wtorek, 4 sierpnia 2015

Mnich - Droga Klasyczna (IV)


Cel obrał się jakoś tak naturalnie. Bartek od kiedy tylko wrócił z Mnicha, tak z półtora miesiąca wcześniej, powtarzał, że chętnie by tam wszedł ponownie, inną drogą (jaką wlazł za pierwszym razem, to sam do końca nie wie ;) ), popróbował pierwszych wyciągów na jeszcze jakichś innych. Ja w sumie na Mnicha iść chciałam, nie żeby szczyt marzeń i ogólna sraczka, ale chodził mi po głowie, mrucząc te swoje mantry. Komuś zresztą nie chodzi?

Skała rozpoznawalna aż do bólu, z perspektywy Moka wyglądająca na nieprzystępną. No, robi jakieś tam wrażenie. Nie takie już może jak kiedyś, bo już człowiek widział toto z różnych perspektyw, i zdjęć się naoglądał i filmów. I skalę trudności już jako tako ogarnia i wie, że tam się da władować dwójkowo, a dwójce do urwania dupy bardzo daleko. Ale chciałoby się być, wejść, mieć w tym swoim górskim portfolio.

 Z bliska trochę spuszcza z tonu.


Jakiego zresztą wrażenia nie robiłby Mnich na mnie, to łechce trochę sam fakt, jakie robi na innych. Czekamy więc w zasadzie tylko na pogodę. I właściwie to dobrze, że jej tak od razu nie ma, gdyż...

...muszę się paru rzeczy jeszcze nauczyć. Może niekoniecznie wszystkie się przydadzą, ale lepiej to i owo umieć i wiedzieć. Przechodzę więc przyspieszony, spersonalizowany do tego stopnia, że niemalże ekskluzywny (:P) kurs pod okiem Bartka. Uczennicą jestem nad wyraz pilną i słuchaną, tylko klnę, jak mi nie idzie, bo już nie mam siedmiu lat, to se mogę, a co. Latam po mieszkaniu w uprzęży, wiążę różne supełko-węzełki, wreszcie wisimy razem przeszło godzinę kilkanaście metrów nad podłogą na panelu wspinaczkowym, robiąc tam różne cuda niewidy związane z wielowyciągami, co jest może lekką przesadą, bo na Mnichu będą półki, a tu mi się aż uprząż wrzyna w żebra od dyndania w pionie. Ale w sumie lepiej uczyć się w warunkach trudniejszych niż te, które mamy zastać. No i w końcu ćwiczę wyłapywanie lotu Bartka. Z efektem takim, że na kilka godzin przed władowaniem się do autobusu jadącego ku Tatrom, funduję sobie na dużym palcu lewej nogi pokaźnego krwiaka i mam uzasadnione wątpliwości, czy nazajutrz w ogóle włożę tę stopę w buta do wspinaczki.

Stwierdzam jednak, że chyba po prostu nie będę miała wyjścia. Pakujemy więc klamoty, plecaki znów są tak ciężkie, że właściwie to powinien interweniować jakiś rzecznik od humanitaryzmu, ale nic to, jedziem.

Autobus dojeżdża do Zakopca przed siódmą, dogramolenie się więc pod Mnicha z całym majdanem na plecach zajmuje nam przedpołudnie, a nawet zahacza o kolejną porę dnia. Pogoda stabilna i nie można powiedzieć, że zła, tyle, że jest zimno i jeszcze podczas przeorganizowywania plecaka kostnieją mi dłonie.

Słów parę o wyborze drogi. Przez Płytę zostawiamy dla podnieconej klienteli przewodnickiej. Jak już przytaszczyliśmy tu te wszystkie kolorowe graty, to nie będziemy się na dwójce wygłupiać. A poważniej: pomiędzy wspinaczkowymi możliwościami moimi a Bartka jest naprawdę spory rozstrzał. Na ścianie wygląda to tak, że szóstki, z którymi ja się męczę kilkanaście minut, wkładając w ich przejście całe swe jestestwo, on pyka dziesięć razy pod rząd, ćwicząc wytrzymałość. No więc wybieramy na tym Mnichu coś, co go nie będzie obrażać (jakby co, to to był żart), a z czym ja sobie jeszcze poradzę, a nie zostanę wciągnięta, bo to jakby żadna zabawa. A właściwie to, od kiedy zobaczyłam na youtubie jakiś filmik z klasycznej, wiedziałam, że ja chcę tamtędy i koniec kropka. Że do wakacji wyćwiczę się na tyle, że będę w stanie to zrobić. No, chyba że trudniej. Ale trudniej, to może kiedy indziej, bo na pierwszy raz tatrzańskie cztery (według niektórych źródeł cztery z plusem) mi w zupełności wystarczy.

