa odruchowo idzie do góry i zaraz okazuje się, że to nie burza, a lawina kamienna sunąca gdzieś spod Gerlacha (albo i spod czegoś innego - nie znam się aż tak dobrze).


Ogromne głazy turlają się z łoskotem w dół, a wraz z nimi biały śniegowy puch. Patrzymy na to niecodzienne zjawisko oniemiali zastanawiając się, czy aby rozpędzone potężne kamienie nie są w stanie przetoczyć się na drugą stronę - do nas. One jednak wyhamowują, z każdą chwilą spada ich coraz mniej, aż wreszcie nastaje cisza.

To nie koniec niespodzianek. Zza głazu wyłania się skubiąca jakieś roślinki kozica i nie wydaje się być specjalnie przejęta naszym pojawieniem się. Robimy jej tysiąc pięćset zdjęć i grzecznie czekamy aż sobie pójdzie.


Ona jednak najwidoczniej nigdzie się nie wybiera, skubie dalej to, co skubała i tylko ciekawsko zerka na nas co chwila. Dopiero drugi raz widzę górską kozę z tak bliska, w zeszłym roku śledziła nas taka jedna pod Rakuską Czubą (miałam nawet wrażenie, że żebrała). Ta natomiast po prostu stoi, je i się gapi. Mamy respekt do tych zwierzaków - to one są w domu, a my jesteśmy tu gośćmi, czemu niby mielibyśmy ją straszyć podchodzeniem bliżej. Ale ta niewzruszona stoi i skubie. Zdjęć już zrobiliśmy dwa tysiące i nudzi nam się tak czekać, więc robimy nieśmiały krok do przodu. Koza niespiesznie rusza, ale nie ucieka daleko - przechodzi tylko na drugą stronę strumienia.


I tyle jeśli chodzi o przygody. Docieramy do Śląskiego Domu, potem kierujemy się w dół najpierw przez kosówkę, potem las, wreszcie wiatrołomy. Słońce już tak nie praży - skryło się nieco za chmurami.

A ja tak sobie teraz myślę, że może się jeszcze skuszę kiedyś i na tę Białą Wodę...

1 komentarz:

  1. Najlepiej wg mnie to jest zostawić auto w Łysej Polanie, podjechać tam autobusem, jest się tam przed 8:00 rano i się wraca wtedy przez Dolinę Białej Wody ale w dół, co jest wg. mnie o wiele przyjemniejsze niż w górę ;)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń