piątek, 10 lutego 2017

Uczucie mieszane, nie wstrząśnięte - czyli Dolina Białej Wody i niewiele więcej

Pozbywszy się wreszcie wszelakich objawów choróbsk, które przetoczyły się przez moje ciało początkiem roku, pomyślałam, że może dobrym pomysłem byłoby jeszcze w styczniu upchnąć jakiś maleńki wypad w góry. Ostatnio szybko łapię lenia i o ile zaraz po powrocie z gór jestem gotowa ogarnąć się i jechać znowu choćby nazajutrz, o tyle ten zapał obumiera z każdym kolejnym dniem, by po paru tygodniach przeistoczyć się w miłość do łózia, łóziowego ciepełka i łóziowych wygód. Nie wiem, czy to już starość, czy zmęczenie materiału, czy jeszcze jakaś inna franca. To nie to, że już nie kręcą mnie góry. Kręcą. Tylko coraz częściej mam ochotę naprawdę odpocząć w weekend, zamiast tachać ten plecak, wyrabiać kilometry, łapać urywki snu w autobusie.

A jednak z doświadczenia wiem, że lepiej mi jest, gdy się zmęczę, zamiast spać cały weekend, gdy odetchnę świeżym powietrzem, spotkam się z jakimś górskim świrem, przeżyję coś odbiegającego od codzienności. Że chęć odpoczynku jest pozorna, a po weekendzie polegającym na leniwym snuciu się po mieszkaniu jestem jeszcze bardziej zmęczona, niż przed nim. A z gór zawsze wracam pełna energii, pomysłów, chęci do życia.

Powtarzam więc tej zmęczonej części mnie: "pakuj się, nie pierdol" i tacham ten plecak, wyrabiam te kilometry, łapię urywki snu w autobusie. I, jak zawsze, przekonuję się, że dobrze zrobiłam.

Już miałam jednak machnąć ręką, bo na samotny wyjazd akurat nie czułam ani krzty ochoty, a co się do kogoś nie odezwałam, to się okazywało, że mu ten weekend szczególnie nie pasuje. Ale to w ten weekend miała być lampa i ciepło i niski stopień zagrożenia lawinowego. Z lekkim żalem, choć ku uciesze mieszkającego we mnie dzikiego zwierza zwanego leniwcem, już właściwie odpuszczałam, gdy... Borys się zamienił na dyżury, deklarując gotowość do bycia moim kompanem.

To jest ten moment relacji, w którym zwykle wyjaśniam, kim jest osoba, z którą idę i skąd ją wytrzasnęłam. No, tyle, że w tym konkretnym przypadku musiałabym napisać drugą relację :). Z Borysem już kiedyś byłam w górach, więc figuruje gdzieś w archiwum bloga. Ale ja bardziej niż z górskich wycieczek, pamiętam go i znam z rozmów, czy właściwie z jednej, ciągłej, już dwuletniej rozmowy, rozpoczętej niegdyś jego gratulacjami. Gratulował mi zaparcia. :)


Zresztą, długo by tłumaczyć. W każdym razie umawiam się z Borysem w sobotni poranek na dworcu, ale najsampierw muszę nam wymyślić jakąś wycieczkę. Jechać na słowacką stronę - szkoda czasu i pieniędzy, a po polskiej wszystko pachnie mi weekendowo-feriowo-pogodową kumulacją, z której preferowałabym się jednak wypisać. Taki trochę impas.

Olśniewa mnie nagle i elektryzująco. No przecież! Rozwiązanie jest nieomal genialne.
Zapamiętajcie słowo "nieomal".

Piszę do Borysa. Następuje spodziewana przeze mnie reakcja - chwila ciszy, kiedy kropki podskakują na ekranie, przestają podskakiwać, znów podskakują, znów zamierają - znaczy się: coś pisze i zastanawia się, czy wysłać, czy cofnąć. W końcu pada, też spodziewane: "no jeśli sądzisz, że dam radę tam na końcówce...". Da radę, co ma nie dać. Bardziej się obawiam czegoś innego i żeby od razu podzielić się odpowiedzialnością za ten pomysł, dzielę się też obawami. Może być nieprzetarte. Nie powinno, po tak długim okresie dobrej pogody, ale może. A wtedy dużo nie zawojujemy. Pamiętacie słowo "nieomal"? No właśnie.