Wstawiamy się w ścianę. Bartek prowadzi, ja w skupieniu asekuruję i tak będzie na wszystkich wyciągach. Wciska w skały różne dyndadła i szybko znika mi z oczu, a ja stoję i marznę. Przepraszam, przede wszystkim: i czuwam, dopiero w następnej kolejności marznę. Pierwsze refleksje ze wspinaczki w Tatrach? Oesu, ile to trwa... No ale spoko, przez krótkofalę komenda "auto", dłuższa chwila nic nierobienia, próbuję zagrzać dłonie, zmieniam buty. Palec nie boli, jest dobrze. Wydaje mi się, że rozruszałam trochę te łapy, ale, gdy lina idzie do góry, a ja słyszę, że mogę iść i faktycznie to robię, okazuje się, że nie czuję, czego się trzymam. Stop. Pięć minut tarcia, chuchania, klaskania, próba. Ni cholery, dalej nie wiem, za co łapię. Powtórka. Wreszcie mogę ruszać.



Jest... sama nie wiem jak. No tak właśnie na cztery z plusem chyba. Choć tego, że ściankowe cztery plus z tym co tutaj wspólnego wiele nie ma, to pewnie nie muszę pisać, co? Są kawałki banalne, są spacery po wypłaszczeniach, a są i mini-kominki, nad którymi muszę chwilę pogłówkować. Albo taki trawers: palce na krawądkach wysoko, poza zasięgiem wzroku, stopy po wypukłej i niemal gładkiej płycie (zdjęcia brak, wyciągałam aparat tylko na półkach, gdy Bartek był przyaucony).



 Sznurki, sznureczki :).


Z każdym wyciągiem bawię się coraz lepiej, może dlatego, że już mi cieplej, bo rozchmurzyło się trochę. Już się tak nie nudzę, gdy czekam, aż Bartek założy stanowisko i już nie jestem bliska płaczu, gdy przychodzi mi wyciągać kości z rys (przy pierwszej byłam). Tylko plecak, choć prawie pusty (większość klamotów została na dole, mam w nim buty na zmianę i aparat oraz parę drobnych bzdetów), straszliwie mnie wnerwia i jak bym go nie regulowała, to i tak zasłania mi szpejarki. W związku z tym większość zabawek ładuję w pętlę na klacie, albo w zapięcie od plecaka właśnie. Sporo się tego za każdym razem zbiera i pewnie dlatego na przedostatnim (właściwie to ostatnim, ale zatrzymujemy się jeszcze tuż pod szczytem) wyciągu dochodzi do drobnej katastrofy. Najpierw widzę, że coś spada, potem uświadamiam sobie, że to krótkofalówka. I że pieprzony rep, którym była na wszelki (taki!) wypadek przytroczona do pętli, musiał się rozwiązać. Refleksje, że trza go było zamiast kluczką, zawiązać czymś bardziej profesjonalnym i pewnym, przychodzą dopiero później. Teraz po prostu patrzę w niemym szoku, jak spada. A widzę ją dłuuuuugo i cały czas jest skubana w jednym kawałku. Mniejsza zresztą o jej spójność - patrzenie na tak długi lot czegoś, co przed chwilą stanowiło niemal jedność ze mną, jest paraliżująco-hipnotyzujące. Szczęśliwie godzina już późna, Mnich pustoszeje, nikt w głowę nie obrywa.

Krótkofalówki Bartek odebrał ze sklepu dzień wcześniej, więc kończę wyciąg z miną zbitego psa. Nie. Z miną psa, który zeżarł sernik ze stołu. I dopiero ma być zbity. No nic, stypę po walkie talkie zrobimy później, tymczasem wyłazimy kolejno na szczyt.

