sobota, 12 września 2015

Dranie na Grani - Grań Świnicy (fragment: Gąsienicowa Przełączka - Zawratowa Turnia)


Myśleliśmy, że może odnalezione przez nas wygniecenie w trawie, to efekt upodobania sobie tego miejsca przez na przykład kierdel kóz. Wbrew przewidywaniom, nie obudziło nas jednak żadne pofukiwanie (kozice fukają, jeśli ktoś jeszcze nie wie), ani też rozwlekłe meczące "se-ej ma-aj ne-ejm" (takie tam fantazje chłopaków przed zaśnięciem). Mnie obudziło "joł madafaka" wymieniane między mymi towarzyszami. A co ich, to już nie wiem, nie pytałam.

Jeszcze zanim udaje nam się skutecznie oprzytomnieć, bytujemy jako swoista, poniekąd przyrodnicza (człowiek też przyroda, nie?) turystyczna atrakcja. Szlak (na Zawrat, a więc i na Orlą) mamy bowiem jakieś 30 metrów od siebie, a wiele idących nim osób uznaje za stosowne przystanąć i się na nas pogapić. Zagarniamy się pooowoooliii, bo nam się nieeee chceee i w efekcie podejście pod Zawrat odbywamy już w upale. Auć.

 My też was widzimy, hie hie.


"Bartuś, uśmiechnij się do zdjęcia."

Podchodzimy jeszcze trochę ku górze, pod wierzchołek Zawratowej Turni, gdzie zostawiamy część klamotów. Ja znów występuję od tej chwili z dziesięciolitrową landrynką na plecach. Z przytroczonym do niej kaskiem. I nietypowymi breloczkami ;).

O! Tam właśnie się wybieramy!
 Tam nie, ale są inni ;).

A tamtędy, chcąc nie chcąc, będziemy musieli przedreptać.

Schodzimy znów na Zawrat (krucho, trawiaście, nieprzyjemnie), po czym ruszamy szlakiem w kierunku Świnicy (ślisko, tłoczno). I tak nie chcemy robić całej grani, więc wbijamy się na nią mniej więcej pośrodku, a mianowicie wyłazimy przełajowo przez trawy i skały na Gąsienicową Przełączkę. Najciekawsze jak najbardziej przed nami.


Najpierw wydeptana ściecha. Wydeptana tak bardzo, że aż ktoś rusza nią za nami (ale skąd się wziął na przełęczy, to licho wie).

- Gdzie idziesz?
- Yeeeyyy, tam?
- A co TAM jest?
- Świnica...?

Poniekąd skonsternowani, objaśniamy, że Świnica, to jakby w przeciwnym kierunku. Sami podchodzimy na Gąsienicową Turnię, ciekawi, czym nas zaskoczy.


Na "taternickim" ktoś sobie stoi,
wierzchołek główny Świnicy zasłonięty przez
Świnicką Kopę, a pośrodku inny fragment grani,
który miałam okazję zwiedzić przed rokiem.


Idę jakoś tak pierwsza i robię lekko strachliwe "ooo". Chłopaki powtarzają za mną. Czyżby nadszedł czas na zrobienie użytku z liny?


Teren się obniża, jesteśmy pod tym czymś i okazuje się, że to jeszcze puści nas na żywca. Chociaż... na samej górze odczuwam pewien opór przed tym puszczaniem. Uśmiecham się jednak do rysy najładniej jak umiem i obywa się bez wzywania pomocy chłopaków, którzy śmignęli to tak prędko i bezproblemowo, że stoją i paplają coś na górze, czekając, aż ja zrobię to samo.



 No to jeszcze rysa widziana od góry.

Poza ową rysą, Gąsienicowa nie trzyma w zanadrzu żadnych niespodzianek. Te kumulują się na przestrzeni pomiędzy Turniami: Gąsienicową a Niebieską. Już z tej pierwszej obserwujemy grań. Piekielnie ostrą i na dodatek z oddalenia sprawiającą wrażenie gładkiej. Schodzimy ku niej z wierzchołka i wyciągamy sznurki.




