sobota, 9 stycznia 2016

Moje tatrzańskie podsumowanie roku 2015

2015 zaczął się w Pięciu Stawach. W pokoju na parterze, numer może 3 albo 4. W przypływie entuzjazmu, prawie wszyscy wyszli na parę minut "na pole" (piłam tego wieczora z krakowską ekipą ;) ), a ja zmęczona, zblazowana, ogarnięta niechciejstwem i nieco już podpita... herbatą, w pozycji półleżącej przeczekałam moment zmiany daty na łóżku, na którym bynajmniej nie było mi dane później spać. Spałam w wejściu pod męski prysznic. Spałyśmy tam we trzy, ledwo mieszcząc się we framudze drzwi i przekręcając na drugi bok wyłącznie na wspólną komendę.

STYCZEŃ

Poza drętwym Nowym Rokiem, spędzonym połowicznie na snuciu się po pięciostawiańskim schronisku, w drugiej zaś połowie na zejściu do Palenicy, odwiedziłam tego miesiąca Tatry raz jeszcze.

Dysponowałam wówczas czasem, miałam daleko idące plany na ten okres, może jakiś dłuższy wypad albo może kilka krótszych... Niestety, intensywne opady śniegu naprzemienne lub połączone z mgłą, pozwoliły mi na jedną tylko wycieczkę. Lichą bardzo, bo zakończoną w Bandziochu. A po drodze raczącą widokiem na zwalającą się z Miedzianego niewielką lawinę.

LUTY 

Pojedyncza, jednodniowa wycieczka. Za to ładna niezmiernie, przyjemna i chyba dość ambitna, bo Baranie Rogi pozostają na dzień dzisiejszy najwyższym szczytem, na jaki wgramoliłam się zimą.



MARZEC

Dwa, kalendarzowo już wiosenne, następujące jeden po drugim, weekendowe wyjazdy. Pierwszy to jednodniówka w większej, spontanicznie zaaranżowanej grupie z celem w postaci Granatów (Zadniego i Pośredniego). Wrażenia, ze względu na pogodę i urok ośnieżonych Tatr - wyborne.


W tydzień później znów pognałam w Tatry, niestety ładując się w kiepskie warunki i marną pogodę. Mimo to, wycieczka była udana już z racji miłego towarzystwa Dominiki. Widziałyśmy krokusy (sztuk kilkanaście ale zawsze!), wlazłyśmy na Grzesia w czasie totalnej dupówy, wieczorem wypiłyśmy malinówkę, a nazajutrz przespacerowałyśmy się Doliną Staroleśną.



KWIECIEŃ


Nie opuszczała mnie niestety aura marnej pogody. Pierwszy zatem dzień kwietniowego weekendu zaowocował zdobyciem... Gęsiej Szyi, drugi zaś - wycofem spod Sławkowskiego.



MAJ

No więc... to był maj, całkiem możliwe, że pachniała Saska Kępa, nie wiem, nie miałam okazji sprawdzić, a jak mam na imię, to jest powszechnie wiadome. Dokładniej - to był piątek, a ja nazajutrz miałam jechać w skały. Skały, nie góry, na Jurę, nie w Tatry. Ogólnie nie było najmniejszej możliwości, żeby mnie następnego ranka miano zobaczyć na zakopiańskim dworcu.

Tak to wyglądało jeszcze gdy zasiadałam popołudniu z kubkiem kawy przy laptopie, dla chwili relaksu, przed pakowaniem siebie i psa na jurajski weekend. Nim kubek zupełnie opustoszał, splot kilku zbiegów okoliczności sprawił, że pakowałam się już gorączkowo... ale w Tatry, a dla psa organizowałam naprędce opiekę.

