czwartek, 16 lipca 2015

(Nie tak znowu bardzo...) ...dawno temu w trawie - Świstowy Szczyt


Wokół Zbójnickiej Chaty rozlanych jest kilka pobłyskujących słońcem jeziorek, latem bardzo tu zielono i urokliwie. Dookoła niby górują groźne szczyty: zaliczający się do korony Staroleśny, z drugiej strony masywne Jaworowe. Dno Doliny Staroleśnej nic nie ma w sobie jednak ze srogości górskiego krajobrazu. Po sąsiedzku, za granią, mamy Pięć Stawów Spiskich - tam wszystko jakby odlane z kamienia, monochromatyczne. Tu - przeciwnie: miękkie trawniki, szemrzące strumienie, i ta mnogość jezior. Senny, bajeczny landszaft. Tylko się położyć pośrodku tego wszystkiego i chłonąć.

Yhym, rozmarzywszy się. A zimą też tu cudnie, choć jakże inaczej. Do rzeczy, jednak. Tutejsze schronisko stoi na wzniesieniu, przez co widoki ma na wszystkie strony. Za nim dolina powoli się kończy, zamyka. Jak? Ano tam już wyrastają góry. I takim szczytem aż proszącym się o dostrzeżenie, bo znajdującym się w prostej linii (i dobrze widocznym ze stołówkowych okien) za Zbójnicką Chatą jest Świstowy Szczyt.


Opada z niego ku dolinie i ku schronisku grań, długa i łagodna, kończąca się trawiastym miękkim uskokiem tuż przy szlaku wiodącym na Rohatkę. No i cóż, jak się jest normalnym turystą, to pewnie widzi się ten zielony pagór i nie ma się w związku z nim żadnych głębszych refleksji. Jak się jest mną albo innym pasjonatem ścieżek dzikich, traw nieznacznie tylko wydeptanych, tajemniczych, chowających się przed wzrokiem kamiennych kopczyków, słowem - parszywym pozaszlakowcem jak się jest, to się widzi rozwijający się zapraszająco dywan.

 Zdaję sobie sprawę, że na środku zdjęcia jest plama.
Po prostu lepszego z tego akurat miejsca nie mam.

Jeno takie z daleka...

No nieprzyzwoitością by było na ten grzbiet się nie wdrapać i nie przespacerować nim. Aż do szczytu.

A że my z tych przyzwoitych, z górskich zaproszeń grzecznie korzystających, nie pozostaje nam nic innego, jak trochę się przejść. Spieszyć się dziś nie musimy i nie zamierzamy. Dzień przed nami długi i ładny, schroniskowa podłoga już czeka, co by na niej wieczorem zlegnąć, a po biwaku i wczorajszym tachaniu klamotów przez Jaworową jesteśmy tacy jakby zdrowo przetrąceni i śnięci. O tak, pośpiech dzisiaj niewskazany.

Od szlaku odbijamy zaraz za strumieniem. Znajdujemy się teraz parę metrów wyżej, mijamy staw i kicamy na wyrastający przed nami wał. Trochę na oślep, choć odnajdujemy chyba coś, co można by określić szczątkowymi śladami bytności człowieka, jakąś mikro-ścieżkę.


Wychodzimy na długą i szeroką platformę, którą posuwamy się do przodu aż do nieznacznego przewyższenia, gdzie znów musimy trochę się wdrapać. Tuż za nim wszystko wraca do normy - nadal trawa usiana kamieniami. Aż do momentu, gdy wyrasta przed nami skała, dość niemała i pionowa.


O toto stanowi wspomnianą przeszkodę.
W związku z tym, że wyjazdowe plany nie przewidywały Świstowego i zaniosło nas tu właściwie przypadkiem, nie sprawdziłam przed opuszczeniem cywilizacji, jak to się tam dokładnie idzie, a miałam w pamięci tylko zatarte już z lekka, ogólne informacje zaczerpnięte z jedynej znalezionej w sieci relacji. I mnie się głupiej wydawało, że tam się idzie na wprost. I nawet tak powiedziałam, będąc jeszcze w pewnym oddaleniu od przeszkody. Z bliska to jednak nie wygląda jakby miało się dać pokonać na wprost. Jedynkowo. Bo jakoś trudniej - a jakże. 