Jest pusto i to jest najważniejsze. Mamy zaszczyt i niekwestionowaną przyjemność gościć tu w dniu dzisiejszym jako ostatni, możemy więc sobie tu stać i naparzać selfiaki z kija do woli, nie trzeba nikomu miejsca zwalniać. Jest lufiaście, ale jest się też do czego przypiąć. Jest... ładniej niż myślałam.



Widoki z Mnicha może podobne są do wielu pochodzących z innych popularnych miejsc, ale nie zmienia to faktu, że są całkiem ciekawe i nawet dość rozległe. Jest też niestety zimno. I trochę późno, a jeszcze trzeba przed zmrokiem znaleźć, a możliwe, że nawet po części wybudować jakąś kwaterę, zatem nie bawimy na szczycie długo. Zjeżdżamy do łatwiejszego terenu na inną stronę niż ta, którą wchodziliśmy. Dalej schodzimy już ścieżką.





 Zainspirowana niedawną aferą
o zdjęcia butów na tle Tatr
popełniam to:
I lina frrrruuuu!!!
Pozostaje wierzyć, że przywiązał ;).

Drogę wybraliśmy IMHO idealnie. Prowadzenie nie sprawiło Bartkowi problemu, mnie nie sprawiło problemu podejście na wędkę (choć raz się obsunęłam).


 Przywiązał :P.

Na dole już pusto i cicho, zostawiamy plecaki w upatrzonej wcześniej, obudowanej kamykowym murkiem miejscówce, a sami ruszamy w trochę inne miejsce po uprzednio zakitrane manatki. Wyrywam do przodu, bo choć Bartek coś ględzi o igle w stogu siana, załączam sobie w oczkach detektor wykrywania małych czarnych, rozpirzonych w drzazgi rzeczy leżących na skale - słowem - zamierzam szukać krótkofali. Okazuje się, że właściwie, to szukać nie muszę. Leży ze trzy metry od miejsca, gdzie zaczęliśmy drogę, u samiuteńkiej podstawy ściany. Cała. Z przewiniętym przez nią repem, rozwiązanym, a jakże. Rozsypuje się trochę dopiero w moich rękach, ale po dociśnięciu baterii okazuje się, że działa. Dzielne maleństwo.

Organizujemy sobie miejsce do spania, gotujemy kolacyjkę, słońce powoli chowa się gdzieś za Szpiglasem.

 Yhym, zamierzam to zjeść.
A nawet się tym najeść.
 Bartek ma w kubku prawie to samo
i nawet się uśmiecha.
Znaczy - da się.
Hotel pierdyliard-gwiazdkowy

Idę na samotny spacer po zaróżowionej wieczorną poświatą dolince. Odnajduję coś, co mi umyka, uwznioślam na nowo coś, co powszednieje. Zdziwienie niewysłowionym pięknem miejsca i chwili. Jedność z tą opustoszałą, na moment znów pierwotną krainą. Dumę z faktu, że ten skalny, trudny i surowy świat pozwala mi się oswajać, czuć jak w domu.




I strach. Bo to, co dzikie, nigdy nie daje się oswoić do końca. I ciekawość tego, w którym momencie zechce mnie ugryźć.

P.S. Topo ogarniał Bartek, więc jeśli zrobiliśmy nie klasyczną, tylko na przykład Wariant R, a ja tu pierdzielę jakieś głupoty, to już pretensje nie do mnie. :P

Filmik Bartka:

Na do widzenia bohater niniejszej relacji raz jeszcze:

15 komentarzy:

  1. Gratuluję, zazdroszczę i marzę, że kiedyśna szczycie Mnicha również stanę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, choć dla mnie to taka nauka bardziej była niż faktyczny wyczyn (szłam jako druga, więc na wędkę i mogłam obciążać linę ile mi się podobało - choć starałam się tego nie robić ;) ). Takie marzenia niestety same się nie spełniają, więc działaj! Trzymam kciuki :).

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Pięknie! Gratuluję Gosiu! Jak oceniasz tą czwórkę w porównaniu do skałkowej drogi czwórkowej? Co było najtrudniejsze na tej drodze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za gratulacje dzięki, choć powtórzę to, co odpisałam komuś wyżej - ja tam wylazłam na wędkę. Cieszę się i tak, bo dałam radę i fajnie było, ale zwykle jestem bardziej dumna ze swych osiągnięć ;).

