wtorek, 10 stycznia 2017

Frugo, czworokąt i zgon o 17-tej, czyli sylwester według Rudej i spółki

No tak, znów się stało, nadeszło. Ziemia okrążyła Słońce i powróciła do punktu, w którym znajdowała się 365 obrotów własnych temu. Ja wiem, rok się musi skończyć, data zmienić. Ludzie upić, niebo rozbłysnąć od fajerwerków, TV od kiecek rodzimych gwiazd muzyki popularnej, psy o północy wskoczyć do wanny ze strachu. A ja?

A ja czuję, że muszę w góry.

Że warto by było podtrzymać zawiązaną przed trzema laty tradycję. Wtedy było to Morskie Oko, w rok później Piątka, a rok temu Rówienka nad Krzyżnem. Na ten rok pomysłów brak, zwłaszcza, że Bartek w sylwestra pracuje. W dodatku zagrożenie lawinowe wzrasta do trójki i tylko prognozy trzymają moją stronę - ma być pięknie.

Co by tu...?

Z początku nastawiam się na samotny wyjazd, ale że średnio mam na taki ochotę, to i rozglądam się za towarzystwem. Gdy już znajduje się dla mnie kompania, pozostaje jeszcze problem celu. Wachlarz tychże radykalnie się zwija, z racji wysokiego zagrożenia lawinowego. Mapa leży rozłożona na środku pokoju, a ja leżę nad mapą. I się gapię. Lawiruję pomiędzy błękitnymi strzałkami i nigdzie nie mogę na dłużej zatrzymać wzroku. A może tu? Nie, za daleko. Tutaj? Nie, tu może być nieprzetarte. To znowuż zbyt niebezpieczne, tamto zbyt nudne. Ble. Wstaję, odchodzę. Za czas jakiś znów zwieszam głowę nad mapą, która zajmuje mi pół pokoju. Znów wlepiam oczy w przebieg niebieskich strzałek.

Wreszcie Arek proponuje Jarząbczy. Dla mnie to cel o tyle świetny, że z polskich Zachodnich został mi właśnie ten kawałek pomiędzy Kończystym a Wołowcem, na środku którego (mniej więcej) jest Jarząbczy. Powinien też być wykonalny i względnie bezpieczny. Wykonalny, o ile na podejściu na Trzydniowiański nie czeka na nas dwumetrowa warstwa puchu, a bezpieczny, o ile wyżej da się odróżnić grań od nawisów. Niech więc będzie Jarząbczy.

A jednak jadę z lekkim nastawieniem na wycof. Padało ostatnio sporo, ledwie dwa dni temu poprawiła się pogoda, szlak może być nieprzetarty. Jakby co, będziemy przecierać my, o ile się da, bo naprawdę nie wiem, czego się spodziewać. Na grani też może być różnie. No nic, zobaczymy.

Po dotarciu do Zakopanego, odnajduję Kasię i Arka, czekających na mnie w samochodzie i wspólnie czekamy jeszcze na Celinę, która tkwi póki co w spóźnionym pociągu. A potem ruszamy w kierunku Chochołowskiej.

fot. Arek
Ma niechęć do tej doliny jest powszechnie znana, nie omieszkuję jej wyrazić, za każdym razem, gdy tylko mam ku temu okazję. Tego poranka też to czynię, mając w Arku poplecznika. Jednakowoż zimowa aura, pustki panujące na szlaku, choć nie stawiliśmy się na nim wcale tak znowu wcześnie, no i miłe grono towarzyszy sprawiają łącznie, że przebycie pierwszego, płaskiego etapu wycieczki mija mi bezboleśnie. Ale i załamka mnie nie ominie - po prostu zamiast w nudnej i brzydkiej dolinie, dopadnie mnie w ładniejszym może, ale nudnym jeszcze bardziej lesie.

Zanim jednak pogrążę się w marazmie, najpierw przyjdzie mi się ucieszyć, bo odbicie w Krowi Żleb wygląda na całkiem nieźle przedeptane. Kierujemy się zatem weń i przez najbliższych kilka kwadransów walczymy z leśnym, miałkim, śnieżnym podejściem. A mnie przy okazji sumienie przypomina, że zamiast od ostatniego wyjazdu wziąć się choć trochę za podreperowanie kondycji, to głównie jadłam świąteczne ciasta.

Ścieżką jako tako się idzie, ale każdy krok w bok
to już lądowanie w puchu


Las wreszcie przechodzi w kosówkę, kosówka w odkryte zbocze. No nie jest to przyjemny etap wędrówki. W sumie ciężko powiedzieć, żeby którykolwiek z tych, co nastąpią potem, miał być przyjemny, ale to przebijanie się przez las zawsze kruszy morale.

