sobota, 20 czerwca 2015

Zachodnie - czemu nie? Cz.1: CZERWONE WIERCHY WE MGLE


Kto mnie już trochę tatrzańsko kojarzy, ten wie zapewne, że ja zasadniczo w Zachodnich pojawiam się rzadko. Ot po prostu, nie preferuję. Tak blisko są przecież Wysokie z całym tym swoim wachlarzem różnorodnych wyzwań. A ja jakoś zwyczajnie wolę skałę i wąziutkie ścieżki od relaksacyjnego dreptania rozłożystymi grzbietami.

Nie wiem więc sama, co też mnie naszło, ale jakoś tak zatęskniłam. A może po prostu stwierdziłam, że to nie wypada tak omijać i że czas najwyższy tam w końcu powrócić? Albo uznałam, że brak mi zdjęć z zachodnich rewirów?

Cóż, najpewniej to ostatnie. ;)
Inna sprawa, że wlała mi się w serce myśl o samotnej późno-letniej włóczędze. Zupełnie mniejsza o to, gdyż pochwaliwszy się na fejsie swymi zamiarami, prawie momentalnie znalazłam towarzystwo. Prawie momentalnie też wyklarował się plan i zamiast późnego lata, musiałam się zadowolić wiosną. I to jak na szczytowe partie - taką raczej wczesną. Zupełnie, ale to zupełnie nie szkodzi. Odwiedziłam Zachodnie, podrapawszy się tym samym tam, gdzie mnie swędziało, a teraz się mogę znów bez żadnych wyrzutów sumienia skupić na Wysokich :).

Borys wpisał kiedyś w internety frazę "szlaki dla średniozaawansowanych", no i... stąd się mniej więcej znamy. Potem jeszcze dokleił mi rekina do zdjęcia spod Koziej Przełęczy (don't ask). A w końcu zostawił wiadomość na skrzynce, która zrobiła mi poranek, a jak zaczęliśmy klepać literki przez fejsa, to pogratulował zaparcia. Górskiego, gwoli ścisłości. I był tak miły, że narysował mi tę piękną kózkę, co od pewnego czasu robi mi za logo. Znaliśmy się nawet już osobiście, gdy powiedział, że w Wysokie to może ze mną nie pójdzie, bom trochę szalona, a on trochę zachowawczy, ale w Zachodnie, skoro się wybieram, to a i owszem, jeśli nie mam nic naprzeciw. No to ja też, że a i owszem i że czemu nie.

I tym sposobem, około godziny drugiej pewnej czerwcowej nocy, przemierzając szlak na Halę Kondratową z duszą na ramieniu i piwem w ręku (na odwagę!) wypatrywałam z niecierpliwością światła Borysowej czołówki. Doczekałam się go zresztą, zanim się jeszcze zdążyłam porządnie przestraszyć. Ale piwa nie zaszkodziło mieć ;).

Na Halę doczłapaliśmy jakoś koło trzeciej. Chmurno było, wbrew prognozom. Ciemno i cicho, nie licząc chrapania dobiegającego z miniaturowego schronu. Weszłam w świat gór, a opuścić go miałam dopiero po trzech dniach. Czułam spokój.

Załapałam się na ostatnie wolne łóżko, tak się złożyło, że piętrowe, i przeżyłam ciężkie doświadczenie graniczne, zauważywszy, że nie posiada ono barierki. Co nie przeszkodziło mi zasnąć. Uprzednio powtórzywszy sobie szeptem kilkanaście razy, że mam się, kurde, pod żadnym pozorem nie przekręcać.

Obudziłam się w pozycji, w której zasnęłam, co napełniło mnie optymizmem w kwestii przekonania, że mogę już nocować na graniach ;).

- Znasz taki profil: "Chodzę po górach, bo lubię mgłę"? - docierają do mnie pierwsze tego dnia słowa
- Taa - tym razem to ja odzywam się po raz pierwszy
- No.
- No. Rozwieje się.


