czwartek, 3 września 2015

Nie wiem, co ja tu robię, chyba się wspinam - Prawe Żebro w masywie Granatów (IV)

Kilkutygodniową przerwę od Tatr zrobiłam sobie w sumie celowo. Może zabrzmi to dziwnie, ale powodem było to, że ostatnio szło mi... za dobrze. Zbyt gładko spełniały się kolejne marzenia, padały kolejne szczyty. Taka dobra passa - jasne: cieszy - ale też rozzuchwala i usypia czujność. Potrzebowałam czasu, głównie po to, aby znów się tych gór po prostu zacząć bać.

A inna sprawa, że mnie te wyjazdy jednak męczą, że pakować się wręcz nienawidzę, że nie mogę już patrzeć na owsiankę i gorące kubki, że w autobusach latem jest duszno i tłoczno i że nici z wygodnego rozkładania się na dwóch siedzeniach. Od tego też potrzebowałam odpocząć.

Ale cóż, wakacje dobiegają końca, pogoda jest, nic tu po mnie. Ratuję kolano uszkodzone na parę dni wcześniej bieganiem (sic!) szybką suplementacją glukozaminą i okładami z lodu, biorę się w garść, ogarniam i jadę.

A wraz ze mną Bartek i Robert, w dalszej części występujący też jako Kwaku i Fucy. Jedziemy na wspiny. Mnie to jakoś bardzo niby nie jara, raczej się podczepiam pod cudze marzenia, bo moje się zasadniczo pospełniały (no dobra, poza Bielskimi), nie mam parcia, żeby na łapu capu kompletować koronę i sama właściwie nie wiem, co ja chcę teraz w tych Tatrach robić. Chłopaki za to wiedzą, to jadę z nimi. Się wspinać. A niech tam.


Na Halę Gąsienicową dostajemy się niby jeszcze rano, choć już nie bardzo wcześnie. Tam - wiadomo - chwila oddechu i jakieś jedzonko, ale nie leniuchujemy długo. Ruszamy najpierw nad staw, potem szlakiem wzdłuż niego. Mijamy drogowskaz kierujący na Skrajny Granat i rozpoczynamy wypatrywanie ścieżki, która doprowadzi nas pod ścianę.

Ścieżek tam jest mnóstwo. Wszystkie kończą się paręnaście metrów od miejsca, w którym się zaczęły, a ich zakończenie zaakcentowane jest chusteczkami w różnym stopniu rozkładu. Wszystkie, o losie, sprawdzamy.

Tę prawdziwą, nie będącą dojściem do jednej z przyszlakowych latryn, odnajdujemy w miejscu, gdzie chyba w czasach, gdy nie ma suszy, płynie niemały strumień. Zbliżamy się do zachodnich urwisk Granatów, które oczywiście z bliska wyglądają mocno inaczej niż na poglądowym zdjęciu, jakie mamy ze sobą. Prawe Żebro widzimy, owszem, aż takimi pierdołami nie jesteśmy, ale przebieg drogi oczywisty dla nas nie jest.


No ale spoko, wszystko na lajcie, jeszcze chyba nie ma południa. Przepakowanie plecaków i upchanie gratów pod jakiś pokaźny kamulec. Fucy przeżywa, że świstaki mu zeżrą kilo boczku, który wziął ze sobą. Ja się chichram, bo jeszcze nie wiem, co dwa dni później spotka mój plecak.

Wycwaniam się i biorę z sobą na drogę tylko 10-litrowy plecaczunio, kosztujący mniej więcej 1 zł za litr w pewnej popularnej sieciówce sportowej. Tak - co piąta osoba na szlaku ma taki.


O dziwo, znalezienie początku drogi odbywa się bezproblemowo. Gramolimy się na trawiastą półę, nastrój się robi świąteczny, bo chłopaki się obwieszają jak choinki i dzwonią jak sanie świętego Mikołaja. Fucy przegrywa w marynarza i prowadzi pierwszy wyciąg. Ja będę szła druga.

