niedziela, 15 września 2013

Orla - ciąg dalszy nastąpił

Początek września, ja z nową funkcją w robocie na głowie, jeszcze nieogarnięta po wakacjach, z lekka zagubiona, nieco przerażona i nadjedzona przez stres. I niewyspana. I wprawdzie z kasą, tyle, że na co innego. Ale takie prognozy na weekend nie zdarzają się często. Miałam zrobić print screena na pamiątkę, jakoś zapomniałam. Jednak i bez tego każdy mi uwierzy, że w poprzednią sobotę w Tatrach była lampa - wszak sądząc po oblężeniu szlaków bodaj co trzeci Polak był wtedy w górach ;).

Czas najwyższy dokończyć OP.


Zakopane gotuje nam chłodne przyjęcie. Coś mi mówi, że więcej niż 6 stopni to nie było. Zostawiamy auto na bezpłatnym parkingu i ruszamy do Kuźnic, a potem przez Boczań na Halę Gąsienicową. Od rana daje się zauważyć, że nie tylko my wpadliśmy na pomysł wykorzystania słonecznego weekendu na wędrówkę po Tatrach. Na Halę pędzą istne tłumy.

Pierwsza refleksja, gdy ukazują się już jakieś widoki - Czerwone Wierchy teraz naprawdę są czerwone :).



Widok na otoczenie Hali Gąsienicowej znam niemal na pamięć, co nie zmienia faktu, że gdy tylko wyłania się on zza ostatniego pagórka - po raz kolejny chwyta mnie za gardło.





W Murowańcu tłumek. Piję czarną kawę ku pokrzepieniu. Smaczna jak nigdy. W końcu kosztowała 8 zł ;). Ruszamy ku przełęczy Krzyżne. Szlak początkowo wiedzie lasem i nieco się obniża. Niedługo potem zaczynamy nabierać wysokości i omijać bokiem Żółtą Turnię oraz wychodzimy z lasu. Ładny widok do tyłu na Kościelec, Świnicę i Kasprowy:)



Ogólnie muszę stwierdzić, że fakt, iż do tej pory nigdy nie byłam na Krzyżnem rozpatrywać należy chyba jedynie w kategoriach jakiegoś potwornego nieporozumienia. Szlak jest urozmaicony, przepiękny widokowo, nieszczególnie męczący. Bajka. Pańszczycy naoglądałam się ostatnio na zdjęciach (no i trochę z góry). Gdy wyłania się zza zboczy Żółtej Turni - zaczarowuje urodą i urokiem. I jeszcze coś - Czerwone Wierchy sprawiają wrażenie istotnie czerwonych, ale także poza nimi Tatry ewidentnie w przeciągu ostatniego miesiąca przeszły ciekawą metamorfozę. Trawy. Teraz już nie są zielone. Mają kolor jasnego miodu, złota. I sprawiają, że jest jeszcze piękniej. Bo ja tak w ogóle nigdy dotąd nie byłam w górach we wrześniu...

 Dolina Pańszczyca:
 Nad Czerwonym Stawem:

I jeszcze trochę widoczków...


Po przyjemnym spacerze doliną ukazuje się podejście na przełęcz. Wydaje się być raczej lekkie.

Oczywiście jest pod górę, więc nieco się męczymy, ale bez trudności zbliżamy się do Krzyżnego.

Już nieopodal przełęczy, w wyższych partiach szlaku pojawia się parę miejsc, które wrażliwców mogą trochę przestraszyć. Ich pokonanie nie nastręcza jednak problemów.

Jeszcze rzut okiem na dolną część szlaku:

I lada moment stajemy na Krzyżnem. Znajdujemy wygodną miejscówkę, wyciągamy z plecaka szamkę i... sprawdzamy przez telefon pogodę w necie, bo coś się chmurzy. Prognoza uparcie pokazuje lampę i faktycznie chmurki wyglądają na miejscowe i takie, co to się zaraz rozwieją. Decydujemy, że pójdziemy dalej, a tymczasem w ruch idzie aparat.