A było jeść ciastki???
fot. Arek
Pod koniec śnieg ustępuje miejsca szreni. Ostatnie metry do szczytu są już mocno oblodzone, dlatego też odpoczywając na nim przed dalszą drogą przywdziejemy raki. Doczłapujemy się wreszcie na ten Trzydniowiański, już wcześniej mając widoki na okoliczne grzbiety. Strzelam aparatem serie fotek - jeszcze z podejścia, których teraz nie chce mi się obrabiać i ładować na bloga, bo z wyższych partii mam inne, ciekawsze i ładniejsze. To po prostu taki odruch człowieka, który przez ostatnich kilka godzin zmuszony był do oglądania pni drzew, a teraz nagle dostrzegł wokół siebie gładkie, białe góry pod błękitem nieba.

Albo może odruch człowieka, który po prostu zobaczył akurat te góry w białej szacie po raz pierwszy... Bo w Zachodnich to ja generalnie bywam rzadko, latem zwykle obierając jakieś ciekawsze cele, a zimą... a zimą akurat uważam Zachodnie za też dość ciekawe, no ale jakoś się dotąd nie składało. Poza Grzesiem, który nie chciał puścić dalej i w ogóle szybko przepędził z powrotem do doliny.

Tak więc miękkie buły Tatr Zachodnich spowite śniegiem, to dla mnie w sumie nowość. I bardzo ładna ta nowość, nie powiem.

Błyszcz z Bystrą no i "Stary Bocian" ;)
my idziemy na Kończysty, który mi się
nie zmieścił w kadrze
Na Trzydniowiańskim jest dość cudnie: dogrzewa słoneczko, powietrze jest ciche, spokojne, a widok na dalszą część trasy nie wzbudza obaw. Kręci się parę osób, ale to jeszcze nie tłum, zresztą zaraz i ich zostawimy za sobą. Bajka.



A tu już w kadrze rządzi Kończysty na spółkę z Jarząbczym
Tu, wysoko śnieg jest powywiewany. Pozostała warstwa jest w większości miejsc oblodzona. Kiedy sobie przypominam swoje wczorajsze obawy i wyobrażenia na temat grani szczelnie obwarowanej groźnymi czapami puchu, ogarnia mnie błogość. Dziś tu żadne lawiny nam nie grożą. Warun jest wręcz wymarzony do trekkingu. Ach, jak dobrze, żeśmy tu przyszli.

Na Kończysty - fot. Arek
Droga na Kończysty to typowe mozolenie ku górze. Już przyjemniejsze niż w lesie, ale nadal mało pasjonujące. Brzmi jak marudzenie? Bo jest nim. ;)

Myślę, że nie urażę w niczym Arka, jeśli powiem, że z naszej ekipy był najbardziej rozmowny - absolutnie nie mylić z gadatliwością :). W związku z powyższym czasem zdarzało mu się na głos powiedzieć coś, co chyba i my wszystkie myślałyśmy i co pewnie zdarza się myśleć każdemu górskiemu łazikowi. Coś w stylu "ło matko, kiedy wreszcie skończy się ten las i wejdziemy na ten Trzydniowiański...?". Zreflektował się jednak Arek szybko, co pewnie i my - jego towarzyszki i każdy górski łazik też robi, tyle że może w duchu:
- Aj bo ja tak bez sensu: kiedy ten Trzydniowiański i kiedy ten Trzydniowiański. Potem będę chciał, żeby już był Kończysty. A potem, żeby już zejść i nie musieć schodzić. A potem będę siedział w domu i myślał, kiedy znów w góry pojechać.

Prawda, że ładnie Arek całe to chodzenie po górach podsumował? :)

No więc mordujemy podejście na Kończysty, marząc pewnie zgodnie o chwilowym odpoczynku na szczycie, tam jednak nie czeka na nas taki plażing jak na Trzydniowiańskim. Wieje.


Wiejemy więc i my. Stamtąd. Najpierw obniżamy się trochę, a potem drepczemy miarowo płaskim, graniowym odcinkiem. Grudniowe niebo szybko się zmienia - zaczyna nam się robić wieczór, ale powinniśmy zdążyć na Jarząbczy, zanim słońce ostatni raz w tym roku schowa się za (wyjątkowo ładny tutaj) horyzont.


