wtorek, 10 marca 2015

Teryho Chata i Dolina Pięciu Stawów Spiskich - propozycja zimowej wycieczki


W słowackiej części Tatr zimą - jeśli chcemy uszanować panujące tam przepisy - nie mamy za specjalnie czego szukać. Nie mamy tam też czego szukać przez połowę jesieni i nieomal całą wiosnę, albowiem nasi południowi sąsiedzi zamykają gros tatrzańskich szlaków na okres "zimy", to znaczy... od 1 listopada do 15 czerwca.
Nie, tego się nie da wytłumaczyć. O ile mi wiadomo, słowacka część Tatr nie podpada niespodzianie, z zaskoczenia, tuż za linią granicy pod żadne z kół podbiegunowych. Nawet ją odwiedziłam już w listopadzie i zimy było ni widu ni słychu. Zakaz natomiast - owszem - był.

Kolejna zabawna historia - ów przepis jest podyktowany... uwaga uwaga, to będzie mocne: względami ochrony przyrody. W jaki sposób, uśpiona na zimę, skamieniała i zasypana śniegiem przyroda, miałaby ucierpieć bardziej niż ta letnia, pod wpływem ruchu turystycznego - najstarsi górale nie wiedzą.

Słowacy za to wiedzą doskonale, jak liczyć hajs i jak dostosować przepisy do swych potrzeb, aby od czasu do czasu tu i ówdzie pierdyknąć jakąś trasę narciarską. Polecam się przejść kiedyś nad Łomnicki Staw pieszo. Właściwie, to nie polecam, bo to doświadczenie straszne, z kategorii tych granicznych prawie że. Ale otwiera oczy na to, jak się w Tatrach, po słowackiej stronie granicy szanuje przyrodę.

Oj, ale ja nie o tym.

Zimą to w Słowacji, jeśli chodzi o Tatry Wysokie, można legalnie pójść: nad Popradzki Staw, Zielony Kieżmarski, do Zbójnickiej Chaty, Terinki, wejść na Skrajne Solisko i przejść się magistralą, ale też nie na każdym jej odcinku. Coś przeoczyłam?

No jeszcze na Sławkowski można. Gdy nie ma śniegu.

W Zbójnickiej nie byłam nigdy. Ani zimą, ani latem. Muszę nadrobić, wiem, jak można nie być nigdy w Staroleśnej... Ale ja znowu nie o tym. Bo tak się składa, że w Terince akurat byłam. Latem. A potem jesienią. A parę miesięcy później także zimą. No więc mogę co nieco opowiedzieć.

Swego czasu niewiele brakowało, aby ta kolejność się odwróciła i abym zawitała tam po raz pierwszy zimową porą. To był mój pierwszy zimowy pobyt w Tatrach, ogarniałam proste spacery i okoliczność, że w ogóle z własnej woli wyszłam zimą z domu. Popatrzyłam na jakieś schematy przebiegu szlaku do Spiskiej Piątki i ostatecznie wylazł ze mnie kurczak. Wtedy jeszcze nie czułam się gotowa do wbijania się na 2 tysiące metrów zimą i może to i dobrze.

Mnie akurat wystraszył inny rysunek 
(obecnie go nie znalazłam).
Źródło: www.vysoketatry.com

Parę tygodni temu, w lutym, ruszyłam bez zastanowienia. Nie tylko dlatego, że moje zimowe doświadczenie ewoluowało od wyżej opisanych czasów, ale też dlatego, że przedreptałam ten szlak dwukrotnie w ciągu ostatnich miesięcy, znałam go i domyślałam się, czego się mogę spodziewać.

Straszliwie się plączę, ale tak właściwie, to chcę napisać, jak to jest iść do Terinki zimą. Bo może ktoś miałby ochotę dla odmiany trajtnąć się zimą na Słowację i coś tam fajnego porobić, a to jest jedna z trzech ciekawszych - dostępnych legalnie w owym okresie - tamtejszych opcji (obok Staroleśnej i Soliska).

Słowacką "Piątkę" pod wieloma względami można porównać do "Piątki" polskiej. Już pomijając prawie identyczne nazwy, obie te doliny położone są stosunkowo wysoko (choć Spiska Piątka jednak znacznie wyżej), dotarcie do obydwu wymaga pokonania niemałego i całkiem stromego progu, a w związku z tym większego wysiłku. Zimą także - lepszego przygotowania. I nastawienia się na pewne trudności.

Osobom nieobytym z turystyką zimową poleca się na początek spacery dolinami do schronisk. Bo płasko, bo łatwo, bo ciężko się zgubić, bo lawinowo zwykle dość bezpiecznie. No i tu należy pamiętać, że dolina dolinie nierówna i o ile latem dojście do Piątki - czy jednej czy drugiej - nie nastręcza żadnych trudności innych niż kondycyjne, o tyle zimą trochę się w tej kwestii zmienia.