Tu drobne wtrącenie - ja za każdym razem będę szła druga. Zupełnie nie mam praktyki w osadzaniu własnej asekuracji. Niby mogłabym popróbować, droga jakoś strasznie trudna nie jest, ale trochę brak czasu na naukę, no iii... o tym zaraz.


 Za Bartkiem ktoś robi Staszla



Fucy się nie spieszy, bo przecież łohohoho ile to dnia jeszcze przed nami. Zakłada stan i ściąga mnie na górę. Idę. Wspinam się, znaczy. No fajnie, sobie myślę, nawet powiedzmy że bardzo fajnie, ale tyle pierdzielenia się z liną... Nie wiem w sumie jeszcze, czy mi się to podoba czy nie. Stanowisko jest strasznie lipne, właściwie wisimy na nim oboje. Przychodzi Bartek, teraz wisi nas już trójka, dopóki on nie zacznie prowadzić następnego wyciągu.

 Tu nas być nie powinno.

Za chwilę zaczynają się jaja, bo trudności są jakby za duże, a z dołu ktoś się do nas drze, że mamy się cofnąć i zrobić stan niżej, bo tutaj to i oni kiedyś weszli, no i generalnie nie polecają. Dość stanowczo nie polecają. Okej. Zresztą już tak wisząc sobie w trójkę dostrzegliśmy jakieś pętle poniżej nas. Które wszyscy przeoczyliśmy przechodząc obok, bo tak jakoś prowadził teren. Natomiast w miejscu, gdzie Fucy zakończył wyciąg (czyli odrobinę za daleko i za wysoko) wisiały oczojebnie kolorowe taśmy, aż proszące się, żeby zatrzymać się dopiero przy nich, a nie na przykład wcześniej. I wiszą tam nadal.

 Powinniśmy się zatrzymać tam, gdzie siedzi Bartek.

Bartek zjeźdża, mając linę przełożoną przez jakiś karabinek pozostawiony przez kogoś innego w ścianie i my robimy to samo. Zeszło nam z tym trochę, mimo to w dobrych humorach meldujemy się na właściwym miejscu. Stan, auto, porządki w sznurkach, śmichy chichy, nagle: uwaga kamień!

Za blisko, bym zdążyła się uchylić, ale dzięki temu też za blisko, aby wyrządził mi poważną krzywdę. Strącony liną przez Fucego, trafia mnie w ramię. Duży, ja wiem...?, ze dwa kilo mógł ważyć. Kwadratowy w przekroju, o czym przypomina mi obecnie mniej więcej kwadratowy siniak.

Bartek znów prowadzi, bo to wciąż jego kolej. Już wiadomo, że mamy nie pchać się ku górze, a trawersować (niby wcześniej też było to wiadomo, ale przy tamtym stanowisku żadnego trawersu nie było). Trawers wygląda dość szałowo, ale okazuje się być całkiem przyjemny. Za nim trochę pod górę i koniec wyciągu. I nie mamy pojęcia, gdzie teraz iść. A nagle zrobiło nam się wpół do czwartej.


Jeśli kolejne wyciągi będziemy ogarniać w podobnym tempie, to skończymy... no, jakoś w środku nocy. Wiadomo, że dużo czasu zjadł nam ten fałszywy stan, ale tak czy owak trzeba spiąć pupy. Albo zjeżdżać na dół.

Oczywiście jest jeszcze na tyle wcześnie, że decyzję o ewentualnych zjazdach odkładamy na nieokreślone później. Rusza Fucy i z tego, co raz na jakiś czas melduje przez krótkofalę wynika, że idzie mocno na czuja, zatrzymuje się, myśli, sprawdza różne możliwości. Trwa to długo, na tyle długo, że ja przycupnięta na jakimś występie skalnym z głową opartą o ścianę, zaczynam przysypiać. Wątpię w to wszystko, ale gdy Fucy daje znać, ruszamy kolejno sprawdzić, gdzie wylazł.