Wybieramy się na Polski Grzebień. Doliną Białej Wody - wprawdzie słowacką, ale z wylotem w Łysej Polanie. Będzie blisko, ładnie iiiiiiiiiiii, guess what - pusto! O tak, w Białej Wodzie nawet w środku letniego sezonu jest pusto, zimą będzie na bank. No i może będzie przetarte. A może nie.

Z rana mróz siecze, szczypią mnie policzki. Szybko przemierzamy pierwsze kilometry doliny. Doliny, za którą nieszczególnie przepadam. Byłam w niej dotychczas trzy razy, z czego tylko jeden z tych razów nie przywołuje z odmętów mej pamięci koszmarnego bólu kończyn dolnych. A jednocześnie doliny, która mi się bardzo podoba, tak czysto wizualnie. Sorry, ale chyba trzeba by mieć coś nie teges z poczuciem estetyki, żeby odmówić piękna widokowi z Polany Biała Woda. Ja wprawdzie za pierwszym razem upierałam się, że ta dolina jest nie tylko niebotycznie długa, ale i niemniej niebotycznie brzydka, to jednak spowodowane było faktem, że trafiłam tam w pogodę, która odebrała mi wszelkie widoki. Było więc trochę jak w Chochołowskiej. A nawet gorzej, bo dłużej.
Gdy powróciłam tam przy bezchmurnym niebie, prawdę mówiąc, z lekka mnie zamurowało.

Polana Biała Woda i TEN widok
Idę więc tą doliną, podoba mi się to, co widzę. Bo widzę naprawdę ładne rzeczy. Promienie słońca przedzierają się przez drzewa, śnieg iskrzy i od czasu do czasu samoistnie osypuje się z gałęzi. Ale też idę i myślę: ło kuźwa, ile my będziemy tędy schodzić...?



Do Polany pod Wysoką mamy pięknie wydeptane. Ale spróbuj tylko nieopatrznie zrobić krok w bok, zagapić się i postawić nogę obok ścieżki... To właśnie zrobiłam. I dlatego mam taki zaciesz na poniższym zdjęciu. Bo nagle pół mnie wylądowało w śniegu, z którego ciężko było wykopać się znów na utarty trakt.


Śmichy chichy, ale nie wróży to dobrze naszej dalszej wycieczce, w razie gdyby ta autostrada miała nam się nagle urwać. Póki co, staram się jednak nie myśleć o tym za dużo. Jest pięknie. O tym chcę myśleć.

Kolejny z rozsławiających tę dolinę widoków -
imponująca ściana Młynarczyka
No i Polana pod Wysoką.
Tudzież pod Gankiem, bo to on tutaj de facto rządzi.
Na Polanie pod Wysoką coś podjadamy i dajemy się wyprzedzić grupie skiturowców. Chwilę potem doganiamy ich na taborze. Ziszcza się niestety najczarniejszy ze scenariuszy - dalej wydeptane nie jest. Odnajdujemy jedynie wyjeżdżone nartami ślady, które nie są dla nas pocieszeniem. Borys, umiejący po słowacku, coś tam gada ze skiturowcami. Zdradza nasze plany, na co oni wróżą nam śmierć ze zmęczenia. Milusio.

Wracamy na polanę, sprawdzając, czy po drodze nie odbija przypadkiem w bok jakaś udeptana ścieżka. Nie odbija. Jest uroczo i nie żywię w sumie wielkiej urazy do tego dnia, że nie chce nam zaoferować nic więcej. Tylko, że zwyczajnie nie chce mi się jeszcze schodzić. Borysowi najwidoczniej też nie, bo jakoś tak od słowa do słowa się zgadujemy, że spróbujemy iść dalej.

- Do pierwszego zapadnięcia się po uda - mówi Borys

- Odszczekaj to, bo będziemy musieli wracać za pięć metrów - mówię ja

Przedzieramy się przez jakiś pojedynczy urywający się ślad (wracając odnajdziemy ściechę równoległą do tego odcinka), po czym dobijamy do czegoś, czym nawet da się iść. Ktoś w każdym razie tędy szedł, bo szeroki ślad nart jest jednak podziurawiony przez buty. Idziemy i my. Przyjemne to nie jest, nogi trochę grzęzną, od czasu do czasu następuje charakterystyczne tąpnięcie i jedna z kończyn zakopuje się w śniegu po tak zwane jaja. A jednak fakt, że w ogóle idziemy dalej podnosi nam morale i nie marudzimy, do progu Doliny Kaczej utrzymując zupełnie niezłe tempo.


I - hie hie - cały czas słysząc tuż nad sobą panów skiturowców, którzy to na wspomnianym progu odpuszczają i jadą w dół, podczas gdy my, po doładowaniu baterii prujemy dalej. I kto tu pierwszy umarł ze zmęczenia, hę? ;)

To ja może pokrótce wyjaśnię, na czym polega różnica pomiędzy poruszaniem się na nartach, a klasycznym chodzeniem. I tym samym, dlaczego tego dnia każdy, kto ma narty, ma też nad nami potężną przewagę. Ot, po prostu ciężar ciała rozkłada się na te długaśne narty i tym samym człek nie zapada się co trzy kroki w śniegu, ale porusza po jego powierzchni. Podejrzewam, że podchodzenie na nartach jest podobnie wysiłkowe, jak zwykłe (może bardziej? nie wiem), ale z tego prostego powodu, że nie wpadasz w te pieprzone dziurzyska i nie musisz się z nich całymi długimi minutami wykopywać - idziesz (jedziesz? suniesz?) jakby nie patrzeć szybciej.

A śnieg jest dziś naprawdę gówniany do chodzenia. Zdarzało mi się już chodzić po nieprzetartym, wtedy jednak chodzenie oznaczało przecieranie właśnie. Dziś śniegu się nie przeciera. Idzie się w sumie po nim, idzie się, idzie, trzy kroki, czasem pięć, czasem nawet kilkanaście i nagle "jeb!". I już się nie idzie. Zamiast tego się kombinuje, jak wyciągnąć ze śniegu nogę tak, żeby nie pogrążyć w nim drugiej.

Jeszcze się jednak nie zniechęcamy i brniemy dalej, ku Dolinie Litworowej. Tu niestety tempo nam już siada. Z początku jest tylko trochę wolniejsze, dalej robi się iście tragiczne. Doczłapuję się w końcu w miejsce, gdzie w, bardziej niż wszędzie dookoła, płaskiej i gładkiej połaci śniegu rozpoznaję Litworowy Staw. Od początku chciałam dojść przynajmniej tu, to miał być cel zastępczy, w razie gdyby Polski Grzebień nie wyszedł. No i chyba będzie.


Pytam Borysa o godzinę. Nie pamiętam już dokładnie odpowiedzi, może to było wpół do trzeciej? W każdym razie szybki proces tentegowania w głowie doprowadził mnie do konkluzji, że możemy nie zdążyć na Grzebień nawet na zachód słońca. A nawet jeśli - to czeka nas jeszcze schodzenie tą samą drogą, długie i wiążące się z dalszym wpadaniem w dziury, ergo: wyczerpujące. Nie pozostaje nam nic innego, jak podjąć jedyną słuszną decyzję i odpuścić dalszą drogę. Mistrz byłby taki dumny! ;)

Litworowa zimą nie jest tak urokliwa jak latem. Właściwie to jest dość monochromatyczna, zacieniona. Brakuje trochę tych kolorowych letnich akcentów, migocącej wody w jeziorku, zieleni wokół. Jedynie widok na grań rozciągającą się od Żelaznych Wrót po Ganek pozostaje niezmiennie imponujący i fascynujący. Napatrzamy się zatem, a potem zaczynamy zejście.



Spodziewałam się, że trafiając we własne ślady, schodzić będziemy sprawniej. Tymczasem w niższej, około-wieczornej temperaturze, śnieg robi się jeszcze gorszy niż był. Już nie zapadamy się co kilkanaście kroków, ale okrutnie regularnie co jakieś trzy, cztery. Koszmar. Do Polany pod Wysoką docieramy zblazowani i wściekli, a Borys uboższy o zgubiony gdzieś po drodze termos. Właśnie zmierzcha. Na płaskim rozpędzamy się i prujemy przez kolejne kilometry doliny. Najbardziej nasycony adrenaliną moment wycieczki dopiero przed nami.

