wtorek, 25 marca 2014

Nie! Mowy nie ma! No dobra, idziemy!

Czyli Małgorzata się ogarnia i po miesiącu pisze (emocjonalną, a jakże) relację z zimowego Koziego, coby to wszystko, co mi się przydarzyło nie przepadło w odmętach pamięci pokryte kurzem... i wspomnieniami z kolejnych zimowych wyrypów :P.

Ale że ja nie mam w zwyczaju przechodzić ot tak bez zbędnych ceregieli do sedna - wpierw ceregiele:


Zimę to ja lubiłam jak miałam lat jakieś osiem. Wiadomo, sanki, łyżwy, bałwanki i coroczna idee fixe, żeby zbudować igloo (nigdy się nie udało...). Najprędzej wyrosłam z łyżew (dosłownie zresztą), potem odpadły śnieżne budowle, bo na sankach to akurat zdaje się, że zdarzyło mi się dość ekstremalnie zjeżdżać jeszcze w liceum. Powoli jednak wszelkie uroki i przyjemności zimy odchodziły w niebyt, a pozostawało zimno, ból zmarzniętych stóp, rokroczne zapalenie zatok i skłonności do lekko depresyjnych epizodów. Zima stała się synonimem zła. Zimę należało jakoś przetrwać, możliwie najtrwalej zabunkrować się w czterech ścianach, możliwie najszczelniej opatulić kocem i jeszcze zjeść tyle słodyczy, aż mdłości sprawią, że zapomni się, że się chciało poprawić nimi humor, a nic z tego nie wyszło. A wszystko po to, aby w wiosnę wkroczyć jak nieco wymiętolony i przybrudzony, ale za to wzruszony i dumny powstaniec.

Na zmianę mojego podejścia do zimy miały wpływ dwie inne zmiany. Jedna to ta, że w maju '13 zaczęłam biegać, przebiegałam lato, siłą rozpędu przebiegałam jesień, i już już miałam polec w walce, gdy nagle się okazało, że oto biegam zimą, tak po prostu. I że jest to całkiem fajne. Oj no fakt, zima 13/14 była jaka była, żaden wyczyn ją przebiegać, ale - zdarzyło mi się biegać w świeżym śniegu podczas orkanu i zdarzyło mi się biegać parę razy w czasie dość konkretnych mrozów (mój rekord to chyba jakieś minus osiem/dziewięć). I nagle eureka - zimą da się z własnej nieprzymuszonej woli opuścić domowe pielesze i przy tym nie zamarznąć ani nie paść na jakąś nagłą skomasowaną formę depresji.

Druga zmiana, to zmiana podejścia do gór. W Tatry jeżdżę od 2002 roku, z początku jako nastolatka, uczestniczka szkolnych wycieczek, czy sportowych obozów, od wakacji '05 samodzielnie. Zwykle meldowałam się w górach raz w roku i zabawiałam kilka dni. Raz trafiałam na pogodę, raz nie trafiałam, czasem udawało się zrobić ze dwie, trzy fajne trasy, czasem pozostawał niedosyt. Bez względu na wszystko jednak - gdy przychodził czas powrotu grzecznie pakowałam manatki, z ciężkim sercem oglądałam się do tyłu dopóki na horyzoncie było widać choć blady zarys szczytów wiedząc, że zobaczę je znów za jakieś 11 miesięcy i bez gadania jechałam do domu. Tłumaczyłam sobie, że to jednak absurd jeździć w Tatry dwa czy więcej razy na rok, że za daleko, że szkoda pieniędzy (a trwoniłam je wciąż na jakieś bzdury zamiast choćby próbować oszczędzać). Parę lat zajęło mi odpowiedzenie sobie na to jedno ważne, ale to zajebiście ważne pytanie (skojarzenia z pewną polską komedią jak najbardziej trafione :P ): co lubię w życiu robić?

Odpowiedź była zresztą prosta i oczywista, ale na tyle szalona, że próbowałam sobie wmówić, że raczej lubię no nie wiem, czytać, albo może pisać, albo najbardziej na świecie to kocham robić biżuterię z drucików, a jak nie to, to może po prostu pić piwo. Cokolwiek, byle nie brzmiało zbyt wariacko, byle nie wymagało spontanicznych i dużych nakładów finansowych, byle nie wywoływało palpitacji serca u najbliższej rodziny (rozterki jedynaka...) i popukiwań w czoło wśród znajomych. Straciłam tych parę lat, ale w końcu do mnie dotarło, że tak najbardziej, to lubię góry, lubię w nich być, lubię po nich chodzić, lubię je wspominać i lubię na nie czekać. Że to one dają mi osobistą radość i satysfakcję, że kształtują mój charakter, że są dobrą motywacją do codziennej pracy.

