środa, 21 sierpnia 2013

Rrrohacze! (i Wołowiec...)

Pisząc "Rohacze" będę miała na myśli ściśle Rohacz Ostry i Płaczliwy, bo te szczyty były celem naszej wyprawy, nie zaś cała "grań Rohaczy".
Rohacze nęciły nas już od jakiegoś czasu. Teraz, trochę bardziej doświadczeni po przebyciu sporego kawałka OP (relacja) postanowiliśmy sprawdzić się na słynnej graniówce Tatr Zachodnich. Coś niecoś czytałam o tym szlaku wcześniej, oczywiście obowiązkowo w przewodniku Nyki, poza tym szukałam informacji i zdjęć w necie. Na dzień przed wyprawą czytałam bardzo ciekawe i pomocne opracowanie o tu. Wnioski z lektury - na Rohaczach może być trudniej i przepaściściej niż na Orlej (tak sugeruje Autor), albo... może być łatwiej i mniej przepaściście (tak twierdzą Komentatorzy). Aha :). A więc wyruszyliśmy na podbój Rohaczy ze świeżymi umysłami, pełni entuzjastycznej ciekawości, co też nas tam tak naprawdę czeka.

Zanim zacznę ścisłą relację dodam, że Rohacze są bardzo ciężkie do ugryzienia jeśli chodzi o logistykę. Podejście od słowackiej strony, to są jakieś 3 dni mułem i dwa pieszo, dla nas w ogóle nie wchodzi w grę. Da się natomiast dziabnąć je z naszej rodzimej Chochołowskiej zaliczając po drodze (lub nie - wersja mniej legalna) Wołowiec. Tu trzeba pomyśleć, jak wrócić w to samo miejsce. Można zrobić pętlę, idąc dalej z Płaczliwego, a wracając do Polski na Rakoniu. Z różnych względów (między innymi z takiego, że niezbyt dokładnie przeanalizowaliśmy mapę i właściwie, to nie zauważyliśmy tej pętli... no ale byliśmy zmęczeni poprzednimi intensywnie spędzonymi dwoma dniami i wieczorem kolorowe szlaki na mapie zlewały się w jedną barwną plamę) postanowiliśmy po osiągnięciu Płaczliwego powrócić do Chochołowskiej tą samą drogą (tak - znów przez Ostry). 

Ruszyliśmy trońkę później niż zwykle, bo około 7.30 i dzień zaczęliśmy od przejażdżki rowerami. Dotarcie do początku szlaku na Wołowiec zajęło nam łącznie około godzinę i szczęśliwie odbyło się w czasie, gdy jeszcze było chłodno. Bo potem to już było gorąco (ale nie narzekam... ostatecznie wolę upał niż straszące chmurki) .

Zielonym szlakiem Wyżnią Chochołowską schodziliśmy kiedyś z Rakonia. Teraz podchodzimy. Szlak jest dosyć przyjemny. Doskwiera nam upał, więc marzymy o osiągnięciu przełęczy, żeby choć troszkę wiało. No i żeby zrobiło się ciekawiej, bo długie podejście nieco nuży. I jeszcze, żeby zobaczyć wreszcie z bliska Rohacze (bo na Rakoniu byliśmy w mglistą pogodę i widzieliśmy... nic).

Przełęcz już blisko...


A spod niej ładny widok...


Wreszcie zlani potem osiągamy przełęcz i podziwiamy Rohacze w całej okazałości.

Ostry wygląda nieco mrocznie i... interesująco. Płaczliwy już mniej, ale chętnie przekonamy się, czym obydwa przywitają nas na górze. Ale, ale - powolutku, bo przed nami jeszcze Wołowiec. Da się go niby ominąć - z prawej strony szlaku wyraźnie odbija wydeptana ścieżka (wiadomo - zakazana) - jednak wcale nie mamy takiego zamiaru. Jeszcze tam nie byliśmy, a ponadto większość naszych przygód w Tatrach Zachodnich odbywała się w wilgotno-mglistej atmosferze pozbawiającej nas jakichkolwiek widoków, tym razem więc na nie liczymy. No i są:


I Rohacze bliżej i... troszkę jakby niżej...


Droga na szczyt Wołowca niczym specjalnym nie zaskakuje - ot, Tatry Zachodnie :). Te kamyczki... Już wiem, że raczej nie będę miała ochoty tamtędy schodzić i nielegalna ścieżka chyba się przyda.

Chwilkę odpoczywamy, robimy zdjęcia i ruszamy w dół do Jamnickiej Przełęczy. Jest niesamowicie krucho, więc idziemy raczej wolno i tak trochę bokiem, żeby nie zaliczyć bolesnego du*oślizgu.


Z okolic przełęczy oberwane i zacienione o tej porze dnia ściany Rohacza Ostrego prezentują się jeszcze okazalej. Wkrótce zaczynamy osiągać wysokość i po raz pierwszy tego dnia dotykamy skały. 

