piątek, 25 grudnia 2015

Pierwsze lody przełamane ;) (lodospad nad Zmarzłym Stawem)


Przed dwoma laty pokrycie się Tatr śniegiem było dla mnie równoznaczne z ich zniknięciem na kilka miesięcy z mapy świata. Białe, zimne, śliskie, lawiniaste - mogły równie dobrze nie istnieć.


Potem przeżyłam krótki epizod pod tytułem: "W Tatry w zimie tak, ale tylko na spacery po płaskim", zakończony niepohamowaną egzaltacją płynącą z powolnego ogarniania obsługi czekana. Kolejnej zimy w Tatrach czułam się już jak w domu i byłoby mi jednak smutno, gdyby zawiesiły swoje istnienie aż do lata.

Wspinaczka była przerażająca. Definitywnie, ewidentnie, absolutnie, obłędnie. Nieważne, że liny, że stany, że przeloty, moja wyobraźnia zatrzymywała się na stromiźnie terenu, co nie pozwalało mi wierzyć, że to może być bezpieczne. Że to w ogóle ma jakieś znamiona bezpieczeństwa.

Przylazłszy na ściankę pewnego burego jesiennego dnia przed rokiem (a była to z wielu powodów jedna z najlepszych decyzji w moim życiu), brałam pod uwagę jakieś wspinanie w skałach. Ewentualnie. Kiedyś. Może. W Tatrach? Nie!

Rok nie minął, gdy jakoś tak niechcący stanęłam na czubku Zamarłej Turni.

Biorąc więc słuszną poprawkę na wszelkie moje "nie, nie będę! ale ja się boję... no dobra!" nic już nie pierdzieliłam w temacie zimowego wspinania, tylko grzecznie, zawczasu uzbierałam na dziaby.

I na parę innych przedmiotów, których towarzystwo na zimowej wyprawie jest nieocenione. Jestem teraz bardzo biednym człowiekiem, ale mam dwa prześliczne potworki Grivela, puchówkę i prawdziwe zimowe buty (a nawet: "ekspecycyjne"!). Kurtka miała już swoje pięć minut, buty - nawet parę godzin. Dziabki natomiast leżały sobie w moim pokoju, nieprzypadkowo pozostawione na widoku. I się kurzyły. A ja nie lubię pokojowych zbieraczy kurzu. A na pewno nie wydaję na nie TAKICH pieniędzy.

Zatem, skoro zima opanowała już najpiękniejsze z gór i skoro Bartka nosiło, choć ledwie zdążył wrócić, poniosło mnie wraz z nim.

Wagę plecaka z upakowaną w nim połówkową liną i częścią szpeju od towarzysza, taktownie przemilczę. I wcale nie powiem, jakie słowo cisnęło mi się na usta (czasem skutecznie), przy każdorazowym jego zakładaniu.

W stronę Zawratu...

Pomijając opis wszelkich procedur około-wyjazdowych: na zakopiańskim dworcu jesteśmy jakoś o 7-mej. Świta. Na Halę Gąsienicową docieramy oczywiście solidnie przed południem jeszcze. Ale kurcze jest grudzień. A grudniowe przedpołudnie, to już trochę późno. W związku z tym dokonujemy rotacji planów i zamiast oglądać, tudzież eksplorować zachodnie ściany Kościelca, udajemy się do Zimowego Laboratorium. Czyli nad Zmarzły Staw.

Grupa kursantów łoi dość mikstowe i połogie okoliczne skałki. Też byśmy chcieli, ale nie zanosi się, by się mieli szybko wynieść. Zmierzamy więc ku górze, szlakiem prowadzącym na Zawrat. W jednym miejscu Bartek zauważa fajny, wylany lodem skrót. Na pierwszy rzut oka bardzo łagodny, okazuje się jednak, że Bartek lekko tam walczy, a w każdym razie nie chce mnie puścić na żywca. A nie ma gdzie zrobić stanu, zatem idę naokoło.

Niebawem docieramy do skutego już lodem Zmarzłego Stawu i również skutych lodem skał ponad nim. Bartek zakrada się na szczyt lodospadu od boku, robi stanowisko i zrzuca wędkę. Zjeżdża i pyta mnie, czy idę pierwsza.


Ano idę, bo zimno mi się trochę zrobiło, gdy ten stan montował. A zresztą trochę się boję, że jak się napatrzę, jak on dziabie, to się obesram. Nie o to, że spadnę, bo patrz wyżej: wędka, ale że dojdę do wniosku, że ja nie dam rady.