Nie było dla mnie pierwszyzną wybieranie się na górski szlak lub pozaszlak z kimś, kogo ledwo znam, zwykle jednak były to osoby, o których miałam już wyrobioną mniej lub bardziej przychylną opinię. Tym razem padło na oszołoma, którego kojarzyłam ze ściany i z bloga, z którym nigdy w życiu nie zamieniłam choćby słowa i o którym nie wiedziałam, co myśleć, ale jakoś tak... nie spodziewałam się niczego szczególnie pozytywnego.

Czemu więc z nim pojechałam? Bo to był maj, a maj był ostatnim miesiącem do zamknięcia dwunastki. Musiałam pojechać w maju! Planowałam kolejny weekend, ale licho wiedziało, jaką kolejny weekend przyniesie pogodę. W ten natomiast miało być ładnie. Sama może niekoniecznie chciałam się włóczyć. Bartek ogłosił na lokalnej grupie, że się wybiera. Nie było czasu na myślenie, do wieczora musiałam ogarnąć zakupy, pakowanie, dorobić klucz do drzwi dla niezastąpionej psiej niani. Odezwałam się, ustaliliśmy dość łatwą trasę. I umówiliśmy... na zakopiańskim dworcu.

Choć startowaliśmy z tego samego miasta, pojechałam innym autobusem. Niby że mój był dychę tańszy, ale tak naprawdę chodziło też o to, że nie miałam ochoty spędzać kilku nocnych, zwykle przynajmniej częściowo bezsennych godzin, na ciasnym siedzeniu obok obcego gościa. O czym ja z nim będę gadać?

Rano miałam iść z nim w góry, założyłam jednak, że jak już ruszymy, to gadać nie będziemy. Błąd. Gdy ja wypluwałam płuca na pierwszym podejściu na Boczań, on bezlitośnie zagadywał. Nie chciałam być niemiła, ale jakoś nie mogłam się wdrożyć w tryb podejściowy (kopciłam wtedy regularnie, zakładam, że to mogło mieć wpływ :P ), więc monosylabizowałam coś w odpowiedzi. I miałam głęboką nadzieję, że nie zapyta o to, gdzie pracuję, żeby już całkiem nie wyjść na taką, co połknęła kij od szczotki. No i oczywiście kurna, gdzieś na wyjściu z lasu - zapytał.

Miny nie widziałam, ale sam kiedyś później przyznał, że zaczął się w tym momencie pilnować, jak się zachowuje i co mówi. :D

I tak sobie potem szliśmy, każde swoim tempem, od czasu do czasu coś tam kurtuazyjnie zagajając.

I... tak sobie idziemy po dziś dzień, po górach i nie po górach, zagadując nie tylko kurtuazyjnie ;).

Wtedy wspólnie weszliśmy na Zawrat, odwiedziliśmy Walentkowy Wierch i przemaszerowaliśmy część Liptowskich Murów. Dnia następnego natomiast przeszliśmy przez Świstówkę do Morskiego Oka.


CZERWIEC

Długi weekend przeznaczyłam na pobuszowanie po Tatrach Zachodnich w towarzystwie poznanego dzięki niniejszemu blogowi Borysa i jego koleżanki - Dorsza.


Przypomniałam sobie trasę przez Czerwone Wierchy, nazajutrz odbyłam rewelacyjną widokowo wycieczkę na Bystrą, a na do widzenia zaliczyłam nad-chochołowski klasyk, czyli trasę: Grześ-Rakoń-Wołowiec.

A potem zrobiłam furorę na Tatromaniaku:


LIPIEC

O ile pierwsze pół roku upłynęło mi tatrzańsko bez specjalnych fajerwerków, na wycofach, spacerach, wycieczkach lekkich łatwych i przyjemnych, o tyle w lipcu można powiedzieć - coś nie tyle drgnęło, co popadło w epileptyczny atak.

Na powitanie wakacji wybrałam się bowiem z Bartkiem na cztery dni w Tatry słowackie, podczas których doprowadziliśmy swoje kończyny dolne do rozpaczliwego stanu, wyłażąc przy ich użyciu na Świstowy Szczyt, a potem Gerlach wymarzoną przeze mnie Martinóvką.