Samo wejście na Jarząbczy, to gramolenie się po odsłoniętych kamulcach. Kijki przeszkadzają, ale nikomu nie chce się ich chować, gdy do szczytu - a co gorsza do zachodu słońca! - zostaje tak niewiele.


Dajemy więc po garach i meldujemy się na Jarząbczym, po czym od razu zaczynamy kręcić się po jego szczycie* w poszukiwaniu murka, który zapamiętała tam niegdyś Celina.

*Nie wiem, jak to tam jest z tym szczytem, bo tabliczka stoi na takim stosunkowo niskim wypustku (widać to na zdjęciu powyżej), natomiast nad nią wyrasta coś zdecydowanie wyższego, co na mój prosty rozum dopiero powinno być wierzchołkiem... W każdym razie my ładujemy się właśnie tam wyżej, na podłużny szczyt i tam jeszcze kawałek podążamy bokiem grani w kierunku Raczkowej Czuby. Murek... hmmm... no coś wystaje spod śniegu, może to i murek, ciężko w sumie powiedzieć... Brak murka oznacza, że zostajemy zdani na siebie w kwestii zapewnienia sobie schronienia na zapadającą pomalutku noc.



Wiatr towarzyszy nam od Kończystego nieustannie, tutaj ma nas jak na widelcu. Słońce się w tańcu nie pierdzieli tylko w najlepsze sobie zachodzi... Można by się wrócić pod Kończysty - tam było przyjemne płaskie pole, zupełnie ciche. Można by, ale nikomu się nie chce. Nie ma jednak tego złego. Arek i Kasia wypakowują z plecaków łopaty i nim zdążę się odwrócić od czerwieniejącego horyzontu, na który się przez chwilę zagapiłam, Arek wykopuje już pokaźną dziurę w śniegu. Kicam w nią z entuzjazmem, kicam, a potem kucam, sprawdzić, czy tam nie wieje. Dziura działa, osłania przed wiatrem, jesteśmy uratowani. Wymieniamy się przy łopatach, aż nie powstanie legowisko zdolne pomieścić naszą czwórkę.

Kobiety na traktory!
Albo przynajmniej do łopat!
fot. Arek
fot. Celina
Nim poukładamy się w naszej norze, ostatni dzień roku powoli i jakże malowniczo, zgaśnie sobie, nikogo nie pytając o zdanie...

Nie mogło zabraknąć Wysokich - choćby symbolicznie ;)
Żegnaj, 2016...
Urządzamy powoli nasze tymczasowe domostwo, po czym bierzemy się za gotowanie. Okazuje się jednak, że śnieżna ściana nie chroni nas przed wiatrem aż tak dobrze, żeby zniosły to nasze kuchenki i zechciały działać na tyle długo, by zdążył się w nich rozpuścić i zagotować śnieg. Tylko Arek i Kasia doczekają się tego wieczora zupy. Ja i Celina zadowalamy się słodyczami. Jeszcze na dobranoc po symbolicznym łyku soplicowej pigwówki przelanej do butelki po frugo i idziemy sylwestrować każde do swojego śpiwora.

Zanim na dobre stwierdziłam, że chromolę to gotowanie, to wywiało mnie tam trochę na krańcu naszej dziury. Do śpiwora ładuję się więc nieco skostniała i stan ten utrzyma się przez jakieś... półtorej do dwóch godzin. Straciłam rachubę, trochę przysypiając, bo jak na złość, akurat chciało mi się spać, a nie mogłam, bo się zbytnio telepałam. Leżę więc w tym śpiworze, podjadam czekoladę. Myślę o swoim psie i o tym, jak w święta, u rodziców, pozwalałam jej spać w moim łóżku. Nie do końca bezinteresownie. Ładowałam wtedy stopy pod jej miękki, ciepły brzuch... Źle mi tam kuźwa było? W ciepłym łóżku, z psem w nogach? Że se wymyśliłam spanie na szczycie góry? Hę?

No nic, zagrzewam się w końcu i zapadam w interwałowy kilkunastogodzinny sen. Już mi jest idealnie. Obędzie się bez elektrociepłowni na co dzień spełniającej funkcje labradorzego brzucha.

Przy każdej z pobudek zerkam na wyświetlacz telefonu. Jedna z nich przypada akurat na sześć minut po północy. No nie chce mi się, ale muszę. Wystawiam głowę na zimno. Zgodnie z oczekiwaniami, jakaś słowacka miejscowość rozbłyskuje właśnie dziesiątkami jasnych wybuchów. No, ładne. Patrzę tak z minutę, po czym wracam do ciepełka tak ciężko wypracowanego w śpiworze. Sylwester zaliczony.