 Yeeeyy, to którędy do kolejki?
Fucy znów ma pecha i będzie prowadził. Ja, a jakżeby inaczej - w środku, Bartek zbiera wszystkie zabawki. Idziemy na lotnej, w 15-metrowych odstępach. To, co wyczynia na grani Fucy, wydaje się dość kosmiczne, a wrażenie to potęguje fakt, że lina łączy nas mocniej niż niektórych ludzi kredyt we frankach. Z bliska już trochę lepiej - okazuje się, że to czym szedł miało jakieś stopnie i chwyty. Okazuje się też, że liny przewidzieliśmy sobie jednak trochę mało, więc kilka razy spotykamy się wszyscy na tej grani.


Chodźcie do nas, tu ciekawiej! :P

Jeździmy sobie konno...

...bawimy się w chowanego...

...uczymy robótek ręcznych...

...poznajemy tajniki feng shui... 
dobra starczy :P

Grań nie sprawia poważnych problemów, emocji jednak dostarcza całkiem ciekawych. Po kilku spotkaniach całego zespołu i kawałkach pokonywanych kolejno Fucy-ja-Kwaku, schodzimy się wreszcie pod Niebieską Turnią. Bartek idzie wybadać, czy wyleziemy na nią bez asekuracji. A i owszem, wierzchołek mamy o tu, zaraz za winklem. Porządki w linach zatem i zmierzamy na szczyt Niebieskiej, gdzie spędzamy nieco luźnego czasu.

 Fucy wgramala się na Niebieską.

A to ja już po wgramoleniu ;).

"No uśmiechnij się do zdjęcia..."

"No!"

Ciasno może tu nie jest, ale dość pochyło.


Na Gąsienicowej Turni meldują się kolejni zdobywcy.

Na Walentkowym też ktoś szczytuje.

Z Niebieskiej Turni się zjeżdża i to sporo, bo aż 40 metrów. Na szczycie jest zamontowane stałe stanowisko, podobno też drugie w połowie wysokości, gdyby ktoś potrzebował (zjeżdżając przeoczyłam, ale Bartek widział). My zjeżdżamy od razu z całej wysokości. Bartek pierwszy znika nam za przewiechą, a my z Fucym mamy tę przypadłość, że wyobraźnia nam podsuwa skojarzenie: zjazd=wahadło i dawaaajjj! nawzajem nakręcamy się, że chyba będzie strasznawo. Bartek zwalnia linę, aucę się do stanu i przygotowuję do zjazdu. Obciążam przyrząd, wszystko gra, przy okazji spoglądam w dół, a dołu nie ma, znika za przewieszeniem. Coś tam brzydkiego mamroczę pod nosem, ale po minie Roberta poznaję, że lepiej zrobię udając dzielną. Okej, jestem dzielna. Wypinam auto i jazda.

Pff, taka jazda. Ledwo się opuściłam za przewieszkę, a zafundowałam sobie niechcący przymusowe hamowanie - zjeżdżałam na wysokim przyrządzie, no iii... ja byłam już za przewieszką, a mój kubek wciąż wyżej - przyciśnięty do skały liną. No żesz... Nic no, coś trzeba zrobić, więc sięgam ręką i morduję się z tym kubkiem, patrząc tylko, żeby niczego tam sobie nie porozkręcać ani nie przetrzeć. Dalej już spokojnie i bez niespodzianek, powolutku zjeżdżam do Bartka. I każę mu w ramach solidarnego dodawania otuchy zameldować przez krótkofalę Fucemu, że obyło się bez wahadła.

Wbrew wszelkim pozorom, punkt kulminacyjny wycieczki dopiero nastąpi.


