środa, 20 grudnia 2017

W poszukiwaniu zaginionych ścieżek


Bielskie swego czasu śniły mi się po nocach. Tatry w ogóle kiedyś śniły mi się całkiem często, ale ten konkretny fragment nie tylko najczęściej, ale i najdokładniej. Co zabawne - oglądane później cudze zdjęcia z wędrówek tą zakazaną granią, niewiele różniły się od moich sennych wizji.

Pod Płaczliwą Skałę po raz pierwszy trafiłam w 2013 roku i pewnie nie nabrałabym do niej tak intensywnych uczuć, gdyby nie... znak, który zabraniał zapuszczania się w jej kierunku. Bo znak ten jednoznacznie wskazywał na fakt, że tam kiedyś był szlak. O szlaku tym czytałam też u Nyki, który - żartowniś jeden - nie omieszkał w swym przewodniku dokładnie opisać tej trasy, pomimo pełnej świadomości, że jest nieczynna (nie tylko tej jednej zresztą).

A to zupełnie co innego patrzeć na szczyt, na który drogi nigdy nie było, niż patrzeć na szczyt, na który droga nadal jest, tyle że zakazana. No, przynajmniej wtedy to było zupełnie co innego, bo teraz już wiem, że na większość tatrzańskich szczytów prowadzą bardziej lub mniej wyraźne ścieżki. Wtedy, przed kilkoma laty, wiedza o tym, że za tą prowizoryczną barierką jest wciąż wyraźny i wcale nietrudny szlak, straszliwie mnie swędziała. Bardzo chciałam pójść na Płaczliwą Skałę.

Płaczliwa Skała widziana z Szerokiej Przełęczy Bielskiej
Eksplorować ścieżki, których teoretycznie nie ma, zaczęłam w rok później i wtedy już znalazłabym w sobie odwagę, aby zignorować wielką czarną łapę straszącą na Szerokiej Przełęczy. Tyle, że jakoś się nie składało. Nagle pojawiło się tyle innych możliwości, a skoro możliwości - to też marzeń. Pod Płaczliwą wróciłam w 2016, ale nie starczyło sił, ani czasu, aby wybrać się na szczyt. Wreszcie, wrzesień tego roku. Chcąc choć trochę odbić sobie swoją wakacyjną absencję w Tatrach, wyruszam tam na weekend. Ma wiać halny i, owszem, wieje. W Wysokich i Zachodnich aura jest okropna, zimno, mroczno i duje tak, że aż przewraca. A ja ze swoimi Bielskimi wstrzeliłam się idealnie - tam wiatr ledwo mnie muska. Czas spełnić swoje sny.


Kilku wskazówek przed wycieczką udzielił mi znajomy, który parę dni wcześniej wspomniał na jednej z grup, że niedawno się tam przechadzał. Zadziałało to szczególnie inspirująco. Wprawdzie nie dotarłam tam, gdzie dotrzeć chciałam - w planach miałam jeszcze co najmniej Hawrań, ale za wskazówki i tak bardzo dziękuję.

Płaczliwa Skała i jej nielegalni poskramiacze
Podejście na Szeroką Przełęcz Bielską
Dotarcie na Szeroką Przełęcz Bielską tego dnia nie było dla mnie szczególnie emocjonujące. Szłam znanym już sobie doskonale szlakiem (opisywałam go TUTAJ), bez pośpiechu, stopniowo pozostawiając za sobą wrześniowe ciepło, a wkraczając w strefę chłodu. Na przełęczy wiało dość mocno (choć zdecydowanie nie tak mocno, jak w tym samym czasie w Wysokich), co wzbudzało we mnie pewien niepokój, co do tego, co miało mnie czekać dalej (i wyżej). Zwłaszcza, że nie planowałam schodzić na noc z gór... Cokolwiek by się miało jednak nie dziać, postanowiłam sobie z tym jakoś poradzić.


Widoki z Szerokiej Przełęczy
Ruszam więc. Jest popołudnie, po przełęczy cały czas ktoś się kręci, przychodząc to z jednej, to z drugiej strony. Liczę na to, że nikomu jednak nie przyjdzie do głowy mnie zawracać. Spokojnie oddalam się, wyraźną z początku ścieżką, która dość szybko... wprowadza w gąszcz kosówek. Da się nimi przejść, choć przyjemne to nie jest. Przez chwilę nawet kminię, czy by do tej kępki nie powrócić na nocleg - od wiatru chronią doskonale. Póki co jednak, maszeruję dalej.



