wtorek, 12 maja 2015

Gęsia Skóra, tfu, Szyja, a czy widać już krzyż? (Wojownicy Malinowej Soplicy)


W sumie moment, w którym zaczęłam kojarzyć Marcina był taki raczej smutny. Gdzieś rzucił mi się w oko link do tekstu o komercjalizacji górskiej śmierci, napisanego w kontekście wypadków lawinowych z końcówki lutego. Tekst był rewelacyjny, trafiony w tak zwany punkt, wyrażający dosadnie to, co i ja sama (i jak się okazało, także wiele innych osób) na ten temat uważam, a nie przyszło mi do rudej łepetyny, aby to spisać. Udostępniłam, zapamiętałam nazwę bloga, nazwisko autora. Potem były kolejne teksty, czasem też mocne, a czasem po prostu lekkie i zabawne. Jeszcze potem spostrzegłam, że typ ma na blogu jednego jedynego linka i to jest... link do mnie. Następnie się lekko zarumieniłam. A w chwilę potem stwierdziłam, że właściwie, to można by się poznać.

I tak zaczęliśmy klepać przez fejsa o tym i owym, aż padło pytanie, które paść musiało, czyli: no to kiedy razem w góry?

Ustawiwszy się zatem na jeden z kwietniowych weekendów, cel ustaliwszy i rzuciwszy sakramentalne: "wszystko zależy od pogody", oczekiwaliśmy na ów weekend, no i na wyklarowanie się pogody.

Pogoda się oczywiście postanowiła wypiąć. W prognozach jakieś ostateczne armageddony.

Cóż, decyzja mogła być tylko jedna: "Oj tam, oj tam. Jedziemy!". :D

Danie główne zostawiamy na niedzielę, bo pogoda puszcza oczko i mówi, że może się trochę ogarnie (i tak nic z tego celu nie wyjdzie, ale wtedy tego jeszcze nie wiemy). Na sobotę planujemy rozruch. I malinówkę.

Marcin zgarnia mnie nad ranem z krakowskiego dworca. W drodze ku górom rozmawiamy o wszystkim tylko nie o tym, gdzie dziś właściwie pójdziemy. Iść na coś ambitniejszego nie ma sensu, jeśli chcemy jutro zrobić to, co chcemy. No i warun trochę nie teges, chmurno, dosypuje, wieje. Może i by się na coś wylazło, ale najpierw trzeba się przeturlać przez długie doliny, potem wracać, a nam się nie chce dziś męczyć. Pozostaje kanon rzeczy do zrobienia w każdą pogodę i na szybko. Sarnia Skała/Kopieniec/Nosal/Gęsia Szyja...? Nagle zaczynam chcieć się jednak zmęczyć.

No ale dobra, coś wybrać trzeba. Temat zaczynamy dopiero w Zakopanem zatrzymując się na jakimś parkingu. Wreszcie wybieramy Gęsią Szyję, gdyż ja w sumie lubię te rewiry, a towarzysz był tam ze sto lat temu. No i zostawimy sobie auto w Palenicy, co jest nam na rękę, biorąc pod uwagę, że chcemy się kimnąć w Roztoce.

Powzięty plan poddaliśmy niezwłocznej realizacji, wstępując po drodze do sklepu po wspomnianą już malinówkę.

Z Palenicy niebieskim szlakiem w kierunku Rusinowej Polany. Dotąd tak skutecznie ignorowałam ów szlak, że aż nie wiedziałam, że tam taki istnieje. Owszem, istnieje. I nawet całkiem przyjemnie wiedzie nas przez las. Klimat taki bożonarodzeniowy, powiedziałabym.


Doczłapujemy się do Rusinki. Skąpiącej dziś widoków, ale za to zupełnie pustej. Po krótkim postoju ruszamy na Gęsią Szyję. Postanawiamy niby, że bez raków, jednak lód na początkach podejścia szybko weryfikuje nasze postanowienia. Dalej są w sumie mało potrzebne, ale już nie chce nam się ich ściągać.




Co tu pisać, poza tym, że na dole zakopywaliśmy się w śniegu "po jaja" (do Marcina średnio dociera, że kobiety nie mają jaj ;) ), to idzie nam się dobrze. I sprawnie. W związku z tym na szczytowych skałkach urządzamy dłuższy przystanek. W oddali coś się od czasu do czasu odsłania, rozwiewa, można choć popatrzeć na te szczyty najwyższe.







Zejście jeszcze sprawniejsze. Trochę powyżej polany dostrzegamy, iż nieco się już ona zaludniła. Ba, ktoś nawet zmierza z widocznym wysiłkiem ku nam, ku górze. Mało, że zmierza, zagaja do nas. Zagaja tymi słowy: "A stamtąd, gdzie stoicie widać już krzyż?".

