wtorek, 20 września 2016

Kościelec - opis szlaku

Swój fenomen ta góra zawdzięcza najpewniej wyglądowi. To, że jest ładna, że stanowi najbardziej chyba charakterystyczny element otoczenia Hali Gąsienicowej to jedno. A drugie to to, że wystrzela w niebo piramidalną ścianą, która z oddali wydaje się być niemalże pionowa, przez co sprawia wrażenie niedostępnej, niemożliwej do pokonania, budzi grozę. 

Widok z Hali Gąsienicowej na szczyty ją otaczające;
Kościelec to ten najbardziej strzelisty
Kościelec z Hali
Kościelec to też taki szczyt idealny, taki wyjęty z naszych pierwotnych wyobrażeń o górach i wydrukowany techniką 3D z dziecięcych rysunków. Osamotniony i trójkątny, no prototyp góry jak nic!

I mam na to dowód:
Kościelce! Wszędzie Kościelce! ;)
Widok na Kościelec z zimowego obejścia nad Czarny Staw Gąsienicowy
Niewprawne jeszcze oko turysty stojącego na Hali Gąsienicowej może nie rozpoznać Granatów, czy Koziego Wierchu, zlewających się z resztą grani, ale Kościelec zauważy na pewno od razu. A stąd do zakochania już tylko jeden krok...
Nieopodal Murowańca; Kościelec znów najbardziej strzelisty ;)
Widok z zimowego obejścia nad Czarny Staw Gąsienicowy
Próżno natomiast wypatrywać Kościelca ze szczytów innych niż te położone w jego najbliższym sąsiedztwie. Bo, pomimo spektakularnego wrażenia, jakie robi z okolic Hali, to stosunkowo mała górka jest. A i z samego Kościelca widok jest przez to mocno ograniczony i niezbyt (w porównaniu do innych szczytów Tatr Wysokich) rozległy.

Po ujęcia ze szczytu zapraszam do zimowej relacji z wejścia na Kościelec Żlebem Zaruskiego: TUTAJ.

Szlak wiedzie nie inaczej, jak tylko kościelcową "nordwand". Tą samą, która przyprawia o zawroty głowy od samego patrzenia. Która jednak też stopniowo "kładzie się" im bliżej głównego bohatera się przysuwamy, albo też jeśli patrzymy z boku, a nie z oddalonej północy. Już podchodząc nad Czarny Staw Gąsienicowy, widzimy, że północna ściana Kościelca, nie jest właściwie ścianą, a po prostu zboczem.

Widok z okolic Czarnego Stawu Gąsienicowego
Widok z Zielonej Doliny Gąsienicowej - Kościelec pierwszy po lewej
Zdania, co do trudności Kościelca są mocno podzielone. Na pewno to już jedna z trudniejszych dostępnych szlakowo górek. Na pewno od innych szlaków, które przyzwyczaiły nas do licznych ułatwień w postaci łańcuchów i klamer, Kościelec rożni się tym, że na nim niczego takiego nie ma. I to właśnie bywa powodem określania go czasem przez niektórych jako (czasem wręcz: o wiele) trudniej dostępnego od Świnicy czy Rysów.

Nie powiedziałabym. Skalnych fragmentów do pokonania z użyciem rąk na Kościelcu jest nie więcej niż pięć. Ich przejście, zarówno w górę jak i w dół jest oczywiście mniej intuicyjne niż gdyby wisiał tam łańcuch. Tu, zamiast sięgnąć od razu po żelazo, musimy zatrzymać się, popatrzeć, pomyśleć. Ale czy wciąganie się po skale pod szczytem Kościelca trudniejsze jest niż wciąganie się po łańcuchu gdzieś indziej? Nie wydaje mi się.

Ale to obiektywnie. Bo czy to obecność czy też brak łańcucha w danym miejscu, zwykle otwierają pole do popisu wyobraźni. Jedni, ci co oswoili się już że sztucznymi ułatwieniami na szlakach, będą się może i tu za nimi rozglądać i żałować, że ich nie ma. Ci z kolei, którym puls skacze na sam widok czy brzdąknięcie łańcucha, nie umiejąc mu może zaufać, albo tłumacząc sobie, że łańcuch jest równoznaczny ze skrajną trudnością, niewykluczone że będą uspokojeni faktem, że tu akurat nikt łańcucha nie zamontował.

Psychika psychiką, lęki lękami, ale faktem niezaprzeczalnym jest, że trudne fragmenty szlaku na Kościelec nie sąsiadują bezpośrednio z ekspozycją. Daleka jestem od stwierdzenia, że nie da się z tego szlaku zlecieć, ale na pewno nie jest to tak łatwe jak na wielu, bardzo wielu innych, obłańcuchowanych szlakach. Gimnastyka na skale, w razie wtopy, nie powinna skończyć się dalej, niż tuż pod problematycznym miejscem. Choć oczywiście mieć pecha i się rozpędzić pewnie też można. W dalszej części posta przedstawię zdjęcia obrazujące, o co mi chodzi.

Popularny jest pogląd, że przy deszczu lub oblodzeniu Kościelec, jak żadna inna góra, robi się śliski i niebezpieczny. Bzdura. Znaczy nie to jest bzdurą, że łatwiej o poślizgnięcie, gdy mokro albo lód, bo to jakby zrozumiałe. Bzdurą jest, że Kościelec jest w tej materii jakiś wyjątkowy. Okej, może i wygląda jak wielka zjeżdżalnia, może i połyskuje w słońcu nawet, gdy jest suchy, ale... O poślizgnięcie po deszczu czy oblodzeniu łatwiej na każdym szlaku, nie tylko na Kościelcu. To nie jest jakaś góra-demon.