Zjeżdża Fucy, wszystko jest spoko, stoimy na jakiejś ciasnej przełączce, na stronę HG mamy stromy żleb, na stronę 5 jeszcze bardziej strome skały i trawy. Wydaje się, że do Zawratowej Turni już blisko, bardzo blisko, widzimy doskonale Zawrat. Przed nami wprawdzie znów wyrasta coś na kształt takiej typowej grani, ale tak nam się jakoś widzi, że da się to zrobić na spokojnie na żywca.

To jest właśnie ten krytyczny moment. Człowiek zmęczony, utrudzony, koniec drogi ma za tym, czy następnym kamieniem. Człowiekowi się już po prostu NIE CHCE. Podpasowuje więc rzeczywistość pod swoje niechciejstwo. I popełnia błędy.

Tuż pod urwiskiem Niebieskiej Turni stoją więc trzy człowieki, którym już się nie chce. Które mentalnie siedzą już nad piwem w Pięciu Stawach. Wyklarowały liny po zjeździe i najchętniej poupychały by je do plecaków.

- Myślicie, że ten kawałek da radę już bez liny?
- No wygląda całkiem spoko...
- Yhym, powinno puścić...

No więc zmęczone i zblazowane już trochę człowieki chowają liny do plecaków. A jak powszechnie wiadomo, ten kto przed chwilą schował linę do plecaka, nie ma ochoty jej tak zaraz od razu wyciągać. A już tym bardziej odmierzać na niej odległości, przekładać ją przez plecy i się do niej wiązać.

Miny mamy niepewne, ale przecież wygląda spoko, powinno puścić, bla bla bla, zatem próbujemy. Sama grań znów jest ostra. Ale poniżej teren jest nieco pochyły, wygląda, że raz dwa mykniemy go trawersem. Nie wiem, czemu, ale znowu ja wypruwam do przodu, jakoś widać oswobodzona z liny, na której występuję na tym wyjeździe w sumie tylko gościnnie, zawsze odczuwam taką nagłą potrzebę.

Dość szybko orientuję się, że płyta, po której się poruszamy ma gorsze chwyty i stopnie niż którykolwiek wcześniejszy kawałek grani, jaki dziś dotychczas przemierzaliśmy - oczywiście z liną. Chłopaki wiernie idą za mną i za późno już jest, żeby się cofać, a o wiązaniu się tutaj mowy absolutnie żadnej nie ma. Stąpamy więc po wąskim i, o zgrozo, w wielu miejscach porośniętym trawą występie, tip-topkami, z największym namaszczeniem. A dłońmi łapiemy chwytów (a nawet podchwytów) tak wątłych, że pozwalają tylko na utrzymanie równowagi i jako tako pewne postawienie następnego kroku, na pewno zaś nie pozwolą się na sobie zawiesić w przypadku obsunięcia nóg. No i jeszcze pochylamy się całym ciałem na stronę płyty, bo to też pomaga.


To nie chodzi o to, że coś w tym jest trudnego. Skądże, to jest łatwe i gdyby pod spodem był crashpad, zamiast tego, co jest w rzeczywistości, to zrobilibyśmy to w pół minuty. Ale pod spodem nie ma crashpada. Jest kilkanaście metrów niczego, a dalej stromy, skalisty żleb.

To nawet nie to, że się boję, bo przedstawiam tam sobą obraz najbardziej opanowanego człowieka w galaktyce. Ja po prostu WIEM, co mam pod sobą i całe doświadczenie podpowiada mi, że to, po czym idę, to jakieś paskudne gówno jest. A boję się dopiero, gdy sama znajduję pewniejsze przystanki, moszczę się w nich na chwilę i patrzę, jak chłopaki idą. O tak, w tych momentach się boję.

 Tu już bezpieczniej, "nasza" płyta po prawej stronie.