Specyfika tego pobytu była taka, że od momentu opuszczenia busa na przystanku w Łysej Polanie... w każdy punkt dotarliśmy pieszo.


A zatem dnia pierwszego przewędrowaliśmy z bogato wyposażonymi plecakami Dolinę Jaworową, ostatniego zaś Dolinę Białej Wody, a obie z krótkości niestety nie słyną. Sam Gerlach z powodu pewnych komplikacji rozciągnął nam się do trwającej 23 godziny akcji górskiej.

Było grubo.

Z racji oszałamiającej ilości wolnego, wyruszyłam w Tatry jakieś dwa tygodnie później, tym razem z poznaną w kwietniu Marcelą i chwilowo też jej kolegą, Tomkiem. Wyjazd był dwudniowy i całkiem całkiem honorowy. Dnia pierwszego we trójkę, trochę po drodze błądząc, ale ostatecznie szczęśliwie, wdrapaliśmy się na Ganek.


Dnia następnego przyszła kolej na Wysoką. I jeśli miałabym wskazać ulubioną ze swoich wycieczek anno domini 2015, to byłaby to właśnie Wysoka. Jest to najbardziej samodzielnie zdobyty z moich szczytów. Wszystkie górskie wycieczki dają mi zbliżoną radość, ale z tej jestem szczególnie dumna.


Pod koniec lipca zawitałam w Tatry raz jeszcze, a po raz pierwszy stricte wspinaczkowo. Ostatniego dnia miesiąca postawiłam nogę na Mnichu.

SIERPIEŃ


Dzień po Mnichu przyszedł czas na Cubrynę, którą też uznałabym za jeden z ciekawszych i ładniejszych celów minionego roku.

Na zakończenie już i tak udanych wakacji, wyszedł jeszcze jeden świetny wyjazd. Tym razem pojechaliśmy we troje: Bartek, jego wspinaczkowy partner, no i ja. Odhaczyliśmy Prawe Żebro w masywie Granatów, następnie przepyszną Grań Świnicy, a na koniec... och i ach! wspięliśmy się na Zamarłą Turnię.

Ja wciąż podchodzę do tego swojego wspinania z rezerwą i będę tak podchodzić, póki nie zacznę prowadzić dróg, zamiast tylko iść na wędkę (dajcie mi czas do lata :D), ale nie przeszkadza mi to w czerpaniu radochy z lezienia na sznurku wybieranym od góry.

WRZESIEŃ...

...mnie pokonał. Kolejna w przeciągu paru miesięcy przeprowadzka, uwieńczona koncertowym choróbskiem. W połączeniu sprawiły, że przesiedziałam ten miesiąc w domu, a właściwie w dwóch domach, malując, pakując, rozpakowując, smarkając.

PAŹDZIERNIK

Rozleniwiłam się na dobre i zawlokłam dupsko w Tatry dopiero ostatniego dnia października. Aczkolwiek nie ma tu o czym pisać, ponieważ nic nie wyszło z planowanej na ten dzień wycieczki. Dotarłam wtedy jedynie do Terinki.

LISTOPAD

A do tej Terinki dotarłam po to, żeby zaraz z rana móc wybrać się na Durny Szczyt ze Sławkiem, poznanym latem pod Wysoką. Mieszane warunki, stromy żleb i dwójkowa droga na szczyt, a potem liczne zjazdy z niego dały mi po dupie i sprawiły, że to akurat ulubiona wycieczka zdecydowanie dla mnie nie była. Ale mając świadomość, że prędzej czy później by mnie tam przywiało, cieszę się, że mam to już za sobą.

Chociaż... może szkoda, może w innych warunkach byłoby to przyjemniejsze?

GRUDZIEŃ


Mocny akcent na koniec roku. Aż dwa wyjazdy. Pierwszy - weekendowy, podczas którego próbowałam swoich sił na lodospadzie i odbyłam pierwszy zimowy wspin na Załupie H na Zadnim Kościelcu.