Co jeszcze przemawia za uznaniem Kościelca za łatwiejszy od innych szczytów, to na pewno to, że szlak jest krótki. Oczywiście, najpierw musimy dojść na Karb, uprzednio jeszcze na Halę Gąsienicową, ale sam szlak szczytowy, na którym skupione są wszelkie trudności zamyka się w godzinie podejścia i 40 minutach zejścia. Aż do Karbu, dojście odbywa się łatwym terenem, z którego szybko można wycofać się do pobliskiego schroniska. No i jeszcze jedno: odrobinę mniejsza popularność, ergo: odrobinę mniejsze korki niż na Świnicy czy Rysach.

Przejdźmy jednak do rzeczy. Jeżeli chcesz wejść na Kościelec, to zapewne już zdarzyło mu się Ciebie zauroczyć, wiesz więc doskonale, że idzie się nań z Hali Gąsienicowej. Zatem tylko dla porządku i dopełnienia kronikarskiego obowiązku napomknę, że na Halę Gąsienicową najprościej dociera się na trzy sposoby:

- z Kuźnic szlakiem niebieskim przez Boczań
- z Kuźnic szlakiem żółtym przez Dolinę Jaworzynki
- z Brzezin szlakiem czarnym

Wszystkie te szlaki w warunkach letnich są łatwe. Tym, co je różni jest, poza ich przebiegiem, intensywność podejścia. Od stromych schodów na szlaku żółtym, po łagodnie pofalowaną ścieżkę na szlaku czarnym.

Jeśli jesteśmy już na Hali Gąsienicowej, następnym krokiem jest dostanie się na Karb.

Dwie opcje dojścia na Karb z Murowańca.
Karb to punkcik na północ od Kościelca.
Czasem na tatrzańskich grupach na facebooku pojawia się pytanie: którym szlakiem lepiej iść na Kościelec?

Otóż, zasadniczo, szlak na Kościelec jest jeden: czarny. Dwa do wyboru są za to szlaki na Karb, czyli najbliższą Kościelcowi przełęcz od północnej strony, oddzielającą go od grani Małego Kościelca. A odpowiedź na pytanie brzmi: właściwie, to bez większej różnicy.

Już samo przejście przez Karb i odwiedzenie dwóch, rozdzielonych przez grań Małego Kościelca dolin: Czarnej i Zielonej Gąsienicowej jest ciekawą wycieczką krajoznawczą, warto więc przewędrować obydwa szlaki prowadzące na Karb, jednym podchodząc, drugim schodząc.

Przyjęło się, że wycieczkę na Kościelec zaczyna się jednak od Czarnego Stawu Gąsienicowego, podchodząc na Karb czarnym szlakiem. Schodzi się natomiast na stronę Zielonej części Doliny Gąsienicowej, niebieskim szlakiem, skręcając następnie w prawo w czarno znakowaną dolinną ścieżkę, aby dotrzeć z powrotem do schroniska.

Czemu właśnie tak? Może dlatego, że takie rozplanowanie wycieczki pozwala na szybsze wejście na szczyt, co nie jest bez znaczenia w dni z niepewną pogodą. Można też pójść na odwrót, zaczynając od łagodnego podejścia Doliną Gąsienicową, a potem schodząc stromszym szlakiem na stronę Czarnego Stawu.

Szlak na Karb znad Czarnego Stawu...
...i szlak na Karb z drugiej strony

Przebieg całego "podejścia" na przełęcz Karb od strony Zielonej Doliny Gąsienicowej w zasadzie widać na powyższym zdjęciu jak na dłoni. Łagodna ścieżka wznosi się z poziomu doliny, a właściwie, to można odnieść wrażenie, że cała dolina się wznosi, jeszcze kilka kroków, lekka zadyszka i już, jesteśmy u kresu.

Znad Czarnego Stawu trochę inaczej. Czarna Dolina Gąsienicowa jest położona względem Karbu sporo niżej od Zielonej, toteż i podejście jest solidniejsze, a ludzie na nim, obserwowani znad lustra stawu przypominają już trochę kolorowe mrówki.

Poniżej kilka zdjęć z czarnego szlaku na Karb.








W chwili, gdy kończy się droga do góry, a Kościelec jest już świetnie widoczny (jak na zdjęciu powyżej), nie jesteśmy jeszcze na Karbie. Od przełęczy dzieli to miejsce jeszcze kilkudziesięciometrowy odcinek grani.

Na przełęczy zaś czeka na nas takie cudo:


Niniejszy post powstaje między innymi po to, abyś się tej tabliczki nie przestraszył, jak już zlany potem dogramolisz się na Karb. Bój się jej teraz i teraz już podejmij decyzję, czy będziesz szedł dalej.

Ta tabliczka to pewnego rodzaju kuriozum. Nie ma na niej nic nieprawdziwego, to nie o to chodzi. Sęk w tym, że w innych miejscach, przy początkach innych szlaków, nieraz jeszcze trudniejszych, takich tabliczek nie ma. Nie uświadczysz jej pod Świnicą, na Zawracie, skąd startuje Orla, nigdzie. Tylko tutaj. Można więc wyciągnąć wniosek, że Kościelec jet najtrudniejszy. A przecież nie jest, co udowadniałam kilkanaście linijek wyżej.