Niebawem pojawiają się łańcuchy. Pierwszy odcinek z nimi nie robi specjalnego wrażenia. A potem wyrasta przed nami coś takiego:



Pykam zdjęcia z dołu, chowam aparat do plecaka, zadowolona ruszam w górę i... Początkowo idzie mi jak po maśle, ale tuż przy końcu odcinka widocznego na zdjęciu okazuje się, że mam problem. Poważny problem. Ni cholery nie mogę tam wejść. Jest tam łańcuch, ale - sorry panowie, którzy zajmujecie się planowaniem przebiegu szlaków i montowaniem żelastwa - zupełnie bezużyteczny, przynajmniej dla mnie (i dla kilkorga ludzi, którzy mnie mijają również). To znaczy - przydałby się tam łańcuch, ojjj bardzo by się przydał, ale kurde, jakby nie w tym miejscu. Bo tam gdzie jest - wisi przy jakiejś dziurze - i choć łapię się go na różnych wysokościach i próbuję z niego jakoś skorzystać, szukając wokół oparcia dla którejkolwiek z kończyn i robię to dość długo, to moje próby spełzają na niczym. No nie wciągnę się na nim samą siłą rąk, nie da rady. Inni wchodzą po skale z lewej strony i idzie im to jak z płatka, to i ja próbuję.

(pomarańczowa strzałka wskazuje łańcuch, fioletowa zaś miejsce, którym weszły na górę osoby przede mną)

Średnio mi idzie, właściwie, to zupełnie do kitu, bo dalej jestem na dole (domyślam się, że moje problemy mogą wynikać z niezbyt imponującego wzrostu - 163 cm). Ostatecznie stwierdzam, że tam się przecież DA wejść, wreszcie znajduję pewniejsze chwyty, zarzucam nogą, no i w końcu wchodzę. Wchodzę i - głupia sprawa - od tamtej pory myślę głównie o tym, jak stamtąd zejdę...

...upycham jednak to myślenie gdzieś w tyle głowy, bo oto wyłania się koń rohacki. 



Szukając w internecie informacji o szlaku biegnącym szczytami Rohaczy spotkałam się ze stwierdzeniem, że koń jest najtrudniejszym miejscem tego szlaku. Zaryzykuję dość stanowcze "nie zgadzam się". Przejście nim według mnie nie jest trudne i to wcale nie ze względu na obecny tam łańcuch. Jest natomiast hmmm imponująco przepaściste i zupełnie różne od wszystkiego, co do tej pory widziałam w Tatrach. Tutejsza grań jest naprawdę ostra jak żyletka i właśnie tym ostrzem przechodzimy. No i decydowanie jest się gdzie spierdzielić. 


Nieopodal Konia czeka na mnie jeszcze jedno trochę stresujące miejsce.


Przyznaję się, że trochę się na tym łańcuchu zacięłam.

Dalej szlak wiedzie interesującym, skalnym i mocno eksponowanym terenem - przydają się ręce, nogi trzeba stawiać dość ostrożnie, ale większych trudności brak (ponadto większość tych fragmentów da się obejść ścieżkami nieco niżej). Jest jeszcze jeden duży kominek do pokonania (zdjęciem nie dysponuję). Idąc w kierunku Płaczliwego kominek ten pokonujemy w dół. Łańcuch jest i, owszem, trochę się przydaje. Trudności w mojej skali odczuć umiarkowane. 

Schodzimy z Ostrego i zaczynamy podchodzić na Płaczliwy (krucho). To już taka kopka właściwa dla Tatr Zachodnich :). Na szczycie smaczne papu, gorąco (nic a nic nie wieje...) i upierdliwe muchy. 


Muchy nie dają w spokoju posiedzieć, więc tylko kilka zdjęć...




... monotematycznych zdjęć ;), dokumentujących głównie nasze dzisiejsze zdobycze, czyli Wołowiec i Rohacz Ostry, który z tej perspektywy prezentuje się zupełnie inaczej niż spod Wołowca.

No i ruszamy w drogę powrotną. Z Płaczliwego powolutku, bo kamyczki. A na Ostrym na moją prośbę (bo czuję się już lekko zmęczona) omijamy, co się da omijać wykorzystując wygodne niższe ścieżki. Nie wiem, czy kominka nie dało się ominąć, czy też gdzieś się zagapiliśmy, ale grunt, że znów wylądowaliśmy pod nim. Tym razem trzeba pokonać go do góry. I tym razem - jest trudniej. Dziwna sprawa, bo zwykle takie kawałki trudniej jest pokonywać w dół niż w górę, ja jednak, o ile w dół nie miałam problemów, o tyle w górę jakieś tam drobne mam. 