I drugi około-sylwestrowo-noworoczny, obejmujący wspinaczkę drogą Klisia, również wspinaczkę na North Face of Świnica :D, wędrówkę na Krzyżne...

...A reszta, to już nowa historia. Którą, mam nadzieję, podsumuję za rok.

Dziękuję wszystkim, którzy ze mną przemierzali szlaki i bezdroża. A jeszcze chyba trochę bardziej dziękuję tym, którzy, nie znając mnie przecież, śledzili moje przygody, dopingowali mnie, gratulowali mi i trzymali za mnie kciuki. To jest wielkie, wspaniałe i niesamowite: mieć Was! Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wielką sprawiacie mi radość!


 W 2015 roku spędziłam w Tatrach 31 dni.

W nowym, 2016 życzę sobie i Wam przede wszystkim codziennej radości z życia, dogadania z samym sobą, odwagi do spełniania marzeń. Jak się to ogarnie, cuda przychodzą same. ;) A przynajmniej lubię w to wierzyć.


Raz jeszcze ogromniaste dzięki za wszystko. Gosia

14 komentarzy:

  1. Gosiu, dziękuję za kolejny rok prowadzenia bloga...
    Rok temu pisałem tak:
    "Dziękuję za rok wspaniałej lektury. Mieszkam 1km od Bałtyku więc w Tatrach jestem raczej rzadko, ale fajnie było kibicować Tobie i sprawdzać sobie wieczorami bloga - "ciekawe gdzie ona tym razem wlazła" :)
    Fajnie mieć wspólną pasję z innymi ludźmi... :)

    W 2015 roku życzę Ci przemierzenia wielu górskich dróg i zdobycia kolejnych szczytów - szczególnie zaś życzę Ci zdobycia moich ulubionych czyli wszystkich Mięguszy (na Czarnym już byłaś, to może dla odmiany drogą Karłowicza? :)) oraz Cubrynki :)
    Być może do zobaczenia na szlaku w wakacje - uprzedzam, będę prosił o autograf :D
    Szymon"

    Spośród tych celów, których Ci życzyłem na 2015, udało się Tobie wpaść na Cubrynę. Co więcej, kolejny dziwny traf chciał, że byłaś na Cubrynie dokładnie w tej samej chwili, w której ja zdobywałem swój pierwszy w życiu offroad - Czarnego Mięgusza :) Baaardzo mi było miło się o tym później w domu dowiedzieć :) Cieszę się, że jeszcze coś z mojej zeszłorocznej listy życzeń pozostało przez Ciebie niezdobyte - chciałbym w 2016 poczytać zatem o Twoim tour de Mięgusze :P a ze wspinaczkowych celów dodaję Żabiego Konia - podobno świetna trasa. Ale przede wszystkim życzę szczęśliwych powrotów z gór (co najmniej tylu ile w 2015, bo to chyba dobry rok był dla Ciebie ;))
    Szymon

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za takie rozległe życzenia i za stałe zaglądanie tutaj :)

      Mięgusz Wielki chodzi mi po głowie, oj chodzi ;).

      Usuń
  2. Fajnie się czyta takie podsumowania :) Śledzę Cię jakiś czas, moją uwagę zdobyłaś po pierwsze - górami, po drugie - wiekiem (piona!) & skończonymi studiami (piona! tylko ja robiłam je trochę później). A więc i praca jednakowa :) Ja co prawda nie śmigam (jeszcze...) tak wysoko, ale Tatry (Bieszczady zresztą też, bo i tu, i tu jeżdżę kilka razy w roku) kocham z całego serducha! Postanowieniem na 2016 jest odwiedzanie Tatr każdego miesiąca, więc może takie mniejsze podsumowanie zrobię na początku przyszłego roku, jeśli tylko odświeżę bloga, bo w 2015 ani jednego wpisu chyba nie zrobiłam... ;)

