piątek, 10 lipca 2015

Z wizytą u Króla - Gerlach drogą Martina


Na wstępie zaznaczam, że to nie będzie ani relacja, ani opis trasy, a raczej zbiór (siłą rzeczy subiektywnych) wrażeń i spostrzeżeń.


Gerlach nie jest górą jakoś ekstremalnie trudną, niedostępną, przeganiającą śmiałków, wiecie, te kościotrupy w pordzewiałych zbrojach rozsiane dookoła i inne takie to nie tutaj ;). Tego typu historie krążą o Pośredniej czy o Staroleśnym, ale nie o Gerlachu. Na szczyt prowadzi wiele dróg o różnych stopniach trudności. Oczywiście są wśród nich drogi typowo wspinaczkowe. Najprostsze trasy stanowią jednak umiarkowane wyzwanie.

Natomiast jest Gerlach górzyskiem wielkim, ogromnym, potężnym skąd by nań nie spojrzeć. Rozległym masywem, olbrzymim kopcem skał, a im bardziej z bliska patrzy się na szczyt, tym to wrażenie się potęguje. Tak, ta góra ma swoją niezaprzeczalną powagę i majestat. Tak, chce się ją mieć w portfolio.

Mnie się Gerlach właśnie tą, a nie inną drogą, zwyczajnie ubździł. Siedział w głowie i mnie swędział gdzieś tam pomiędzy zwojami mózgowymi. Wiosną męczyła mnie bezsenność, nocami zdarzało mi się włączać laptopa i czytać relacje, oglądać nagrania. To było marzenie na nadchodzące lato. Ale nie jakieś tam jedno z wielu, a takie z nalepką "priorytet". Musiałam i już.

Podstawowe informacje o Martinovce to te, że rozpoczyna się na Polskim Grzebieniu i wiedzie na szczyt Gerlacha długaśną granią, zahaczając o szczyty: Wielicki, Litworowy, Lawinowy, Zadni Gerlach. Trudności na niej występujące oceniane są na II w skali taternickiej. Żeby wiedzieć, czy to trudno, czy łatwo, trzeba to sobie do czegoś porównać. Kiedyś ta dwójka mnie przerażała, odstraszała, paraliżowała. Jak to mam iść na II, toć to już wspin?! Wystarczy sobie porównać z Orlą Percią, gdzie trudności szacowane są na 0+. Jakby nie patrzeć - półtora stopnia różnicy stoi jak ten wół.



źródło: taternik.net


Ale. Przewinęłam się przez ściankę wspinaczkową. I zauważyłam, że drogi na niej zaczynają się od IV, a IV to jest taka drabina, tylko że w wersji z trochę zaawansowaną gimnastyką. Potem przewinęłam się przez skały i też wyciągnęłam wnioski, że IV to jest jeszcze coś jak najbardziej do zrobienia.

Zanim zostanę oskarżona o potencjalne ludobójstwo pod postacią wyganiania rzesz górskich krejzoli na tatrzańskie drogi czwórkowe z zastrzeżeniem, że jak wyjmą na nich palec z nosa, to są z nich straszne leszcze - stop! To nie tak.

Wiadomo, że co innego czwórka na ścianie, co innego na kilkunastometrowej połogiej drodze w skałach, a co innego w Tatrach. Dwójka to też co innego tu, tu i tu. W Tatrach potencjalnie najprędzej może siąść psycha. Zmierzam okrężną drogą, bo pisanie krótkie i zwięzłe nie jest mą najsilniejszą stroną, do tego, że doszłam do (słusznego) wniosku że to II nie będzie dla mnie (!) trudne i że podołam.

Przed drogą o trudnościach większych niż 0+ już trzeba sobie zadawać pytanie o swoje możliwości fizyczne i psychiczne. Zwykle jednak, pal licho, w razie wtopy można się wrócić. No to w przypadku Martinki jest to podwójnie ważne. Wycof nią jest zapewne możliwy. Ale równie trudny, co dalsza droga. Chodzi o to, że pierwsze trudności, choć niewielkie przy pokonywaniu pod górę, mogą się okazać dużo większe w razie konieczności schodzenia. A potem jest tylko gorzej ;).

Tak, to tylko II, ale i aż II. Tak, to już jest wspin, w sumie łatwy, ale wspin. Po skończeniu trasy bolały nas opuszki palców. Kontakt z granitem był prawie ciągły przez tych kilka godzin na grani.