      W kwestii porównania - no na pewno na granicie mniej ślisko, choć i tak trochę żałowałam, że nie wzięłam magnezji, bo droga jest popularna, więc też nieco wymacana. Trudności jak dla mnie podobne jak w skałach. Trudniej o tyle, że trzeba taszczyć plecak (musiałam wziąć buty na zmianę, no i wodę, a mniejszego plecaka ze sobą nie miałam), oraz dochodzi własna asekuracja. Ja ją tylko wyciągałam, więc dla mnie to był tylko jej ciężar (bez dramatu, ale zawsze coś) no i fakt, że ona dynda i to też nieco przeszkadza we wspinaczce.

      Najtrudniejszy był zdecydowanie ten trawers, o którym napisałam w tekście. Znalazłam zresztą w sieci pewien komentarz: http://drytooling.com.pl/baza/topo/tatry/2149-droga-klasyczna-mnich - chodzi mi o ten drugi. I wyglądałoby mi na to, że opisany tam jest fragment, który sprawił mi najwięcej trudności. Bez liny od góry bym tego po prostu nie zrobiła...

      Usuń
  3. Eeeeeee, mogłaś skusić się na prowadzenie któregoś wyciągu, choćby pierwszego (III+) :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym mogła, to może i bym się skusiła... ;)
      Serio, nie mam aż takiego obycia ze skałą, a już zwłaszcza na własnej asekuracji, wolałam najpierw wystąpić w tej bezpieczniejszej roli.

      Usuń
  4. U mnie masz minus za uzyte sformulowanie dot. podnieconej klienteli przewodnickiej. Serio? A Ty to niby jak się tam znalazłaś. Takie umniejszanie innym nie sprawia, ze Twoj wyczyn liczy się bardziej. Dla osob z przewodnikiem nawet droga przez plyte moze byc osiagnieciem. A najgorsze, ze napisala to osoba, ktora sama ze sobą walczyla o to by choc raz cos dokonczyc i zaangazowac się. Ledwo zaczęła juz pozjadala rozumy. Unlike dla strony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie serio. Zaraz po zacytowanym przez Ciebie sformułowaniu, pojawia się takie: "A poważniej:...", mające znaczyć tyle, że to, co wcześniej, na poważnie nie było.

      Co do mego "wyczynu" - zdaje mi się, że bardzo wyraźnie napisałam, że nie poprowadziłam żadnego wyciągu, że szłam na sznurku i że ja bym tego prowadzić nie dała rady.

      Nawet Giewont może być osiągnięciem. W pełni się zgadzam.

      Co do pozjadania rozumów, to nie ma co dyskutować, bo to zawsze jest łatwo komuś rzucić w pysk, zwłaszcza przez internet, zwłaszcza nie podpisując się. Pozostaje mi życzyć szerokiej drogi, Anonimowy.

      Usuń
  5. pisząc żartem o ludziach chodzących z przewodnikiem dałaś do zrozumienia, że nie traktujesz tego co robią poważnie/masz do nich niechęć/cokolwiek innego. A lepiej iść na wyrypy poza szlakiem znając trasę, co nota bene wydaje się być problemem jak opisałaś w jednym z poprzednich wpisów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co oznacza, że o samej sobie też bardzo często piszę żartem?

      Usuń
  6. Czyje są te Salewy po lewej na zdjęciu butów? kupiłem sobie takie same niedawno i jeszcze ich za dobrze nie przetestowałem, możesz powiedzieć coś na ich temat?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano moje są. Kupiłam w sumie przypadkiem przez facebooka, ktoś wrzucił na Tatromaniaków ogłoszenie, że chce sprzedać, a że nie były drogie, to się skusiłam. Chodzi mi się w nich dobrze, przyczepność spoko, wygodne są i na pewno lżejsze i przewiewniejsze od treków za kostkę. Generalnie solidnie wykonane, aleee... w jednym miejscu zaczęła mi się rozklejać guma :/. Więc nie wiem, co sądzić, za krótko jeszcze ich użytkuję.

      Usuń
  7. Co za nuta w filmiku?

    OdpowiedzUsuń