Zdjęcie zrobione z miejsca, gdzie ucinałam sobie drzemkę ;)
(od tego momentu wyciąganie aparatu mocno problematyczne, 
przerwa w zdjęciach)

Wspin się robi fantastyczny. Wyciąg jest długi, lufa jest fest, skała jest urzeźbiona. Budzę się na dobre i przekuwam niechętne i sceptyczne myśli sprzed chwili w jakiś taki nawet optymizm. Z tym, że zaczyna być naprawdę późno.

Na stanowisku pozycję mam do kitu, jakoś tak ani zawisnąć, ani się nogami oprzeć, z początku nawet nie mogę sobie poradzić ze ściągnięciem butów z pięt i aż syczę z bólu (buty wspinaczkowe nie są niestety najwygodniejszym obuwiem ;) ). Fucemu właściwie nie starczyło liny do obitego stanowiska, jesteśmy więc trochę poniżej, ale przynajmniej widzimy, że nad nami coś jest, a więc tędy wiedzie droga. Nadal jednak jest jakby późno. A nawet jakby później, niż było wcześniej ;). Zjeżdżać?

Teraz chyba już nikt nie ma na to ochoty, chociaż wiemy, że jak nie wyjdziemy ze ściany przed zmrokiem, to będziemy w straszliwej dupie. Bartek rusza żwawo ku górze i optymistycznie melduje, że chyba widzi koniec wspinaczkowych trudności. Nie oznacza to szczytu, bo do tego ma nam zostać 150 metrów łatwiejszego terenu. O szczycie nawet nie myślimy, chcemy skończyć drogę po skale i jakoś dowlec się do szlaku. Idę do Bartka, znów jakiś morderczy zwis na lonży, na kolejny wyciąg rusza Fucy i nadaje, że szczyt, to paaaanieee, daleko. Ale też, że tam, gdzie dolazł jest już dość trawiaście.




Idę do Fucego już w lekko złocistym świetle. Droga od trzeciego wyciągu, który wprawił mnie w lekką egzaltację - wciąż bardzo fajna. Końcówka wyciągu już łatwiutka, widzę, że Fucy siedzi w wygodnym miejscu, czyli koniec stromizn, będzie się można próbować ewakuować. Ale widzę coś jeszcze, właściwie to kogoś, kto zupełnie niechcący w jakimś tam stopniu przyczynia się do uratowania naszych tyłków. Na szlaku stoi człowiek i się nam przygląda. Szlaku bym nie zauważyła, człowieka widzę, ma niebieską koszulkę i w prostej linii stoi najwyżej kilkadziesiąt metrów od nas. A więc tam jest szlak i tam musimy się kierować. Dzięki ci, człowieku w niebieskiej koszulce, schodzący w miniony piątek żółtym szlakiem ze Skrajnego Granata ;).



Nie aucę się już, bo zrobiło się nagle zerówkowo, ewentualnie zero-plusowo. Dociera Kwaku, chłopaki robią porządki z liną, ja szukam, gdzie by tu się (wreszcie!) móc wysiusiać, po czym ruszamy ścieżką ku szlakowi. Mamy... 12 minut do zachodu słońca. Wyplątana z liny, wypruwam na przód i nie bez drobnych trudności, po mocnej kruszyźnie, doprowadzam nas na znakowaną ścieżkę. Uffffffffffff!!!







Schodzimy jeszcze w półmroku, załapujemy się na resztki światła odbijając w rozległe trawiaste połacie poniżej urwisk. Rozdzielamy się tu zresztą, idziemy jakąś chaotyczną tyralierą. Ja czepiam się ścieżki, która doprowadza mnie pod piargi i niknie, mimo to człapię po nich z uporem, urządzając sobie prywatne zawody z chłopakami, o których oni nie mają pojęcia. Robert jakoś tak środkiem, a Bartek w ogóle po trawie. Przy rzeczach jestem pierwsza. To taki odruch bezwarunkowy - po tej lamowatości w posługiwaniu się liną i szpejem chciałam się chyba sama przed sobą wykazać przynajmniej orientacją w terenie. Jakby nie patrzeć - po ciemku.