Jest stromo. Letnie, jako tako ułożone z kamieni schodki znikają pod grubą warstwą śniegu. Zamiast nich jest gładki, nachylony stok. Co oznacza chodzenie po stromym ośnieżonym zboczu? W sumie może oznaczać bardzo wiele, wszystko zależy od tego, jaki jest akurat śnieg, a ten bywa różny. Może oznaczać właściwie nic nadzwyczajnego, a może oznaczać, że w samych butach będziesz się ślizgać (zwłaszcza schodząc). To drugie z kolei może oznaczać, że będzie Ci się iść trochę niekomfortowo, a może też, że się niespodzianie poślizgniesz raz a dobrze i zaczniesz zsuwać. Coraz prędzej. Co to implikuje? Ano konieczność posiadania sprzętu zimowego (raki+czekan) choćby na wszelki wypadek w plecaku.

Tak, również na szlaku do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Wiem, widziałam te kohorty w kozaczkach i tenisówkach, nie, nie słyszałam, aby ktoś taki tam zginął, czy się połamał. Mimo wszystko, ja bez raków, choćby niesionych prowizorycznie na plecach z resztą bagażu, środkiem zimy do Piątki bym nie poszła.

No i podobnie z Piątką Spiską.



A teraz po kolei.

Szlak zaczyna się w Starym Smokowcu. Właściwie jakieś pół osady, albo przynajmniej tej jej części, która jest położona po "górskiej" stronie szosy, to jeden wielki parking. Płatny, jak najbardziej również zimą. Kręci się tam mrowie ludzi - bez obaw - większość nie ma najmniejszego zamiaru docierać do Terinki. Bardzo popularnym miejscem wycieczek, czy to pieszych, czy via kolejka jest Hrebienok, czyli po naszemu Siodełko. To takie niezbyt wysoko położone miejsce z ładnym widokiem. Oraz zapleczem gastronomicznym i paroma innymi atrakcjami, wiadomo.

Opłata za zaparkowanie auta wynosi jakieś 6 euro. Przy czym, jeśli przyjedziemy bardzo wcześnie i nie uiścimy jej z góry, to potem bardzo łatwo jest jej uniknąć. Ale to było tak małym druczkiem i po cichutku.

Na Smokowieckie Siodełko i my musimy się udać, chcąc dotrzeć do Pięciu Stawów Spiskich. Można kolejką (choć to taki bardziej górski tramwaj). Nie wiem, o której oni ją tam uruchamiają, ale jak byliśmy ostatnio o 4-tej to była jeszcze nieczynna :D. Moim zdaniem strata kasy, bo idzie się raptem pół godziny do czterdziestu minut umiarkowanie pod górę. Wprawdzie mapa podaje godzinę, ale no błagam, to chyba z piętnastoma przerwami na aktualizowanie fejsa.

Coś mi zaświtało właśnie. Już ja wiem, czemu mapa i drogowskazy podają taki zawyżony czas. Właśnie temu, że obok jest kolejka. Że kolejka charytatywnie ani za ładne oczy nie jeździ, a za ojro. A turystę łatwiej jest skusić do wydania ojro, mówiąc mu, że będzie zaiwaniał pod górę godzinę, zamiast powiedzieć, że tylko pół. A to szczwane lisy.

Wracając do szlaku. Do Hrebienoka wiedzie asfalt. Szlak wije się właściwie cały czas jakoś obok asfaltu, skracając trońkę drogę. Zimą - wyjeżdżone, wydeptane, wręcz wyślizgane. Schodząc żałowałam, że zdjęłam raki. Żałowałam jakieś pięć czy sześć razy. I żałowałam srogo i boleśnie. Także tego, zaliczyć niekontrolowane spotkanie pupy z podłożem można nawet tam, ale umówmy się - lot tam nie grozi, czekan jeszcze ewidentnie zbędny.

Do tej pory szliśmy szlakiem zielonym, teraz mamy wybór: zielony lub czerwony. Bez większej różnicy zarówno pod względem czasu, jak i rodzaju drogi. Tylko mała uwaga - jeśli wybierzecie czerwony, to pilnujcie, żeby pójść w dobrą stronę, czyli przed siebie, a nie na ten przykład w lewo. Bowiem szlak czerwony jest jednocześnie magistralą - takim tasiemcem ciągnącym się wzdłuż calusieńkich Taterek.

Po około 20-30 minutach szlaki czerwony i zielony schodzą się i dalej biegną już razem do Chaty Zamkowskiego. Tymczasem jesteśmy na Staroleśnej Polanie i możemy stąd też odbić szlakiem niebieskim do Staroleśnej Doliny, ale to inna bajka. Nieopodal znajduje się Rainerowa Chata - najstarsze tatrzańskie schronisko (obecnie muzeum i sklepik - zdjęcie poniżej).