Paradoks takich noclegów polega dla mnie na tym, że jak się włazi do śpiwora, to niemal się chce, żeby już było rano. Bo człowiek sobie nie wyobraża, że ma tu leżeć przez najbliższych 14 godzin bez praktycznie żadnego ruchu i zajęcia. A jak już faktycznie robi się dzień, powoli świta i przyzwoitość nakazywałaby wyleźć i popatrzeć na ten wschód słońca, skoro już się człowiek budzi w takich nietypowych okolicznościach przyrody, skoro sobie wcześniej przyniósł tutaj te wszystkie ciężkie graty i wykopał norę i marzł w śpiworze, zanim się nie zagrzał... to się akurat zupełnie nie ma ochoty. Ba! Leżenie w śpiworze, choćby się nie wiem, jak było zdrętwiałym i choćby nie wiem jak pęcherz dopominał się o opróżnienie, nagle wydaje się najprzyjemniejszą czynnością na świecie.

Byle nie musieć wychodzić na to zimno!

Ktoś wygrywa walkę z wewnętrznym ciepłolubnym potworem przede mną. Słysząc kroki dookoła nory obstawiam, że to Arek wyszedł porobić zdjęcia. Mam rację. Daję sobie jeszcze kilkanaście minut, po czym jednym, zdecydowanym ruchem i ja opuszczam śpiwór i wskakuję w zimne buty. I tak kiedyś trzeba będzie to zrobić. A z pewnych względów warto zrobić to wcześniej niż później. Prawda?

Siema 2017
dżast bi gud tu mi :)
Dziewczyny też załapują się jeszcze na wschód :)

Po pobudce żwawo zwijamy obóz i ruszamy... ale nie w drogę powrotną, tylko dalej. Postanawiamy zrobić pętlę i przejść jeszcze do Wołowca, który stąd wygląda na bardzo odległy. Zerkam w mapę. Latem to tylko godzina czterdzieści drogi. Zimą i z biwakowym bagażem na plecach zejdzie nam więcej, ale dopiero co wstał dzień, szkoda tak po prostu schodzić. No to: hej przygodo! ;)

Opuszczamy Jarząbczy i opuszczamy też się, znaczy obniżamy. Tu miejscami śniegu nawet sporo, ale zaraz obok czasem idziemy po odsłoniętym turystycznym chodniku.

Tu żwir na wierzchu...
...a tu szlakowskaz ledwo wystaje spod śniegu...
no i widać, ile jeszcze do Wołowca - fot. Arek
Wedle mapy, szlak omija wierzchołek Łopaty. Teraz jednak jest zima, zaliczymy więc po drodze jeszcze i ten szczyt. Nim to jednak nastąpi, będziemy się pińcet razy rozbierać i ubierać, bo tam, gdzie nie wieje, natychmiast robi się nam gorąco, a gdzie wieje... no cóż, tam się trzeba właśnie ubrać.

Oto więc ja, tu akurat "rozebrana", softshell łopocze na wietrze
przytroczony do plecaka, a ja zaczynam dochodzić do wniosku
że zaraz będę musiała go jednak przywdziać
fot. Arek
Kompania pod Łopatą
I fajny widok na Rohacze spod Łopaty
Osiągamy więc Łopatę, tylko po to, żeby zaraz zacząć znów iść w dół. Tam czeka na nas krótkie niemiłe zapchanko - jest jeden trudniejszy fragment na tej trasie, wyjątkowo upierdliwy, jak się ma na nogach raki, a tam nie leży akurat ani gram śniegu czy lodu.

Ile to jeszcze trzeba będzie iść...?!
I to, olaboga!, do góry...
fot. Arek
A jeszcze gorsze od przebieranek jest to, że chce nam się pić (co nie ma żadnych powiązań z ilością przyswojonej wczorajszego wieczora pigwówki, tudzież wiśniówki... niestety... :P ), a płyny mamy na ukończeniu. Co jakiś czas któraś ręka sięga więc ku podłożu, bo nie wiem, kto to wymyślił, ale po chwili robimy to wszyscy: zajadamy się lodem.

Ostry Rohacz nad Jamnickimi Stawami -
kojarzę ten widok z letnich, cudzych fotek - kwestia do nadrobienia ;)
A stamtąd żeśmy przyszli
Ostatni odpoczynek gdzieś na grani pomiędzy Łopatą a Wołowcem, gdzie akurat jesteśmy osłonięci od wiatru i możemy bezkarnie poprażyć się w słońcu, a potem wio na szczyt już prawie na jednym oddechu. Marazm, mozół i mordęga, ale co zrobić, jak człowiek bez tego żyć nie może?

