poniedziałek, 17 listopada 2014

Ajs ajs bejbe! - Lodowy Szczyt

Lodowy jako plan na dzień drugi chodził mi z taką lekką nieśmiałością po głowie od samego początku. Gdy się okazało, że reszcie ekipy też chodzi, to już jasne raczej było, że, o ile pogoda puści, pociśniemy. W pogodę wierzyłam jednak średnio. A jak w sobotni wieczór lunęło i zaczęliśmy "kłaść ściany" przy schroniskowym stole, to już wszyscy wierzyliśmy chyba tylko w melanż. Uratowało nas jego wczesne rozpoczęcie i imponująco przekraczające czas mapowy tempo ;). Parę minut po 22 było po imprezie, mniejsza o stan ducha i ciała, do rana duuużo czasu.
Rano natomiast kontynuacja wieczornej pluchy, a zatem z naszej strony bardzo niespieszny i spokojny restart. Przestaje padać jakoś przed 10-tą, dokładnie wtedy, gdy jesteśmy prawie gotowi, by wyruszyć (szał, wiem). Kondycyjnie z nami tak sobie, ale dłuuugi kawał doliny do przebycia, polepszy nam się, zanim dotrzemy do trudności. Ooooooo jak nam się nie chce!

Nic to, Lodowy sam się nie zdobędzie, idziem tam. Ruszamy najpierw szlakiem, potem z niego odbijamy w ścieżkę, z początku wyraźną, dalej różnie z tym będzie. Jest mgliście, w zasadzie mleko totalne, nie widać nic. Jakaś koza przygląda nam się z góry, ale pozować nie chce. A potem bum! Rozwiewa się i jest słodko i uroczo. Dobrze! Zawsze to pretekst, żeby chwilę posiedzieć :P.








Wleczemy się dalej pełni optymizmu, że tak świetliście już zostanie i na szczycie dostaniemy widokowego pier*olca. No, niestety, po parunastu minutach mleko znów się rozlewa, a my się nawet lekko gubimy.

 Widzicie ścieżkę? No właśnie, my też nie :P.
Odprawiamy gusła, coby się na sekundę rozwiało, no i się rozwiewa. Szybciutko zerkamy do opisu, identyfikujemy przed nami Lodowy Zwornik i już wiemy, gdzie uderzać.


O ile do tej pory przemierzaliśmy taką tam sobie ścieżkę, o tyle teraz zaczyna się żmudne, wnerwiające, grząskie i stromawe żwirowisko. Idzie się po tym jak po błocie, wszystko jedzie, do tego czasem płaty śniegu i tak długo długo, aż do grani.

Zaraz po wyjściu na grań ubieramy stringi i wiążemy się, bo nie mamy zbytnio pojęcia, jak tam dalej będzie.




Idziemy na lotnej w trzyosobowych zespołach. Początkowo generalnie bez specjalnych trudności, choć lufiasto, jak to na grani.


Czekam na konia, no i boję się go trochę, co tu dużo gadać. Naoglądał się człowiek zdjęć, naczytał o ekspozycji, a jak będzie, to i tak okaże się na miejscu. Staram się za bardzo nie wizualizować, bo po co mi blokada na dzień dobry? Wreszcie jest, mniej więcej w połowie grani prowadzącej na szczyt.


Pierwszy idzie Maciek, ja czekam następna w kolejce. Uczucia takie mocno mieszane, powiedziałabym. Na zdjęciach nie widać, ale tam naprawdę poza paroma metrami kwadratowymi granitu nie ma nic, słowo "przepaść" zyskuje nową definicję. A wąskie toto dziadostwo i już na pierwszy rzut oka niewygodne. Przejść się da, a jakże, ale wyobraźnię to trzeba uwiązać na bardzo króciutkim postronku, coby nie szalała zbytnio. Maciej zakłada stanowisko, czas na mnie, a komu w drogę, temu rozkrok. Najpierw na to jakoś wejść, potem to dosiąść i się przesuwać. Szczerze? Pierwszych parę metrów to dla mnie psychiczny odjazd, kosmos totalny. Sytuacja z gatunku tych zupełnie nowych i niecodziennych. Toteż klnę i pytam głośno, co ja tu właściwie robię. Docieram do punktu, gdzie muszę zaczekać na ruch kolejnej osoby i to jest dla mnie czas na oswojenie się z niewątpliwą specyfiką miejsca. Potem już mi lepiej. Zostaje strach przed półeczką na końcu, z której podobno trzeba zeskoczyć. Ta. Ja i skakanie z dwumetrowych półek. Jasne jasne.

 Jak na oklep to na oklep...
...w końcu ja lubię tatrzańskie zwierzęta ;).

Nawet jestem w stanie wyciągnąć spod kurtki aparat i cyknąć jakąś fotę.
Zresztą nie takie szpagaty się na graniach robiło ;).

Dalsza część konia już odrobinę szersza, choć też adrenalinogenna. To, że szersza, oznacza zresztą, że trzeba zejść z siodła i trochę pobalansować to z tej to z tamtej strony. Ale już spoko. Cały koń ma jakieś kilkanaście metrów. Kończy się wspomnianą wyżej półką. Skakanie na szczęście konieczne nie jest, są stopnie w połowie jej wysokości. Luz.

Koń Lodowy z góry:

Za koniem jeszcze kawałek grani, miejscami trudnawej (bez przesady, ale uruchamia się fantazja w kwestii późniejszego schodzenia tędy). Ten podszczytowy fragment kojarzy mi się trochę z końcówką podejścia na Kościelec, tyle że jest dłuższy i może trochę bardziej lufiasty.
Trochę gimnastyki i dobijamy na wierzchołek. Nie bawimy tam długo, bo przeciąg, a podziwiać i fotografować doprawdy nie ma czego. Zostawiamy przepaskudny wpis w zeszycie szczytowym, cykamy słitaśną focię i zwijamy się na dół.




Wspólne szczytowanie :D

Schodzi mi się - jak to zwykle bywa - łatwiej niż wydawało się, że się schodzić będzie. Koncentracja w najwyższym stopniu natężenia po wczorajszym incydencie pod Baranią Przełęczą (dobrze czasem dostać taki prztyczek w nos), ale ogólnie bez spiny. Tamci idą przodem i wyprzedzają nas sromotnie. My się coś znowu grzebiemy na tym koniu. Już mi się to nawet podoba. 



A tak wyglądamy z dołu:
Po zejściu z grani zostaje mozolne grzebanie się w żwirze, a potem rypanie po prawie płaskim dnie doliny (spoko, i tak się gubimy). W międzyczasie nastaje całkiem urokliwy wieczór.








Dobijamy do Terinki w półmroku. Dokładniej to pod Terinkę, bo nasi siedzą na ławce oddalonej od schronu o kilkadziesiąt metrów i wołają, żeby tam nie wchodzić. Się okazuje, że włodarzom nie spodobał się nasz pomysł na pozostawienie na czas wyrypu części klamotów w schronisku. Nie spodobał się na tyle, że dali minutę na ich zagarnięcie i oddalenie się. Z tarasu też wygnali. I z wc skorzystać nie pozwolili również (wieczorem zamykane jest wejście od zewnątrz). Takowoż nasza spontaniczna miłość do rzeczonego schronu, jak szybko zapaliła się, tak też szybko wygasła :D. Ogarnęliśmy się na świeżym powietrzu i już zupełnie po ciemku i w milczeniu (zmęczenie...) ruszyliśmy w dół. Jakieś dwie godziny schodzenia, potem podróż do Krakowa, a dla mnie jeszcze półtoragodzinne koczowanie w poczekalni dworca (dojadanie czekolady omnomnom) i czterogodzinna jazda do domu nocnym autobusem (połowę przespałam). A później nieprzytomny poniedziałek (w środę dostałam maila, że wygrałam bilet do kina, dobre pół godziny sobie przypominałam, kiedy ja w poniedziałek zgłosiłam udział w konkursie :P). Także tego, wyjazd dość epicki. Dwie cyrkonie do korony i znajomość z paroma nowymi chlo... ekhm, przepraszam, Ludźmi Gór :)))

