sobota, 21 czerwca 2014

Czasem słońce, głównie deszcz - czyli weekend w połowie czerwca '14 - cz. 2 Szpiglasowa Przełęcz i COŚ

 Tu relacja z dnia pierwszego :)

W niedzielę wstajemy trochę później niż o zaplanowanej godzinie czwartej, wydostajemy się z jadalni zasłanej ludzkimi rozespanymi ciałami (w półmroku i bez soczewek to nie było dla mnie wcale takie hop siup), potem poranna drętwa grzebanina, śniadanko i kawa w kuchni turystycznej. O godzinie 6-tej wyjście. Pogoda chwilowo niezła, zza chmurek wygląda błękit, Dolina wygląda bajkowo. Nie mija piętnaście minut marszu, gdy niebo skutecznie betonuje się chmurami, a górskie stoki mgłą. Nieważne, dziś już i tak pójdziemy na ten Szpiglas, ale mogłoby jednak nie padać...


 Trochę błękitu na zachętę ;)




Początkowo trochę kropi. Wyżej towarzyszy nam już tylko mgła. Dziś deszcze i inne jakże czerwcowe zawieruchy nas oszczędzą. Pomiędzy Wielkim a Czarnym Stawem odbijamy w lewo w żółty szlak. Przekraczamy strumień, mijamy kosówki, pod którymi wczoraj siedzieliśmy jak te zmokłe kury, powoli zaczynamy nabierać wysokości. Na chwilę przed nastaniem mgły zerkamy w górę - widać wyraźnie zakosy szlaku, widać Przełęcz - wcale nie tak wysoko. Kiedyś była to pierwsza moja powiedzmy że poważniejsza wyprawa w Tatry Wysokie. Poważniejsza w tym sensie, że gdy wtedy z tej samej perspektywy patrzyłam na szlakowy zygzaczek nade mną, to sobie myślałam "ło Jezusku jak wysoko", że robiłam co parę metrów przystanki na wyplucie płuc i następnie ponowne umieszczenie ich na swoim miejscu, że wieczorem miałam problem z rozsznurowaniem butów i tak prozaicznymi czynnościami jak siadanie i wstawanie z powodu bólu mięśni w całym chyba ciele. A teraz ta Przełęcz jakoś tak blisko...



W niższych partiach śniegu na ścieżce brak. W jednym miejscu pojawia się spory i dość stromy płat, przez który trzeba przedreptać, a potem znowu długo sucho. Natomiast widać dużo zalegającej bieli dookoła, w bliskim sąsiedztwie szlaku.


 
Nieco wyżej ogarnia nas mgła. Nie widzimy już chmurnej Doliny, ani wznoszących się nad nią ponurych w taką pogodę zboczy Koziego Wierchu, ani też ciemnozielonej tafli Wielkiego Stawu. W zasadzie w pewnym momencie nie widzimy nic poza sobą nawzajem (i to nie jest żadna romantyczna metafora) i paroma metrami kwadratowymi podłoża, na którym stoimy. Nie jest to takie złe. Może nie uda się zrobić zbyt urokliwych zdjęć, ale przynajmniej rączka nie świerzbi, żeby co i rusz wyciągać aparat z plecaka, można się lepiej skupić na drodze. Zimno generalnie nie jest, powietrze jest białe i spokojne, można je pokroić i sprzedawać jako ptasie mleczko. Najfajniejsze jest to, że burzy raczej nie należy się po tym spodziewać. No i ta cisza. Podchodząc pod szlak nie widzieliśmy nikogo w górze, także spoglądając w dół - póki jeszcze było coś widać - nie odnotowaliśmy podążającego za nami towarzystwa. Jesteśmy tu sami, tylko góry, mgła i my, mamy cały szlak od Doliny Pięciu Stawów aż po Szpiglasową Przełęcz tylko dla siebie.


Kończy się sucha letnia ścieżka, zaczyna się śnieg. Ślady na nim się rozbiegają - część idzie prosto, większość zdaje się, pod górę. Próbuję intuicyjnie iść prosto, ale dalej jest słabo wydeptane - to chyba szlak letni, ten, który zaraz przechodzi w zakosy. Podchodzimy zatem wyżej i tam znajdujemy już bardzo wyraźną i niepozostawiającą wątpliwości ścieżkę udeptaną w starym śniegu. Ścieżka jest wąska, mieszczą się na niej postawione obok siebie stopy i tyle. Zbocze zaś jest stromawe. Sprzętu nie mamy - swojego wcale, a wypożyczony musieliśmy już oddać (bo potem nie mielibyśmy kiedy i jak), a zresztą - wczoraj przeszły tędy całe pielgrzymki nie wiedzące o istnieniu czegoś takiego, jak czekan. Oceniamy sytuację raczej dobrze - spokojnie i ostrożnie przejdziemy bez problemu. Ale uważać trzeba - jedno niezaplanowane potknięcie i nie będzie się czego łapać. Stok ginie we mgle, cholera wie, gdzie się w razie czego spadnie. Przepaści tu nie ma, ale wystarczy nastroszone kamieniami piarżysko, żeby zrobiło się nieprzyjemnie. Ale powtarzam - jest dobrze, trzeba iść powoli i ostrożnie, a nic się nie stanie. Tylko, że kurcze nie wyobrażam sobie wymijania się tu z kimś, a przecież wczoraj szły tłumy. Brr, ciary.