Orla Perć z tymi jej łańcuszkami, drabinkami, klamrami to przy tym - with all due respect - plac zabaw. Na Martince sztucznych ułatwień - co zresztą chyba oczywiste - nie ma. Natomiast występuje inny czynnik ułatwiający poruszanie się: statystyki odwiedzin nijak się mają do tych z OP, Rysów, czy innych szlaków, toteż granit jest tutaj granitem, a nie ślizgawką wypolerowaną na wysoki połysk. Jest szorstki.

To, co przede wszystkim trzeba mieć na uwadze, rozważając przeprawę tą granią, to ekspozycja. Ta towarzyszy na niej właściwie bez przerwy. Ubogo rozsiane są na trasie fragmenty jej pozbawione. Przy niemal każdym kroku, czy to łatwym, czy właśnie tym "dwójkowym", obok siebie mamy setki metrów zbocza, czasem po obydwu stronach (droga nie wiedzie wyłącznie ściśle granią). Zbocza nie trawiastego, łagodnego, ale stromego i najeżonego kamulcami. A czasem nie mamy żadnego zbocza, tylko zwykłą przepaść. To akurat bez różnicy - i swobodny lot i poturlanie się po tego typu terenie, skończyłyby się z dużym prawdopodobieństwem podobnie opłakanie. Mówiąc wprost - upadek tutaj wróżyć może tylko najgorsze.

Skała jest więc chropowata a chwyty zazwyczaj (nie zawsze...) dobre, ale jeszcze trzeba zapytać swojej łepetyny, co ona na to. Czy czasem nie zeświruje, jak zaczniemy robić jakieś kocie ruchy, mogące się potencjalnie skończyć paręset metrów niżej, doprowadzając w międzyczasie nasze ciało do innego stanu skupienia. Takiego bardziej płynnego niż zazwyczaj.

Odnośnie samych trudności - rzezi niewiniątek nie ma, ale to nie znaczy, że jest banalnie łatwo. Mam łeb trochę skażony wspinaczką, nie bardzo umiem się odnieść do wrażeń i doświadczeń sprzed niej. A przede wszystkim, do umiejętności sprzed momentu, w którym odwiedziłam ściankę. Wydaje mi się jednak, że te nabyte na panelu i w skałach przydają się tutaj baaardzo...

W kwestii orientacyjnej - ja to sobie w ogóle myślałam tak: na grani ciężko się zgubić. Na samej grani może i faktycznie. Natomiast tu się z tej grani dość często schodzi nieco poniżej. Jasny jest kierunek, w którym trzeba zmierzać, ale droga nie staje się przez to oczywista. Wyraźnej, jednoznacznej ścieżki zdecydowanie brak. Ale kto umie szukać, wie, na co zwracać uwagę, ten prawdopodobnie znajdzie.

To jeszcze o asekuracji. Oczywiście: można. Można na lotnej, można na sztywnej. Można bez. Lina jest konieczna do zjazdu - z Wielickiego Szczytu się zjeżdża, wprawdzie czytałam relację, gdzie opisane było, jak ludzie schodzili, więc wychodzi na to, że to możliwe, ale na pewno niekomfortowe i ryzykowne. Generalnie raczej wszyscy tam zjeżdżają (ergo: konieczne jest opanowanie umiejętności zjeżdżania, ewentualnie posiadanie partnera, który nas opuści). Dalej już jest duża samowolka. Żaden z zespołów, które widzieliśmy, nie szedł stale z liną. Była wyciągana tylko (ale też wcale nie zawsze) w trudniejszych miejscach.

Cóż... lina zabiera czas, mnóstwo czasu, a na tak długiej grani ma to niemałe znaczenie. Jej użycie może istotnie podnosi bezpieczeństwo, ale nie gwarantuje go. Mam wrażenie, że czasem daje jego złudną iluzję, przez co łatwiej o popełnienie błędu. Ale to tylko moje zdanie, wiadomo.