Do tej pory nieznacznie podchodziliśmy, teraz będziemy - tak trochę bez sensu, owszem - schodzić w dół. To dziwi, gdy jest się tam po raz pierwszy. Bo niby mamy się wbić na dwa tysiaki, a tu ewidentne zejście. No cóż, tak ma być, wszystko gra i trąbi, prosimy nie regulować odbiorników.

Tak jak słusznie przypuszczacie - w drodze powrotnej trzeba będzie tam podejść pod górę. Ktoś powinien za to pójść do więzienia, no ale już nieważne :P.

Tego zejścia jest tak trochę, paręnaście minut może iii... ja tam się już ślizgałam. Ojjj no, pomińmy fakt, że ja się ślizgam wszędzie. Tak, czy owak, lot nadal nie grozi.

Zaraz, gdy tylko teren się wypłaszcza mamy mostek i wodospad. Gdzieś tam trochę dalej skrót przeznaczony dla tragarzy. Szlak robi tam taką dużą pętlę.

Kolejne jakieś 30-40 minut i jesteśmy pod Chatą Zamkowskiego. Trudności dotąd brak, ewentualnie może być ślisko. Można założyć raki, czemu nie.


Przy Zamkowskiego zwykle dzieją się dziwne rzeczy. A to ktoś wyciąga whiskey i wlewa do puszki po red-bullu, a to wyrastają jakieś wielkie lodowe... no te, lodospady. Jeden kolega w wakacje opowiadał, że także w środku bywa ciekawie. No ale ja znowu zupeeełnie nie o tym.


Magistrali mówimy tu papa, idzie sobie ta czerwona glizda dalej do Łomnickiego Stawu, a my już za wyłącznie zielonymi znakami wkraczamy do Doliny Małej Zimnej Wody. Najpierw paroma zakrętami kluczącymi przez las, potem przez kosówkę. Wciąż bez trudności, ino pod górę. Po jakimś czasie odsłania się daleki i rozległy widok na calutką dolinę i nawet Terinkę już widać, tyle że tak trochę hen hen...

Letnia ścieżka przez Małą Zimną Wodę,
ponad wodospadem widać bryłę schroniska.


Teraz będziemy iść po względnie płaskim. Zimą ścieżka biegnie inaczej niż latem, bardziej zachodnią częścią doliny i bardziej jej dnem.

Zapewne znajduje to swoje uzasadnianie w omijaniu łukiem wylotów paru pokaźnych żlebów. Co nie zmienia faktu, że no cóż - ta trasa jest narażona na lawiny. Tej zimy nawet już jedna zeszła, spod Żółtej Ściany, kogoś zgarnęła i poturbowała.

Widok na zimowy przebieg ścieżki
No więc spacer dnem doliny, aż do momentu, gdy zaczyna się podejście na próg. Podobnie jak wcześniej, podchodzimy od zupełnie innej strony niż latem. Letni szlak wiedzie zboczami okalającymi dolinę od prawej strony, a potem trawersuje szeroko próg dopiero kierując się ku stronie lewej. No więc zimą od razu trzymamy się lewej strony i stamtąd rozpoczynamy ostateczne podejście.



Jest stromawo, ale jeśli porównać to do czarnego szlaku do Piątki polskiej... to tu jest jednak łagodniej. Reszta zależy generalnie od śniegu. My pocisnęliśmy bez raków, bo nam się szło dobrze po wydeptanych dziurach. Dopóki szło się pod górę. Albowiem jest taki kawałek na podejściu, gdzie zamiast pod górę, idzie się w poprzek zbocza. Tam też niby mieliśmy wydeptane, ale otworzyły się przed nami tak rozległe, głębokie i gładkie perspektywy skierowane ku dołowi... że odrobinę żałowałam, że raki niosę w plecaku, a w dłoniach mam kijki zamiast czekana.

Trawers...

...i to, co pod nim

To jeszcze trawers po przejściach. Znaczy się - po przejściu.

Po parunastu trochę wyeksponowanych metrach, znów miarowe i spokojne podejście pod górę. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że poza tym, iż męczące, to nawet całkiem łatwe. No, tylko trzeba pamiętać, że jest się w miejscu narażonym na lawiny.


To już końcówka, w górnym lewym rogu widać schronisko

Osobiście darzę Terinkę sympatią. Może przez to, że po raz pierwszy trafiłam do niej w dżdżyste popołudnie, gdy była pusta, cicha i emanowała nostalgią. Nie wiem, jakoś ją lubię. Pomimo, że w toaletach nie ma spłuczek i trzeba zabierać ze sobą wiaderko uprzednio napełniwszy je ledwo ciurkającą z kranu wodą. Pomimo, że za wrzątek trzeba płacić i to niebotycznie. Lubię witraże z kozimi łbami na drzwiach wejściowych, zacienione schody i małe okienko nad nimi. I ławeczkę na tarasie.


