sobota, 25 lipca 2015

Przepoławianie WKT - Ganek!


Lipiec, wakacyjny letarg, a mówiąc wprost - coraz to gorsze nieróbstwo. Odrętwienie, niechciejstwo, motywacyjna czarna dziura. A tymczasem w górach wyjątkowo łaskawa pogoda, nie leje jakoś bez przerwy i zapowiadają się dwa naprawdę stabilne dni. Nogi dawno już odpoczęły po katorgach sprzed dwóch tygodni.

Nie, żeby mi się chciało, ale przyzwoitość nakazywałaby się ruszyć.
Parę dni wcześniej niezobowiązująco umówiłam się z Marcelą. Marcelę znam w sumie zdawkowo - w górach byłam z nią raz i niestety cały ten raz był wypełniony takim trochę dziwnym wycofem. Ale dogadałyśmy się tam wtedy i jasne było, że kiedyś coś z tego dogadania się urodzi. To mogła być wspólnie obalona flacha. Albo wspólne góry. Na razie padło na góry.

Nie wiem, co nam z tego tak do końca wyjdzie, możliwości Marceli znam pobieżnie (ale dostrzegam pewien, znany mi aż za dobrze, choć u niej jeszcze nie tak mocno rozwinięty, pierwiastek szaleństwa), więc od razu asekuracyjnie zakładam, że "nic na siłę", ale plan i tak nakreślam ambitny. A co ją będę po szlakach ciągać? Na szlakach to jest ślisko. Jeszcze sobie nogę skręci.

Podsumowując: wybieramy się na Ganek. Szukamy jeszcze tylko kogoś, kto podwiezie nas w okolice Popradzkiego Stawu i ewentualnie pójdzie z nami. A żeśmy obie obrotne, to idzie nam to nieźle i ostatecznie umawiamy się z Tomkiem, Marceli kolegą.

Grubo po północy ładuję się więc do dusznego autobusu, po paru godzinach - w Krakowie - dosiada się do mnie Marcela i razem dojeżdżamy do Chabówki, gdzie zgarnia nas Tomek. Ta samochodowa końcówka podróży upływa mi dość szybko, bowiem upewniwszy się, że Tomek wie, dokąd ma jechać, uderzyłam w kimono jeszcze przed granicą, a ocknęłam się na wysokości masywu Gerlacha, który mój śpiący i chcący pospać jeszcze trochę umysł z początku wziął za Łomnicę.

Asfaltem sprawnie pod górkę ku Popradzkiemu Stawowi, tam chwila przerwy. Z czasem stoimy tak z lekka lipnie, bo ten nocny autobus nie jest najkorzystniejszy i na Słowację udało nam się zajechać dopiero w okolicy godziny 8-mej. Chmurzy się coś w dodatku, a prognozy przewidują możliwy niewielki deszcz pomiędzy 14 a 16. Tym bardziej należałoby ruszać, bo przecież nie będziemy siedzieć i się patrzeć w niebo. Wio!

Za mostkiem odnajdujemy ścieżkę do Doliny Złomisk i, nie bacząc na jakieś straszliwe napisy na tabliczce, wkraczamy na nią. Początkowo nic tam szczególnego nie ma, ot krzaki, drzewa, nawet idzie się trochę jak po szlaku. Szybko okazuje się, że towarzysze zaginają mnie kondycyjnie. Otóż powiedzieć o nich, że też biegają byłoby obraźliwe. Oni po prostu biegają, a nie mają jakieś sporadyczne zrywy tak jak ja ;).

Leśne nudy szybko zostają za nami, a odsłaniają się widoczki. Najpierw Tępa, pod którą maszerujemy, dalej niezbyt mi znane szczyty w okolicy Kończystej, wreszcie po naszej lewej stronie Złomiskowa Turnia, bo masyw Wysokiej chowa się jeszcze gdzieś w głębi. No i wreszcie odsłania się krajobraz, który przed wyjazdem mocno wyryłam na pamięć, co by się tu odnaleźć. Od prawej: Żłobisty, Rumanowy i Ganek. A pomiędzy Rumanowym i Gankiem - Gankowa Przełęcz. Natomiast tam, gdzie póki co my - tuż przy ścieżce rozlewa się malowniczo Zmarzły Potok, a wokół niego rozpościera miękki zielony dywan... ojjj tak, chciało mi się tego tatrzańskiego lata...