Bu!
Do Łysej Polany przyjechaliśmy busem, z zamiarem spania w schronisku. W Białej Wodzie oczywiście nie ma schroniska. Jest za to w Roztoce. Zastanawiało mnie niegdyś umiejscowienie tego schronu. W lesie, z dala od wszelkich ciekawych szlaków prowadzących w wyższe partie. Takie typowo "szarlotkowe" schronisko, do którego czasem zbacza ktoś schodzący z Moka asfaltem. Na pewno też bufor dla przepełnionych latem schronisk w Piątce i w Moku właśnie. Ale przecież gdy powstawało, wiele już lat temu, nie mogło mieć na celu rozładowywania ruchu innych okolicznych schronisk. Bo wówczas tego ruchu nie było, nie było codziennych, gremialnych wyjść na Rysy czy Orlą Perć. Po co więc ktoś wymyślił, zaprojektował i wybudował ten schron tam właśnie? Nie wiedziałam i nie umierałam z ciekawości. Bo kto by się interesował "szarlotkowym" schroniskiem?

Zdaję sobie sprawę, że bywam straszną ignorantką. Na historię Roztoki natrafiłam przypadkiem, czytając "Trylogię tatrzańską" Żuławskiego (to moja ulubiona, ukochana wręcz książka o górach). Nie było to zresztą jakieś wielkie odkrycie. Wystarczyło spojrzeć na mapę lub chwilę pomyśleć, by wpaść na to, że Roztoka była tworzona jako baza do wyjść w rejon Doliny Białej Wody. A taternicy z początków XX wieku lubili tam chadzać, ojjjj lubili. Nawet jednak, gdy już wiedziałam o tych zamierzchłych tradycjach, wciąż nie zdawałam sobie do końca sprawy, jak blisko ten leśny, dziwny, "szarlotkowy" schron położony jest Polany Biała Woda. Chyba najbardziej obłędnej z tatrzańskich polan. Spojrzenie na mapę jest jak policzek. To raptem kilkadziesiąt, może kilkaset kroków przez las, kilka do kilkunastu minut. Przez las, no i przez rzekę. I przez granicę.

Czy odnowienie dawnej kładki, puszczenie tamtędy szlaku, odebrałoby Białej Wodzie intymność i ciszę? Niewykluczone, wszak na tę przysłowiową szarlotkę zagląda do Roztoki niemało turystów, spora ich część zapewne nie omieszkałaby przespacerować się na polanę, której urok pewnie szybko by się spopularyzował. Ale i tak trochę szkoda, że tego szlaku nie ma. Choć, kto bardzo chce, albo kto wyjątkowo potrzebuje - bo na przykład zapadł się dziś w śnieg trzy tysiące razy i ma już dość łażenia, gdzieś się na noc schronić musi, a robienie pętli do Łysej Polany i stamtąd dreptanie asfaltem znów prawie dokładnie tam, skąd się przyszło, uważa za skończony bezsens - ten znajdzie.

Dostanie zawału, sunąc butami po zasypanym śniegiem, a więc cholera-wie-jak-grubym lodzie, i wylewu podpajęczynówkowego, gdy mu ten lód pod jednym butem pęknie, odsłaniając wcale nie płytki nurt rzeki - ale znajdzie. I dotrze tam, gdzie chciał dotrzeć - śladami Żuławskiego i innych duchów.

Lokujemy się w świetlicy pełnej Słowaków, o których Borys później powie: "trzy razy na nich spojrzałem, trzy razy polali mi wódki". Dwóch kolegów z towarzystwa stanie się bohaterami jeszcze jednej anegdotki, ale to dopiero rano. Na podłodze pierwszego piętra schroniska w Roztoce wysypiam się lepiej niż we własnym łóżku, otwieram oczy na dobre o siódmej rano i od razu przecieram je ze zdziwienia, bo jestem ostatnia na całym korytarzu, który nocą był pełen śpiworów. Pamiętam wprawdzie, że ktoś mnie nadepnął na łokieć, a Borysa ktoś budził energicznie i głośno, biorąc za kogoś innego, jak jeszcze było ciemno, ale poza tymi dwoma incydentami, zupełnie nie przeszkadzały mi w dalszym spaniu tabuny schroniskowych lokatorów krzątające się o kilka centymetrów od mojej twarzy.