Taka informacja jest rzeczą dobrą, bo każe się zastanowić nad dalszą drogą osobom, które aż tutaj dotarły przypadkiem, bo "ile będziemy siedzieć nad tym stawem, zobacz, ludzie tam gdzieś wchodzą, to może i my pójdziemy", albo coś w tym rodzaju. Odstrasza osoby, które nie wiedzą, czego się spodziewać po dalszym szlaku, nie czytały o nim wcześniej, nie szukały zdjęć i opisów w internecie. Pozostaje tylko wyrazić ubolewanie, że tego typu ostrzeżenia nie ostały się też w innych miejscach (bo ponoć niegdyś było ich więcej).

Ty jednak szukasz i wiesz już, że Kościelec to nie takie zło wcielone, na jakie wygląda. Jest trudny, jak na szlak turystyczny, no bo helooooł, jaki procent szlaków turystycznych w Polsce wymaga podciągania się na kamieniach? Ale doprawdy, bywa gorzej.

Z Karbu, poza charakterystyczną tablicą, możemy też dostrzec caluteńkie północne zbocze Kościelca, którym to zaraz będziemy iść:


W pogodny dzień zapewne bez problemu dostrzeżemy na szlaku sporo ludzi, dzięki którym uwidoczni się nam i jego przebieg. Właśnie na podstawie sylwetek ludzkich widocznych na zdjęciach, udało mi się mniej-więcej narysować schemat szlaku:


Strzałki oznaczają miejsca z trudnościami. Tak, są dwie strzałki. Jedna wskazuje na kilkumetrową rynnę tuż nad Karbem, a druga na ciąg trudności pod szczytem. Pozostała część szlaku jest wolna od technicznych trudności.

Skupmy się na pierwszej trudności, czyli rynnie. Ścianę na całej szerokości przecina dość wysoki - kilkumetrowy próg. Jakoś trzeba się na niego wdrapać. Szlak przeprowadza nas zatem przez skalną rynienkę.


Jak widać na zdjęciu, kominek nie jest pionowy, a mocno połogi i w dodatku bardzo bogato urzeźbiony. A co też bardzo ważne - zupełnie NIEeksponowany. Jeśli nie wierzysz, wróć do zdjęcia z czerwonymi kropkami i odnajdź pierwszą strzałkę. Pod rynną jest płaska platforma. Oczywiście już niefortunny upadek na kamienie choćby z wysokości metra, może być opłakany w skutkach, zatem nie chodzi mi o bagatelizowanie tego miejsca. Jedynie o podkreślenie, że żadna przepaść tu nie straszy.


Żeby nie mydlić oczu lajtowością, przyznam, że rynienka sprawia pewne problemy przy schodzeniu. Pomiędzy nogami chłopaka na zdjęciu (dawałam mu adres bloga, więc jakby co, to pozdrawiam, żywiąc nadzieję, że nie obrazi się za tego typu wykorzystanie wizerunku ;) ) widać kawałek wystającej, wypychającej skałki. Jeżeli schodzimy będąc - tak samo jak przy wchodzeniu - zwróceni twarzą do skały, to to wybrzuszenie tam trochę przeszkadza. Najgorsze jest zaś to, że w takiej pozycji nie widzimy stopni na których moglibyśmy niżej postawić nogi. Dlatego ja tam bardzo sobie chwalę... schodzenie tyłem do skały. Jest ona na tyle połoga, żeby nie rypnąć nosem do przodu, a naprawdę przynajmniej coś się dzięki temu pod sobą widzi. Jeśli jednak nie wyobrażasz sobie takiej techniki, to schodź "klasycznie" - większość osób tak robi i jakoś sobie radzą.


Dalej, aż do bliskich okolic wierzchołka, szlak to właściwie tylko zwykłe schodki lawirujące po zboczu.





Nooo... prawie tylko. Kościelec słynie z płyt. Czasem więc i jakaś bardziej płaska formacja na szlaku wylezie. Z moich obserwacji wynika, że najwięcej kłopotów sprawia ta:

relacja z deszczowego Kościelca KLIK
Jeśli zdążyliście mieć zawał, to zupełnie niepotrzebnie, bo w rzeczywistości w trakcie robienia tego zdjęcia ja... leżałam nieomal na tej płycie, a przekręciłam je dla żartu w postprodukcji ;). Naprawdę to miejsce wygląda tak:


Przechodzi się je normalnie, na prostych nogach, nie ma się co bać. Pod szczytem znów płyty:


I zaczyna się zabawa :). Do kościelcowego czubka stąd już serio tylko kilka kroków, ale to zdecydowanie najciekawsze kroki na całej wycieczce. Policzyłam, że ciąg trudności do szczytu tworzą dokładnie cztery miejsca, pooddzielane od siebie paroma metrami łatwej ścieżki. A liczyłam je celem ich późniejszego dokładnego skatalogowania, nazwania i opisania, ale zanim wróciłam do domu, to już mi się zdążyły pomerdać. Będzie więc z grubsza:

Zaczyna się od pochyłego wprawdzie, ale dość słabo urzeźbionego kawałka.





Za tym pochyłym kawałkiem Kościelec serwuje kilka podciągnięć - już bardziej pionowych, ale nie wysokich, a przede wszystkim cały czas - niezbyt eksponowanych. Drugie zdjęcie z kropkami obrazującymi orientacyjny przebieg szlaku zachowałam na tę część posta, aby uwidocznić, jak daleko od krawędzi zbocza odbywają się te wszystkie podszczytowe wygibasy:


Lepiej mimo wszystko nie spadać, bo nawet krótki lot na twarde podłoże może nie być przyjemny, jednak o wiele bardziej eksponowane są niektóre fragmenty szlaku, gdzie jest on po prostu łatwą ścieżką, chodnikiem górskim, schodkami, tam, gdzie łatwo o dekoncentrację i beztroskę. Cała wspinaczkowa gimnastyka ma miejsce z dala od przepaści.