Zabieramy klamoty i w drogę. Jeszcze nie wiemy, gdzie będziemy spać, na razie idziemy ku szlakowi i ku szumiącym resztkom strumienia (susza!). O ile doszliśmy tu jakąś ścieżką, o tyle teraz, pomimo świateł czołówek, nie udaje nam się jej utrzymać i tak jakoś po prostu podążamy za tym szumem. Przy strumieniu, gdy panowie napełniają swoje butelki, ja dość przypadkowo w niewielkiej odległości odnajduję duże trawiaste wypłaszczenie, w dodatku nienaturalnie wygniecione na powierzchni paru metrów kwadratowych. Jak po wielkim namiocie. Łotewer zresztą po czym. Uwalamy się tam, jakaś gorąca szamka, gadu gadu, parę łyków bimbru. Wieczór jest niezwykle ciepły, więc nie ciągnie nas aż tak szybko do śpiworów. Widzimy zatem dokładnie grupę czterech czy pięciu światełek podążających równomiernie żółtym szlakiem... do góry. A następnie lustrujących ściany.

- Kwaku, powiedz ty nam jeszcze raz, ale szczegółowo, co wpisałeś do książki wyjść...?

Albowiem musicie wiedzieć, że nie tak łatwo zrobić sensowny wpis do książki, jak się nie zamierza zejść na wieczór do schronu :D. A że ostatnio ponoć mandatami obdzielają, to jakoś tak nas przypila, żeby ten wpis zrobić. Okej, wpisał telefon, ma tutaj zasięg, nas nie szukają, można spokojnie iść spać. Co też czynimy. :)

Filmik Bartka z tego dnia:


10 komentarzy:

  1. Uwielbiam czytać twoje teksty! :)
    Dla mnie prawe żebro też było pierwszym tatrzańskim doświadczeniem z liną.
    Jednego w tym tekście mi brakuje - zdecydowałaś już, czy to lubisz, czy nie? :D
    Pozdro!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się wyjaśni w kolejnych relacjach ;)

      Usuń
  2. oooo Super! Pogoda rozpieszczała przez cały sezon - ciekawe, czy jesień, dla nas taterników też będzie łaskawa. A Prawe żebro - super! Gratuluję

    OdpowiedzUsuń
  3. Haha, w ciągu 3 tygodni już drugi raz się minęliśmy w Tatrach - tamtego piątku schodziliśmy z Darią ze Skrajnego Granatu przed zachodem Słońca (który zastał nas nad Czarnym Stawem. Chyba nawet słyszeliśmy i widzieliśmy Was w ścianie (być może to do Was ktoś najpierw nawołał z dołu, a po odpowiedzi krzyknął żartobliwie "Ty tam pilnuj stanowiska", czy coś w tym guście). :) Ależ był piękny wieczór - ciepły, z ogromną jasną pełnią - super, prawda? Aż nam wszystkim zazdroszczę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa :D. To byli my. Wiem, że krzyczałeś coś jeszcze, ale za bardzo byliśmy zajęci spierniczaniem ze ściany, żeby dopytywać, co to było ;).

      Pełnię zobaczyliśmy dopiero następnego wieczora, spod Piątki. Dawało po oczach. Natomiast takiego ciepła wieczorem w Tatrach dotąd nie doświadczyłam.

      Usuń
    2. Również nie pamiętam takich ciepłych wieczorów - niezapomniane, po prostu super! Pozdrawiam i powodzenia!

      Usuń
  4. widziałam Was w niedzielę wieczorem w Piątce, chciałam nawet podejść, ale widziałam, że się już zbieracie, więc nie goniłam ;) pozdrawiam i gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spoko, też bym do nas nie podeszła, wieśniaki takie :D ;).

      Pozdrawiam! :)

      Usuń