A tutaj hipnotyzujący masyw Wysokiej...
Słyszałam co nieco o Dolinie Złomisk i wszystko się zgadza - pięknie jest. Tyle, że gdy kończy się wyraźna ścieżka, a zaczyna wędrówka po kamulcach, czar trochę pryska. No ale, wtedy to już właściwie nie Dolina Złomisk, tylko inne, powyższe - np. Rumanowa, ku której my właśnie dziś zmierzamy. W każdym razie, tu, nad strumieniem - jest przebajecznie.

Przyszli zdobywcy Ganku
(sam Ganek w tle zresztą też :) )


Potem niestety trzeba rypnąć solidnie pod górę, no i zaczyna się wspomniany spacer po kamulcach. Początkowo znajdujemy kopczyki, co nie ma jakiegoś wielkiego znaczenia, bo wiemy gdzie iść, a i tak wszędzie jest dość niewygodnie. Znaczenie zaczyna mieć, gdy już zbliżamy się w okolice Gankowej Przełęczy (mam na myśli jej dolne okolice) i przydałby się jakiś solidny kopiec informujący, gdzie mamy się wbić. Kopca nie ma. W ogóle kopczyki się jakby kończą, ale tutejsze żleby z dołu nie wyglądają ani trochę przyjaźnie, więc napieramy dalej szukając jakichś trochę sympatyczniejszych. Mi coś we łbie zaczyna nie grać, bo pamiętałam rysunek, z której strony trzeba się wbić na przełęcz, a my coś właśnie przechodzimy na stronę jakby drugą... no ale... tu naprawdę nic nie wygląda, jakby miało dać się pokonać w bezpieczny sposób, no i wciąż szukamy kopca...

 Gankowa Przełęcz - głębokie wcięcie w lewej części zdjęcia,
dalej na lewo - grań prowadząca na szczyt
no i Ganek

 Ganek coraz bliżej
 No i w tym momencie zaczynamy iść za daleko...
...O czym świadczy też perspektywa, 
z jakiej niebawem zaczynamy patrzeć na ten staw...

Obchodzimy jakąś grzędę, czy ramię, za którym oczekujemy zobaczyć łatwiejszy teren i łubudu, jak na życzenie wyrasta przed nami wielgachny kopiec. No to my, nie myśląc długo: alleluja i pod górę! Nadal coś mi we łbie nie pasi, ale ten kopczyk działa uspokajająco.

 Tu nas akurat być nie powinno.

Niestety, łatwy z początku teren, robi się dość szybko... może nie tyle trudny, co bardzo stromy, a chwilami wręcz leciutko przewieszony. Tomek jak na pozaszlakowca-świeżaka radzi sobie aż za dobrze, napiera pod górę z niegasnącym uśmiechem, ja sobie generalnie idę, ale przestaje mi się to wszystko podobać, a Marcela na jakichś dwóch przejściach wymagających mocnego zaufania do własnych rąk lekko się zacina. Basta! Ewidentnie źle idziemy, to nie jest 0+, czas się jakoś ratować. Schodzić nie ma co, za trudno, odbijamy więc na prawo, tam, gdzie zapodzialiśmy "naszą" przełęcz.

Tu też nie, ale przynajmniej zmierzamy w dobrym kierunku.

Robi się łatwiej, wygodniej, choć nadal idziemy na ślepo. To trwa jednak krótko. Okazuje się, że nie tylko my zbytnio odwlekaliśmy moment podejścia pod górę i potem szukaliśmy powrotu na właściwą trasę trawersując zbocze, bowiem odnajdujemy całkiem wyraźną i okopczykowaną ścieżkę, która już doprowadza nas do właściwego podejścia. Na tej wysokości jest ono dość wypukłym rumowiskiem. Czym było w dole - przekonamy się dopiero schodząc.

Podejście na Gankową Przełęcz - spojrzenie w dół...

...i w górę.

Teraz już bez problemów, choć oczywiście ostrożnie docieramy na Gankową Przełęcz. Tam wraca mój spokój w kwestii możliwości ewentualnego pogubienia się - pod tym względem jesteśmy w domu: do szczytu tylko kawałek grani, a na dół stąd też jakoś trafimy. Pozostaje inny aspekt - jak towarzysze zareagują na lufę, która bez wątpienia na grani wystąpi w odsłonie dość spektakularnej (już na Przełęczy jest mocno "powietrznie"). No i kurrrde... chmurzy się...




