piątek, 11 kwietnia 2014

Chrum! - czyli "taternicki" wierzchołek Świnicy w zimowych warunkach

No nie wyszło z tym Sławkowskim. Niby mimo to fajnie - bo w górach, bo wschód słońca, bo pięknie, ale wiadomo - na jakiś szczyt by się chętnie wlazło.

Mieliśmy tak właściwie w planach na drugi dzień trasę do Terinki, jednak ta Terinka przestała nam trochę pasować. Raz, że obranie za cel Spiskiej Piątki oznaczałoby ponowne parkowanie w Starym Smokowcu... a jakoś tak wyszło, że przed paroma godzinami odjechaliśmy stamtąd bez płacenia... A dwa - czego żadne z nas nie powiedziało głośno, pewnie dlatego, że to takie małostkowe, ale zdaje się, że też miało znaczenie - Terinka nie jest szczytem :D.

Chodzą nam po głowie chochołowskie krokusy i okoliczne górki, ale zniechęca perspektywa długiego nudnego przejścia doliną i tłumów, które się tam niechybnie zgromadzą. Zachodnie zresztą średnio nas pociągają.

Jeszcze parę innych pomysłów przychodzi nam na myśl, każdy z jakiegoś powodu niekoniecznie dobry. Ogranicza nas czas (zaraz po wycieczce trzeba wracać), a w podjęciu decyzji przeszkadzają marne możliwości ospałych po nocnym włóczeniu się umysłów.

Więc, co? Tak, żeby było ciekawie, efektownie, niezbyt długo, no i poniekąd najistotniejsze - żebyśmy dali radę.

Radzę się Janusza, bo skoro już prowadzi te swoje Tatry Zimą, to niech z pozycji gwiazdy internetu coś podpowie :P. I podpowiada. Świnicę. No nie wiem, nie wiem. Jakoś mi ta Świnica w pierwszym momencie nie podchodzi. Ale Janusz tak ochoczo zachęca, tłumaczy, którędy się wchodzi na niższy, zwany taternickim, a zwykle obierany za cel zimą wierzchołek, wyrysowuje trasę. A no i najważniejsze - mówi, że dam radę, że nic trudniejszego niż Kozi. No dobra, przekonuję się powoli do tej Świnicy i spać idę już z podjętą decyzją co do trasy następnego dnia.

Noc będzie krótka, zmiana czasu ukradnie nam godzinę, by oddać ją jesienią. Budzik ustawiony na drugą dzwoni de facto o trzeciej. Aby zaoszczędzić sił wymyślamy, że wjedziemy kolejką na Kasprowy Wierch. Trochę mi szkoda, że nie będzie kolejnego wschodu słońca spędzonego w górach, ale z dziką radością przykładam głowę do poduszki i korzystam z nadprogramowego spania.

Zmiana czasu w przypadku wjazdu kolejką nagle zaczyna działać na naszą korzyść. W marcu pierwszy wagonik startuje o godzinie 7.30. Dzisiejsza 7.30 to zatem tak jakby wczorajsza 6.30. Idąc pieszo wcale nie bylibyśmy na wysokości Kasprowego wcześniej. Kolejka oczywiście szarpnie po kieszeni, ale na wszystko, co umożliwia wyjście w góry kasa idzie mi dość lekką ręką. A że z kolejki to tak trochę niehonornie Świnicę atakować? E tam. Dziś nie chodzi o wyrypy i o honorność. Dziś się będę przełamywać :P.

Na kwaterze przeczytałam  w "Ja, my, oni" (psychologizującym poradniku "Polityki") artykuł o pozytywnym patrzeniu na świat i pod wpływem nowo nabytej wiedzy biorę się za stosowanie odpowiednich technik. A więc: afirmuję, to jest powtarzam sobie w duchu "wejdę dziś na Świnicę", oraz wizualizuję, czyli wyobrażam sobie samą siebie na szczycie, swoją radość na nim, słodkie kadry, w jakich tam siebie uwiecznię ;). To tak półżartem, wiadomo, że na siłę pchać się nie będę. Ale humor mam dobry, przeczucia niezgorsze, wczorajsza marna kondycja to już historia, pobieram jakąś kosmiczną energię czy coś, bo aż mnie roznosi.

