piątek, 18 lipca 2014

Spacer Doliną Zadnich Koperszadów

Jeśli w stosunku do piątkowej pogody odważyłam się użyć słowa "ulewa" (a odważyłam się i to bodaj więcej niż raz), to nie bardzo wiem, jakim określeniem ująć najdosadniej to, co działo się przez całe sobotnie przedpołudnie. Nie bawiąc się w tworzenie neologizmów ujmę to tak: od piątkowego wieczoru do godziny około drugiej popołudniu w sobotę deszcz nie ustawał. Lał się miarowo całymi strugami. Nie jakieś tam mżawki, nie żadne przejaśnienia. Kilkunastogodzinny monotonny i intensywny deszcz.

Moja koleżanka z przyczyn osobistych musiała zakończyć wycieczkę i poprzedniego wieczora autobusem wróciła do domu. Na sobotę mieliśmy w pierwotnych planach Lodową Przełęcz od Doliny Jaworowej. Chodziło nam po głowach też parę innych pomysłów krótszych i dłuższych, do wyboru w zależności od tego, o której przestanie padać. Bo wszelkie prognozy wskazywały na popołudniową poprawę pogody.

Poranek sobotni był zatem iście urlopowy, natomiast mało górski. Lenistwo do pewnego momentu było nawet spoko, ale około 11-tej zaczęłam się nudzić i coraz częściej wyglądać przez okno w poszukiwaniu choć skrawka odsłoniętego nieba. Po godzinie pierwszej skręcając się już z niemożności wyjścia w góry zarządziłam obiad i pakowanie, bo przecież musi w końcu przestać lać i dobrze by było, abyśmy byli wtedy gotowi do wyjścia. I istotnie niebawem przestało.

Wciąż było buro, gdy wsiadaliśmy do auta i kierowaliśmy się do Tatrzańskiej Jaworzyny, ale wyglądało na to, że już się wypadało. Ze względu na późną godzinę, niepewną jednak pogodę i wszechobecne błoto wybraliśmy dziś target spacerowy - Dolinę Zadnich Koperszadów (z założeniem, że jeśli w czasie wycieczki się fest wypogodzi, to może dowleczemy tyłki do kosmicznie widokowej Przełęczy pod Kopą).

Zostawiamy więc auto na małym parkingu zdaje się pod pocztą w Jaworzynie. I wyruszamy. Już po paru metrach zaczyna nam dokuczać drobny deszczyk. No nic, zakładamy kurtki, może niebawem przejdzie. Wędrujemy szlakiem zagłębiającym się w Dolinę Jaworową, szerokim traktem wiodącym przez las, wśród pokładających się po bokach gęstych łopianów i innej zieleniny. Po jakichś 20-30 minutach docieramy do mostka przeprowadzającego na drugi brzeg Jaworowego Potoku. Potok zresztą towarzyszy nam już od pewnego czasu i głośno huczy, przepływając obok z siłą wodospadu. Po tak dużych opadach jest mocno wzburzony i w niczym nie przypomina spokojnego strumyczka, jaki mieliśmy okazję oglądać tu w marcu.

Powinny tu być ładne widoki na wiele okazałych szczytów, jak Łomnica, Lodowy, Jaworowe, Baranie Rogi. Widoków jednak, póki co, brak. Dalej prosto wiedzie szlak przez Dolinę Jaworową aż na Lodową Przełęcz, ale tam już się dziś nie wybieramy. Na Przełęcz jest stąd jeszcze kawał drogi, a pamiętajmy, że mamy już zaawansowane popołudnie. Poza tym ze zdjęć kojarzymy ją jako piękne miejsce i trochę szkoda byłoby zamiast jego uroków znów podziwiać tylko wewnętrzne struktury burego chmurzyska. Odbijamy na lewo, najpierw przez mostek, potem obok zabudowań i wreszcie przez Polanę pod Muraniem (jego akurat widać).