No dobrze, to może coś bym Wam pokazała? Nie opowiem o dokładnym przebiegu trasy z paru przyczyn, z których główną jest ta, że go aż tak znowu dokładnie nie pamiętam. Generalnie na grani trochę wymknął nam się spod kontroli czas. W związku z tym kwestie dokumentacyjne zeszły na plan dalszy. Pamiętam trudne miejsca. Te, które mam na zdjęciach, mogę sobie oczywiście chronologicznie ułożyć. Te, których na zdjęciach nie mam, mogą się mi jednak pokiełbasić we łbie w kwestii kolejności i pewnie już dawno to zrobiły. Poza tym wynikły z ogółu sytuacji stres zaburzył trochę ocenę odległości i w sumie to nie wiem, co dokładnie gdzie było (nie przyporządkuję trudniejszych miejsc do konkretnych punktów grani w tylu "ten trawers to był pod Lawinowym"). No ale - coś tam zawsze opowiem.


Na zdjęciu powyżej widoczny jest początkowy fragment trasy. Jeszcze nie jesteśmy zbyt wysoko, to wciąż ścisłe okolice Polskiego Grzebienia. Pierwsze niewielkie trudności już się pojawiają, ale generalnie jest trawiaście i dosyć rozlegle. Dalej będzie znacznie bardziej księżycowo. Musimy wleźć na to, co przed nami wyrasta, ale nie jestem w tej chwili pewna, czy był to już Wielicki Szczyt, czy jakaś turnia przed nim.




Na powyższych zdjęciach uwiecznione wciąż początki Drogi Martina. Kominek z ostatniego zdjęcia jest już stromy, ale jeszcze nie aż tak znowu eksponowany. Stąd jeszcze można się bez większego trudu wycofać (choć i tak byłoby raczej sporo trudniej niż na wejściu).


Widok na to, co przed nami, a przed nami bardzo dużo, właściwie, to prawie wszystko... Za Wielickim Szczytem grań zacznie "skręcać" i stracimy widoki na dalszą część drogi.


Okolice Wielickiego Szczytu. Poniżej też.





Na zdjęciu powyżej: Wielicki Szczyt. Z górnych partii ktoś akurat zjeżdża, dolne pokonuje się już pieszo.


Wąskie przejście tuż pod Wielickim Szczytem, na zdjęciu poniżej widoczna zjeżdżająca osoba:



Powyżej: przebyty już fragment trasy oraz zbliżenie na Wielicki Szczyt.



No to wychodziłoby na to, że to Litworowy. Co by to nie było - przetrwawersowaliśmy toto (taką znaleźliśmy drogę), ale ludzie idący za nami przeszli przez szczyt.


No dobra, zaraz będzie zdjęcie fajnego kominka, ale zanim ono, to jeszcze coś z otchłani pamięci nie wspartej kartą z aparatu. Tuż przed tym kominkiem było jedno z bardziej ryzykownych miejsc na trasie. Około hmmm 3-metrowa może, dość pionowa ścianka. Oj, starczy tych "dość, raczej, może", po prostu: pionowa. I silnie eksponowana.

To teraz kominek. Z daleka wyglądał strasznawo:


Z bliska okazał się dość połogi. Był też w akurat mniej eksponowanym miejscu, no ale sama wysokość kominka robi wrażenie.


Patrząc z góry, ma się wrażenie, że ci ludzie idą po zwykłym usypisku kamieni i aż dziw bierze, że robią to tak ostrożnie i powoli... ;)

Gdzieś tam po drodze był jeszcze niewielki trawers, na którym trzeba było się przytulić do wypychającego głazu i przedostać na drugą jego stronę z pomocą podchwytów. Ogólnie dużo pomniejszych miejsc wymagających mocnego zaczepienia obydwu rąk i zaufania im.

Jeszcze, akurat w miejscu, gdzie przez chwilę bawiliśmy się z lotną - był taki głaz bez chwytów, na który trzeba się było wciągnąć. Bardzo do kitu miejsce, a jeszcze nam akurat się przytrafiło bycie wyprzedzanymi (pomimo, że oznaczało to praktycznie deptanie po naszej linie) przez inną grupę, więc zrobił się tak ogólny rozgardiasz i bałagan. Tyle, że ta grupa wciągała się nawzajem (zwyczajnie: rękoma) i z rozpędu... wciągnęła też mnie. Inaczej chyba szukałabym obejścia tego miejsca. Zdjęcia brak.