No i już było pozamiatane. I oczywiste, że do kolejnych wakacji, to ja nie wytrzymam. I że trzeba będzie jakoś przeboleć fakt, że zima.

Pierwsze zimowe kroki w Tatrach były ostrożne, stawiane na możliwie najbardziej płaskim terenie. Przyzwyczajanie się do zimna, a właściwie bardziej przyzwyczajanie się do zadziwiającej okoliczności, że w zasadzie to mi ciepło, a przebolewanie zimy idzie mi zaskakująco dobrze. Zimowe Tatry zaakceptowane, opatrzone pieczątką "da się coś pochodzić, można przyjeżdżać". Ale wciąż onieśmielające i takie jakby nie moje, inne od tych letnich, do których już przywykłam i z których grozą już się oswoiłam. Wciąż do pooglądania z dołu. A wszelkie ewentualne propozycje na wyjście gdziekolwiek wyżej wciąż skazane na moje zdecydowane i nieodwołalne veto.

Drugi zimowy wyjazd znów rozpoczęty bardzo asekuracyjnie, bo Pieninami, a kontynuowany wręcz pierdołowato, bo Kopieńcem. Też góry, ja nie deprecjonuję, ale to takie góry do ogarnięcia w dwie godziny, wylegiwanie się na szczycie odpada, bo ciepło to mi jest - ale tylko gdy się ruszam. A co robić przez resztę dnia i wyjazdu?

Dodatkowo trafiliśmy na pogodę, która odbiera urok wszelkim dolinkowym i reglowym partiom, a zagarnia go w całości dla szczytów wysokich, sięgających ponad chmury, podobnie zapowiadał się dzień kolejny. I się wzięłam wkurzyłam. Analizując to z perspektywy czasu, wydaje mi się, że między innymi pogoda niwecząca moje plany bezpiecznych, płaskich, ale jednocześnie zapierających dech w piersiach widokami spacerów wprowadziła mnie w jakiś stan emocjonalny, który dałoby się dookreślić mniej więcej pojęciami takimi jak zawziętość, determinacja, desperacja, "a co mi tam, raz się żyje" (o ile to ostatnie można zaklasyfikować jako "pojęcie"). Nie bez znaczenia pozostaje też fakt zawiązania swego czasu przez facebooka znajomości z pewnym zimowym wariatem Januszem :P, który wybierał się z nami, no i to, że ostateczna decyzja zapadła jakby nie patrzeć w knajpie przy piwie (choć tylko jednym!). I tak to właśnie wyszło, że - jak w tytule - od stanowczego "nie" przeszłam jakby nigdy nic do "no to chodźmy". I dobrze, że padła propozycja "tylko" Koziego Wierchu, bo w moim ówczesnym nastroju pewnie można było mnie próbować namawiać na różne inne niekoniecznie rozsądne opcje trasy.

Tu się kończą ceregiele, teraz do rzeczy. Resztę dnia spędziliśmy na wypożyczeniu raków i czekanów oraz wjeździe kolejką na Kasprowy, gdzie ja o mało nie umarłam na bezdech spowodowany zachwytem, a już na pewno pozostawiłam niemały kawałek mojego serducha. Już po ciemku powróciliśmy na kwaterę, przygotowaliśmy kanapki i plecaki na jutro (o ile za trzy, cztery godziny to już "jutro"), ja jeszcze odpaliłam fejsa i wrzuciłam taką fotę z Kaspro, że pół internetów umarło z zazdrości ;P. Na lepsze zasypianie dziabnęliśmy jeszcze po piwie, co w moim akurat przypadku kompletnie nie zadziałało, a podejrzewam nawet, że wręcz przeciwnie. Jakoś w końcu zasnęłam, budzik zadzwonił godzinę później, wciąż był luty, wciąż była zima, wciąż nie wiedziałam za bardzo what the fuck is going on, ale z przekonaniem się zwlekłam, choć Bóg mi świadkiem, że jeszcze bym pospała. Dobrych dziewięć godzin bym pospała :P.

Pozbieraliśmy się w miarę sprawnie i szybko, Janusz miał lada moment wysiąść z busa i czekać na zakopiańskim dworcu, nie było więc czasu na nocną ospałą rozlazłość. Około północy po możliwie najcichszym opuszczeniu kwatery władowaliśmy się do samochodu, zgarnęliśmy Janusza i pojechaliśmy na parking w Palenicy Białczańskiej (o tej porze darmowy :>). W aucie ciepło, spać można, zastanawiałam się całkiem poważnie, po co ja właściwie stamtąd wychodzę i zupełnie serio wcale mi się nie chciało. Noc może nie bardzo zimna jak na panującą porę roku, ale jednak chłodna. Ale nic to, najważniejsze, to otworzyć drzwi, wysiąść i ruszyć, potem już będzie ciepło. Asfalt nocą jest nawet sympatyczny. Nie sposób nie wspomnieć sylwestra, bo trasa początkowo ta sama i pogoda podobna, tyle że teraz puściej, spokojniej, wtedy jednak ktoś się tędy od czasu do czasu kręcił, przejeżdżał patrol, pobłyskiwały latarki, tym razem miałam natomiast to dziwne wrażenie odosobnienia, posiadania kawałka gór na wyłączność. Potęgujące się zresztą dość mocno po opuszczeniu szosy.