 Naprawdę słychać tu szum Siklawy...


 Widok na przełęcz troszkę "sponad":
 I w drugą mańkę:
A tu znów na Piątkę:
Ten duży zygzak na zdjęciu poniżej to szlak przez Świstówkę. Zaś pozioma, prostopadła do niego krecha to zdaje się pozostałość dawnego szlaku prowadzącego nad Moko, a zamkniętego w 1958 roku z powodu licznych wypadków. Ciocia Wikipedia tak pisze o okolicach starego szlaku: "Ściana ta w opinii Walerego Eljasza-Radzikowskiego jest „najbardziej spadzistą w całych Tatrach”. Dawniej szlak turystyczny prowadził tuż powyżej tego urwiska, po stromym zboczu, na którym zwykle do lata leżał płat zlodzonego śniegu". Świstówką szłam dwukrotnie, aczkolwiek już dawno. O istnieniu innej ścieżki dowiedziałam się na długo potem. Jakoś nijak nie mogłam sobie wyobrazić tej spadzistej ściany w pobliżu tak banalnego szlaku, ani też wypatrzeć jej z okolic Moka. No. To teraz zdaje się wypatrzyłam. Jest spadzista.

(Tiaaa...wypatrzyłam też teraz właśnie, że podobne zdjęcie jest na Wikipedii, co znaczy mniej więcej tyle, że niepotrzebnie się głowiłam ;) )
Po chwili odpoczynku ruszamy na Orlą. Na początku jest łatwo, choć chmurki wprowadzają nieco mroku do ogólnego odbioru sytuacji. Chmurki i tablica pamiątkowa wmurowana tu dla obiecującej wiolonczelistki zmarłej w tym miejscu latem dobrych już parę wiosen temu w wieku młodym na skutek uderzenia przez spadający głaz. Aha. Także tego, moje przygotowanie kondycyjne, sprawnościowe, psychiczne przez chwilę zdaje się nie mieć najmniejszego znaczenia.

Jakieś pierwsze lekko trudniejsze skałki:

Widok "z":

I rzut okiem na ścieżkę:

Ano właśnie. Orla słynie z łańcuchowych i "wspinaczkowych" przepraw, z przepaści i tak zwanych "momentów". Jednak myli się ten , kto sądzi, że cała OP to jeden wielki zwis na łańcuchu nad czeluścią. Orla to też łagodne, sympatyczne chodniczki - o takie jak te tu ;).

Zaraz za widocznymi powyżej skałkami pojawiają się pierwsze łańcuchy. Właściwie to jeszcze przed nimi jest takie miejsce, gdzie trzeba zejść, a nie bardzo wiadomo, jak (pani idąca pod górę też ma lekki problem). Do pokonania, ale trzeba pokombinować. Odcinek z łańcuchami niezbyt trudny.


W tym też miejscu pierwszy i ostatni raz na OP zdarza mi się zobaczyć, jak ktoś wpina się do łańcuchów (nie oceniam, jedynie odnotowuję jako ciekawostkę).

Widoczek...


Tego dnia zawzięcie realizuję swoje postanowienie o częstszym wyciąganiu aparatu z plecaka. Po ostatnich wyprawach brakowało mi trochę ujęć typowo dokumentujących trudniejsze fragmenty (będzie pretekst, żeby wrócić se se se), ale i wielu ciekawych widoków stąd tam, stamtąd tu, w dół, w górę, w bok, na sąsiedni szczyt, na przebieg szlaku... Pamięć niestety jest ulotna i pomimo najsilniejszych choćby emocji (a czasem może właśnie przez nie) towarzyszących przejściu - nie pozwala odtworzyć wszystkich szczegółów. Toteż tym razem częściej przystaję i robię zdjęcia. Tworzące się w trudniejszych miejscach kolejki są ku temu dodatkowym pretekstem.