Za nieszczególnie rozległą Polaną szlak wkracza w las. Mżawka już właściwie ustaje, teraz kapie na nas z drzew. Ścieżka początkowo dość monotonna pnie się lekko pod górę. Po pewnym czasie spotykamy leśników (chyba) zabezpieczających osuwisko. Jeden z nich zagaduje do nas po słowacku. Z tego, co rozumiemy, to martwi się o nas, że późno wyszliśmy. Odpowiadamy, że czekaliśmy aż ustanie deszcz i że idziemy tylko na spacer. On rzuca coś o niedźwiedziach ("Będziecie chodzić z niedźwiedziami" - o ile dobrze załapałam). I z uśmiechem dodaje: "Ale nie bójcie się". Pozdrawiamy go życzliwie, a ja zaczynam jakoś baczniej rozglądać się na boki.

Niebawem docieramy do Bramki - wapiennego wąwozu, środkiem którego przepływa Koperszadzki Potok. Bardzo ładne to miejsce, pełne uroku charakterystycznego dla górskich dolin.




Dalej wędrujemy to przez las, to przez nieco odsłonięte tereny. Nad nami wciąż chmura, ale już "wypadana" i gdzieś hen daleko nawet przez moment dostrzegamy maleńki skrawek błękitu. Żadnych szczytów nie szukamy nawet wzrokiem bo na razie nie ma jeszcze szans na cieszenie oczu widokami. To, co zwraca uwagę w Dolinie, którą przemierzamy, to intensywna zieleń i bogactwo przyrody.



Nic ciekawego się nie dzieje, ale jakoś fajnie nam się wędruje tą zieloną i wybitnie cichą (przynajmniej tego dnia) krainą. A że najciekawsze, co tu się może wydarzyć, to podobno spotkanie niedźwiedzia - to ja już wolę, żeby było nudno.


Znów wkraczamy w gęściejszy las. Ścieżka wciąż jest szeroka i praktycznie przejezdna. Obecnie płynie nią mały, uciążliwy, choć przyjemnie plumkający strumyczek. Zbliżamy się do mostku, którym przejdziemy na drugą stronę Koperszadkiego Potoku.

Przy mostku wisi pewna tabliczka, ale ja jestem jeszcze w takim miejscu, że jej nie widzę. Najpierw dane mi będzie zobaczyć, to, przed czym ona ostrzega i przebyć serię zawałów:


Za mostkiem stoją sobie dwa niedźwiedzie. I zgodnie z treścią tabliczki są drewniane. A sama tabliczka  - jakże potrzebna sercowcom takim jak ja ;) - wisi jeszcze przed mostkiem. Miejsce to zwie się, hmmm, Skoruszowy Burdel.



Przy misiach jest tablica całkiem ciekawie i sympatycznie opisująca ich zwyczaje. Znaczy zwyczaje tych prawdziwych, nie drewnianych. Tekst po słowacku i angielsku jest napisany w pierwszej osobie - osobie niedźwiedzia :).




Mimo tak serdecznego i pełnego dobrych zamiarów listu od misia, ja jakoś tracę ochotę na dalsze spacery. Od spotkania z leśnikiem nie widzieliśmy na szlaku nikogo, ścieżka robi się od tego momentu wąska, a teren nie pozostawia złudzeń, że owszem, to może być sypialnia, salon albo bawialnia pana N. Przełamałabym się może, ale nie ma po co. Wciąż jest chmurno, z Przełęczy pod Kopą zobaczymy wielkie nic, a potem będziemy musieli gnać w dół, żeby nie włóczyć się tu po zmierzchu.

Przy drewnianych misiach (ich obecność niezmiennie działa na mnie niepokojąco i napędza wyobraźnię) jest wiata - jedna z kilku na szlaku - pod którą urządzamy odpoczynek. A potem ruszamy w drogę powrotną. W tempie dosyć ślamazarnym, choć ja czuję na karku oddech tych misiów, już sama nie wiem, czy tych z drewna, czy prawdziwych i nóżki mi chwilami same przyspieszają.