Dębiejemy. Bo ani tu krzyża nie widać, ani wyżej go nie było. Ani dziś, ani zdaje się, że kiedykolwiek. Pan ponawia pytanie, nieco konkretyzując: "No czy widać już krzyż tego kościółka?".

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa... No więc teraz już mój mózg kuma, że państwo chcą właściwie na Wiktorówki. No to im mówimy, że kościółek, to w trochę inną stronę i w dół, a nie w górę, bo tu to się na Gęsią Szyję idzie. Na co pada kilkakrotnie powtórzone pytanie, czy oby "na pewno???". Tak. Na pewno.

Pan się odwraca ku towarzyszkom walczącym ze śniegiem nieco niżej i mówi, że tu się idzie na Gęsią Skórę, a oni przecież nie chcą na Gęsią Skórę, po czym zostaje przez owe towarzyszki nieomal sklęty, a na pewno słyszy coś w rodzaju: "to jak żeś ty patrzył na te drogowskazy?!" i "oj, bo z tobą, to tak zawsze". My natomiast dowiadujemy się, że oni tu godzinę podchodzą wypatrując rzeczonego krzyża (zdarzenie ma miejsce jeszcze przed wejściem w las). Potem z dołu obserwujemy, jak schodzą - podobnie długo. Państwo byli tacy raczej starsi, szkoda nam ich więc właściwie.

Także tego, taka mała rada: na drogowskazach patrzymy nie tylko na to, co na nich napisane, ale też, w którą stronę skierowany jest ich dziubek.

Niespieszno nam dziś, toteż posiadóweczka na polanie, a potem powolne człap człap ku morskoocznemu asfaltowi szlakiem najpierw czarnym, następnie czerwonym. Wreszcie kawalątek autostradą, no i zielonym do schroniska.

 Widoki w sumie całkiem obiecujące :)


O Schronisku w Dolinie Roztoki słów kilka. Trzeci raz odwiedziłam to miejsce (wcześniej tak przelotnie, na chwilkę) i o ile wcześniej robiło tylko podchody, o tyle teraz bezapelacyjnie skradło moje serce. Z zewnątrz nie da mu się zrobić ładnej fotki, bo wisi unijna szmata. No ale cóż, chyba dzięki tej szmacie, w łazience jest podłogowe ogrzewanie, schron oferuje przestronną suszarnię, funkcjonalną kuchnię turystyczną (jest tam nawet herbata, kawa, się państwo częstują!). Ogólnie miło, czysto, kulturalnie. No i jest też w Roztoce... pani Zosia! Z moją orientacją wszystko w porządku (na dowód powiem, że odnotowałam obecność panów śmigających z położonej na parterze łazienki do pokojów na piętrze w samych ręcznikach), ale na energiczną krzątaninę tej kobiety nie można się napatrzeć. Bez zbędnej przesady :).

Nie wiem, czy powinnam tak reklamować, bo jeszcze się tłumy zwalą, drzwi w toaletach obsmarują flamastrami, panią Zosię umęczą i pozbawią werwy. Na szczęście Roztoka leży tak zupełnie nie po drodze skądkolwiek i dokądkolwiek, że chyba jednak mogę się tak zwyczajnie z głębi serca podzielić zachwytem. Tak, to miejsce ma klimat.



Rozsiadamy się przy stole i tak sobie siedzimy. Najpierw pusto jest i cicho, potem gęstnieją zboczeńcy, czyli ci, co jednak zboczyli z asfaltu, by tu wstąpić na papu. Z czasem znów ciszej, aż w końcu docierają nocujący. Do nas personalnie dociera Marcelina, a ponieważ jeszcze przed przestąpieniem progu schronu zaczyna raczyć się wiśniówką, częstowana przez nowopoznanych potencjalnych jutrzejszych pogromców Gerlacha, to poznajemy ich i my, a dalsza część wieczoru upływa już w pięcioosobowym uhahanym słodkimi soplicami i piwem gronie.

A potem grzeczne lulu, co by się wyspać przed... wycofem. Buhaha.

6 komentarzy:

  1. Tak, Roztoka to najlepsze tatrzańskie schronisko :) Jeśli mam gdzieś tam spać, to zawsze je wybieram.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zatem poznałaś bliżej Zosię - złota kobieta ;) A próbowałaś Jej czosnkowej bądź grzanego piwa? Jeśli nie to wracaj czym prędzej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam w ogóle bardzo chętnie czym prędzej wrócę :).

      Usuń
  3. Unijna szmata..hehe, już Cię lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Unijna szmata..hehe, już Cię lubię :)

    OdpowiedzUsuń