Świt tym razem ogarnięty przez szyby samochodu w drodze do Zakopanego. Tuż przed siódmą ustawiamy się w kolejce do kasy, jesteśmy jednymi z pierwszych osób, po nas sukcesywnie dochodzą kolejne - głównie narciarze i snowboardziści. Czekanie trochę nam się nudzi, ale jest ciepło, jakoś się te pół godziny wystoi. Wreszcie kupujemy bilety, ładujemy się do puszki niczym sardynki (dopuszczalna przepustowość zimą jest bodaj dwa razy większa niż latem i to da się odczuć) i wjeżdżamy na górę. Tam foteczki celu i wiązanie raków, bo na razie jest łatwo i dość płasko, ale po co się ślizgać? No i ruszamy znanym nam dobrze, obecnie wyratrakowanym i wydeptanym traktem.

 Kościelec, Zadni Kościelec, Kozi Wierch, 
Zawratowa Turnia, Niebieska Turnia, 
Gąsienicowa Turnia no i Świnica :)

 Wygląda zapraszająco :)

Początkowo bez emocji. Chociaż nie, wróć - zachwyt to w sumie dość mocna emocja. Jest pięknie, pogoda przyjemna, słońce powoli zaczyna grzać, wiatru prawie brak. Lekkich trudności dostarcza przeprawa przez Beskid, a dalej znów po płaskim. Przyjemnie się wędruje. Głowę mam pełną myśli - o sobie tu w górach zimą, o tym jak wiele mnie omijało, o tym jak niesamowicie dużo mi się w tej głowie poprzestawiało od grudnia. Czuję się dobrze, robię to, co lubię najbardziej, czerpię z tego głęboką radość. Odwracam się czasem przez ramię w stronę zaciągniętego smogiem horyzontu i doświadczam wolności. Wiem, że tam wrócę, że codzienność mnie nie minie i jutro będzie tak samo słodko-gorzka jak przed dwoma dniami, ale teraz jestem tu, w tej niebieskiej poświacie, w najpiękniejszym z miejsc, pochłania mnie przyjemność pokonywania górskiego szlaku. Może mogłabym spędzić ten czas rozsądniej i pożyteczniej, zameldować się w poniedziałek w robocie z przykurczem twarzy wyrażającym kolejny tak samo spędzony średnio emocjonujący weekend. Rzuciłam tę codzienność na chwilę w tak zwane pi*du, odważyłam się ją tam rzucić, jestem kozak. Mam za to dywanik z psiej sierści w przedpokoju, może parę innych zaległości, uszczuplony stan konta bankowego, ale nie przyćmi to czystej frajdy z bycia tu, oddychania górami, zdobywania szczytu. A dywanik milej się będzie zamiatać mając takie wspomnienia.






Samolot też wybiera się na Świnicę :P

Takim trochę ciekawszym miejscem jest trawers Pośredniej Turni. Te kamory to zresztą i latem robią na mnie pewne wrażenie. Trudno nie jest, ale nóżki jakoś tak ostrożniej stąpają. 

trawers... w trakcie i po przejściu


Dochodzimy do miejsca, w którym przestajemy praktycznie pokonywać odległość, a zaczynamy na dobre pokonywać wysokość. Miejsca, gdzie góra rzuca swój cień i gdzie trzeba się napatrzeć na jej wierzchołki, bo później nie zobaczy się ich aż do końca.




Podejście nie nastręcza trudności, nie większych na pewno niż latem. Mamy w głowie wskazówkę, aby odbić do góry tam, gdzie letni szlak będzie prowadził w prawo, ażeby przewinąć się na drugą stronę zbocza i tamtędy poprowadzić na główny wierzchołek, który dziś nie jest naszym celem. Mając za sobą już trochę podchodzenia robimy piknik, jak się okazuje - tuż pod miejscem, gdzie pozostawimy czerwone znakowania. 