Przechodzimy przez pierwszy kilkudziesięciometrowy kawałek ze śniegiem, potem jest trochę drogi po podmokłej grząskiej ziemi i luźno na niej leżących niewielkich kamyczkach (to chyba gorsze niż śnieg) i znów po udeptanej w śniegu ścieżce kolejnych kilkadziesiąt metrów. Zaraz potem dostrzegamy łańcuchy (każdy etap wycieczki był dla nas pewną niespodzianką ze względu na ograniczoną do paru metrów widoczność).



 Pierwsze żelastwo, jakie widzimy wystaje ze śniegu, ale wygląda na to, że jest to jeden z najniżej zamocowanych na trasie łańcuchów, bo potem jest ich jeszcze całkiem sporo pod górę. Zimne są, a zresztą więcej zabawy daje nam przytrzymywanie się skałek, więc nie korzystamy z nich zbytnio. Po raz drugi urzeka mnie tutejsza roślinność (dziś się jej nie spodziewałam, w końcu niżej kupa śniegu). Tuż obok szlaku kwitną sobie dziesiątki kępek maleńkich i uroczych tatrzańskich kwiatuszków. Sam szlak na Szpiglasową może nie przyciąga niczym szczególnym, ale to miejsce tuż pod Przełęczą ma jakiś swój czar.








Osiągamy Szpiglasową Przełęcz. Widzimy totalne, absolutne NIC (i nie jest to "pół litra na dwóch" :D). Mamy jeszcze czas. Przepisowo powinniśmy udać się na Szpiglasowy Wierch, ale umówmy się, że w tej mgle popieprzyły nam się kierunki i poszliśmy trochę gdzie indziej ;). Dokładniej, to na Miedziane. No bo nie pada, nie wieje, czasu trochę jest, a mgła... mgła w takiej sytuacji staje się naszym sprzymierzeńcem :P. Idziemy zatem na spacer, z założeniem, że pójdziemy "tak trochę", po czym zawrócimy, gdy uznamy, że już na to pora. Początkowo wydeptany i wyraźny trakt szybko znika (może wydeptany przez tych, co się naprawdę mylą?). Potem jest już tylko uklepana gdzieniegdzie butami trawa, tu i ówdzie zadrapanie w skale, chyba po rakach. Ciężko powiedzieć, czy istotnie jest jakaś ścieżka, a my jesteśmy tacy zdolni, że bez trudu ją odnajdujemy, czy ścieżki tak naprawdę nie ma, tak czy owak - grań nie tak łatwo zgubić, a w jej okolicach się poruszamy. Nie odchodzimy zbyt daleko od Przełęczy, gdy zaczynamy jakoś powłóczyć nogami i pełni wątpliwości już mamy wracać. I nawet wracamy parę kroków, ale mnie coś podszeptuje "no weeeeeź" i pytam, "ej, a dlaczego tak właściwie wracamy, może chodźmy jeszcze trochę? :>". No więc idziemy całkiem niemałe jeszcze trochę. Zza mgły wyłaniają się mroczne turnie, od czasu do czasu odsłania się na moment to jedna, to druga Dolina, spacer pierwsza klasa. A początkowy irracjonalny (bo nie takie rzeczy się w sumie robiło) przecież niepokój: "zlazłaś ze szlaku, zaraz zlecisz i się zabijesz, zobaczysz!" przechodzi w standardowe i dopełniająco-uzasadniające cały wyjazd: "aleeee fajnieeee!".












Dobijamy do jakiegoś wierzchołka i musimy wracać, bo mamy już pokupowane bilety i na autobus i na pociąg, na które trzeba przecież zdążyć. Schodzimy ceprostradą, dość nudną zwłaszcza w opcji mało widokowej (chociaż coś tam się nieco odsłania). Na jej płaskich fragmentach dwukrotnie z pośpiechu i niedbalstwa zaliczam glebę, przypominając sobie, że o to w górach zawsze nietrudno.

Ostatni kawałek po śniegu

A tu ludziki pnące się na Wrota Chałubińskiego




Potem mijamy z daleka dziwnie pustą nadmorskooczną plażę i równie nienaturalnie pustym asfaltem toczymy się w dół. Później już tylko senna podróż do domu....


I'll be back :P

9 komentarzy:

  1. Taka aura w Tatrach też ma swój urok, a mniej zaludnione szlaki są chyba dodatkowym atutem. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozumiem, że na sam Szpiglas już nie chciało Wam się wchodzić? Pogoda jak widzę dalej się nie poprawiła, szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcieć to się może i chciało, ale czas gonił...

      Usuń
  3. Pogoda fatalna, mgły :/ i taki spokój bezludzki na szlaku :)

    OdpowiedzUsuń
  4. W tym roku pierwszy raz jadę w Tatry w czerwcu, poza pogodą najbardziej obawiam się śniegu zalegającego na szlakach. Czy raki i czekany to prawdziwy MUST HAVE?

    Pozdrawiam Gosiu, Twój blog czytam na okrągło jako pierwsze źródło pomysłów na wycieczki w Tatrach :)
    Karol

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak i nie... Mnóstwo ludzi pokonuje te stare płaty śniegu bez sprzętu i nic złego im się nie dzieje (mnie też się zdarzyło na tej wycieczce na Szpiglasie), natomiast bezpieczniej byłoby mieć ten czekan w ręce, żeby mieć czym hamować w razie poślizgu. No ale zwykle da się bez, z tym że jest to pewne ryzyko.

      Usuń