Akurat chowaliśmy linę, gdy przyszło nam obserwować zmagania dwóch grup z innym dziadostwem. To było chyba jakoś pod Lawinowym Szczytem, ale pewności mieć nie mogę. Zdjęcie:


Nie wygląda to może na pierwszy rzut oka zatrważająco, ale te poziome płyty zdecydowanie nie były przyjaźnie nastawione. Wystarczyło popatrzeć, ile kombinowania wymogły na naszych poprzednikach. Ten fragment jest jak most przeprowadzający na drugą stronę. Co znajduje się niżej - sami zgadnijcie ;).

Teraz mam jakąś wielgachną dziurę w zdjęciach, bo na następnym, jakie widzę, jest już Gerlach widziany z perspektywy Zadniego. A raczej zboczy Zadniego, bo znów niewyraźna ścieżka, kopczyki i ślady raków poprowadziły nas głównie poniżej grani.


Na zdjęciu powyżej zejście na Przełęcz Tetmajera. Ostatnie parę metrów przed wejściem w ścianę wyprowadzającą już prawie bezpośrednio na Gerlach to niesamowicie sypki teren. Jeśli gdzieś na całej trasie byłam obsrana po same uszy, to właśnie tam, pomimo, że przejście tamtędy nie wymagało właściwie żadnych umiejętności, poza jedynie ostrożnym stawianiem kroków. Jak mi się ruszyło nie tylko to, co miałam pod butami, ale i ze dwa metry kwadratowe dookoła, to chyba musiałam mieć śmierć w oczach.

Od tego momentu zaczynamy już podejście na Gerlach. Ściana jest stroma, a ludzie na niej wyglądają jak jacyś kamikadze. Z bliska jednak zaczyna to wyglądać przyjaźniej, wejście jest oczywiście niezwykle eksponowane, ale wygodne.


Parę fot z bliska (wiem, że widać tylko kamulce, no ale tak to właśnie mniej więcej wygląda):




Próba uchwycenia tak zwanej lufy:


Spojrzenie w tył na wrak samolotu na zboczach Zadniego Gerlacha:


Wracając do szczegółów technicznych: zapożyczony i zamieszczony przeze mnie na górze wpisu schemat szacuje wcześniejsze fragmenty trasy na 0+ i I, a dopiero tutaj widnieje "dwójka". No więc hmm... dla mnie tutaj, to akurat jest łatwo, bo choć wspin jest długi, wręcz kilkudziesięciometrowy, to jest też tak dobrze urzeźbiony, że w porównaniu do co poniektórych wcześniejszych fragmentów, toto tutaj to jest zabawa klockami lego. No ale to taka moja opinia.

Gdy kończymy strome podejście, czeka nas jeszcze kawałek grani do pokonania. Tym razem to już ścisła grań. Noo jest fajnie. Widać już krzyż, ale przed popadnięciem w euforię, raczej warto się tu jeszcze na momencik mocno skupić.





No dobrze, fanfary, konfetti i śmieszne czapeczki, wyleźliśmy na szczyt, hip hip hurra, a teraz trzeba jakoś z tego bydlęcia zejść.

Zasadniczo, na Gerlach prowadzą dwie trasy jeszcze jako tako turystyczne (znakowania brak i oficjalnie konieczne jest wzięcie przewodnika): przez Wielicką Próbę i przez Batyżowiecką Próbę (Martinka jest już trasą wspinaczkową). Przy czym sama "próba" to i w jednym i w drugim przypadku jest najtrudniejszy fragment trasy - stromy, obity klamrami, obłańcuchowany. Szukając najróżniejszych informacji przed wyrypą na Gerlach dowiedziałam się, co następuje: Wielicką się zwyczajowo podchodzi, Batyżowiecką schodzi i nie jest mile widziane poruszanie się w przeciwnym kierunku. Ponadto Wielicka jest ponoć dosyć zagmatwana.

Mając wrażeń po same kokardy i perspektywę niedalekiego wieczoru, dziękujemy bardzo za opcję zgubienia się jeszcze dzisiaj w masywie Gerlacha i obieramy za drogę zejściową Batyżowiecki Żleb. Początek zejścia trudno przegapić, gdyż tuż pod wierzchołkiem Gerlacha znaczy je łańcuch. Poruszamy się oczywiście na zachód, ku Dolinie Batyżowieckiej. Żleb jest dość wyraźny, w ciul długi, w dniu naszej jego eksploracji jeszcze dość mocno zaśnieżony, wobec czego zasuwamy po pobocznych skałach.