Nieopodal nas przysiada na skałce kruk i skrzeczy dokuczliwie. Przesądna nie jestem, no ale... to takie niefajne, jak człowiek się trochę boi, a tu mu takie ptaszysko siada i kracze. Odlatuje w końcu.



Szlak ewidentnie wali na prawo, więc zadzieramy głowy ku górze. Jest ślad. No to zaczyna się zabawa, idziemy. Odrobinę pod górę i kilkunastometrowy trawers zbocza pokrytego śniegiem. Teraz ma być żleb, a potem żebro. Jest i żleb, proszę bardzo. Wedle słów Janusza średnio stromy i "nic trudniejszego niż na Kozim". Ja już na wstępie widzę, że yhym tere fere i że to będzie taki trochę jednak wyższy lewel zwłaszcza w zejściu. Ale ogarniam. Żlebem - ja pozwolę sobie napisać, że dosyć stromym :P - pod górę spory kawałek z pomocą czekanów. Wyjście ze żlebu, tam teren już niesprawiający problemów. Pokonujemy ostatnich parę metrów i wychodzimy na niższy wierzchołek Świnicy. Jest nieziemsko.


 Widok na szczyty słowackich Tatr Wysokich, m.in. Pośrednią Grań, 
Jaworowe, Świstowy, Sławkowski, Staroleśny

 Lodowy, Mały Lodowy, Pośrednia Grań, Jaworowe;
poniżej podobnie, tyle że z Kołowym z lewej 
i Kozim Wierchem (i ludzikami na nim) w centrum


Zwycięstwo! :P


Euforia, duma, poczucie własnej sprawczości i skuteczności, rozlewające się dokoła piękno, no szał. Pogoda średniofotograficzna - słońce aż pali, a horyzont spowity jest szarawą poświatą, ale nie omieszkujemy uwiecznić w pamięci aparatu wszystkiego, co widzimy.


Tatry Zachodnie

Orla Perć i Bielskie


Turnie: Niebieska i Gąsienicowa oraz wierzchołek główny,
w oddali słowackie Wysokie


Wierzchołek główny


Kościelce, Żółta Turnia, Koszysta

Kościelec

Mały Kościelec

Krywań

Dolina Cicha


Praca nad "pocztówką spersonalizowaną" ;)


Tadam! Krokus na Świnicy! Można? Można! :P


Tym razem sympatyczna wizyta przedstawicieli skrzydlatych

Miło się byczy na szczycie, widoki takie, że żal schodzić, ale czas na nas. Do kieszeni kurtki upycham włączoną kamerkę i ruszamy. Pierwszych parę metrów pod szczytem z zachowaniem ostrożności, ale nic skomplikowanego. A potem żleb. Przekręcam się twarzą do śniegu i bez paniki schodzę. Na Kozim takie momenty, gdzie trzeba było wbić czekan były ze trzy czy cztery, tu na całej długości żlebu (kilkadziesiąt metrów) czekan jest właściwie niezbędny do pewnego i bezpiecznego zejścia. Biorę to jednak o dziwo na spokojnie, bez większych problemów sobie radzę, a gdy się blokuję, to spokojnie analizuję kolejny ruch, wykonuję go i sprawnie schodzę. Mało tego, ja się świetnie bawię! Pod koniec żlebu z jednej strony nachodzi mnie uczucie psychicznej ulgi, ale z drugiej lekki żal, że teraz już będzie nudno.

No może z tym nudno, to lekka przesada. Jest przede wszystkim tłoczno, sporo ludzi teraz podchodzi na Świnię, niżej narciarze zjeżdżają z czego się tylko da, a po drodze szkoły zimowej turystyki odbywają ćwiczenia w terenie. Za Beskidem oczywiście spacerowicze. A na Kasprowym istna plaża. W dobrych humorach upojeni sukcesem opuszczamy góry tym samym sposobem, w jaki się w nie rano dostaliśmy - via kolejka.