Ścieżka odbijająca w prawo i umożliwiająca ominięcie tego czegoś, co nam tu urosło jest już wyraźniejsza niż ta, którą dotychczas odnajdywaliśmy gdzieniegdzie. Nie można powiedzieć, że rzuca się w oczy, ale jak się dobrze rozejrzeć...  Odbijamy więc w ową ścieżynkę.



zdjęcie podkradzione od Bartka

Wszelkie trudności na trasie do szczytu są skumulowane na tym "omijającym" kawałku. Jest dość stromo, ale nade wszystko jest krucho i luźno. A wspominałam, że cały czas przepięknie? Wspomnienia ze Świstowego trochę mi przykurzył zdobyty nazajutrz Gerlach. No bo co tu dużo mówić, na Gerlachu były emocje. Ale jeśli chodzi o piękno... piękno było tutaj.

Przejście tym kruchym, choć jednocześnie bardzo trawiastym terenem było może nie tyle trudne, co bardzo ostrożne. A prawdziwe cyrki robiliśmy tutaj schodząc.


Za obejściem teren robi się banalny. Z dołu (gdzieś spod Rohatki) dochodzi tutaj dość jebutna ścieżka. A po drugiej stronie zionie pustką niespodziewanie i całkiem przerażająco stromy żleb. Parędziesiąt kroków i mamy szczyt, zaakcentowany zardzewiałym trójnogiem i jakąś puchą na nim. Ze szczytu i spod niego widoczki doprawdy niczego sobie.











Próbujemy leniuchować, ja nawet przysypiam, ale kamulce wbijają się w to i owo i chłodny zefirek dokucza, toteż zawijamy się dość szybko. Zejście - jak już wspomniałam - popisowe. Schodzimy na raty. Ja przodem. Potem zatrzymuję się, chowam za winkiel, krzyczę: idź! i dopiero Bartek rusza. I tak parę razy. Wszystko to względy bezpieczeństwa, coby się tu nawzajem nie poprzetrącać jakimś nagle uwolnionym kamulcem.





Dopóki nie dochodzimy do tarasowatych trawników. Tam pełen relaks. W tym jakieś dwie godziny spania. Bo fajnie się włazi na te wszystkie szczyty, ale tak po prawdzie, to nie ma to, jak sobie poleżeć :).

Przy zejściu z garba (grani, grzbietu, wału...) trochę się gubimy. No więc, to nie jest takie zupełnie wszystko jedno, którędy się schodzi, bo w większości miejsc trawniki są zbyt strome, by się nimi poruszać, albo zupełnie podcięte skałkami. No ale, wiemy w którą stronę się przemieścić, żeby było spoko, więc problemu nie ma.



Wspominałam już, że z jadalni Zbójnickiej Chaty wszystko to widać, jakby się patrzyło na własne śniadanie na talerzu?
Pozdrawiam. Ja i moja różowa bluzka.

9 komentarzy:

  1. "Bo fajnie się włazi na te wszystkie szczyty, ale tak po prawdzie, to nie ma to, jak sobie poleżeć :)"
    No właśnie, ja też najbardziej lubię ten element każdej wyprawy :D

    Fajnie się czytało :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gosia ty masz kurs taternicki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie.

      A czemu to pytanie padło akurat pod Świstowym, jeśli mogę wiedzieć? :)

      Usuń
    2. Przypadek, że akurat tu :) Czytam regularnie twojego bloga i widzę, że masz za sobą drogi taternickie. Super, że masz z kim chodzić - ja sama bez kursu skałkowego chociażby nie odważyłabym się wybrać poza szlak (nie wiem jak mogłam dopiero teraz zauważyć, że ten komentarz się nie dodał! :/ ) .

      Usuń
    3. Bartek też nie ma kursu. Ale to tak BTW.

      Natomiast już komuś tu kiedyś pisałam, że ludzie towarzysze górskich wędrówek nie spadają z nieba ;). Czasem trzeba się samemu zakręcić tu i ówdzie, na ściankę pochodzić, nawiązać jakąś fejsbukową znajomość itp. Ja też nie zawsze miałam z kim chodzić po górach.

      Usuń
    4. Myślałam, że chociaż on! :) No to chyba czas skądś wytrzasnąć kogoś ogarniętego w linkach, karabinkach i innych zabawkach, kto zechce przygarnąć takiego szlakowego łazika jak ja... :)
      A ty - tak z czystej ciekawości - gdzie poznałaś swoich "taternickich" znajomych?

      Usuń
    5. Tak jak napisałam: ścianka i Facebook.

      Usuń