Powoli się wypogadza. Zaczynają wyłaniać się jakieś górki. Przygrzewa słoneczko. I nagle na ścieżki wylegają ludzie.






Po dotarciu na Polanę pod Muraniem zerkamy za siebie. Są! Góry wyłoniły się zza chmurzysk, no wreszcie!



Ach!

No i to by było na tyle. Dolina Zadnich Koperszadów jako cel na spacer w brzydką pogodę sprawdziła się idealnie. Przyznaję, że marzyłam trochę o pooglądaniu Hawrania i Płaczliwej Skały z dołu, co tym razem się nie udało. Ale za to nacieszyłam oczy zielenią i urodą tatrzańskiej doliny. Polecam miejsce tym, co lubią takie leśne zakątki, ścieżeczki, strumyczki. I wszelkim domorosłym (albo i nie) botanikom, bo roślinek tam mnogość i wszelakość.

A przy wyjściu za Jaworowej taka ciekawostka (patrz na flagę Polski ;) ):


7 komentarzy:

  1. Wędrowałam tamtędy rok temu, jesienią, też było bardzo spokojnie. Przyjemna dolina. Jak tak patrzę na ostatnie zdjęcia to trochę szkoda, że się Wam jeszcze Lodowy w pełnej krasie nie odsłonił ;) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej.
    Ja polecam szlak przez Dolinę Juraniową. Nie wiem czy znasz ten szlak.
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Dolina_Juraniowa
    Wycieczkę można rozpocząć w miejscowości Oravice. Tam są parkingi, można kupić jedzenie i picie (ceny mało atrakcyjne, nawet jak na takie miejsce). Są tam także baseny termalne. Szlakiem niebieskim, a następnie czerwonym (krótkie, lekko strome podejście) na Umarła Przełęcz. Na szlaku niebieskim na wysokości odbicia szlaku żółtego znajduje się wiata turystyczna. Podobna jest na Umarłej Przełęczy. Następnie dalej czerwonym szlakiem aż do odbicia szlaku żółtego. Właśnie ten "czerwony" fragment jest najbardziej widowiskowy. Zdjęcia można bez problemów znaleźć w internecie. Powrót na parking można kontynuować szlakiem czerwonym, lub żółtym wrócić do niebieskiego. Oba finalnie prowadzą drogą. Polecam żółty bo prowadzi przyjemnie przez las. Aczkolwiek czerwonym też wracałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo atrakcyjny wąwozik, prawda :) a we wrześniu zimowity na Szatanowej Polanie :)

      Usuń
    2. Bardzo atrakcyjny wąwozik, prawda :) a we wrześniu zimowity na Szatanowej Polanie :)

      Usuń
  4. Raz szłam tamtędy na Przełęcz pod Kopą i pamiętam i trochę dalej od tych dwóch drewnianych niedźwiedzi po lewej stronie ścieżki było wyleżane na trawie i byliśmy zdania, że to od niedźwiedzia, bo wielkość tego na to wskazywało. Nie wiem czy bym się tam jeszcze wybrała. Jeszcze wracałam tą samą drogą z powrotem i nie szło mi się za dobrze, mając w głowie świadomość tego, że tam sobie leżał niedźwiedź.

    OdpowiedzUsuń
  5. Koperszady do i z Zelenego Plesa.... cuuuda... można też ominąć Zelene, odbić na niebieski szlak ( bardzo ładny), prowadzący bezpośrednio do Białego Stawu. W przeciwieństwie do tego wiodącego do Zelenego, jest mało uczęszczany. A potem w górę na Kopske Sedlo i w Koperszady. Najpiękniej tam latem, bo kwiatów przeróżnych moc. A i teraz, we wrześniu zostało jeszcze sporo goryczek :)
    )

    OdpowiedzUsuń