Tego kawałka z łańcuchem, na którym miałam problem przy podejściu chyba ominąć się nie da. Szczęśliwie w zejściu jest mi łatwiej (znów paradoks). Powtórne przejście "żyletą"...



I dochodzimy do miejsca, gdzie miałam największy kłopot. Robię podchody. Skałką mi nie idzie, to idę do łańcucha, bo myślę sobie, że może jednak nie na darmo on tu wisi i chociaż w zejściu da się go wykorzystać. Na myśleniu się kończy, bo nie znajduję pomysłu, jak niby zejść przy jego pomocy. Wracam na skałkę, kładę się na niej brzuchem, nogi opuszczam w dół, rękoma powoli się odpycham. Zeszłam. Ale to nie było łatwe. Naprawdę dłuższą chwilę poleżałam na tej skałce kombinując. (Dodam, że znów obserwowałam sposób przejścia kilku osób i żadna nie skorzystała z łańcucha, wszystkie przeszły skałką.)

Potem w dół już bez trudności, z ominięciem szczytu Wołowca nielegalnym trawersem, a potem pędem w dół Wyżnią Chochołowską do strumienia - bo pomimo dużych zapasów wody upał sprawił, że zaczęło nam jej brakować. A później sama radość - rowerkiem do Siwej Polany :).

Podsumowanie:

Gdybym miała porównać OP (a przynajmniej ten fragment, na którym dotychczas byłam - Zawrat-Skrajny Granat), to powiedziałabym... że tego się właściwie nie da porównać. Zwłaszcza jeśli chodzi o trudności - OP jest najeżona trudnościami technicznymi wymagającymi sporej sprawności ruchów - tu takich miejsc jest mniej. Z drugiej strony - na OP ani razu nie zacięłam się, nie miałam takiego momentu, że właściwie to nie wiem, jak wejść czy zejść - a na Rohaczu Ostrym miałam dwa takie miejsca. Orla oczywiście aż skrzy się od żelastwa wszelkiej maści, a na Rohaczu jest go jak na lekarstwo - łańcuchy wyłącznie w paru najtrudniejszych lub najbardziej eksponowanych (np. koń) miejscach. 

Co do ekspozycji - Orla przebiega naprawdę w huk wysoko, a jej zbocza są poszarpane i ciemne przez co sprawia mroczniejsze wrażenie. Wokół Rohaczy więcej jest traw, zieleni, jesteśmy też nieco niżej w stosunku do okolicznych dolin niż na Orlej, ale i efektownych przepaści wokół nie brakuje. Szlak częściej niż na OP trzyma się tutaj ściśle grani, ale to akurat nie musi sprawiać, że jest trudniej czy straszniej (choćby koń właśnie - wygląda tak, że włos się jeży, ale daje się przejść pewnie i bez problemu). Powiedziałabym, że przepaścistość tych szlaków jest porównywalna - to znaczy podobnie niebezpieczna. 

Zupełnie subiektywnie - wolę OP. Chcę ją dokończyć, ale też nie miałabym nic przeciwko, żeby choćby jutro wybrać się znów na znany mi już kawałek. Co do Rohaczy - było fajnie, cieszę się, że tam byłam, ale jakoś nie mam szczególnej ochoty w najbliższym czasie tam wracać. Może to przez ten kawalątek, który dostarczył mi problemów? 

Tak czy inaczej - obydwa te szlaki są zdecydowanie trudniejsze i mocniej eksponowane od reszty udostępnionych turystom tatrzańskich ścieżek. Choć każdy... na swój wyjątkowy sposób.

18 komentarzy:

  1. Super, gratulacje.
    Rohacze również są na mojej liście rzeczy do zrobienia /zdobycia. Prawdopodobnie będę musiała z tym poczekać do przyszłego roku, wtedy wejdę sobie Twojego bloga i się odpowiednio psychicznie nastawię ;)

    Tak na marginesie, wzrost mam jeszcze bardziej imponujący - normalnie całe 158,5 cm :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Chciałam tylko poinformować, że zmieniłam adres bloga http://www.dla-frajdy.blog.pl, pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajnie opisana wycieczka. Ja Rohacze miałem tylko okazję oglądać na razie z daleko, ale może już niedługo uda mi się i je odwiedzić i poznać osobiście :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak zwykle relacja godna pozazdroszczenie i zobaczenia :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeśli jest samochód, to dojazd na parking po stronie Słowackiej jest w miarę prosty, można robić wówczas sobie pętle do woli, żadna to jakaś trudność logistyczna.

    Prawdą jest, że nie można porównać Orlej z Rohaczami, to coś zupełnie innego. Rohacze to epizod, tak jak Czerwona Ławka. Natomiast Orla to dojście i cały dzień walki na skale.