Ale tego miejsca, to muszę się przyznać, że nawet mimo posiadania zdjęcia za bardzo nie pamiętam ;D

Widok na Skrajny Granat (chyba, że to któryś inny, a Skrajny gdzieś się schował, głowy nie daję):

W widocznej po prawo rysie z daleka widać tworzące się dłuuugaśne korki.

Ogólnie Granaty już blisko, ale iść do nich będziemy jeszcze bodaj z godzinę - korki, zatory, kolejki. 

Jeden z kilku kominków na trasie...


... przez nas pokonywany pod góry i bez większych problemów (choć domyślam się, że w zejściu może je sprawiać).

To już zdaje się jakiś inny kominek:

A tu próba ujęcia przepaści:


Ten fragment (zdjęcie poniżej) zapamiętałam jako - w moim prywatnym odczuciu - największy hardcore. Przejście jest tu bardzo wąskie i mocno eksponowane. Oczywiście zabezpieczone łańcuchem, na którym moje łapki instynktownie nieco mocniej się zacisnęły. Nie twierdzę, że jest tu jakoś szczególnie trudno, nie w tym rzecz. Po prostu adrenalina na chwilę skacze :).


To jest ten najbardziej zakorkowany kawałek (myślę, że dlatego, iż jest stosunkowo długi). Wąsko, wyminąć się raczej nie da, dosyć trudno:


Widok na najeżone ludźmi Granaty:



A tu jedna z dwóch na całej OP drabinka (jest trochę krótsza od tej nad Kozią Przełęczą, ogólnie podobna, tyle, że zdecydowanie nie tak eksponowana):

Niedługo po zejściu z drabinki docieramy do miejsca, gdzie w szlaku zrobiła się... dziura. Nie udało mi się jej sfotografować, ponieważ czekałam na przejście w niewygodnej pozycji. Wygląda to tak, że grunt się zapadł, pozostawiając jedynie skalny mostek. O dziurze mówili nam już mijani wcześniej turyści - radzili próbować zrobić duży szpagat nad nią (jest tam łańcuch) lub też obejść ją bokiem po mostku. Czekając na przejście obserwujemy, jak przechodzą ten fragment ludzie z naprzeciwka. Wszyscy omijają ją bokiem. Jednak, aby dojść od góry do mostka trzeba pokonać stromy i niepewny ziemisto-kamyczkowy kawałek. To znaczy - od dołu za mostkiem też trzeba go pokonać, jednak od góry wygląda to doprawdy paskudnie. Ludzie schodzą ustawiając się bokiem, a spod stóp usuwają się drobne kamyczki. Poślizgnięcie w tym miejscu zaowocowałoby zapewne poturlaniem się niżej i to niestety dużo niżej. Sytuacji nie poprawia fakt, że na ten akurat niefortunny kawałek drogi z góry sypią się kamienie. Zbliżamy się wreszcie do dziury i, cóż, też omijamy ją po mostku i dalej ostrożnie tym ziemistym zboczem. Pod górę nie wygląda to aż tak źle, jak z góry, ale to nie jest bezpieczne przejście - łatwo się poślizgnąć, a złapać się nie ma czego. Niestety dopiero później dowiedziałam się, że dziurę da się obejść przytrzymując się łańcucha po wąsko wystających skałkach pod nim, sama po zerknięciu na to miejsce uznałam taki sposób błędnie za niemożliwy. Myślę, że to byłoby lepsze, a na pewno bezpieczniejsze rozwiązanie.

Po pozostawieniu dziury za sobą dochodzimy do źródła sypiących się z góry kamieni.

Tu znów oczekiwanie na przejście w nienaturalnej i niewygodnej pozycji. To przejście nie jest raczej trudne, ale wymaga bardzo dużej ostrożności, aby nie strącać kamieni. Wszystko, co widać na zacienionej części zdjęcia leży luźno i leci przy najdrobniejszym poruszeniu. Rzecz jasna strącając kamienie nie zrobimy krzywdy sobie, a ewentualnie tym, co są niżej, jednak o tym też warto pamiętać.