Początek drogi jest aż nadto oczywisty. Jeśli się dobrze przyjrzeć, widać go wyraźnie już z podejścia na Szeroką Przełęcz. Owym fragmentem, trawersującym trawnik, nieomal się biegnie, bo wznosi się on tylko lekko. Dalej "szlak" już taki wyraźny nie jest i całkiem łatwo się chwilami zaplątać. Ścieżka bowiem niby dalej jest, ale już nie odcina się aż tak od otoczenia jak wcześniej. W dodatku chyba łażą tam kozy, bo obok "prawdziwej" ścieżki, sporo jest innych powydeptywanych śladów.

Jak nie ma szlaku, jak jest? ;)
Zygzak ścieżki się kończy, znów kawałek trawersu, a potem ostateczne podejście. Znaczy się - dużo jeszcze tego podejścia. Kolejny zygzak. Widoki, zaraz za przejściem przez pierwsze skały, ograniczyły się w zasadzie do tych w dół, na Zdziar, chęć robienia co chwilę jakichś zdjęć mnie więc tutaj raczej nie rozprasza. Dookoła rozciąga się właściwie tylko jednolite, trawiaste, dość strome zbocze. Patrzę ku górze i nie mam pojęcia, ile mi go jeszcze zostało do szczytu.

Głośna Skała widziana z góry i trawa, duuuuuużo traaaawy
Podszczytowe podejście jest w sumie bardzo nudne i niewzbudzające emocji. Te, które we mnie są, przyniosłam ze sobą - marzyłam o tej górce cholerne cztery lata, a zaraz, za momencik na niej stanę. :)

Zdziar. Chodnika w koronach drzew raczej tu nie szukajcie
- o jego istnieniu dowiedziałam się ze dwa dni później, więc nie wypatrywałam go z góry
i chyba przypadkiem też nie uwieczniłam na żadnym zdjęciu
Jeszcze chwilka, jeszcze kawałeczek, jeszcze tylko kilka kolejnych żmudnych zakosów starej, niknącej ścieżki iiiiiiiiiiii... oto jestem!

Bardzo się z tą kurteczką lubimy, a ponieważ jest ze mną
w ramach Decathlonowej współpracy, to kiedyś ją tutaj opiszę.
Simond Alpi Light.
Jak jest na górze? W sumie stan faktyczny zgadza się z tym, co mój mózg serwował mi w snach. ;) Chociaż śniłam zawsze o pełni lata, były więc to o wiele bardziej zielone wizje. Szczyt stanowi niewielkie wypłaszczenie, dość miękkie, choć usiane licznymi kamieniami. Można by spać właśnie tam, ale ponieważ, zgodnie z mymi oczekiwaniami, na czubku akurat trochę ciągnie po rajtuzach, już w czasie podejścia rozglądałam się za wygodnym legowiskiem. Łagodne (ale wciąż mocno pochyłe) zbocze Płaczliwej Skały, którym wiedzie stara ścieżka, było tego dnia prawie zupełnie osłonięte od wiatru. Coś tam sobie wstępnie upatrzyłam, ale właściwie to nadal nie wiedziałam, gdzie będę w momencie zachodu słońca...

Szeroka Przełęcz Bielska widziana z Płaczliwej Skały
Podnóża Płaczliwej Skały
Płaczliwa Skała należy do zachodniej grani Tatr Bielskich.
Na zdjęciu widok na grań wschodnią, gdzie pobuszuję trochę nazajutrz.
Z Płaczliwej oczywiście jest świetny widok na Tatry Wysokie, ale nad nimi akurat kłębiło się ciemne chmurzysko, pokażę je więc trochę niżej, w bardziej wieczorowej wersji. Tymczasem posilam się i zerkam w stronę sąsiada Płaczliwej, Hawrania. Może i do niego uda mi się wprosić na herbatkę.