Toteż nie ma na co czekać, parę zdjęć i ruszamy dalej. Ślady po rakach instruują, którędy dokładnie najwygodniej się poruszać. Początkowo idziemy jeszcze skalistym zboczem, potem wychodzimy na bardziej odsłonięty teren. Tej grani jest dobre kilkadziesiąt metrów. Bywa wąsko, ale wciąż jest raczej wygodnie, jest gdzie stawać, jest się czego łapać. Jedna formacja przypomina mi z wyglądu Lodowego Konia, ale jest zdecydowanie szersza, nie trzeba na niej siadać okrakiem. Głowy wszystkim wytrzymują, w świetnych humorach docieramy na szczyt.
Yep, po tym się idzie.



Właściwie, to zdjęcie miało przedstawiać przepaść...


Koń jaki jest, każdy widzi.

Tam znajdujemy coś, co w pierwszej chwili bierzemy za porzucony termos, a co później okazuje się puszką szczytową. Towarzysze się rozsiadają, a mnie nosi, więc idę jeszcze kawalątek, aż prawie do przepaści, poszukać krzyża, bo chyba kiedyś jakiś tu był. Krzyża nie ma. Są za to piękne widoki, radocha jest i tylko trochę lęku o to, co się nam z tych chmurek może wykluć.


 W stronę Rysów...

 Dwie rude baby ;)

 Kończysta i Tępa

O, a tam właśnie wejdę jutro ;)



Po paronasto-minutowej posiadówie, dokonaniu wpisu w zeszycie i sesji zdjęciowej ruszamy zatem w drogę powrotną. Ostrożnie pokonujemy grań po raz drugi i schodzimy na przełęcz.







Z niej natomiast kruchym, morderczym dla kolan terenem w dół, w atmosferze rosnącej ciekawości, czym to my właściwie będziemy schodzić do Rumanowej Dolinki i jak to coś wygląda z dołu...




Póki co, dowiadujemy się, że z góry też wygląda bardzo paskudnie. Przed nami wąski, stromy żlebik. Kopczyki nie pozostawiają wątpliwości - tak, mamy tam wleźć. Żlebik okazuje się dość wygodny (choć wymagający gimnastyki) i pozbawiony morderczych zapędów. A że zarówno z góry, jak i z dołu wygląda jak maszynka do mięsa... może to tylko nasza wyobraźnia...





Wyszedłszy z niego, dobudowujemy parę własnych kopczyków, bo ubogo tu w nie, a chcemy dopomóc pierdołom naszego pokroju, co przyjdą tu po nas, żeby nie błądziły, jak my przed jakimiś dwoma godzinami. Choć nadal odnalezienie właściwej drogi uważam za dość trudne i nieoczywiste.


Pogoda się nad nami lituje i pozwala nam dzisiaj nie zmoknąć ani trochę. Zejście odbywamy znaną już trasą i tym razem lepiej nam idzie odnajdywanie ścieżki. Schodzenie po dość dzikim terenie daje popalić kolanom, ale do Popradzkiego Schronu dobijamy w godzinach jeszcze popołudniowych, jest więc czas na regenerację.



Tam żegna się z nami Tomek, a my we dwie pozostajemy zdane na pastwę losu, a dokładniej to na średnio-ogarniętego, ale obdarzonego uroczym uśmiechem, pana w recepcji, który melduje nas przez nieomal pół godziny, a w międzyczasie robi milion innych rzeczy, w tym między innymi rozmawia z kimś wymachując przy okazji ręką z moim dowodem, nalicza Marceli moją zniżkę na OeAv (mnie też, więc spoko ;) ), a mnie wydaje dwa razy resztę i pomimo, że mu o tym mówię, to przecząco kręci głową i każe zabrać :D. A potem jakieś piwko. I lulu. Przed jutrzejszą... Wysoką :))).

6 komentarzy:

  1. słabo mi się robi jak oglądam te zdjęcia, a z drugiej strony zazdroszczę..... ;-) a nie boicie się,że mandacik jakiś będzie? dolinę złomisk widziałam z daleka, faktycznie wygląda jak z bajki;-) myślę,ze tam bez szlaku i ja bym doszła :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A boicie, boicie. A wiesz, ile już bym wydała na przewodników, chcąc chodzić z nimi? ;)

      Usuń
    2. w sumie racja :-) co zaoszczędzisz na przewodnikach to można wliczyć na poczet ewentualnego mandatu :-) a może Ty powinnaś pracę rzucić i zostać przewodnikiem? :-)
      * to też piszę ja,Kasia ale z innego konta na gmailu

      Usuń
    3. Zostanie przewodnikiem to nie jest takie hop siup, dlatego nawet mnie nie korci ;).

      Usuń