Widok z góry (chyba już ze Skrajnego) na fragment szlaku:


Uff, wreszcie osiągamy Granaty. Trochę zmęczyły nas te napotykane co krok kolejki, na Granatach niestety nie jest lepiej... Planujemy dojść do Koziego, a stamtąd zejść do Piątki, gdzie mamy nadzieję dostać nocleg. Jednak dociera do nas miła świadomość, że oto przeszliśmy już całą Orlą Perć :).

Rzut okiem na podejście na Pośredni ze Skrajnego:

Pamiętam dobrze moment, gdy trzy lata temu zobaczyłam je po raz pierwszy. Przeraziło mnie wtedy trochę, ni cholery nie mogłam wypatrzeć, którędy biegnie szlak (ludzi było mniej), ani wyobrazić sobie, jak też niby nim się przechodzi. Ten widok każdorazowo trochę mnie straszy, ale już wiem, że z bliska nie ma się czego bać. Generalnie nogi przez większość czasu stabilnie trzymają się podłoża, trochę bloków skalnych, trochę podciągnięć... no i fakt, niemała ekspozycja. Mimo to jednak uważam Granaty za najłatwiejszą część Orlej, dobrą na nieśmiałe zapoznanie się z charakterem szlaku, a przede wszystkim ze stopniem ekspozycji, jaka na OP często towarzyszy.

Szczelinę standardowo trzeci już raz ominęłam bokiem. Nawet nie próbowałam się z nią mierzyć, tłum był, nie chciałam blokować.

Widok z Granatów:

I z jednego na drugi (celowo nie robię szczegółowych podpisów, nie jestem pewna, z którego szczytu to akurat widok):



Dalsza część szlaku, podobnie jak Granaty, jest nam już znana. Wiemy, że do czarnego szlaku zejściowego z Koziego Wierchu czekają nas dwa tak zwane "momenty". Pierwszym z nich jest Kominek pod Czarnym Mniszkiem. Miesiąc temu pokonywaliśmy go pod górę, teraz trzeba nim zejść. Przyznaję, że o ile pod górę śmignęłam nim szybko i zwinnie, o tyle w dół zajął mi dużo więcej czasu i zmusił do większego wysiłku i namysłu. Łańcuchy umożliwiają bezpieczne zejście, jednak nie da się ukryć, że jest stromo i w mojej ocenie jest to jedno z trudniejszych zejść po łańcuchu, na jakie się gdziekolwiek natknęłam (nie wykluczone, że podobnie oceniałabym kominki na trasie Krzyżne-Skrajny, gdyby przyszło mi nimi schodzić, a nie wchodzić).


Po pokonaniu kominka zostaje nam jeszcze kawałek Kulczyna. Poprzednio nim schodziliśmy - było krucho i stromawo. Teraz podchodzimy i poza tym, że męcząco, jest... właściwie łatwo.

Widoki ze Żlebu Kulczyńskiego:


Potem już tylko żmudna i niespecjalnie ciekawa droga pod Kozi Wierch. Ścieżka wąska, ale bez trudności. Z ulgą odnotowujemy dotarcie do czarnego szlaku i już bez odwiedzania Koziego Wierchu schodzimy do Piątki. Trochę krucho i męcząco, ale ogólnie ok.


Do schroniska dochodzimy właściwie na oparach i zaraz potem ustawiamy się w kolejce do recepcji, gdzie jednak dowiadujemy się, że ludzi jest dziś tyle, że nawet na podłodze możemy się nie zmieścić. Na nocleg pod gwiazdami nie czujemy się przygotowaniu wobec czego grzecznie odnajdujemy w sobie niezbędne zapasy energii i mkniemy w dół (trochę się s*am chodzeniem po zmroku po lesie). Kawałek z asfaltem pokonujemy już praktycznie po ciemku (wraz z całą rzeką ludzi). Potem busem do Zakopca, pizza w jakiejś obskurnej knajpce i nocleg w samochodzie...