Złażę z tego w końcu, dobijam do wygód łatwego terenu, czekam na nich, słyszę: "Gośka, masz psychę". Twarze nam tajają, oddychamy głęboko, zaczynamy się śmiać z samych siebie. Oglądamy się w tył na nasz nieszczęsny trawers. Trzeba było iść z liną. Zdecydowanie.

Fucy cieszący się pewnie z tego, że żyje
i Kwaku oglądający się na płytę, 
którą chwilę wcześniej trawersowaliśmy.

Dalej już naprawdę jest łatwo, na Zawratową Turnię docieramy śmigiem. A stamtąd kierujemy się w dół ku pozostawionym poniżej jej wierzchołka rzeczom. Przy okazji poruszając chyba każdy możliwy kamień, łącznie z takim ogromniastym, już przy samej kryjówce, którego Fucy o mały włos nie zwalił sobie na stopę. Na Zawrat schodzimy więc jacyś tacy nad wyraz ostrożni, powolni i w ogóle jak z powstania.



Zawrat z niecodziennej perspektywy :)

Na grani zaczynają dziać się cuda,
no ale tam piwa nie dostaniemy...


A z Zawratu już sprawniej do Piąteczki zająć sobie jakieś dogodne miejsce do spania. W naszym przypadku - na plaży nad stawem.


Fucy serwuje boczek na gorąco
w ramach zakąski do piwa/bimbru/piwa z bimbrem. ;)

Filmik Bartka:

10 komentarzy:

  1. Czy żeby nocować poza schroniskiem/-ami i chodzić poza szlakami trzeba mieć jakieś uprawnienia, czy ogólnie robicie to na nielegalu (nocowanie i/lub chodzenie poza szlakami)? A jeśli na nielegalu, to czy zdarzyło się wam natknąć na strażników?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kwestii biwakowania - jest zakaz i dotyczy wszystkich. Ale latem dookoła schroniska w Pięciu Stawach występuje takie jakby powszechne tego zakazu zlekceważenie - dziesiątki ludzi śpią na każdym płaskim kawałku, na kosówce suszą się ręczniki, itd.

      Chodzenie poza szlakami - powyższa wycieczka była legalna. Dlatego, że była wspinaczkowa i odbyła się na terenie udostępnionym do wspinaczki, oraz przed wyjściem wpisaliśmy się do książki wyjść. Drogi wspinaczkowe to takie, które mają trudność co najmniej II (na Słowacji III).

      Natomiast wiele pozaszlaków takich jak szczyty z WKT, Cubryna, itd. to trudności0+, tam legalnie wolno chodzić tylko z przewodnikiem. Na strażników się nie natknęłam, ale znam kogoś, kto się natknął.

      Usuń
    2. Na Słowacji rówież UIAA II. Trudność III w regulaminie TANAP w języku słowackim odnosi się do skali Puskaša.

      Usuń
    3. Dzięki za istotną informację Marcin! :)

      Usuń
    4. Dzięki Gosia za info! Pytałam, bo wyjeżdżamy w Tatry pod koniec września i niestety jesteśmy zmuszeni szukać na jedną noc noclegu bliżej cywilizacji, bo Murowaniec nie oferuje podłogi. Nie ukrywam, że rozważałam opcję spania w krzakach...

      Usuń
    5. Jedź w Tatry na Słowacje,u nas bez sensu...

      Usuń
  2. Gosia Ty hardkorze! :D http://4.bp.blogspot.com/--p0tu-ujP1g/VfQQy_xi91I/AAAAAAAAGc0/kLd0maipXjM/s640/za%2Btrawersem.jpg - tu pięknie widać, gdzie można było sobie mordę obić :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z drugiej strony tego nie było widać aż tak dobitnie :).

      Usuń
  3. Gosia twarda jesteś! To żywcowanie było ryzykowne :)
    Opisane kapitalnie, wczułam się jakbym z Wami szła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano było było, dlatego ja się wcale taką twardością nie szczycę...

      Usuń