Schronisko schowane za skałami Długiego Giewontu, to taka paczuszka po zapałkach. Maleństwo wyzwalające jakąś taką czułość. Aż żal mi, że nie było mnie tu wieczorem, kiedy wszyscy czekali w kolejce do jedynego prysznica. A pan Bogdan dokładnie wtedy naprawiał znajdującą się tuż obok pralkę. :D

Zgarniamy się niespiesznie, bo pogodę mamy stabilną (wbrew mym mantrom o rozwiewaniu i osiadaniu, wygląda na to, że stabilnie mglistą). I czasu mamy dużo. Ale przyzwoitość nakazywałaby wreszcie ruszyć.




W dolinie już pełnia wiosny, znaczy się zielono. Z kamerek wiem, że w górze czekają na nas pojesienne reminiscencje wymemłane przez zimę. No trudno, przeżyję jakoś ten brak zieleni w czerwcowych Zachodnich... wybiegając myślami do letniego granitu już skwapliwie odsłaniającego się spod śniegu, sasasa ;).


Tymczasem naprawdę cieszę się, że tu jestem, co muszę parę razy powtórzyć Borysowi, bo pokpiewa sobie trochę mówiąc, że zaraz oświadczę, że "toż to nawet nie są góry". Pfff. Są są.

Takie trochę małe...I łatwe...
Ale też całkiem spoko ;).



No cóż, spacerujemy kawalątek doliną a potem wznosimy się wraz ze szlakiem na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Szlakiem, którym jak dotąd iść okazji nie miałam, więc cieszy mnie to dołączenie go do kolekcji. Niczym oczywiście nie zaskakuje, ot miarowe podejście. W górze mgła i trochę śniegu. W mej głowie durny pomysł. Zatrzymuję się.

Towarzysza mam dobranego mocno nieprzypadkowo pod względem poczucia humoru. Mały przystanek na trasie owocuje więc osobliwą sesją zdjęciową.


Docieramy na przełęcz, a z niej po krótkim odpoczynku ruszamy na Kopę. Wieje tu trochę, a zamglenie jest zupełne. Niefajnie się w głowie przypominają wszelkie wyczytane tu i ówdzie ostrzeżenia, że we mgle na Czerwone Wierchy, to niech bozia broni. Istotnie, mgła odbiera możliwość jakiegokolwiek zorientowania się w terenie. Tu tylko zbocza porośnięte trawą, a każde jej źdźbło identyczne. Ale ale... od czasów nieszczęsnej Aldony, która zagapiwszy się na chwilę nieopatrznie opuściła swoją grupę, by stać się na kilka dni niewiarygodną zagadką, a wreszcie znaleźć w stanie już opłakanym - sporo się zmieniło. Zakładam, że wtedy mogła wieść tędy jakaś niewyraźna, słabo oznakowana ścieżyna. Teraz to cała sieć równoległych nieomal autostrad, wobec których istnienia, sens odnawiania oznakowań staje pod znakiem zapytania.

Grzejemy więc tymi stadnie rozdeptanymi zwielokrotnieniami szlaku, a mnie krew zalewa, że tutaj za przedeptywanie własnych wariantów (a jest ich całe mnóstwo) nikt mandatami nikogo nie straszy.

Na Kopie Kondrackiej nie wieje i nawet duszno jakoś i parno jest. Widoki, cóż. Nie do opisania.


Leniuchujemy należycie, po czym zawijamy się na Małołączniak. Nic ciekawego nie następuje. Poza tym może, że słychać głosy. Ucieleśniające się na długo po wybrzmieniu, gdy już mgła raczy wypluć ich właścicieli.
Zaraz zeżre mnie mgła.
Focił Borys.


Z Małołączniaka widoki toczka w toczkę identyczne, jak z Kopy. Mam nawet plan cyknąć podobne zdjęcia ze wszystkich czterech "czerwonych" szczytów, ale ten plan w dość zabawny sposób nie dochodzi do skutku. Otóż wychodzi na to, że jednak się trochę gubimy.





Ich też zeżre.

Borys nad przepaścią stoi
prawie wcale się nie boi :P


Ruszamy ku Krzesanicy i generalnie se idziemy. Przystajemy tu i ówdzie, bo a to się rozwieje kawałek błękitnego nieba, a to kopczyki urzeką swym cmentarnym urokiem. Oczekując jakiegoś konkretnego podejścia, właściwie zaczynamy... ewidentnie schodzić. Zatrzymuje nas grupa panów, pytając, czy daleko jeszcze na Ciemniak, na co my chóralnie wyrażamy zdziwienie:

- To my już BYLIŚMY na Ciemniaku?