Podsumowując wycieczkę (bo całą OP podsumuję sobie może już innym razem) - na plus z pewnością to, że udało się "dokończyć" Orlą, pogoda była piękna, a zdjęć w aparacie pozostał pierdyliard. Na minus - nie udało się spać w schronisku, a przez to następnego dnia wrócić do Zakopanego Kozią Przełęczą jak planowaliśmy.

Za to po nocy w aucie i kawie w Mc Donaldsie udało się o 6-tej rano odwiedzić Rusinową Polanę, co też było niezapomnianym przeżyciem :).

No dobra, przyznam się. Szczerze? W nosie mam wschody słońca, puste polanki całe dla mnie. Wolałabym Kozią Przełęcz. No ale - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. I tak było bosko :).

9 komentarzy:

  1. Gratulacje :-)
    Czy spanie w samochodzie należy do przyjemnych?
    Jak z ogrzewaniem?

    OdpowiedzUsuń
  2. Spanie w samochodzie nie jest specjalnie przyjemne, ale jedną noc można się przemęczyć. Ja byłam tak zrypana, że zasnęłabym choćby i na kamieniu, byleby było mi w miarę ciepło.

    Odnośnie ogrzewania - mieliśmy śpiwór do przykrycia, bodaj 3 razy w ciągu nocy włączaliśmy silnik, żeby wnętrze auta się zagrzało i było ok. Tylko niewygodnie.

    Za to za darmo i była motywacja, żeby z samego rana zerwać się na nogi ;).

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepiękny weekend... aż mi się miękko robi na serduchu. Tak bardzo już tęsknię za naszymi górami :)

    Piękne zdjęcia.
    Podoba mi się perspektywa z Kulczyna.



    Chciałaby... chciała... :)

    OdpowiedzUsuń
  4. "Rzut okiem na podejście na Pośredni ze Skrajnego:
    Pamiętam dobrze moment, gdy trzy lata temu zobaczyłam je po raz pierwszy. Przeraziło mnie wtedy trochę, ni cholery nie mogłam wypatrzeć, którędy biegnie szlak (ludzi było mniej), ani wyobrazić sobie, jak też niby nim się przechodzi".
    *********
    Wspominałaś o miejscach uwiecznionych przez aparat, których nie sposób odnaleźć w pamięci. To podejście na Pośredni Granat ze Skrajnego akurat mi zapisało się w pamięci i to bardzo pozytywnie. To zdaje się najbardziej pionowy odcinek skały, przynajmniej ja tak to odczułem. Oczywiście ciągnęła tam akurat w przeciwnym kierunku istna gąsienica ludzi, więc uprzejmie wczepiłem palce w jakieś szczeliny i stawiając stopy na półce wielkości taboretu usunąłem się nieco na bok, podziwiając przestrzeń pod sobą.
    Dopiero parę dni później, po powrocie do domu, czytając o tym i owym przypadkowo natrafiłem na nazwę "Trawers Dżentelmena". Dreszczyk przebiegł mi po plecach... :D

    atopos

    OdpowiedzUsuń
  5. Z tego, co pamiętam z forum, to byliśmy tam tego samego dnia w odstępie jakiejś godziny czy dwóch. Noooo ludzi w huk. Też się usuwałam na bok i przyczepiałam.

    Ale to cośtam dżentelmena (na pewno trawers?) to na Granatach?

    OdpowiedzUsuń
  6. Jasne że to nie na Granatach, tylko na Niebieskiej Turni.
    Ja tylko nawiązałem do galanterii, która może bardzo drogo kosztować.

    atopos

    OdpowiedzUsuń
  7. ponoć Orla jest jednokierunkowa,od Zawratu do Krzyżnego...właśnie żeby korków nie było

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest jednokierunkowa od Zawratu do Koziego Wierchu.

      Odcinek Kozi Wierch-Krzyżne jest dwukierunkowy.

      Usuń
  8. przepiękne zdjęcia,nie mogę się napatrzeć i usycham,z tęsknoty za Tatrami...

    OdpowiedzUsuń