A filmik ze żlebu... wywołał łomot serca dużo mocniejszy niż przechodzenie nim. Cieszę się, że nie oglądałam czegoś podobnego przed wycieczką na Świnicę i chyba z tego powodu daruję sobie publikację ;).

9 komentarzy:

  1. Zgodzę się, że wierzchołek taternicki Świnicy jest ciekawą opcją na zimę. Nie jest trudny, a widoki z niego są rewelacyjne :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ooo tak, widoki nie wiem, czy nie lepsze niż z głównego :)

      Usuń
  2. Dajecie radę! :) też tak chcę!...

    OdpowiedzUsuń
  3. Świnica.. Ten charakterystyczny dwoisty szczyt, mit niedościgły z czasów gdy nie byłem jeszcze hardkorĘ. :) Pamiętam jak dziś odpoczynek na szlaku na Giewont, który jawił mi się wtedy jako spore wyzwanie i podziwianie panoramy. Widzę ówczesnymi oczami tę najwyższą górę o niebywale stromnych ścianach i popadam w fascynację. Nie mam pojęcia co to jest, więc podchodzę do jednego z nielicznych, pośród giewontowskich tłumów posiadacza mapy.
    - Miły panie, co to za góra? Posiadacz mapy nagle traci w moich oczach, bo aby odpowiedzieć na pytanie zaczyna ją orientować, pozierając to na nia, to przed siebie. - To będzie... Świnica...
    Acha... Tam pewnie wchodzą tylko hardkory.
    Potem były Tatry Zachodnie a ja cały czas spoglądałem na tą istną rakietę Saturn V, jedyny transport na Księżyc.

    A potem nagle zhardziałem i po prostu tam wszedłem. W niezbyt sprzyjających warunkach. Pogoda zepsuła sie mniej więcej w płowie podejścia a kiedy osiągnąłem wierzchołek, to poniżej widziałem tylko brudnawe mleko. Jak by się nie obrócić. Żadnych ładnych i dalekich widoków. Ba, nawet pobliskie szczyty niknęły w tym oparze. Zresztą było już dość późno (wchodziłem "honornie", żadej kolejki :P) to i tym oparem nawet nie miałem okazji się nacieszyć. Trzeba było szybko uciekać ze szczytu, żeby nie schodzić po ciemku.

    Dlatego muszę tam wrócić latem, kiedy będzie "lampa". To pierwsze wejście się nie liczy. Matrimonium non consumatum.

    atopos :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja o Świnicy to nawet nie marzę, póki co to inne obieram kierunki... ale zdjęcia zimowe podziwiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten szczyt to był mój pierwszy raz z czekanem :D Ale żyję, a wejście jest dużo łatwiejsze niż się spodziewałam, choć wymaga koncentracji! Też ubiegłej zimy, ale w styczniu. Zimno było straszliwie, ale pięknie! I spotkaliśmy stado kozic poniżej :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Gosia gdzieś w komentarzu przeczytałam, że nie masz kursu skałkowego, więc tylko Ci pozazdrościć, że masz się od kogo uczyć wspinać i z kim poza szlaki wychodzić :]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czego tu zazdrościć, odwiedzaj ściankę wspinaczkową, umawiaj się z ludźmi przez fejsa - poznawaj!

      Oczywiście umawianie się w góry z osobą, której się wcześniej nie widziało na oczy niesie za sobą pewne ryzyko i wiem, co mówię, bo w pewnym sensie zdarzyło mi się je ponieść... ale... jak się nie ma, co się lubi...

      Siedząc w domu i zazdroszcząc innym, bym tych "znajomości" nie nałapała.

      Usuń
  7. Z tą "zazdrością" to w przenośni było ;) . Ale faktycznie mam problem z zaczepieniem się na wyjazd z kimś obcym, bo kto zechce pójść na nawet najłatwiejszą drogę wspinaczkową z osobą, która nigdy się nie wspinała? :[

    OdpowiedzUsuń