Na co panowie popadają w lekkie oburzenie pozwalające sądzić, iż podejrzewają nas o niecne zamiary wobec Topru (np. o chęć przerobienia go w taksówkę).

- Jak to? To wy nie wiecie, skąd idziecie?

Oj, nie chce nam się szczegółowo tłumaczyć. Panowie się oddalają, a my zaklepujemy zajmowaną przed chwilą przez nich miejscówkę na kamulcach i okupujemy ją przez czas dłuższy, gdyż:

a) jest jeszcze mocno wcześnie
b) ni cholery nam się nie chce schodzić Tomanową.



Niestety, w końcu robi nam się zimno, albo to Tomanowa is calling, zlekamy dupska, idziemy. Początkowo ten szlak jest nawet spoko. Ścieżka bywa wąska, trawersuje jakiś pierdyliard żlebisk, no i jesteśmy już coraz niżej, więc znowu robi się zielono. Tyle, że to zejście jest niemiłosiernie długie, a niżej robi się do tego płaskie i zupełnie leśne. Siada nam na dekle, Borys śpiewa o piwie, a ja mówię, że no fajnie, że przyroda i że ptaki śpiewają, ale ja bym już chętnie z tej przyrody tak trochę wyszła. I tu pada coś o tym, dlaczego ptaki śpiewają i chce mi się piwa jeszcze bardziej.

Do Kościeliskiego schroniska dobijamy porą popołudniową, gdy jeszcze pełne jest spacerowiczów, którym z zazdrością spoglądamy w talerze.

- Jak już będę bogaty, to będę jadł obiady w schroniskach.
- O to to!

Pomimo, iż z lenistwa ociągamy się z meldunkiem, załapujemy się na ostatnie łóżka, bo tu mają jakąś dziwną politykę i sprzedają glebę przed łóżkami.


Aha. Nie rozwiało się.

Jeszcze jeden dialog, z podejścia pod Kopę:

- Ty, jakie to dziwne. Zderzyły się kiedyś jakieś płyty ze sobą, coś się wzięło wypiętrzyło. A ludzie po tym chodzą.
- No. I zdjęcia temu robią.
- I wiersze o tym piszą.
- I jeszcze dorabiają do tego jakąś mistykę i sens życia w tym widzą.

:)

5 komentarzy:

  1. No to dwa Czerwone Wierchy Was zrobiły na szaro i nie pokazały, że to już szczyt :P Z tym zgubieniem się, to latem rzeczywiście ciężko. Ale zimą, przy takiej mgle, to można się nieźle pogubić.

    "- Jak już będę bogaty, to będę jadł obiady w schroniskach.
    - O to to!" - Też zawsze tak twierdzę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zimą jak najbardziej. W ogóle myślę, że w Zachodnich zimą we mgle wszędzie o to nietrudno. A i Wysokich jak poznikają punkty orientacyjne, może być lipnie.

      Usuń
    2. Hej! Super blog!
      W zeszłym tygodniu też szliśmy tą trasą gdy Kopie pojawiła się mgła. Poszliśmy dalej i nie byliśmy do końca pewni czy jesteśmy na Krzesanicy, a potem czy to już Ciemniak czym rozbawiliśmy jednego Pana :)
      Jesteśmy amatorami i się tego nie wstydzimy!

      Usuń
  2. No nie mogę nie napisać. Przedwczoraj, w upalną ostatnią sobotę sierpnia 2016, przeszłam sobie trasę z Gronika, przez Przysłop Miętusi i Kobylarzowy Żleb na Małołączniak. A zniego hop na Krzesanicę i jeszcze hop na Ciemniak. I z górki do Kościeliskiej, gdzie tłum w porze popołudniowej kłębił się okrutnie. I musze dodać, żeby troszkę zazdrość wzbudzić (ha, ha), że wszystko było pięknie widać. Jakże pięknie!!! Pozdrawiam! Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja byłam na Czerwonych Wierchach w ładną pogodę parę lat wcześniej i wszystko widziałam :P

      Usuń