Największe wrażenie robi chyba miejsce tuż pod szczytem, bo tam rzeczywiście jest kawałek ściany do urobienia ;). O, taki kawałek:


Wszystkie te newralgiczne punkty oczywiście podwajają swoją trudność przy zejściu, ale... zapewniam, tam nie ma nic nie do zrobienia. Spokój, szukanie punktów zaczepienia, wypróbowywanie różnych możliwości i wszystko da się zrobić. :)


Zanim wyruszysz na szlak, zapoznaj się z mapą i z podanymi na niej czasami przejść. Zaplanuj swoją wycieczkę, sprawdź prognozę pogody i zorientuj się co do warunków panujących na szlaku. Więcej informacji na ten temat w TYM LINKU. Pamiętaj, że przy pokrywie śnieżnej lub oblodzeniu, charakter turystyki tatrzańskiej zmienia się diametralnie.

Jeśli byłeś na Kościelcu, w komentarzu podziel się swoimi wrażeniami - Czytelnicy bloga korzystają nie tylko z moich postów, ale i z informacji zawartych w komentarzach. :)

43 komentarze:

  1. Biurko chyba Ci służy - powstaje przewodnik i miło się go czyta. Kapitalna jest zresztą rozpiętość między różnymi wpisami na blogu. Sama idziesz o włos od śmierci i piszesz o tym, jakbyś bez wysiłku skakała ze szczytu na szczyt. Natomiast przy trasach dla początkujących pochylasz się z troską nad każdą trudnością, by nie narażać ewentualnych zachęconych czytelników na ryzyko. A przez to te szlaki wyglądają groźniej niż wejście na Łomnicę. :)
    Na Kościelec wszedłem dawno temu, gdy miałem kilkanaście lat i byłem z mamą w Zakopanem na wczasach. Co ciekawe, ona też się wybrała. Nie miała żadnego przygotowania górskiego, dotarła pod sam szczyt i tam powiedziała "To nie dla mnie, za stromo." Na szczęście schodzący turysta się wtrącił "Pani, to już tylko kawałek,jak pani tyle wlazła, to nie ma co się poddawać". Ogólnie tak wyglądała informacja o szlakach przed nastaniem internetu. No i weszła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym "o włos od śmierci" to naprawdę bym nie przesadzała, bo aż tak nie szafuję własnym życiem. A już na pewno nie straszyłabym moich rodziców, którzy tu zaglądają ;).

      A wejście na Łomnicę akurat nie jest o wiele trudniejsze...

      Usuń
    2. No tak, kontrola rodzicielska. Przełożeni też śledzą pracowników na fejsie i blogach. Wszystko ma plusy i minusy.

      To chodźmy na Łomnicę, bo Kościelcu zrobi się tłok po tym poście.:)

      Usuń
  2. Nie byłam, ale opisałaś wejście tak dokładnie, że już iść nie ma po co .... albo właśnie trzeba iść!, w końcu będę mogła patrzyć na góry i chmury zamiast pod nogi :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. A mnie wzruszył rysunek Natalki - wypisz wymaluj Gosia wspina się na Kościelec - czad:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Konkretny, wyczerpujący opis, chyba najlepszy w polskim internecie ;) Dzięki. To mój plan na przyszły rok, miałem pewne "obawienia", teraz wiem, że idę na 100%.

    OdpowiedzUsuń
  5. Co tam opis i dokumentacja szlaku (świetna, jak zawsze), me serce skradł rysunek z Rudą okiełznującą górę na szpilkach. <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Ajjj żałuje, że ten opis nie pojawił się kilka dni wcześniej, zanim wyruszyliśmy na Kościelca. Dość spontanicznie podjęliśmy decyzję będąc na Małym Kościelcu. Trochę brak czasu, trochę lekka obawa tej wąskiej, nachylonej półki, której zakończenia nie widać ze szlaku, zmusiła nas do odwrotu. Wygląda jakby za nią nic nie było, a jednak okazuje się, że jest :D Za rok wchodzimy bez obaw. Dzięki, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Magdalena Piotrowska21 września 2016 10:48

    Od dzisiaj wpisuję tego bloga do mojej stałej, codziennej lektury. Odczarowałaś dla mnie Kościelec, do tej pory - jak mi się wydawało - niedoścignione marzenie! Wprawdzie nie wiem, kiedy się wybiorę - Tatry daleko, ja mam dwoje małych dzieci, które z żalem udaje mi się zostawić pod opieką tatusia, by na te 3 dni w roku przemierzać szlaki z koleżanką - ale się wybiorę. Postanowione ;) Skoro nie ma się czego bać, jak piszesz... No ale to nie w przyszłym roku, bo w planach już Kozi Wierch, ewentualnie jeszcze Szpiglas. No a 3 dni to przecież tak mało... Dzięki, że piszesz to co piszesz, naprawdę dodajesz otuchy tym początkującym, co marzą, by Tobie dorównać!

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo fajny opis szlaku. Dziękuję i czekam na więcej. ;)
    W tym roku już może się nie udać, ale mam nadzieję, że w przyszłym roku sprawdzę ten szlak osobiście.

    OdpowiedzUsuń
  9. Po Polskich górach nigdy nie chodziłam, ale gdy patrzę na Twoje zdjęcia, ze zdumieniem stwierdzam, że wcale nie trzeba opuszczać naszej przepięknej ojczyzny, aby zobaczyć górzyste cuda. Bo Alpy są dokładnie takie same. Kiedy zobaczyłam te strome ściany, wspinaczkę po kamorach, chodzenie po tzw kresce, pomyślałam, że dokładnie tak samo było na Drei Schwestern w Liechtensteinie.

    Wspinanie się po skale z łańcuchami czy bez, w mojej opinii różni się diametralnie ale TYLKO przy schodzeniu. Ponieważ schodząc, mam dużą trudność. Wejść - wejdę wszędzie i łańcuchów, nawet gdy są, rzadko się łapię. Lubię się wspinać, ale złazić... o zgrozo... Syndrom kota to się chyba nazywa.

    "Góra demon". Przypomniało mi się jak pisałaś o składaniu ofiary całopalnej z kozicy przed wejście na szlak XD

    Schodzenie tyłem do skały jak nazywam "metodą na pająka". Przeważnie tak schodzę.

    Przyznam, że "wisząc" na płytach, robisz extremalne wrażenie :D

    Dla porównania, zapraszam Ci do obejrzenia mojej wędrówki na wspomniany przeze mnie szczyt. Troszkę podobny :)
    wdrodzedonikad.blogspot.com/2015/10/drei-schwestern-bo-to-suki-byy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, bardzo troszkę... :)
      Tatry trudno przebić. To skondensowana metafizyka.
      I trochę się naszukałem na blogu, bo link nie całkiem trafia.

      Usuń
    2. O kurcze na początku działał Oo Jeżeli nie znalazłaś, spróbuję podać raz jeszcze.

      http://wdrodzedonikad.blogspot.ch/2015/10/drei-schwestern-bo-to-suki-byy.html

      Tytuł posta: "Drei Schwestern. Bo to suki były."
      Data w razie co: niedziela, 25 października 2015

      Przepraszam, narobiłam problemów!

      Usuń
    3. Znam Tomaszów, dzięki temu trafiłem na Twoje fajne najnowsze posty o nim. Ciekawe, że o grotach nagórzyckich rozmawiałam dwa dni wcześniej. Jung to nazywał synchronicznością. Aż się prosi dodać Tuwima i Demarczyk, nawet miesiąc odpowiedni:
      https://www.youtube.com/watch?v=X4WWccQjDOc

      No i co poradzę, że gdzie się nie spojrzy, jakaś depresja.

      Usuń
    4. Na razie depresja mi nie grozi. Tzn... mówimy o obszarze lądu położonym poniżej poziomu morza...? Tak? ;)
      Ty raz piszesz "łem", raz "łam", to z kim ja piszę? :P

      Usuń
    5. łem, tylko wzrok mi się psuje i nie widzę błędów. :)
      Poza tym własnie zaistniałem tu:
      https://www.facebook.com/Filgorblog-191393531292059/
      Polub mnie, please, bo tak tam łyso...

      Usuń
    6. łem, tylko wzrok mi się psuje i nie widzę błędów. :)
      Poza tym własnie zaistniałem tu:
      https://www.facebook.com/Filgorblog-191393531292059/
      Polub mnie, please, bo tak tam łyso...

      Usuń
    7. Ja to w ogóle nie kumam tego wątku. Skąd na przykład ten Tomaszów się tu wziął?!

      Usuń
    8. Hurra, nie zginęłaś w Tatrach ani w Pionkach. Link Hexe zamiast na góry trafił na jej relację z Tomaszowa. I tak się tu zagnieździliśmy trochę.

      Góry są tu, choć blog jeszcze nie ogarnięty. Ale jaki ambitny projekt, ho ho.
      filgorblog.blogspot.com

      Usuń
  10. Biurko służy. Czekamy jeszcze na obrotowy fotel!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojjjj takiego posta nie tworzy się w jeden wieczór, on tylko dopieszczany był przy biurku ;)

      Usuń
    2. To mu dobrze zrobiłaś....

      Usuń
  11. Jak bylam poraz pierwszy w Tatrach Wysokich, kiedy to zakochalam sie w nich na zaboj, kiedy to poraz pierwszy dotarlam ze ,, spacerku,,wlasnie na ,, gorke,, wybrana na mapie, ktora byla wlasnie bliskim szczytem ktory znajdowal sie w zasiegu, o wtedy nic nie znaczacej dla mnie nazwie Koscielec to zrozumialam czym sa gory i to wlasnieKoscielec utarl mi nosa, pokazal jaka jestem malutka i ze chociaz wydasalo mi sie, ze gory co tam gory przeciesz sudert i karkonosze mam w malym palcu, to tam zrozumialam , ze zaczynam od zera.Dotarlam wlasnie do kominka i mimo prob nie pokonalam go, musialam zrobic odwrot, beczalam nad soba, nad swoja ulomnoscia, nad tym ze KOSCIELEC mnie pokonal i to wlasnie on nauczyl mnie respektu do gor.teraz mu za to dziekuje.Na tamtym wyjezdzie zaliczylam Rysy od strony polskiej, Zawrat, Krzyzne i caly czs przed oczyma ten pokonany Koscielec na ktorego musze jeszcze wejcs i ktory juz nie wydaje mi sie taki nie osiagalny dzieki rowniez twojemu blogowi, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  12. Góry kocham, ale oglądać z dołu :) Podziwiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Planowalem Koscielec 11.09, byla piekna pogoda, ale ostatecznie wybralem Swincka Przelecz i potem przex Beskid na Kasprowy. Jest piekny....Troche mnie jednak oniesmielil. I te kamienie dzien wczesniej, ktore spadly na taternika tez nie dodaly mi optymizmu ;) Stopniuje trudnosci, jest przyjemnie. Dzien wczesniej Zadni Granat z Hali. Polecam. Mozna poczuc wysokosc, popatrzec, zaznajomic sie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja w te wakacje planowalam Swinice, a skonczylo sie na Swinickiej Przeleczy-3 razy:D(naprawde probowalam).nie ma tego zlego, moge przynajmniej powiedziec ze przelecz i czarny szlak na nią mam obcykane:D tym wpisem autorka zachecila mnie do Koscielca. Świnica poczeka.

      Usuń
  14. dzięki za opis a w szczegolnosci za rozrysowanie szlaku! tego bezskutecznie szukałam

    OdpowiedzUsuń
  15. Czy Wam tez czarny staw gasienicowy widziany z karbu przypomina muminka? ;)
    http://s9.flog.pl/media/foto/6374409_czarny-staw-gasienicowy-widok-z-przeleczy-karb.jpg
    Po prawej pyszczek, u gory uszy.

    OdpowiedzUsuń
  16. A to moje przemyślenia po pierwszym razie. Kościelec to dziwna góra,która nie przypomina mi nic znanego do tej pory. Widząc jego strzelistość,myślałam, że będzie większa ekspozycja i bardziej strome podejścia, a tu przez większą część drogi schody. Ale to nie znaczy, że ona nie jest trudna.Wydaje mi się, że płyty mogą robić się niebezpiecznie śliskie podczas opadów i nieźle można się nimi sturlać w razie utraty równowagi. Tym bardziej, że są one też w wielu miejscach, w których nie wiedzie szlak. Chodzenie po ich szczelinach też może dostarczyć trochę emocji. Poza tym brak łańcuchów pod szczytem trochę mi wpłynęło na psychikę, szczególnie jak było więcej ludzi. Człowiekowi wydaje się, że powinien iść sprawnie, żeby nie robić zatorów. A przecież tu chodzi o chwilę zastanowienia się nad następnym krokiem i czerpania z tego satysfakcji. Natomiast podczas schodzenia czuć trochę przestrzeni,szczególnie na zakrętach szlaku i jak się widzi jak na dłoni Karb i wszystkie te coraz mniejsze ludziki w oddali. Na mnie to akurat nie robi strasznego wrażenia, ale jedna osoba schodziła po kamiennych schodach w kucki.Więc niby góra w miarę łatwa, a jednak trudna.Myślę, że dlatego, że jest całkiem inna niż większość szczytów lub przełęczy: Szpiglas, Zawrat, Kozi, Świnica.Nie trzeba się bać iść na Kościelec, ale trzeba być uważnym i nie dać się zwieść prostym schodkom. To moje pierwsze wrażenia. Myślę, że bardziej oswoję ją przy następnych podejściach.Po raz pierwszy szlak wywołał we mnie tak mieszane uczucia, że raczej nie udzielając się w internecie, poczułam motywację napisać ten komentarz.

    OdpowiedzUsuń
  17. to moja ulubiona góra :)

    OdpowiedzUsuń
  18. 3 lata temu próbowałem wejść na Kościelec, ale zawróciłem na początku szlaku (pokonując jedynie sławny kominek). Zbyt się przeraziłem i zakołowało w głowie gdy spojrzałem w dół na Czarny Staw Gąsienicowy. Kilka dni temu spróbowałem znowu i udało się. Nawet przy nieco gorszych warunkach (bo poprzedniej nocy padało i skały jeszcze były mokre) nie było tak źle. Generalnie zgadzam się z autorką - dużo spokoju, trochę kombinowania i można wejść. A jeśli ktoś się wystraszy, bo stwierdzi, że sobie nie poradzi to nie ma się co martwić. Góra poczeka :) Za rok, dwa lub trzy można próbować dalej.

    OdpowiedzUsuń
  19. Piękne zdjęcia, jest na co popatrzeć. Również uwielbiam wędrówki po górach :). Te widoki i cisza. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z cisza to możesz mieć problem

      Usuń
  20. To moze i ja dodam cos od siebie. Na poczatek powiem, ze turysta gorski ze mnie nie wiem czy nietypowy ale wiecej jest we mnie checi, zapalu i marzen niz na przyklad kondycji fizycznej czy odwagi. Przeraza mnie zarowno mozliwosc burzy-niestety raz mnie takowa dopadla dosc z bliska na Sniezce i juz naprawde sie zastanawialem, czy jak za sekunde we mnie strzeli to nie pozegnam sie z tym zyciem. Ale chyba zwykle jeszcze bardziej przerazaly mnie trudnosci na szlaku. I tu wlasnie nie same przepasci, kiedy moge sie w koncu przyczaic, skupic i isc pewnie na moich nogach. Ale trudnosci wymagajace podciagania sie rekami  bo nie mam sily w rekach i czuje sie niepewnie kiedy mam wrazenie, ze noga opieram sie tylko o maly wystep skalny-bo co bedzie jak sie z niego zeslizne? Lancuchy przerazaja mnie chyba juz najbardziej ze wszystkiego a w dodatku wlasnie z powodu bardzo malej sily w rekach po prostu kiedy trzeba sie podciagnac lancuchem to to dla mnie zadna pomoc. Nawet kiedy pokonuje sie wchodzac na Giewont jeden wiekszy glaz i trzeba sie pociagnac lancuchem to dla mnie najtrudniejsze miejsce. Pisze o tym, zeby pokazac jakim jestem turysta, zeby ktos mogl porownac do siebie. Tez szczytow za wiele nie zdobylem. 2 razy Kasprowy, 2 razy Giewont, 3 razy Zadni Granat od Doliny Gasienicowej i to chyba byloby tyle z jakichs ponad 1000 metrowych tatrzanskich szczytow. No i...wlasnie raz Koscielec.
    Przerazal mnie on i fascynowal. Czytalem o nim i ogladalem. Zachecal mnie wlasnie brak lancuchow i podzielone zdania. Tzn te ze nie jest taki trudny. Kiedy wchodzilismy, dosc szybko jak wznieslismy sie nad Karb naszla chmurai szlismy nie widzac nic dalej niz na kilka metrow. I choc nie bylo widokow to jestem przekonany, ze ulatwialo to wchodzenie a zwlaszcza schodzenie. Na szczycie bylo zabawnie-wiedzialem, ze jest przepasc ale jej nie widzialem;) Ale po kolei. Ja bym wyroznil, chyba podobnie jak w jednym z innych opisow, raczej trzy trudnosci a nie dwie. I nie zaliczylbym bym do nich suma sumarum odcinka szczytowego. Pierwszy kominek troche podobny do tego, ktory pokonuje sie idac na Zadni Granat od Doliny Gasienicowej ale trudniejszy. Jednak do przejscia. Jesli dobrze pamietam naj najgorsza byla dla mnie druga albo trzecia trudnosc. Pewnie druga. Dziwie sie, ze Gosia o ym nie napisala. Podchodzi sie to prawie pionowej sciany z malymi wystepami w scianie. W przeciwienstwie do kominka nie mozna sie zapierac nogami na boki ck mi bardzo pomaga ustalic pewnie kazday etap wchodzenia w kominku. Tylko podchodze do tej scianki, wdrapuje sie na nia, czuje sie coraz mniej pewnie i w tym momencie, zeby wdrapac sie w bezpieczne miejsce na gorze musze sie odbic nogami i jakby zaryzykowac ze doskocze do gory i sie zlapie. Pamietam, ze wykonywalem kilka prob i juz naprawde bylem bliski poddania sie i zostania tam. Ale osoby, ktore ze mna szly, wszystkie weszly. Nikogo nie bylo przy mnie, wiec jakby sie mniej krepowalem porazki i pomyslalem sobie-raz kozie smierc-zaryzykuje. I udalo sie. Tu, jak Gosia powiedziala, pociecha bylo to, ze pod tym trudnym miejscem byla w miare plaska powierzchnia, wiec w razie niepowodzenia, raczej bym gdzies daleko nie spadl a moze nawet bym nie spadl tylkow panice lapiac sie skal, szunalbym sie brzuchem, podrapal -obym tylko broda nie przywalil. No ale cale szczescie sie udalo i nie spadlem.
    Kolejne trudne miejsce jest trudne w inny sposob. Jest niebezpieczenstwo spadniecia jakby wprost do Czarnego Stawu Gasienicowego. Jest to taki ostry zakret, gdzie szlak dochodzi do lewej krawedzi gory i wchodzi sie po plaskiej plycie na samej krawedzi nad przepascia a ta plyta ma tylko nieznaczne wglebienia. To miejsce jest nie yle trudne fizycznie co trzeba sie skupic i miec swiadomosc, ze to nie zabawa tylko tu i teraz mamy nasze zycie jednak w naszych rekach,. Z treszta takie wlasnie emocje to to co daja mi gory. Uswiadamiaja wtedy, ze te wszystkie problemy np za biurkiem w Warszawie nie groza utrata zycia, wiec czym one takim sa przy prawdziwym realnym zagrozeniu?

    Potem, rzeczywiscie pod szczytem mialem wrazenie, ze jest trudno ale okazyw

    OdpowiedzUsuń
  21. alo sie, ze jest gdzie postawic a to jedna a to druga noge, potem podciagnac sie obiema rekami jak dziecko wskakujace na wersalke i w zasadzie wtedy tylko jedna rzecz zepsula mi pobyt na szczycie. Pierwszy raz tak mialem na szczycie. Balem sie powrotu. I to zupelnie zupelnie nieslusznie. Moze to niechlubne, smieszne a dla pewnych siebie wytrawnych turystow moze nawet zalosne ale moja metoda na schodzenie kiedy jest stromo, jak widze nie tylko moja, jest schodzenie tylem do sciany i kiedy nie jest badzo trudno to ide jak wlasnie odwrocony pajak, pochylony do tylu, na nogach i rekach. Ale kiedy jest cos naprawde trudnego, to uzywam jeszcze 5 konczyny. Tak-tylka. Wiem, ze to niechlubne ale wlasnie siadam, zsuwam sie, opuszczam na rekach i naprawde wszystkie najstraszniejsze przy wchodzeniu miejsca robia sie niemal dziecinnie latwe dzieki tej niechlubnej metodzie. Niechlubna ale mi sluzy i dzieki niej, mimo, ze nie jestem Bog wie jakim herosem, moge zdobywac szczyty dla herosow.

    W nastepne wakacje planuje ponowic Koscielec i licze ze przy przejrzystym powietrzu. Pewnie widoki beda utrudnialy bardziej schodzenie. Ale i tak najbardziej noje sie tego jednego miejsca, gdzie musialem podskoczyc. Niby to juz znajome miejsce ale wiem z doswiadczenia, ze nie koniecznie drugim razem bedzie latwiej. Na przyklad na Giewont drugim razem wchodzilo mi sie trudniej, a jeszcze smieszniejsze, ze dopiero za 3 razem jak wchodzilem na Zadni Granat to zdalem sibie sprawe, ze szlak wcale nie jest taki bezpieczny. A moze tez szlak sie bardziej zarwal. Jest tam takie miejsce zdewastowanego szlaku, gdzie idzie sie po osuwajacej sie ziemi.