Sama Batyżowiecka Próba znajduje się już w dolnych jego partiach:




I to by było na tyle. Co miałam, tym się podzieliłam, co wiedziałam, to powiedziałam, starając się nie wymądrzać za bardzo. Enjoy.

29 komentarzy:

  1. Czytając Twój "zbiór (siłą rzeczy subiektywnych) wrażeń i spostrzeżeń", zwłaszcza początkowe fragmenty, takie jak choćby:
    "Mam łeb trochę skażony wspinaczką, nie bardzo umiem się odnieść do wrażeń i doświadczeń sprzed niej. A przede wszystkim, do umiejętności sprzed momentu, w którym odwiedziłam ściankę."
    "Mnie się Gerlach właśnie tą, a nie inną drogą, zwyczajnie ubździł."

    mam wrażenie jakbym czytał czytał samego siebie ;) Jeszcze raz gratuluję, przede wszystkim decyzji o wyborze drogi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No droga fajna, wiadomo, w którymś momencie chce się już coś więcej, coś trudniej ;). Dzięki za gratulacje:).

      Usuń
  2. A gdzie zdjęcia ze szczytu? :) Czy mleko było?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pogoda była mocno niefotogeniczna, no i okoliczności nie sprzyjały.

      Usuń
  3. Inspirujesz do takich wycieczek :) ale póki co jeszcze za wysokie progi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś i ja tak myślałam. Ba, ja myślałam, że w ogóle za wysokie progi, nie że "jeszcze".
      ;)

      Usuń
  4. Szczerze podziwiam.Byłam na Rohaczach, ale nie weszłam.Pokonał mnie lęk wysokości.Nie wiem czy kiedykolwiek odważe się wejść na Gerlach, bez przewodnika.Póki co marzy mi się "tandemowa" opcja.Gratuluję:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Trafiłem na Twojego bloga całkiem niedawno jest jak narkotyk,czyta się rewelacyjnie każdy zamieszczony post
    Zabierasz nas tam gdzie nie każdy dotrze (z różnych względów) - dziękujemy ! ! !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ajajajaj jak miło się czyta takie rzeczy :D

      Usuń
  6. Fajnie się czyta... :)
    Ja dopiero w poniedziałek popróbuję Orlej Perci (wcześniej była tylko Śnieżka ... :) )
    Poczytałem Wasze blogi (Twój i Wiecznej Tułaczki ;) ) no i heja w góry...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ciekawy progres :o
      powodzenia!

      Usuń
    2. Dzięki 😊 dam znać jak poszło. Jak mi się spodoba to będzie więcej (miedzy innymi dzieki Twojemu blogowi) raz się żyje😊 pozdrawiam i dzięki za fajne relacje (oczywiście rozsądek i parę ścianek też zabieram 😊)

      Usuń
  7. Obiecane - spełniam.
    Trochę później wyszedłem bo o 6:20 dopiero zaparkowałem w Brzezinach.
    Trasa Brzeziny-Murowaniec-Zawrat-Kozia Przełęcz-Murowaniec-Brzeziny. Miało być więcej ale wolałem nie ryzykować (troszkę się zmęczyłem - tak wysoko jeszcze nigdy nie byłem). Jutro coś łatwiejszego dla odpoczynku a pojutrze dalej :)
    Dzięki za bloga bo fajnie się czyta i pomógł trochę w podjęciu decyzji.
    pozdrawiam
    Jacek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratulacje :). Choć nie jestem zwolenniczką takiego skakania od razu na najgłębszą wodę, ale z drugiej strony - jak ktoś czuje się na siłach i wie, co robi, to czemu nie? Co tam dalej pękło?

      Usuń
    2. Wczoraj Brzeziny żleb kulczynskiego skrajny granat i zoltym na dol :)
      Dzisiaj miała być mieguszowiecka przelecz ale zbieralo się na burze i nie wchodzilem (burza dorwala mnie nad czarnym stawem wiec się dobrze skonczylo)
      Niestety urlop sie skończył i musze wracać :(
      Na pewno tu wrócę dokończyć dziela - juz nie ma odwrotu :)
      Pozdrawiam serdecznie (oczywiście będę czytal nadal Twojego bloga przez ten czas)
      Jacek

