sobota, 14 stycznia 2017

2016 - górskie podsumowanie


Zawsze to robię, zrobię to i tym razem, choć to nie był najbogatszy w górskie wycieczki rok. Obfitował za to w inne, niecodzienne wydarzenia. Zgarnęłam cztery statuetki na lokalnym plebiscycie blogów, obskoczyłam trzy największe blogerskie konfy, sama zorganizowałam spotkanie blogerów górskich, a na osobny podpunkt chyba zasługuje okoliczność, że udało mi się to zrobić w Radomiu ;), byłam w radio, miałam dwie prelekcje i... tak mnie to wszystko wyczerpało, że zamknęłam laptopa na dobrych kilka tygodni. Z wydarzeń niecodziennych wart odnotowania jest jeszcze wymarzony tatuaż, który zagościł na moich plecach. I to, że rok, nim się zakończył, zaskoczył mnie dziwaczną ofertą, która być może poważnie zmieni moje życie. Dobra, ale góry, góry, pani Gosiu. Jedziemy:



STYCZEŃ 

2016 zaczął się w tym samym miejscu, co dwa poprzednie roczniki: w Tatrach. A dokładniej, to na Rówience nad Krzyżnem, podczas gdy ja spałam tam jak suseł zawinięta w śpiwór. RELACJA

W ramach tego samego wyjazdu padł jeszcze Kościelec, zdobyty przez Żleb Zaruskiego. RELACJA


KWIECIEŃ

Nie, nie zjadłam lutego i marca, po prostu nie byłam wtedy w górach i w ogóle nie za bardzo pamiętam, co robiłam. Oh, wait. Pamiętam. Katowałam się na ściance po trzy razy w tygodniu, ale z tego relacji przecież nie pisałam. Z początkiem kwietnia trend niejeżdżenia w góry już już miał się odmienić, ale - co pokazała przyszłość - tego nie zrobił. Ale zanim znów przepadłam gdzieś indziej, był ów rzeczony początek kwietnia, a ja byłam na Sławkowskim. Bardzo, baaaardzo fajna wycieczka. RELACJA

Wiosną zimowe mordercze treningi na panelu dostały szansę na zaprocentowanie w skałach. To zdecydowanie nie był stracony czas. Wiosenna Jura, namioty, ogniska, psi ogon merdający gdzieś dookoła... Z rozanieleniem wymalowanym na ryjku wspominam tych kilka weekendów. RELACJA


LIPIEC

Wreszcie wakacje i szansa na parodniowy wyjazd. Którą to szansę skutecznie nadwątlał upierdliwy letni tatrzański deszcz. Udało się jednak wstrzelić w kilka dni względnie stabilnej pogody. 

Zaczajaliśmy się wówczas na Kieżmarski Szczyt, dlatego też za bazę obraliśmy okolice Zielonego Stawu. W oczekiwaniu na lepsze prognozy, weszliśmy najpierw na Jastrzębią Turnię, a nazajutrz jeszcze na Jagnięcy (RELACJA z obydwu). Kieżmarski też się nam poszczęścił (RELACJA). A schodząc ku cywilizacji zrobiliśmy sobie kolejną wycieczkę, jedną z mych ulubionych ścieżek - szlakiem przez Tatry Bielskie (RELACJA). Najbarwniej jednak z całego tamtego wyjazdu przypominają mi się noclegi - bo choć mieliśmy zamiar grzecznie spać w schronisku, to było z tym różnie. Znaczy ostatecznie spaliśmy w schronisku, ale raczej niezbyt grzecznie. Ale oni też nie byli dla nas grzeczni. Kłamczuszki.

fot. Bartek



W lipcu też... Góry przyjechały do Radomia ;) RELACJA


SIERPIEŃ
 
Kolejny kilkudniowy wyjazd z planami skoncentrowanymi wokół jednej doliny. Tym razem zabunkrowaliśmy się pomiędzy głazami Doliny Młynickiej, po to, by pozwiedzać okoliczne szczyty takie jak: Szczyrbski (RELACJA), Szatan (RELACJA), Furkot z Hrubym Wierchem oraz Wielkie Solisko (RELACJA). I to był chyba mój ulubiony wyjazd tego roku. Fajne cele, o optymalnym stopniu trudności, pogoda, która dała się lubić, upolowane Widmo Brokenu. I ta wieczorna cisza opuszczonej doliny. Tak, to było najlepsze.


Sierpień był dla mnie jednak wyjątkowo życzliwy i nie pozostawił mnie ze wspomnieniem smutnych, podgniłych od wilgoci, zasmarkanych pochmurnych Tatr. Dogrzał na sam koniec, dogrzał tak, że szybko zaczęłam mieć dosyć tego grzania, ale tak naprawdę to było dokładnie to, czego było mi trzeba. Prawdziwe tatrzańskie lato, pachnące gorącym granitem (i własnym potem zmieszanym z mleczkiem do opalania, ale to może pomińmy). To był samotny wyjazd, poza tym, że na jeden dzień skolaborowałam się z Kasią.

Pierwszego dnia odwiedziłam Kościelec i Świnicę (RELACJA), nazajutrz we dwie trzasnęłyśmy kawał malowniczej lewizny od Liliowego po Wrota (RELACJA), a na koniec zgubiłam się sto dwadzieścia osiem razy idąc na Żabi Wyżni (RELACJA). Też było fajosko.



GRUDZIEŃ

Proszę nie regulować odbiorników. Tak, grudzień. To, co było pomiędzy latem a grudniem - przyjmijmy, że amba zjadła i nie róbmy zagadnienia.

Chociaż i jesienią góry, że tak to ujmę, zaznaczyły się w moim życiu. Od wielu lat noszę je niby po skórą, z tym, że teraz to nawet widać.




A wracając do grudnia: zebrałam się wreszcie i dobrze, że to zrobiłam, bo jednak nic tak dobrze nie wpływa na moje nastawienie do życia, jak przecioranie się w górach. Zaniosło nas na Gładki Wierch, gdzie przyfarciło nam się zobaczyć najpiękniejszy zachód słońca ever. RELACJA


Ożywiona poprzednim wyjazdem już w dwa tygodnie później pakowałam się znowu, by po raz kolejny pożegnać stary rok i powitać nowy w górskiej scenerii. Tym razem trafiłam w Tatry Zachodnie, a konkretnie na Jarząbczy Wierch. RELACJA 




...............................................................................

18 dni w Tatrach, czyli... łeeee nawet mi się nie chce porównywać do lat poprzednich. Dobrze, że ten rok już się skończył. :)



7 komentarzy:

  1. Wspomnienia wspaniałe, ale wszystkie bledną przy tatuażu!

    OdpowiedzUsuń
  2. Po moim przeglądzie rocznym stwierdziłam, że aż strach się bać. Co roku bowiem, moje wędrówki stają się coraz mniej bezpieczne... O_o

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie też była taka tendencja, ale w tym roku się jakoś ustatkowałam :D

      Usuń
  3. Nie żebym się czepiał, bo tatuaż jest całkiem fajny, ale... te rogi z wyglądu pasują do Capra hircus niż do Capra ibex.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tatuaż... bleee. Nie,żeby ten jakoś konkretnie, tylko ogólnie. A poza tym - tatuaże zaraz za chwilę będą demode...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którym nie podobają się tatuaże. A co do mody to nie skomentuję. :D

      Usuń