    Świetny blog. Pozdrawiam DeGie

    OdpowiedzUsuń
  6. Czesc Gosia ;) czytam Twojego bloga od niedawna, jest rewelacyjny ;) Trasa na Rohacze bardzo mnie kusi choć mam pewne obawy... Mam za sobą Rysy, Kościelec, Świnice i większość łatwiejszych szlaków w Tatrach Polskich, myślisz że to już ten moment ?? robię małe podchody do Orlej a Rohacze będę w zasięgu ręki będąc w Chochołowskiej. Dodam, ze zdeklarowany ze mnie górołaz Tatrzański tylko trochę zalękniony ;P Twoja opinia byłaby dla mnie cenną wskazówką ;) pozdrowienia z Mazur- Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli wymienione przez Ciebie szczyty nie sprawiły Ci problemu, to naturalnym krokiem jest próbowanie czegoś trudniejszego. Wcześniej może jeszcze wysłałabym Cię na Przełęcz pod Chłopkiem. Ale jeśli ogranicza Cię czas to myślę że możesz próbować z tymi Rohaczami. Pozdrawiam:)

      Usuń
    2. Dzięki Gosiu ;) na taką właśnie odpowiedź czekałam ;) mam nadzieję, ze pogoda dopisze w najbliższych dniach ;) pozdrawiam

      Usuń
  7. Rohacze są bardzo fajne, szkoda że Płaczliwy nie jest trudniejszy. Na samym początku podejścia mocno mąciło mi się w głowie.. Chwila walki z sobą, uważne obieranie każdego kroku, a potem już jakoś poszło, a nawet mało mi było ;)

    Na trasie spotkałem Słowaków z dwojgiem kilkuletnich dzieci - asekurowali je linami, super akcja. Polka z dwoma dziesięcioletnimi córkami też na propsie, dziewczynki doskonale sobie radziły. Widać, że tam przypadkowi ludzie nie chodzą.

    Trasa bardzo zacna, a planowałem ją w zasadzie w oparciu o podpowiedzi z tej stronki, za co niezmiernie dziękuję, Daniel.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też Płaczliwy trochę rozczarował ;).

      Do zabierania tam dzieci nie jestem jednak do końca przekonana, asekurować też trzeba umieć, aby robić to bezpiecznie. No ale, nie widziałam, nie będę oceniać.

      Fajnie że miałeś udaną wycieczkę i że był w tym jakiś mój udział. Pozdrawiam!

      Usuń
  8. Zaciekawiło mnie zdanie, że obydwa szlaki są najtrudniejsze. Stad pytanie, jak się mają Rohacze (bo zakładam, że Orła to nr 1 W Tatrach) do wejścia na Kozia Przełęcz lub Banikov lub Czerwona Ławkę (miejsca 3 do 5)

    OdpowiedzUsuń
  9. Rohacze 7/10 - poza 2 kominkami na wejściu i zejściu z Ostrego i konia, który generalnie technicznie był łatwy tylko lufiasty, nie widziałem tam żadnych większych trudności. Dalej przez Trzy Kopy i Banówkę trochę więcej zabawy dałbym 8/10. Kozia Przełęcz od Piątki też 8/10. Czerwonej Ławki jeszcze nie odwiedziłem :(
    Ciekawi mnie to miejsce, w którym Autorka się zacięła bo nie pamiętam tam jakichś trudności. Muszę to sprawdzić w tym roku :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Rohacz ostry jest wspaniały. Tam gdzie łancuchy to spokojnie, ale wchodząc od Wołowca stanąłem w pewnym momencie przed skałą z wymalowanym czerwonym szlakiem i zgłupiałem, bo ani łancucha choć stromizna ani się czegoś chwycić. Pukałem w skałę bo myślałem że może jest tam wejście do windy, krzyczałem Sezamie otwórz się, ale bez reakcji. Ktoś kto mocował tam łancuchy miał trochę fantazji

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Been there, done that. :)
      Tylko mi nie przyszło do głowy, żeby windę wołać :D.

      Usuń
  11. Bardzo ciekawa relacja z wyprawy :) Rohacze mam plan odwiedzić w przyszłym tygodniu. Po przeczytaniu relacji jestem jeszcze bardziej podekscytowany! Do tej pory z trudniejszych szlaków byłem na Świnicy od Kasprowego, zejście Zawratem nad Czarny Staw. Ciekaw jestem na ile Rohacze da się porównać do tej trasy. Pozdrawiam! (bloga znalazłem dziś i chyba zostanę na dłużej:))

    OdpowiedzUsuń
  12. byłam wczoraj. przepaście dodawały adrenalinki ;), ale łańcuchy przeszłam spokojnie, zacięłam się w miejscach nieubezpieczonych przy zejściu z Rohacza Ostrego. szlak cudowny :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Oj się czytało :))))
    Super relacja. Nie wiem czy uda mi się jeszcze je zaliczyć?
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń