wtorek, 11 listopada 2014

Zakopane - go home, you're drunk


Najpierw było Zakopane. Wiadomo, dla kogoś, kto pierwszy raz trafia pod Tatry, wszystko zlewa się w jedną masę. Krupówki stanowią atrakcję usytuowaną na podobnym poziomie, co wizyta nad Morskim Okiem, góry tak ślicznie prezentują się z okien kwatery, ewentualnie z dolinnych spacerów. Telefony o treści: „Nooo jestem w Zakopanem” wykonywane z okolic Hali Gąsienicowej może wywołują pobłażliwy uśmiech co bardziej zorientowanych, ale w zasadzie są uzasadnione, lub choćby usprawiedliwione. To jak nie przymierzając chociażby z zupą – nie wyczuwasz smaku kalafiora, czy groszku, odbierasz jakąś całość. Podobnie z Podhalem. Trudno na dzień dobry rozgraniczyć, gdzie kończy się miasto, a zaczynają góry, w którym dokładnie momencie urywa się, lub powinna się urwać, działalność ludzkiej ręki na rzecz praw natury. Szlaki, stragany, wędrówka, kolejki, widoki, bryczki, restauracje – wszystko to stanowi początkowo jedną, spójną lub nie – ale to nie czas na dywagacje – atrakcję turystyczną. A po to się wszak wyjeżdża na urlop, aby tych atrakcji doświadczać.



Jest klimat? No jest. Jest Giewont na horyzoncie, są pogwizdujące pluszowe świstaki, pachnie oscypkiem. W domu tego nie ma. Nad morzem rok temu tego nie było, na Mazurach w roku przyszłym tego nie będzie. Wystarcza, żeby się dobrze bawić? Wystarcza.

Znam temat. Wylądowałam w Zakopanem w ramach szkolnej wycieczki, licząc sobie wiosen szesnaście bodaj. Wszystko było fajne. I wmurowujący w asfalt widok wyłaniających się ponad Morskim Okiem Mięguszy i góralska gwara i Krupówkowe wywołujące oczopląs i nadszarpujące kieszonkowe stragany. Z perspektywy lat już ciężko mi jednoznacznie określić, w którym dokładnie momencie coś mnie tknęło, wlało mi się nieodwołalnie w duszę, nakreśliło poniekąd dalszy życiorys. Jednak skłonna jestem raczej przychylać się, że nastąpiło to na skutek któregoś ze spojrzeń na góry niż na dźwięk pobrzękujących na zakopiańskim deptaku dzwonków.

Mniejsza o to. Zakopane mi w odbiorze gór absolutnie nie przeszkadzało. Wracałam zarówno w Tatry, jak i w ich polską stolicę, dzieląc uczucia pomiędzy nie konsekwentnie i sprawiedliwie po równo. Zła pogoda? Nie szkodzi, szłam na spacer, do knajpki, na Lipki. Przez pewien czas wszystko było w porządku i na swoim miejscu.

Zakopane się nie zmieniło, jest może tylko odrobinę bardziej oblepione reklamami niż wówczas. Ja rzecz jasna wydoroślałam, ale nie w tym rzecz. Pochłonęły mnie góry. Zajęło im to dłuższą chwilę, wzbraniałam się i krygowałam czas jakiś, by w końcu polec w tej nierównej walce i, co tu dużo mówić, wpaść jak ta śliwka w kompot. Zabrały bezpowrotnie część mnie, tę zdawałoby się normalną, akceptowalną społecznie, cieszącą się codziennością i zadowalającą paroma dniami wakacji raz do roku. Przeżuły i przetrawiły, wypluwając świra, od świtu do zmierzchu i pomiędzy każdą prawie aktywnością kombinującego tylko, jak to zrobić, żeby znowu pojechać. Ale nie są takie znowu wredne, dały coś w zamian. Coś tak wielkiego i pięknego z samej swojej istoty, coś tak cennego, że nie żal poświęconego im w ofierze psychicznego zdrowia. Docieram do bolesnego sedna: nie jestem w stanie tego wytłumaczyć; więksi niż ja próbowali i też im się nie udało. Dość napisać tyle, że góry dają mi poczucie bycia na miejscu w całym tym zwariowanym i zblazowanym świecie. Dają spełnienie, radość, nieskażone konwencjonalizmami szczęście. Definiują.

Daleka jestem od przytulania się do kamyczków i wsłuchiwania w szmer potoków, góry noszę przede wszystkim w sobie. Każdy jednak, kto je pokochał, oddał im kawałek życia, bez względu na przyczyny i motywacje, zgodzi się pewnie, że jest w górach jakaś ponadczasowa świętość, jakiś majestat dopominający się szacunku. To, co góry wyprawiają nam w głowach, domaga się oprawy innej nieco niż plastik, neon i tańcząca Myszka Miki.

I im bardziej zdajemy sobie z tego sprawę, tym bardziej zaczyna nas drażnić to, co się pod górami, czy w niższych ich partiach wyczynia. A Zakopane się w to drażnienie wpisuje ewidentnie i dobitnie.

Niby to nieważne, nieistotne, jedzie się w końcu w Tatry, a nie do miasta. Ale gdzieś trzeba najpierw dojechać, na jakimś dworcu wysiąść, gdzieś zjeść, gdzieś spać. Oczy niby można zamknąć, tyle że trudno się wtedy dociera na szlak. Niewyobrażalne aż jest to, jak bardzo ludzie potrafią sobie wmówić, że są w górach, jadąc za grubą kasę bryczką po zakorkowanej ulicy, jedząc kebaby, skacząc na bungee. Cóż, ich sprawa. Jest atrakcja turystyczna, jest i cała mniej, bardziej albo wcale, kojarząca się z nią otoczka, oferta. Każdy chce zarobić, proste, jasne, odwieczne, zrozumiałe.

A jednak. Chciałoby się, żeby to miało choć pozory dobrego smaku, było choć odrobinę poukładane. Aby górska świątynia nie sąsiadowała tak bezpośrednio z kolorowym, głośnym, chaotycznym i nade wszystko kiczowatym jarmarkiem. Chciałoby się kurortu, nie oszukujmy się – też obfitującego w zaglądające do portfela pokusy, ale mimo wszystko utrzymanego w dobrym guście, stanowiącego wizytówkę, jakiś choć trochę godny wstęp do tego, co wyrasta tuż za jego płotem.

Zakopane jest miastem niewykorzystanych szans. Albo inaczej – szans wykorzystanych na łapu capu. Położone w takim, a nie innym miejscu, przyciągające rokrocznie istne pielgrzymki turystów, pochłaniające tych pielgrzymek pieniądze, mogłoby pozwolić sobie na więcej niż to, co w stanie faktycznym sobą prezentuje.

Wszystko, co wydaje się potrzebne w takim miejscu, istotnie tu jest. Baza noclegowa, żywieniowa, infrastruktura komunikacyjna, spacerniak. Problem tkwi zatem nie w braku czegoś, a w jakości tego, co jest.

Noclegi do wyboru, czego tylko dusza zapragnie, ekskluzywne i oszczędne, w centrum i na obrzeżach, błyszczące licznymi gwiazdkami hotele i prywatne pokoiki. W porządku, ta mnogość i zróżnicowanie są zrozumiałe i potrzebne. Mniej zrozumiałe jest obwieszenie miasta reklamami tychże o rozmiarach i kolorach nieskrępowanych żadną regulacją. Jeszcze mniej zrozumiałe jest nagabywanie podróżnych na dworcach pod tytułem: „A może pokój dla pani/pana?”. Niby to nieszkodliwe, przebijesz się przez drobny tłumek ludzi z tabliczkami „pokoje” w zmarzniętych dłoniach, odpowiesz jakieś dziesięć razy: „nie, dziękuję” i masz problem z głowy. Aż do dnia powrotu do domu, gdy znów pojawisz się w okolicy środków transportu z plecakiem lub walizką, chcąc nie chcąc sugerując, że może, a nuż widelec, a jednak - tego pokoju zapragniesz. Niby to w niczym nie przeszkadza. Ale nie wygląda zbyt dobrze, a dla osoby lądującej na zakopiańskim dworcu po raz pierwszy, to zastawianie drogi i molestowanie ofertami może być wręcz kulturowym szokiem. Nie wiem, jak sprawa ma się z legalnością tego procederu. Wszak ci ludzie zarabiają na tym, bo gdyby nie zarabiali, to raczej dawno by ich tam już nie było. Czy płacą coś w rodzaju opłaty targowej za oferowanie swoich usług w miejscu publicznym? Jeśli tak, to przyczepić się można tylko do estetyki tych praktyk. Jeśli nie... to ta samowolka trochę przeraża i podsuwa mroczne wizje, jakimi ofertami będziemy zasypywani w drzwiach autobusu za lat kilka.

Czy miasto o tak ogromnym potencjale nie może sobie pozwolić na coś w rodzaju holistycznego biura turystycznego, zlokalizowanego, a jakże – przy dworcach, ale nie nagabującego przechodniów jak żebrak, tylko mile witającego tych, którzy istotnie są zainteresowani? Na stronę internetową zrzeszającą i porządkującą wszystkie oferty noclegowe? Na wyeliminowanie rozwiązań prymitywnych i irytujących?


Zostawmy noclegi, idźmy dalej. Destynacja wszelkich autobusów, busów i pociągów z napisem „Zakopane” za szybą, tudzież na wagonie, czyli dworce. Niestety obydwa, zarówno PKS jak i PKP bezgłośnie, acz rozpaczliwie dopominają się remontów, przedstawiają obraz nędzny i opłakany, no i nie bójmy się tego słowa – wieczorem to nawet trochę straszą. Zwłaszcza, gdy zestawi się ich mizerną prezentację z tym, jak wyglądają hotele tuż obok. Zakopane nie jest oczywiście jedynym polskim miastem z brzydkimi dworcami. Jednak – malutki szkopuł – Zakopane nie jest miastem biednym. Obraca kasą z milionów kieszeni i najwidoczniej coś w tej kwestii robi źle. Dworzec powinien być wizytówką. To często pierwsze oglądane oczami turysty miejsce, a nie trzeba być psychologiem, aby wiedzieć, jak ogromną wagę ma pierwsze wrażenie. Jednak nie trzeba być też ekonomistą i strategiem rynku, aby wiedzieć, że turyści i tak do Zakopanego przyjadą i pewnie nie uciekną z krzykiem, skoro już przyjechali. Co racja to racja. Tylko to smutne trochę być tym turystą, traktowanym z góry, bo przecież i tak przyjedzie. W dobie mnogości ofert i nadskakiwania we wszelkich dziedzinach,chciałoby się i tu być choć trochę porozpieszczanym. Jeśli zostaję na kolejnych kilka lat w danej sieci telefonii komórkowej, to dostaję zniżkę na abonament i darmowe minuty. Nie byłoby takie znowu głupie doświadczyć na podtatrzańskim dworcu czegoś w rodzaju: „Cieszymy się, że do nas wracasz, zostawiasz właśnie u nas swoje ciężko zarobione pieniądze, więc zmieniamy się dla ciebie, żeby wracało ci się tu zawsze miło”. No, niestety, nic z tych rzeczy. Zamiast tego, wyobraźnia podpowiada głosem Wielkiego Brata: „Jak coś ci się nie podoba, to spadaj nad morze, przyjadą inni”. Po prostu smutne.

To teraz wezmę na tapetę otoczenie dworców. Za dnia chaotyczne, jak i całe miasto, rozkrzyczane głosami busiarskich naganiaczy (i znów pytanie: a nie można by tak zamiast tego zamontować jakichś na przykład elektronicznych tablic?). Wieczorem pustoszeje. Rzecz zupełnie nieistotna dla turysty podróżującego za dnia. Nieistotna i niezauważalna. Problem zaczyna się, gdy czekamy na nocny autobus lub pociąg (albo z takiego wysiadamy) i najzwyczajniej w świecie, nie mamy co ze sobą zrobić. Aż dziwota ogarnia, że nikt w całym Zakopanem, nota bene potrafiącym zaglądać dość skutecznie do portfeli, nie wpadł na pomysł, aby oddalić się nieco od Krupówek i otworzyć całodobowy punkt gastronomiczny przy dworcu właśnie. Sklepu nocnego też w okolicy brak. Rzecz zrozumiała i oczywista w nieznanej nikomu mieścince, ale w miejscowości mianującej się stolicą polskich Tatr, rokrocznie przyjmującej setki tysięcy, a nawet miliony gości – odrobinę to jednak rozkłada na łopatki. Niespodziewający się niczego turysta przed nocną podróżą się zatem nie naje, piwa nie napije, suchego prowiantu nie zakupi. Ma kieszeń pełną drobnych i tym razem naprawdę chce, a nade wszystko potrzebuje, po nie sięgnąć, gdy tymczasem nikt po nie ręki nie wyciąga. To już zakrawa o lekki absurd. Za to może ów turysta wziąć pokój, bo to na dworcu możliwe o każdej bodaj porze dnia i nocy.

Serce Zakopanego bije nieustannie i głośno, pulsuje kolorami, dźwiękami, zapachami. Krupówki. Tam już turysta nie ma najmniejszego choćby problemu ze znalezieniem pomysłu na wydanie swoich pieniędzy. Nie preferuję osobiście turystyki straganowej, ale może to kwestia mojej marnej zamożności. Czasem, choć doprawdy z rzadka, przez Krupówki się jednak przewijam z racji zaspokajania bieżących zakupowych potrzeb, czy też z racji burczenia w brzuchu. Uliczka ta znów stanowi miejsce o niemałym potencjale – deptak niegdyś kurortowego miasta okraszony ładnymi kamieniczkami po bokach i niebanalnym widokiem w oddali. I znów niestety potencjał ten wykorzystany owszem, jest, tyle że jakoś tak bez pomyślunku.

Tam mamy wszystko, czego nam potrzeba, plus dodatkowo milion rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia, że ich nam potrzeba, a jednak oczy nam się błyszczą na ich widok. I jeszcze trochę ponadto. No dobrze, w porządku. Jest atrakcyjne i oblegane przez turystów miejsce, jest i szeroka paleta ofert (to właśnie to, czego kompletnie brakuje na dworcu). Po raz kolejny nijak się nie można przyczepić do ilości, za to aż żal ściska pewne części ciała na widok jakości. Krupówkami rządzi niczym nieograniczony chaos okraszony brudem i przaśnością. To o tym miejscu musiał śpiewać, wizjonersko wyprzedzając bieg zdarzeń Laskowski w swoich „Kolorowych jarmarkach”. Kto był i oderwał na chwilę wzrok od nęcących pamiątek, ten wie, o czym mowa, ale nie zaszkodzi wymienić. Reklama na reklamie, neon na neonie, jeden kolorowy sklep na drugim kolorowym sklepie. Konie z bryczkami na tle banerów firm odzieżowych. Amerykańskie gastronomiczne sieciówki. Shrek, szary miś, który z założenia powinien być biały, żebracy, fluorescencyjne peruki, górale z owieczkami, fruwające plastikowe zabawki, Hello Kitty, śmieci wysypujące się z koszy. Wszystko to z osobna dające się niby jakoś uzasadnić, ale stłoczone na tak małej przestrzeni tworzące całość poniekąd zabawną, a jeszcze bardziej żałosną.

Żałosną, bo Zakopane to miasto z historią, tradycją i duszą, skrywające ją niestety wraz ze swoimi zabytkami za pstrokatą i niepierwszej czystości zasłoną. Bo Zakopane to miasto położone w miejscu wyjątkowym i zasługujące przez to na coś więcej niż bycie podtatrzańskim bazarem. Bo żal tego, jak wyglądało niegdyś i bo szkoda, że jego rozwój poszedł w takim, a nie innym kierunku. Że nie oferuje swoim gościom jak najwięcej ze swej niepowtarzalnej w skali Polski tradycji i kultury, w zamian wykładając przed nimi dokładnie to samo, co mogą znaleźć w galerii handlowej we własnym mieście. I jeszcze dlatego żałosną, że nikt się tu nie kryje, drogi turysto, z tym, że dbałość o twój komfort pozostaje daleko daleko w tyle za dbałością o to, abyś tu pozostawił jak najwięcej swoich pieniędzy.

Ratunku dopatruję się w uporządkowaniu, ujednoliceniu panującego w Zakopanem chaosu. Zainwestowaniu w to, co inwestycji logicznie się domaga. Ukryciu tego, co z natury swojej średniowieczne. Zadbaniu o coś, co można by nazwać standardem. Zatroszczeniu się o samopoczucie turysty, a nie tylko o sposób, w jaki przekona się go lub zmusi do otwarcia portfela. Tylko po co, skoro turysta i tak przyjedzie? Zakopane jest progiem Tatr i dopóki widok na nie rozpościera się z jego okien, a nie zanosi się na to, by miało się coś w tej kwestii zmieniać, żadnego bojkotu obawiać się nie musi.

Na koniec krótka refleksja, że są w Zakopanem też miejsca ładne i godne uwagi. Wytrwały turysta, gotów poświęcić trochę więcej wysiłku, niż wymaga od niego wpakowanie się do busa czy bryczki, na pewno odnajdzie dla siebie ciekawe i wartościowe muzea, obiekty, restauracje serwujące regionalne dania, pełne uroku uliczki, gospodarzy i sprzedawców, którym nie pobłyskują w oczach monety. Tekst miał być z założenia o tym, co w moim prywatnym odczuciu wymaga zmiany. Nazbierało się tego sporo, fakt. Nie oznacza to jednak, że całe miasto, wraz z jego mieszkańcami i wszystkim, co oferuje upycham do jednego worka i zrzucam do zsypu. Mam zresztą w pamięci romantyczne wrażenie, jakie na mnie wywarło podczas mojego pierwszego tam pobytu. I jestem w stanie zrozumieć, że niektórzy to wrażenie pielęgnują w sobie pomimo wszystko.

A Zakopane i tak niebawem pewnie znów odwiedzę. Jestem z tych turystów, którzy wracać będą zawsze. Tylko że, dopóki nic się tam nie zmieni, miasto to stanowiło będzie dla mnie jedynie przymusowy przystanek. Przystanek na drodze do tego, co tak pięknie się piętrzy tuż za jego opłotkami. I co, według mnie, dopomina się poważniejszego traktowania, niż tylko w charakterze pretekstu do zarobku.


6 komentarzy:

  1. Świetny tekst, cała prawda o Zakopanem, też mam takie odczucia, a z drugiej strony tak jak Ty Gosiu, również wiem, że zawsze tam będę wracać, pozdrawiam, Agnieszka :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Całkowicie się zgadzam z tekstem. Dodam jeszcze, że większość problemów o których piszesz nie występuje po stronie słowackiej. Stragany z badziewiem w umiarkowanych ilościach i to nie wszędzie (głównie Strbskie i Łomnica), ładny dworzec w Smokovcu, nowoczesna i tania elektricka zamiast śmierdzących busików. Ogółem wszystko raczej, jak to określiłaś w tekście, w dobrym smaku. Oczywiście wiele wynika z geografii i faktu, że Zakopane jest jedno, a pod Słowackimi Tatrami jest kilka miejscowości, gdzie turyści mogą się bardziej rozproszyć. Niemniej, wydaje mi się że jest to też kwestia trochę innej mentalności.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jednym tchem łyknęłam Twój wpis. Powinni go obwieścić gdzieś w tym Zakopanem... może by kogoś ruszył 😜
    P.s. osobiście mam wstręt do tamtejszych (większości) lokali, ale człowiek coś zjeść musi 😂

    OdpowiedzUsuń
  4. Jednym tchem łyknęłam Twój wpis. Powinni go obwieścić gdzieś w tym Zakopanem... może by kogoś ruszył 😜
    P.s. osobiście mam wstręt do tamtejszych (większości) lokali, ale człowiek coś zjeść musi 😂

    OdpowiedzUsuń
  5. Prawda, prawda, niestety. ..ja tez jak najszybciej przemykam przez Zakopane, a Krupowki omijam szerokim łukiem, no chyba, że akurat muszę, by znaleść się jak najszybciej w na ukochanych szlakach...

    OdpowiedzUsuń
  6. Wszystko ładnie pięknie zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości ale wydaje mi się że przeszkodą nie jest zła wola włodarzy a raczej struktura własności. Aby przybliżyć problem posłużę się pewną analogia. Wyobraź sobie że mieszkasz w bloku którym zarządza wspólnota mieszkaniowa i jakiś gość z zarządu mówi tak: niechaj każdy zainstaluje sobie fajne designerskie drzwi w jednym wzorze bo idąc po korytarzu różne drzwi wyglądają nieestetycznie. Niby zarządca ma rację ale teraz dotykamy poszczególnych właścicieli którzy nie dość ze maja różne zasoby finansowe to do tego u kazdego z nich inaczej wygląda poczucie estetyki. Dlaczego zatem miasto ma inwestować w dworzec który nie należy do niego? Niby można zachęcić pks i innych jakąś dotacją ale nie każdego stać na przeprowadzenie inwestycji. Ogólnie problem jest złożony. Dorzucić do tego mentalność górali i problem jest nie do rozwiązania. Jeśli Cię to zainteresuje to poczytaj o protestach górali związanych z budową trasy ekspresowej... ;)

    OdpowiedzUsuń