Żeby się przekonać, jak to z tą herbatką będzie, najpierw muszę opuścić gościnne progi Płaczliwej. I tu zaczyna się "samo gęste". Pomiędzy Płaczliwą Skałą a Hawraniem jest kawałek zielonej, wąskiej grani. Jakoś trzeba na tę grań zejść. Tu wspomagam się wskazówkami Grzegorza - mam szukać jedynkowego, może zeroplusowego skalistego zachodu. Trzymam się krawędzi zbocza i schodzę, licząc na to, że niżej znajdę coś takiego. Ufff, znajduję dokładnie to, co pamiętam ze zdjęć. Zejścia zachodem trochę się cykam, ale okazuje się zupełnie bezproblemowe. Za chwilę jestem na zielonych trawnikach okalających Strzystarską Przełęcz. Nooo, jeszcze muszę przejść przez Płaczliwą Kopkę. Wejście na nią to pestka, natomiast zejście... trudne też niby nie jest, ale mocno ostrożne. Miękkie stopnie w trawie, którym trudno zaufać, obok których wystają luźne kamienie. Za jeden z nich łapię ręką, orientuję się, że jest luźny, chcę go puścić i zostawić na miejscu, ale poruszony kamol już nie chce zostać tam, gdzie od wieków sobie leżał. Jedyne, co mogę zrobić, to szybko zabrać nogę, żeby mi jej nie rozkwasił, a potem słuchać, jak głucho odbija się od traw i patrzeć jak mknie ku dolinie. Grawitacja, panie. Miękkie trawniki też pewnie potrafią ukręcić kark, jeśli się z odpowiednim impetem nimi poleci.

Płaczliwa Skała widziana z Płaczliwej Kopki
Płaczliwa Kopka i zdradliwe zejście z niej
Przejście granią odbywa się bez kłopotów, wiatr na szczęście nie chce mnie z niej zrzucić. Docieram do skał opadających spod Hawrania.


Rozpoznaję żleb, którym wiedzie najłatwiejsza droga na szczyt. Tyle, że pomiędzy mną a tym żlebem jest ze trzysta metrów trawy. Stromej i śliskiej, bez punktów podparcia dla rąk, w razie gdyby noga się omsknęła. Rozglądam się za jakąś ścieżką, może popod skałami wiedzie jakaś nitka. Nic takiego nie ma, tylko ta zielona gładź trawy. Przysiadam i myślę, co dalej.

Jest pięknie. Ileż ja razy marzyłam, żeby tu się znaleźć, ile razy wzrok mi tęsknie uciekał w te strony? Jak bardzo chciałam przewędrować tę miękką, tętniącą zielenią ścieżkę pomiędzy dwoma najwyższymi szczytami Tatr Bielskich...? Czy to nie mogłoby mi wystarczyć? Pytam siebie samej: to jak wystarczy ci, czy nie? I, o dziwo, odpowiadam sobie: spoko, wystarczy. Nie będę pchać się dalej. Nie czułabym się komfortowo grzebiąc się przez te trawiszcza sama samiuteńka, w dodatku guzdrałam się dzisiaj i w efekcie dalsza droga byłaby takim trochę wyścigiem z zachodzącym słońcem. Może innym razem, kolego Hawrań. A może nie. W każdym razie, nie dzisiaj.



To i tak na dziś nie koniec. Z grani przed nocą zdecydowanie muszę uciec. Raz, że trochę tu zawiewa, dwa, że za wąsko, żeby się ułożyć. Fajne miejsce upatrzyłam sobie na zboczu Płaczliwej, zatem muszę się na nią wdrapać raz jeszcze. Do boju więc.


Ponownie pokonuję grań, Kopkę, a potem przewyższenie dzielące mnie od szczytu. Sprawdzam na szybko, czy miejsce, które upatrzyłam na nocleg, rzeczywiście się do niego nadaje. Owszem, jeden z zakosów ścieżki tworzy szeroką i w miarę płaską platformę. Może nie jakoś bardzo komfortowo płaską i szeroką, ale zmieszczę się i, jeśli nie będę się za bardzo wiercić, to nie powinnam się z niej zsunąć. Rzucam plecak i lecę na górę obserwować zachód słońca.


Szerszy kadr niestety złapać mogę tylko telefonem

Kto kiedykolwiek "łapał złote światło", ten wie, że pomiędzy momentem, gdy rozżarzona piłka znika za linią horyzontu, a momentem, gdy zrobi się zupełnie ciemno, trochę czasu mija. I ja ten czas właśnie wykorzystuję na umoszczenie sobie posłania. Nadmuchuję materac, wyciągam śpiwór, a wszystko to ładuję do norki. Coś tam jeszcze zajadam w charakterze kolacji, a potem już nurkuję do ciepłych czeluści śpiworka. (O tym śpiworku Wam kiedyś opowiadałam: TUTAJ, a o materacu: TUTAJ).