    Co do różnicy, która teraz się zatarła, czemu po cichu kibicowałam - partner ze wspólną pasją - cieszę się! i gratuluję ;)

    No i życzę jeszcze więcej dni w górach! (z ciekawości podliczyłam swoje górskie dni, 18 - Bieszczady, Beskid Śląski, Tatry, Bieszczady, Bieszczady. Ups, mało Tatr, rok temu odwiedziłam je 5 razy, dobre postanowienie obrałam :)). Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. No piekny rok z gorskim romansem w tle :) Gratulacje i jak zwykle czekam na kolejne relacje! Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
  4. Korzystaj, ile wlezie. Spełniaj się górsko i popełniaj te wszystkie relacje. No i, mam nadzieję, że kiedyś do zobaczenia na szlaku. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak sobie myślę teraz, że tak na prawdę tylko dzięki Tobie poznałam Tatry choć w małym stopniu w teorii zanim w ogóle się tam pierwszy raz wybrałam. Twoje wpisy sprawiły, iż stwierdziłam, że to może być dla mnie! I nie pomyliłam się. Jak tylko pojechałam - wsiąkłam już na zawsze ;) W tym troku odkryłam kilka z moich nowych pasji, a dzięki Tobie stały się nią również górskie wędrówki. A musisz wiedzieć, że jeszcze dokładnie rok wstecz na słowo góry dostawałam białej gorączki :P Lenistwo wygrywało ;) Jednak pierwszy zeszłoroczny wypad w Tatry uświadomił mi, że moc, którą otrzymuje się tam na miejscu wygrywa z leniem (a nawet ze zmęczeniem!) w 100%. Bardzo cieszę się, że trafiłam na Twój blog absolutnie przypadkiem, a po 2 miesiącach korzystałam już z Twoich propozycji tras dla początkujących w praktyce (minionego lata przeszłam prawie wszystkie). Bardzo Ci za to dziękuję :)
    Od tamtej pory czytam Twojego bloga regularnie i to już się nie zmieni ;) Poszukuję też inspiracji na kolejny poziom moich wędrówek, ale to Twoje małe kompendium wiedzy i informacji nt. Tatr na pewno pozwoli mi znaleźć coś odpowiedniego :)
    Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy! :)

    Przy okazji spełnienia i zdrowia na trwający już właściwie rok :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muuuuuaaaaa :*

      Propozycje wędrówek na kolejny poziom też zamierzam kiedyś podrzucić, do lata powinnam się wyrobić ;).

      Usuń
    2. Idealnie! Z góry dziękuję :D ;* Na Gosię zawsze można liczyć :D

      Usuń
  6. Nie żebym wybrzydzał... ale niektórzy czekają na Twoje relacje z gór na literę A :) Są jakieś szanse w tym roku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o ile uda mi się dołączyć do grona zarabiających blogerów, to może może... bo tak to bieda i nędza...

      Usuń
    2. Byłbym skłonny zaryzykować tezę, że tydzień spędzony w Alpach wcale nie musi wyjść drożej niż tydzień w Tatrach. Wiadomo, dojazd generuje koszty, ale można je rozłożyć na innych upchanych w aucie osobników. Do tego dochodzą dodatkowe możliwości noclegowe: winterraumy, kapsuły biwakowe, schroniska ze zniżką AV. Podstawowe produkty np. w Słowenii nie są jakoś specjalnie droższe.

      Usuń
    3. Właściwie dla mnie pobyt w górach to przede wszystkim koszt przejazdu, nie wspominając o sukcesywnie kompletowanej odzieży i sprzęcie. Na noclegu, to akurat i w Tatrach umiem przyoszczędzić ;). If you know what I mean :P.

      Usuń
    4. Zobaczysz, że jak raz pojedziesz to koszty przejazdu przestaną się liczyć. Chyba, że do tego czasu euro będzie po 5zł :)

      Usuń