Sama Dolina Pięciu Stawów Spiskich jest w pewnym sensie imponująca. Może niekoniecznie jeśli chodzi o widoki, choć miło się spogląda z niej na pozostawione w dole słowackie miasteczka, parę górek też się całkiem ładnie układa... No stawów zimą to akurat nie widać. Imponujące jest to, że większość szczytów, na które stąd zerkamy bije wysokością o głowę takie na przykład Rysy. Imponujący jest fakt, że te szczyty stąd wydają się być - może nie od razu łatwe do zdobycia - ale bliskie, dostępne na wyciągnięcie ręki.

Taki Lodowy, z perspektywy paru podtatrzańskich miejscowości wręcz monumentalny i przypominający Everest, tu prezentuje się... hmmm. Właściwie to ciężko nazwać to prezentowaniem się. Moim skromnym zdaniem, z tej strony zupełnie nie przyciąga wzroku.

Lodowy to to po prawej...

To jeszcze słów kilka o zejściu i zamykam temat, bo to z założenia miał być krótki i suchy tekst. Taaa...

Do zejścia polecam raki już trochę bardziej obligatoryjnie. Choć z drugiej strony, jest tu wiele możliwości zastosowania techniki dupozjazdu, a tego się w rakach odstawiać nie powinno. Ogólnie to dupozjazd jest dla tych, którzy wiedzą, jak się go robi, a zakładam, że jeśli doczytałeś moje wypociny aż do tego momentu, to raczej bardziej nie wiesz niż wiesz i dopiero szukasz informacji. Cóż, ślizgu na tyłku najlepiej, aby ktoś nauczył naocznie, bo trochę trudno to opisać.

W ogóle to zejścia bywają dużo bardziej problematyczne od wejść.

Odnośnie zimy i tras tego typu jest taka niepisana zasada, że lepiej mieć ze sobą sprzęt i ani razu nie wyjąć go z plecaka, gdy okaże się niepotrzebny niż go nie mieć i utknąć w miejscu, którego bez niego bezpiecznie pokonać się nie da. Albo co gorsza - mimo wszystko próbować sforsować to miejsce.

Więcej zdjęć z okolic Teryho Chaty i Doliny Pięciu Stawów Spiskich do pooglądania w starszych postach: tutaj, tutaj i tutaj. :)

4 komentarze:

  1. "Odnośnie zimy i tras tego typu jest taka niepisana zasada, że lepiej mieć ze sobą sprzęt i ani razu nie wyjąć go z plecaka, gdy okaże się niepotrzebny niż go nie mieć i utknąć w miejscu, którego bez niego bezpiecznie pokonać się nie da." - To zdanie ma bardzo dużo prawdy, nieraz już się nanosiłem sprzętu, tylko po to, by nie było mi za lekko ;-) A wszystko przez to, że z perspektywy fotela w domu ciężko jednoznacznie stwierdzić, jakie warunki zastaniemy na miejscu.

    Mnie ta dolina ciągnie zimą... W tym roku zimą już nie zdołam tam dotrzeć, ale może w przyszłym roku uda mi się spędzić tam kilka dni? :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za interesującą i wyczerpującą relację. Aktualnie planuję wypad w połowie grudnia i jeszcze do tej pory nie miałem sprecyzowanych planów, tym bardziej że Tatry Zachodnie zimą zwiedziłem a wspinaczek na chwilę obecną nie planuję...w związku z tym zawęża się lista interesujących szlaków w warunkach zimowych.
    Czy trzeba rezerwować nocleg w schronisku w Terince?
    Ile godzin zajęła Wam wędrówka w tę i nazad? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Terinka nie jest jakoś strasznie oblegana poza sezonem, ale dla spokoju ducha lepiej zawsze zarezerwować. Jakby co - pozwalają spać na podłodze. Miejsce w pokoju kosztuje 20 euro, podłoga - chyba 14.

      Ile zajęła, to nie wiem, bo cel był odleglejszy (wtedy szłam na Baranie Rogi). Ale do Terinki idzie się ze 3 godziny. W dół szybciej, bo mocno z górki.

      Usuń
  3. raki to poniekad naped, czekan to hamulec, wiec dla bezpieczenstwa lepiej miec jedno i drugie, a przy zejsciu to juz na pewno predzej czekan niz raki (zeby sobie nog nie polamac przy ewentualnym zjezdzie)

    ja akurat tam raz zima schodzilem z samym czekanem w reku (raki celowo w plecaku) by pocwiczyc hamowanie i 2x nieplanowo sie to udalo - jeden za drugim :D

    OdpowiedzUsuń