    Na kiniec. Chce powiedziec, ze na Koscielec da sie wlezc, wgramolic nawet sila woli, jesli brak sily fizycznej. Dla mnke jest tam tylko ta jedna przeszkoda, ktorej sie boje. No i jak wszedzie burzy. Trzeba byc skupionym na plytach jak pisala Gosia. Mysle, ze warto sprobowac ale tez nie wstyd sie wycofac. Lepiej sie wycofac i zyc niz...wiadomo;) Jak z przejazdami kolejowymi-zatrzymaj sie i zyj;)

    OdpowiedzUsuń
  22. Oczywiscie unknown i kolekchjoner to jedna osoba i historia;)

    OdpowiedzUsuń
  23. Zawsze się bałam tej góry przez brak łańcuchów. Przeczytałam bez uprzedzeń ten opis ponownie (bo wiedzieć trzeba, że przeczytałam opisy wszystkich szlaków w zeszłym roku ;)), wzięłam parę oddechów i stwierdziłam, że dam radę :) w tym roku będzie Kościelec :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie tak samo :) Byłam na Jarząbczym, tam parę skałek po drodze, stwierdziłam że czegoś więcej mi trzeba no i w lipcu "atakuję" Kościelec, mimo że boję się jak diabli, ale - mam zamiar wziąć kask, będę się czuła bezpieczniej, aczkolwiek pewnie będą się dziwnie przyglądać. Ale ja będę czuła się bezpieczniej, nawet jak mnie strach zeżre.
      A Gosia tak ładnie opisała i uspokoiła tym postem, że decyzja podjęta. Ania - powodzenia ! :)

      Pozdrawiam, Bluesowa Bąbelka

      Usuń
  24. Rok temu nasza pierwsza wyprawa w góry: Dzień pierwszy: Jaskinia Raptawicka, dzień drugi; Kuźnice Hala Gąsienicowa Czarny Staw Karb i powrót. To była Twoja propozycja dla początkujących Dzień 4. Było super! Wtedy zobaczyłem Kościelec pierwszy raz... Powiedziałem sobie: "za rok, za rok, na spokojnie, muszę kupić lepszy plecak, wygodniejsze buty, poczytać". No i minął rok. Za tydzień jesteśmy tam z powrotem. Mam nadzieję, że pogoda dopisze. Żeby zaoszczędzić sobie tej samej trasy, podejścia z Kuźnic, czy wjazd na Kasprowy i podejście którąś z tras ma sens?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sorki, nie przywitałem się :( Cześć Gosia :D

      Usuń
  25. Cześć Gosiu ! Czytam od paru dni Twoje reportarze i muszę zostawić Ci komentarz bo dawno nie byłam tak zachywcona blogiem ! Kochamy z mężem góry i od 10 8 lat zaliczamy szlaki W Tatrach przechodząc do co raz trudniejszych i żałuję że wczesniej nie wpadłam tu do ciebie! Wspaniale opisane, z żartem a zarazem bardzo rzetelnie. Masz do tego dar i tzymam kciuki za Twój sukces w tej dziedzinie. Dziękuje za podzielenie się Twoją wiedzą i doświadczeniem. Oby zawsze słońce towarzyszyło Cię na szlaku Gosiu;)

    OdpowiedzUsuń
  26. Jeśli można, to wspomnę o mojej przygodzie z tym szczytem.Niestety tak się złożyło, że byłem w Tatrach tylko raz ok. 30 lat temu.Moją pierwszą trasą był właśnie szlak na Kościelec, byłem tam z grupą doświadczonych osób i z jedną koleżanką równie zieloną jak ja.Wszystko było super do momentu podejścia pod ten nieszczęsny kominek. Najpierw stwierdziłem, że za nic nie wejdę,no ale wszyscy mnie usilnie namawiali i o dziwo - hycnąłem jak kozica i w kilka sekund to przeszedłem, był wielki aplauz reszty towarzystwa : ), jednak kiedy spojrzałem w tył to coś zaczęło we mnie pękać.Dalej szedłem już z lękiem,dobiła mnie ta opisana dalej wąska półka przy pochylonej ścianie, przeszedłem ją ale dalej już nie mogłem, tym bardziej,że powiedzieli mi,że dalej będą trudniejsze miejsca.Zostaliśmy w tym miejscu z koleżanką,która miała zawroty głowy,ludzie na szlaku mijali nas,zachęcali by iść dalej,a ja byłem przerażony koniecznością zejścia.Siedzieliśmy tam długo czekając na powrót ekipy ze szczytu,piękna pogoda,cudowne widoki,ja w totalnej rozsypce.Koleżanka była wspaniała, podnosiła mnie na duchu chociaż sama bardzo się bała.Koniec końców jakoś zeszliśmy z pomocą reszty towarzystwa, ale do dzisiaj pozostaje to dla mnie najbardziej traumatycznym przeżyciem.Nie mam lęku wysokości,mieszkam na 4 pietrze z wielkim balkonem,przechodzę regularne badania wysokościowe z racji wykonywanej pracy - po prostu wykończyła mnie moja nadmiernie bujna wyobraznia,gdyby były tam jakieś uchwyty to przeszedłbym bez problemu mając tylko świadomość ubezpieczenia.Na drugi dzień poszliśmy między innymi do Jaskini Mylnej,były tam gdzieś po drodze jakieś łańcuchy na prawie pionowych skalach,w tej jaskini też trudne miejsca,nawet poręcz nad tą śliską szczeliną była urwana z jednej strony,ale właśnie świadomość tych zabezpieczeń dodawała mi pewności siebie.
    Kończę już,przepraszam za długie pisanie ale wreszcie po tylu latach wyrzuciłem to z siebie,bardzo dziękuję Autorce,pozdrawiam wszystkich serdecznie.
    Marek z Rzeszowa

    OdpowiedzUsuń