      Usuń
  8. Gratuluję pióra ! Ku przestrodze. Niedawno, na tym samym szczycie, zastaliśmy następujący obraz. Dama w rozsypce dzwoni do Horskiej Służby i klaruje, że zostawili Kolegę (Partnera?) pod uskokiem Gerlacha od strony Przełęczy Tetmajera. Kolega miał osłabnąć, porzygać się i gdzieś zapchać, więc nie zawracali sobie nim głowy. Inny Kolega Damy, co ciekawe, z uśmiechem zajmuje się dokumentacją szczytowania. Porzucony, koniec końców, szczęśliwie wyłania się z czeluści, a Słowacy nie zdążają poderwać śmigła, co stałoby się faktem, gdyby Porzucony posiedział kilka minut dłużej albo zdecydował jednak nie dygnąć. Rzezi niewiniątek widać nie ma, ale bywa jak bywa...

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej. Fajny opis trasy, zresztą jak wszystkie Twoje na tej stronie :) Również byłem na tej drodze, tyle że zaczynałem od Litworowej Przełęczy. Trudności większe niż na Orlej to fakt, ale jakoś mega ciężko nie było. Lufa bardzo przyjemna więc lęk wysokości niewskazany :) Na tej "dwójce" od Przełęczy Tetmajera na Gerlach w moim odczuciu również było łatwiej niż na wcześniejszych etapach. Dużo chwytów, lita skała, czysta przyjemność. Kiedy dokładnie byłaś, bo nie mogę się doszukać? Ja byłem 7 lipca i pogoda była idealna.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka dni wcześniej, chyba 4-go.

      Usuń
  10. Przeczytałem, popodziwiałem zdjęcia i wsiąkłem jeszcze bardziej, dodatkowo również dzięki mojemu przewodnikowi, który się zaoferował, że jak będę chciał to zabierze mnie na Gerlach (nie tylko na niego zresztą). Teraz muszę się zmierzyć z ekspozycją i wybrać się na Orlą Perć, bo jednak zdjęcia i filmy to jedno, a własne oczy i mózg to coś zupełnie innego.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  11. Trafilam tutaj przypadkiem...Masz niesamowita lekkosc piora ;) Twoj tekst i zdjecia "just made my day"...ach...genialne!

    OdpowiedzUsuń
  12. Mnie też się podoba. Byłem kilka dni temu na Wysokiej i było ciężko ale Gerlach jest jeszcze trudniejszy. Gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Hej fajny opis powiedz mi tylko jak to wszystko wygląda od strony przepisów. Wiem że w Polskich Tatrach można się wspinać a na Słowacji trzeba mieć jakieś papiery?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przynależność do KW. Może być do OeAv -przy okazji masz ubezpieczenie :).

      Mówimy oczywiście o drogach wspinaczkowych. U Słowaków jest lekki bajzel, co do tego, od jakiego stopnia w skali się one zaczynają. Podobnież jednak, Martinovka jest już legalna...

      Usuń
  14. Witam. Tylko co znaczy legalna. W lipcu wybieram się na Słowację, będę miał 2 dni uderzeniowe i teraz kwestia ich tego prawa, co gdzie i kim można iść. Bo się pogubiłem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Horolezci môžu vstupovať do vysokohorského prostredia aj mimo turistických a náučných chodníkov a v čase sezónnych uzáverov turistických a náučných chodníkov len za účelom nástupu na horolezeckú túru so stupňom ťažkosti horolezeckej klasifikácie vyšším ako II.stupeň. Horolezecké túry s I. a II. stupňom ťažkosti sa môžu vykonávať len v letnom období, ak je to nevyhnutné na zostup a v zimnom období, keď terén tejto ťažkosti sa metodicky využíva na zimný výcvik.

      To ze strony Tanapu. Tylko, że podobno Słowacy korzystają z innej sali trudności, wobec czego nasze II to ich III, a zatem Martinka powinna być już legalna. Ale ja Ci tego nie udowodnię. Gdzieś coś czytałam o tych różnych skalach i wychodziłoby na to, że to prawda, ale jednoznacznej informacji brak.

      Usuń
  15. Świetny tekst. Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  16. mnie to już nie grozi(pesel + operacja biodra w marcu tego roku) ,więc z przyjemnością czytam te opisy pełne fajnych rzeczy + kapitalne poczucie humoru..gratulacje...od zgreda..

    OdpowiedzUsuń