No to teraz tylko przespać wrześniową noc - jeszcze nie długą, jesienną, ale już nie tak króciutką jak w środku lata. Tuż po zmroku spać mi się zresztą nie chce. Potem - nasłuchuję. Cisza, wiatr uderza o szczyt, ale do mnie dolatują nieliczne z jego porywów. Nie jest to najlepsze miejsce i moment do spania. Zimą strachu nie ma, bo największe tatrzańskie drapieżniki śpią, latem zdarzyło mi się nocować tylko w takich miejscach, gdzie by nie wlazły. Aż do dziś... Wreszcie morzy mnie sen.

A potem coś chrobocze. Tuż obok mojej głowy. Nie wiem, ile spałam. Nie jestem pewna, czy rzeczywiście coś zachrobotało, czy to tylko złudzenie zaspanego mózgu, o które nietrudno, leżąc samotnie na takim odludziu. Ale wciąż mam w uszach ten dźwięk. Właściwie, to mam w uszach głównie dudnienie własnego serca, ale pamięć tego, co usłyszałam przed chwilą - też. Śpiwór i norka oczywiście nie stanowią żadnej realnej ochrony i gdyby coś postanowiło mnie zeżreć, to mogłoby to zrobić pomimo nich. A jednak, rozsunięcie suwaków i wyściubienie się na zewnątrz było prawdopodobnie najodważniejszą rzeczą, jaką w życiu zrobiłam.

Nie zauważyłam właściwie niczego podejrzanego, żadnych śladów czyjejkolwiek bytności, poza jednym drobnym szczegółem... Plecak, który służył mi za poduszkę, leżał teraz jakieś półtora metra ode mnie. Oczywiście mogłam się z niego zsunąć, ale nie wydaje mi się, żebym zsunęła się aż tyle, to raz. A dwa, że obudziło mnie nie co innego, jak szuranie właśnie. Szuranie plecaka, wyciąganego mi spod głowy przez jakieś zwierzę!

Aaaaaaaaaa! O dalszym spaniu nie ma mowy. Uciekać? Ekhm, to raczej bezcelowe, bo być może nie ma przed czym - od początku podejrzewam takiego jednego gagatka, który krzywdy mi nie zrobi. A jeśli jest przed czym - to coś i tak mnie dogoni. Leżę więc i czekam. Podrywam się na pierwszy szelest i kieruję snop światła w jego kierunku. Dwoje oczu błyszczy, wpatrując się we mnie i nie ma zamiaru uciekać. Dwoje niewielkich oczu na lisiej mordce. Lis, lisek, lisunio. Z jednej strony jestem zła na niego, że mnie tak nastraszył i wyzywam go obelżywie (wcale nie w myślach), z drugiej cieszę się, że moje podejrzenia się sprawdziły i to rzeczywiście tylko lis. Tymczasem on sobie stoi i gapi się na mnie dalej. Odchodzi na chwilę, po czym pojawia się znów... dzierżąc w pysku moją siatkę z kanapkami. O ty dziadu! Czyli, że zanim mnie obudził, już sobie zdążył co nieco zachachmęcić.

Zbieram rozsypane resztki kanapek, żeby już po nie nie przychodził. Resztę jedzenia wkładam do norki, wkładam tam zresztą wszystkie luźne rzeczy łącznie z butami, żeby lisek sobie czasem do zabawy nie wziął. Plecak, jednym z troczków, przywiązuję sobie do ręki. I do rana śpi mi się nawet całkiem nie najgorzej.

Zdziar o świcie
Rankiem znów zahaczam o szczyt i robię serię zdjęć - w tym to, które jest głównym zdjęciem tego wpisu. Mogłabym spróbować szczęścia z Hawraniem raz jeszcze, ale zniechęcają mnie te strome trawy. Nope. Idę sobie.



Na zdjęciach w tej relacji często pojawia się Jagnięcy Szczyt. W sumie ciężko, żeby się nie pojawiał - jest pierwszoplanową postacią tutejszego krajobrazu i aż sam pcha się w kadr. Ale, tak swoją drogą, Jagnięcy był moim pomysłem na niedzielę - Koperszadzka Grań też marzy mi się już od dość dawna. Ostatecznie jednak postanowiłam cały ten weekend poświęcić Tatrom Bielskim i zamiast na jedynkową (czy 0+, nie jestem pewna) grań, wybrać się po prostu na niedzielny spacer...

Wracam na Szeroką Przełęcz, a z niej przemieszczam się na Szalony Przechód. Jest jeszcze dość wcześnie rano, więc poza mną po okolicy kręcą się tylko kozice, zresztą bardzo licznie.