Lubię noc. Nie lubię tego, że zimą noc trwa prawie bez przerwy, ale samą istotę nocy lubię. Za lasem nie przepadam i rzadko daję się doń zaciągnąć na jakieś tam spacery, a już zobaczenie bodaj zaskrońca skutecznie psuje mi dzień i zniechęca do kolejnych tego typu wypadów. Las nocą - dla mnie mieszanka jednak dość wybuchowa, ale tu w Tatrach nagle się sprawdza, daje się lubić, ba - sprawia niewypowiedzianą frajdę. Strach uderza chwilami do głowy, gdy zmęczone ciemnością oko błędnie zarejestruje jakiś ruch, ale nie daję mu dojść do głosu, rozkoszuję się drogą sprawiając, że odchodzi. Idzie się dobrze, lekko, szybko, tylko spać się chce.

Przed pokonaniem progu Doliny Pięciu Stawów zakładamy raki. Dla mnie to pierwsza przygoda z tym ustrojstwem, panowie pomagają toto zawiązać i wyregulować, a mi pozostaje pewien stres jak z tym się będzie szło i czy na dzień dobry nie zrobię sobie dziury w łydce (różne rzeczy się czyta, a ja do różnych rzeczy bywam zdolna, zwłaszcza, gdym niewyspana). Nie no, całkiem spoko. Pierwsze wrażenie jest takie, że zrobiło mi się lżej na plecach, za to nogi nieco ciążą. Ale się idzie. Powoli, bo ostro pod górę, bo zdążyłam zrobić się głodna, marzę o odpoczynku i konkretnym żarciu w cieple schroniska, wobec czego ciągnę na oparach. Ale za to pewnie, bez obaw o poślizg.

Do pięciostawiańskiego schronu dobijamy o czwartej nad ranem. W całej Piątce cicho, głucho, brak żywej duszy. Nad nami gwieździste niebo, szykuje się piękny dzień (btw - gdybym wcześniej wiedziała, że wbrew prognozom totalnie bezchmurny to pewnie uparłabym się na prostszą i niższą trasę :P). Za opisywanie tego, co czułam w środku nocy mając całą tatrzańską dolinę - jedną z tych piękniejszych - prawie wyłącznie dla siebie, nawet nie będę się brała. Tego się nie da opisać. Ani wytłumaczyć, czemu to takie fajne.

W schronisku szamka, herbatka, regeneracja. Po pół godzinie wymarsz. Znów na początku ogarnia mnie zimno, a tu trzeba siąść na ławce na dworze i zawiązać raki, znów przyjemnie nęci tak bliskie ciepło, znów nachodzą wątpliwości i pytania, po co ja to kurde robię. Po paru metrach marszu rozgrzewam się i głupie myśli wraz z niepotrzebnymi pytaniami idą, gdzie ich miejsce.

Góry wzywają, to się idzie, nie?

Idziemy początkowo po dość płaskim terenie, wzdłuż stawów, czołówki oświetlają drogę. Pojawiają się wydeptane ślady na Kozi, skręcamy. Śniegu niewiele, w wielu miejscach wystają kamienie. Czasem widać nawet oznakowania, bo idziemy poniekąd letnią trasą. Podchodzi mi się nieco ciężej niż latem, trochę grzęznę w śniegu, trochę męczą się nogi w rakach, ale pewnie swoje robi też skrajne niewyspanie. Pomagam sobie kijkami. Czy jest trudniej? Pod górę, w tych warunkach, na ten konkretny szczyt - nie powiedziałabym. Jest inaczej, ale nie trudniej, podchodzę spokojnie, choć powoli i z przerwami na głębszy oddech. Natomiast wiem, że będę miała niemałego stracha przy schodzeniu, wiem to na pewno, ale postanawiam się z tym strachem zmierzyć.