Pragnąc więc wyprzedzić wszelakie niesprzyjające mi wnioski, zgłaszam się na ochotnika i czym prędzej motam dla siebie ósemkę. Jeszcze tylko szybki instruktarz, jaki mniej więcej ruch mam wykonywać czekanami, głęboki oddech i wcielam mą potencjalną kompromitację w życie.


No dobrze, przesadzam. Dramatu nie było. Generalnie posuwałam się ku górze. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że dość płynnie. Ale! Od samiuteńkiego początku, od pierwszych ruchów wręcz, odnotowałam trudność we wbijaniu dziaby lewą ręką.

Prawą jakoś szło. Za którymś razem ogarnęłam, jakiej siły potrzebuję użyć, żeby zagłębić ostrze w lodzie. Zasadniczo, to ogarnęłam tę wiedzę również w odniesieniu do lewej ręki i lewej dziaby, tyle że... nie byłam w stanie tej konkretnej, potrzebnej siły lewą ręką wygenerować.

W związku z czym, lewa dziaba zamiast przemieszczać się zgrabnym ruchem zza pleców, a na jego skutek dotykać powierzchni lodu dokładnie czubeczkiem ostrza, po czym wbijać się w niego, znajdując oparcie dla ciężaru ciała... No więc zamiast tych wszystkich wspaniałości, które jako tako podziwiać można było, po mej prawicy, czekan w mojej lewej dłoni już gdzieś w połowie drogi pomiędzy plecami a lodospadem, drastycznie zmieniał trajektorię. A może nie trajektorię, ta - całkiem prawdopodobne, że pozostawała ta sama. Czekan natomiast zmieniał swoje położenie względem tafli lodu i bynajmniej nie uderzał oń czubeczkiem ostrza, co pozwoliło by mu na w ten lód się wgryzienie, tylko... przywalał w ścianę bokiem.

Ych. No nie za każdym razem, oczywiście, bo w takim wypadku nie mogłabym się pochwalić wertykalnym poruszaniem ku górze, co kilka linijek wcześniej uczyniłam. Nie opanowałam jednak w czasie tego pierwszego lodowego wspinu sztuki osadzania ostrza dziaby w lodzie lewą ręką. Zahaczałam je jedynie lekko i szybko brałam się za napierdzielanie ręką prawą.

Będąc już ledwie parę metrów od wypłaszczenia przed stanowiskiem, wyczerpawszy wszystkie swe siły i bez możliwości zmobilizowania się do dalszego wysiłku, na skutek nie tylko bólu w łapach, ale i lekkiego zniechęcenia, tuż przed komendą "na dół", zauważyłam... że dziabę z młotkiem trzymam w ręce prawej, w lewej natomiast tę z łopatką. A zatem tę cięższą. Hmm.



Dlatego całkiem chętnie wyruszyłam po raz drugi, gdy nadeszła moja kolej. No i jeszcze dlatego, że dostałam na łeb kamerkę ;). Zamiana dziab wpłynęła diametralnie na jakość mojego wspinu. Teraz przeszkadzały mi już tylko... raki.

No bo jeszcze nie wspomniałam nic o rakach. Moje turystyczne średnio się do takich zabaw nadają. Nie chcą się wbijać w lód. Ponieważ jednak lodospad nie był zupełnie pionowy, to ile mogłam - opierałam się na jedynie postawionych na nim rakach.


Za trzecim razem już było po mnie, mogłabym się tam wspinać i wspinać. Gdyby nie fakt, że właśnie zaczęło zachodzić słońce. Zagarnęliśmy zatem klamoty i udaliśmy się do schronu na dłuuugie wieczorne lenistwo i zasłużone piwo ;).




Filmowa pamiątka z pierwszego poskramiania lodu ;)

2 komentarze:

  1. Przez jakieś niedopatrzenie nikt nie skomentował? Chyba znam ten lodospad. Śnił mi się potem przez dwa tygodnie. Warto go przejść na wędce, aby już nigdy więcej nie pchać się na taką ścianę.... \o/ Fajnie się też odpada (film 0:57).Wtedy myślę o Cerro Torre i filmie Herzoga Krzyk kamienia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyli - wchodzenie po ścianie lodu to WSPANIAŁA PRZYGODA, choć dla mnie chyba jednorazowa. I super, że jest ten post, bo mi o niej przypomniał.

    OdpowiedzUsuń