Widok ze szlaku pomiędzy Szeroką Przełęczą a Szerokim Przechodem.
W środku kadru Rysy i Niżnie Rysy.
Ajjjw bin łoczin ju alalalalalom!
Na Szalony Wierch podobno da się wejść wprost z Szalonego Przechodu, ale nie wypatrzyłam żadnej ścieżki, która by stamtąd wyraźnie prowadziła (a droga nie wydawała się być oczywista, choć to tak czy owak tylko trawa), uciekam więc ze szlaku i wydeptaną ściechą maszeruję na Szaloną Przełęcz. Stamtąd wejście na Szalony Wierch również nie jest wydeptane,a przynajmniej nie przez cały czas.

Pomiędzy Szalonym Przechodem a Szaloną Przełęczą... Czyżby... Szalona Ścieżka? ;)
Szalony Wierch
Na Szalonym Wierchu odsypiam nocne lisie odwiedziny, dopóki nie zaczynają się tam kręcić inni złoczyńcy. ;)

Zejście z Szalonego Wierchu z widokiem na Jatki
Strasznego miałam lenia tego dnia, a drzemka na szczycie Szalonego rozleniwiła mnie już całkiem. A jednak schodząc znów w kierunku Szalonej Przełęczy nie mam wątpliwości, że przespaceruję się jeszcze trochę... Idę na Jatki!

Wschodnia grań Tatr Bielskich to przecudne miejsce. Niemniej cudnie było wczoraj pomiędzy Płaczliwą a Hawraniem, ale z pewnych powodów na Hawrań jednak nie weszłam. Wędrówka przez Jatki, to sama przyjemność, pozbawiona strachów - poza tym jednym, że oprócz innych pozaszlakowych turystów, spotkam tu też filanca. Uwielbiam takie miękkie, łagodne, pofalowane ścieżki, zwłaszcza kiedy są już lekko pozłocone wrześniem. I zwłaszcza z takimi widokami.

Gdzieś na Jatkach

Na końcu Jatek robię w tył zwrot, głównie dlatego, że zejście do Szarotki, oznaczałoby samotny marsz przez pozaszlakowy las, a to za dużo dla mojej psychiki.





Nie, ja też nie wiem, dla kogo to koryto

Powrót na szlak

W Tatry następnym razem powróciłam po dwóch miesiącach... ale już w zuuupeeeełnie innej scenerii...

Na szlaku (i poza nim) towarzyszyły mi buty Chiruca, które wraz ze mną zapraszają na KONKURS.



11 komentarzy:

  1. Pięknie.
    Tylko po co tak upiękniać zdjęcia.Cukierek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo żaden aparat nie uchwyci tak pięknie rzeczywistości jak ludzkie oko? Ja tu nic cukierkowego nie widzę :-P

      Usuń
  2. Pamiętam, jak pierwszy raz czytałem o Bielskich właśnie u Ciebie :) Też mnie zauroczyły, a w takiej "dzikiej" wersji wyglądają już w ogóle rewelacyjnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. kto szukał, ten znalazł - sprytnie! :) Kurcze, piękną miałaś wyprawę, pozytywne zazdro! :) dziękuję za tę relację, bardzo bardzo. Miłość do Tatr Bielskich u mnie zaczęła się właśnie dzięki Tobie i każde kolejne zdjęcie umacnia mnie w przekonaniu, że to chyba najbardziej czarujący fragment Tatr i dobrze, że jest gdzie czytać o tych zakazanych ścieżkach :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szłabym! I pójdę ;-) Btw - w pozaszlakowym lesie chyba tak samo miśka można spotkać jak w szlakowym :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I będzie na mnie... A miśków poza szlakiem spodziewam się jednak prędzej, bo jak idę szlakiem, to sobie tłumaczę, że tyle ludzi przeszło przede mną, że miśki musiały sobie pójść. ;)

      Usuń
  5. Jak to jest z tymi zamkniętymi szlakami? Chodzenie po nich jest nielegalne i grozi sankcjami czy po prostu niewskazane i dlatego dany szlak został zamknięty?

    OdpowiedzUsuń
  6. Z jednej strony boisz się filanców, a z drugiej chodzisz w odzieży koloru oczojebnego ;P Ja się staram maksymalnie kamuflować, jedynie nocą zdradza mnie światło czołówki...

    OdpowiedzUsuń