Najpierw przyświeca nam księżyc. Potem daleko na wschodzie pojawia się pierwsza blada łuna i powoli wstaje dzień. Czołówka jeszcze na dolnych partiach podejścia ląduje w plecaku. Robi się szaro, potem niebo różowieje, świta. No i cóż, tego, co się czuje będąc o wschodzie słońca w górach - też próżny trud opisywać. Nie zdążamy dotrzeć na wierzchołek przed świtem, przyznaję zresztą, że to chyba głównie ja się jakoś tak wlekę, dzień wita nas trochę poniżej niego. Tak czy inaczej - jesteśmy na Kozim wcześnie rano, promienie słońca, które nas rażą i nie pozwalają mojemu aparatowi na zrobienie dobrych zdjęć są jednymi z pierwszych tego dnia. Świat drętwo budzi się do życia, pije pierwszą kawę, a my na szczycie góry, ha! Wiem, że cały ten świat ma nas za popieprzeńców i woli jednak mimo wszystko iść do roboty od całokształtu tego, czego my tu doświadczamy, ale łotewer kurde, dla mnie to jest takie ŁAŁ, że nigdy przedtem czegoś takiego nie czułam i nie przeżywałam. I że - konkluzja nasuwa się sama - chcę to przeżyć znowu.

No dobrze, jest pięknie, ale zdjęcia już porobione, szczyt pokontemplowany, dupa marznie, śnieg się zamienia w kaszę jęczmienną, pora iść w dół. Tu mina mi rzednie i zupełnie serio nie mam nic przeciwko magicznej teleportacji do schronu. Chowamy kijki, wyciągamy czekany, Janusz udziela instrukcji co do ich używania. Miejscami faktycznie mam jakiś tam problem, a miejscami tak się spowalniam tylko dla zasady. O ile pod górę się wlokłam, to teraz jestem wytrawnym żółwiem. Zmęczenie sięga u mnie zenitu i niby jest fajnie, bo w górach, ale lekko mam już dosyć, chcę odpocząć - też psychicznie. Ogólnie bez większych problemów, tyle że ja trochę w stresie, docieramy w dół. Tak w ogóle to praży słońce i nie tyle nie jest mi zimno, co jest wręcz gorąco. W Piątce serwujemy sobie dłuuugi odpoczynek łącznie z próbą spania na ławkach. A ja podobno niespodziewanie robię się bardziej rozmowna :P.

Tego samego dnia czeka nas zejście na parking, spakowanie się i długi, wspomagany kawą powrót do domu, ale to już ta mniej przyjemna strona górskich wojaży. Wkraczam ponownie w codzienność z poczuciem odrealnienia i potrzebuję miesiąca, żeby uwierzyć w to, co zaszło, w siebie zimą na jakiejś górze i żeby umieć to wszystko przekuć w słowa.

Nie ma co pisać podsumowań, skoro wyrzygałam się psychicznie powyżej. Czuję się w obowiązku nadmienić tylko, że nie odbiło mi po tym jednym zimowym szczytowaniu, nie mam się za zimowego mistrza i kozaka i wciąż się trochę tego wszystkiego boję. A w dniu, w którym nie będę się bać gór, zwłaszcza tych zimowych, obiecuję, że zostanę w domu.

I wiem, że miała być taka tam krótka relacja ocalająca przed zapomnieniem, a wyszedł elaborat, przepraszam.



12 komentarzy:

  1. Fajnie się czytało to Twoje, jak to określiłaś "wyrzyganie się psychicznie" :) Gratuluję pierwszego zimowego poważniejszego wejścia - najważniejsze jest zrobić pierwszy krok, złapać bakcyla i przestać te góry omijać zimą.
    Zazdroszczę tego, że byliście w tamtych okolicach tak wcześnie - z resztą, widziałam zdjęcia w którejś z poprzednich notek. Na żywo to dopiero musiało być magicznie ;)
    Powodzenia więc w wytyczaniu nowych zimowych celów i nie przejmuj się tym, że się wszystkiego boisz. Zimą to się akurat czasem przydaje :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No Gosia, popłynęłaś! Ale tak pozytywnie! :) Czytało się świetnie, dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślę, że nie ma za co przepraszać, bo ten długaśny elaborat przeczytało się jednym tchem. Świetny styl, a co do przelewania myśli na papier (w tym wypadku ten elektroniczny) to masz chyba po prostu talent :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny styl!

    OdpowiedzUsuń
  5. rewelacyjnie się czyta Twój elaborat. czekam na kolejne wyrzygania psychiczne:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Super wpis. Czytało się rewelacyjnie. Gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
  7. No rzeczywiście wyszło bardzo emocjonalnie :-)
    "I wiem, że miała być taka tam krótka relacja ocalająca przed zapomnieniem, a wyszedł elaborat, przepraszam." - na krótką relację straciłem nadzieję przy trzecim akapicie :-D Ale napisałas to ciekawie, że nawet przeczytałem ;-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziękuję za miłe komentarze :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja zwykle pełna emocji relacja, 4 rano i już w Piątce :)

    OdpowiedzUsuń
  10. ŁAŁ! (nic więcej)

    OdpowiedzUsuń
  11. dla mnie cudeńko..jestem stary zgred a nigdy nie byłem na żadnym szczycie w zimie i o świcie..może jeszcze się uda..masz młoda damo taki zmysł wciągania w takie marzenia..dzięki bardzo..

    OdpowiedzUsuń