Dobrnęli!
fot. Arek
Na Wołowcu spotykamy pierwszych ludzi od... jakiejś doby, czyli od kiedy opuściliśmy Trzydniowiański. Na Wołowcu spotykamy też, nie po raz pierwszy dzisiaj, wiatr, który tutaj i niżej w stronę Rakonia, pizga wręcz szaleńczo.


fot. Arek
Wiatr widziany z góry...
...i wiatr widziany z dołu
Na przełęczy podejmujemy decyzję o zejściu Wyżnią Chochołowską. Tamtejsze śniegi może nie zachęcają, ale jest solidnie przedeptane, Kasia i Arek są po kursie lawinowym, to jest szansa, że wiedzą, co mówią ;), rozdzielamy się więc i w odstępach schodzimy.

Pozostaje nam już tylko przemarsz przez dolinę ku schronisku, odpoczynek tamże, powrót do auta, a mnie i Celinie jeszcze kilkugodzinne koczowanie na dworcu w oczekiwaniu na transport do domu. A potem... kombinowanie, kiedy by tu znowu w te okropne, męczące, nudne i zimne góry wyskoczyć. :)




Niektórymi zdjęciami poczęstowałam się od Arka. Jego pełna foto-relacja TUTAJ.

12 komentarzy:

  1. Super Sylwester

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale zdjęcia! Fajne te Zachodnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bajka ! Dwa lata temu byliśmy na Rakoniu w sylwka ,ziąb był straszny przez ten wiatr niestety nie doczekaliśmy do wschodu i o 2,30 postanowiliśmy zejść przez wyżnią do schroniska.To był najcudowniejszy sylwester w moim życiu mimo wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  4. Naprawdę fajnie... Zazdraszczam... Marznąć bym nie chciał ale być tam chciałabym... Ale jak być nie marznąć... Rozumiem Twoje dylematy...

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajowa impreza sylwestrowa, ładny opis i ładne fotki a szczególnie > Błyszcz z Bystrą no i...

    OdpowiedzUsuń
  6. Big rispect i szacun dla całego zespołu.....
    I niech mi jeszcze ktoś powie że dziewczyny nie mają jaj :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Sylwestra spędziłam tradycyjnie jak większość ludzi, ale w wigilię właziłam na kolejny alpejski szczyt.
    Doprawdy nigdy nie rozumiałam, że w sezonie może być na jakiś szczyt kolejka. W zasadzie wgl. nie rozumiem tłumu na szlaku. Tak to chyba tylko w Polsce jest. Za to jesień-zima już znośnie, prawda?
    Zawsze mam problem z aparatem podczas podejść. Jest duży i niewygodnie nosi się go na szyi. Przy podejściach to gehenna, więc przestałam cykać fotki ze szlaku. Docieram do jakiegoś łagodniejszego punktu i dopiero go wyciągam. Ja nic nie tracę. To moi czytacze widzą uboższe foto-relacje ;P
    haha! "Sylwester zaliczony" XD

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak można nie lubić zachodnich... A wiesza, jak potrafią wyglądać jesienią? Ale czegoś zaczyna mi brakować, jakby rutyna. Ja bym obłożył się nagraniami, biegał po grani o północy i wypatrywał świateł, posłuchał "Zemsty Nietoperza", usiłował tańczyć walce Straussa. Picie śniegu nie ma sensu, bo nie ma tam soli ani mikroelementów. Kiedyś już o tym mówiłem. Litorsal zdrovitu i mała ilość wody załatwiają sprawę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak można nie lubić zachodnich... A wiesza, jak potrafią wyglądać jesienią? Ale czegoś zaczyna mi brakować, jakby rutyna. Ja bym obłożył się nagraniami, biegał po grani o północy i wypatrywał świateł, posłuchał "Zemsty Nietoperza", usiłował tańczyć walce Straussa. Picie śniegu nie ma sensu, bo nie ma tam soli ani mikroelementów. Kiedyś już o tym mówiłem. Litorsal zdrovitu i mała ilość wody załatwiają sprawę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Niesamowicie pięknie!! I strasznie podoba mi się filmik, mam wrażenie że oddaje ducha tej wyprawy. Tylko kurde...jakiś fragment mojego mózgu nie może uwierzyć w to, że da się tak zimą nocować w śnieżnej dziurze na szczycie i nie zamarznąć na śmierć...naprawdę da się??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry śpiwór i wszystko jest możliwe :)

      Usuń