12 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawy tekst, fajnie się czyta, ale pytanie z innej beczki - jakiego aparatu używasz? :) Bo zdjęcia wyszły niesamowite jak na tak ponurą pogodę! - Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fujifilm X20. Szału z nim może nie ma, ale jak się dużo zdjęć zrobi, to zawsze jest co wybrać. Zaletą jest to, że jest mały, łatwo wpakować do plecaka, czy upchać pod kurtkę.

      Nie wszystkie fotki w relacji są robione moim aparatem, te, na których widać mnie (fioletowa kurtka) są zwykle z kamerki znajomego albo z telefonów.

      Usuń
  2. Za schronu wywalają za pozostawienie klamotów?! Świat się kończy. A relacja epicka. :]

    OdpowiedzUsuń
  3. to mnie zaskoczyłaś tą Terinką... co to za zwyczaje. Ale Lodowego gratuluję, marzy mi się bardzo!

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam pytanie. Czy przemierzaliście tą trasę samodzielnie, czy z uprawnionym przewodnikiem. Mam ochotę się tam wybrać i dowiadywałem się że wyprawa kosztuje około 1000zł (350zł na 3 osoby). Mam pytanie, czy można iść tam samodzielnie? Proszę o info. Pozdrawiam i gratuluję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że z tekstu dosyć jasno wynika, czy szliśmy z przewodnikiem, czy nie :>. Odpowiedź na drugie pytanie też pewnie doskonale znasz, tylko że Ci się ona nie podoba ;). Jak coś jeszcze -pisz na priv :).

      Dzięki i pozdrawiam też :)

      Usuń
  5. Hej Gosia :) Mam nadzieje, że jesteście doświadczonymi turystami i szliście bez przewodnika. Ja też bardzo lubię chodzić po górach (nie koniecznie chcę płacić takie duże pieniądze przewodnikom tatrzańskim). Z tekstu jakoś bezpośrednio nie wynika jak szliście dlatego pytam. Chcę się tam wybrać w grupie bez przewodnika jednak nie wiem czy do końca jest to dozwolone i jakie są ewentualne konsekwencje prawne za samodzielne przemierzanie gór poza wyznaczonym szlakiem. Prosze Cie o info.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak wspomniałam w tekście ze trzy razy, że się gubiliśmy, nie mogąc wypatrzeć ścieżki, to chyba jasne, że szliśmy samodzielnie ;).

      To w ogóle nie jest dozwolone. Konsekwencją może być mandat.

      Usuń
  6. Taka przygoda! Nieźle, ja to bym musiał mieć jakiegoś profesjonaliste przy sobie. Ale kto wie, może jak bardziej się wprawie w chodzenie po górach, to się wybiorę :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluję Lodowego :-) Widzę, że Wam też chmury przeszkadzały w podziwianiu widoków :)

    I szybko zrealizowałaś swoją zapowiedź o odwiedzeniu tego szczytu :)

    Ale dobrze widać jak różne osoby odbierają te same fragmenty szlaku. Bo dla mnie Koń był dość łatwy, a fragment powyżej już bez trudności ;-) Ale masz rację, że Koń jest bardzo "demonizowany" w różnych relacjach.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten koń spędza mu sen z powiek. ...ale muszę go dosiąc. ...muszę! !!! A przy okazji gratuluję wspaniałego bloga, zdobycia Lodowego i innych cudownych "rzeczy" ��☺��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojny jest, nie narowisty ;). Powodzenia!

      I dziękuję :).

      Usuń