Borys wczesnym popołudniem musi już wracać, ja wobec tego również kupuję sobie bilet na popołudniowy kurs do domu. Niewiele mamy więc niedzieli na pochodzenie, a jeszcze mniej sił i ochoty. Obieramy sobie spacerowy cel i powoli zbieramy się do wyjścia. Borys, jak przystało na przedstawiciela płci męskiej, ogarnia się pierwszy i czeka na mnie przed budynkiem, gdzie jest świadkiem nerwowego odpalania papierosa przez jednego ze słowackich kamratów ze świetlicy. Dlaczego nerwowego, wyjaśnia sam Słowak, wprawdzie do kolegi, ale głośno:

- Miała być picza i nie było piczy!

Wygląda więc na to, że nie tylko my zaliczyliśmy poprzedniego wieczora wycof.


Żeby nie narażać się więc na kolejny wycof, dziś przemierzamy szlaki dla emerytów i poimy się wiśniówką w ciepłych promieniach słońca na Rusinowej Polanie. :)


I to by było na tyle. Bez szału, bez rewelacji, ale przyjemnie. Tyłek ruszony z domu, a na liczniku dodatkowe dwa dni spędzone w górach - a tych im więcej, tym lepiej. :)

4 komentarze:

  1. hehe, to ja mam mnóstwo takich wycieczek - idę, idę i nagle okazuje się, że jest już za późno i trzeba wracać ;-) Jednym słowem - wycofy to moja specjalność. ps. Pierwsze akapity - mam tak samo, jak jeździłam co tydzień to już w poniedziałek chciałam jechać znów, jak przez 5 tygodni nie byłam, to nie mogłam się zmusić i myśl o wstaniu z łóżka przed świtem to była jakaś fikcja. Ale taki weekend w domu to faktycznie męczarnia....Grunt to się ruszyć, choćby na spacer :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja miałem ostatnio zaliczyć zimowe wejście na Gerlach z poprzedzającym noclegiem w śniegu (jedno z większych marzeń do zrealizowania)niestety zaliczyłem odwrót z pod batyzowieckiego stawu o godzinie 18tej.po takim właśnie ciągłym wypadaniu po jaja, które doprowadzało mnie prawie do płaczu i ilości nie zlicznych wypowiedzianych przekleństw, a w końcu do stłuczenia mięśnia uda.Ale i tak tego wypadu nie żałuję z kilku powodów: spędzony czas w górach,lekcja pokory,i satysfakcja z podjętej rozsądnej decyzji.

    OdpowiedzUsuń
  3. Też czasem tak mam, że w tygodniu powstają plany, czuję zryw, a przychodzi sobota i mi się nie chce. Ale na szczęście bardzo rzadko tak jest.
    A wiesz, że te leniwe weekendy to przychodzą właśnie jak sama mam iść? Łatwiej jest się zmobilizować we dwójkę.

    W pewnym sensie to częste wędrówki po górach sprawiły, że mniej choruję. Góry hartują organizm.

    Też lubię puste szlaki. Nie ma jak poniedziałek albo wtorek w górach ;)

    Las zimą w górach w słońcu - bajka! Czasami zimą spaceruje samym tylko podnóżem, bo w dolinie permanentnie mi lasów brakuje. Pięknie wtedy jest, nikogo nie ma.
    Chyba mnie jak i zarówno Tobie, brakuje bardzo poważnego elementu wyposażenia - nart śniegowych. Ostatnio brnąc pod górę w śniegu po tzw. jaja, mijaliśmy odciski takowych na powierzchni śniegu, w którym naszymi stópkami robiliśmy głębokie dziurska. Tylko, że to cholerny wydatek jest, takie narty...

    Emeryckie spacerowniki? Mam czasem wrażenie, że całe Alpy to emeryckie szlaki. Niejedna siwa główka wpędziła mnie w kompleksy, wyprzedzając na szlaku dużo żwawszym tępem... -_-'

    OdpowiedzUsuń
  4. Cześć!
    Dolina Białej Wody w paskudnej pogodzie faktycznie odstraszyć może... Wlecze się to w nieskończoność, więc pewnie gdyby nie słoneczko i piękne widoki też by mnie nie zachwyciła za pierwszym razem. O przejściu do Roztoki też słyszałem od kogoś kto twierdził, że trzeba "tylko" przeskoczyć potok... Jak zobaczyłem ten potok to jakoś nie wydało mi się to do końca możliwe ;)
    A relacja jak zawsze świetna, nawet mimo wycofu :) I zazdroszczę samozaparcia, żeby tyle km na weekend jechać - ja póki co walczę z leniem ;)

    OdpowiedzUsuń