sobota, 31 marca 2018

Kruczy...tfu! Kozi Wierch wczesną zimą...


Przez chwilę kiedyś wydawało mi się, że polubię się z zimą. Miało to wydawanie się związek przede wszystkim z górami - które z początku dostępne dla mnie były jedynie latem, a za sprawą wybrania się w nie raz i drugi podczas zalegania pokrywy śnieżnej, stały się dostępne również zimą. No to było WOW. Ale żadne wow nie trwa niestety zbyt długo i tej (już szczęśliwie minionej, a przynajmniej w kalendarzu) zimy, kupowany niegdyś z szaleństwem w oczach za ostatnie pieniądze sprzęt zimowy raczej kurzył się na półce.


Zima ma swoje zalety... wrrrrróć, zima w górach ma swoje zalety (jakie? KLIK), bo zima w mieście to istna franca, wyzuta z jakiegokolwiek dobra. Cóż mi jednak po zaletach, skoro ja nienawidzę marznąć? I obawiam się lawin, tak przy okazji. No dobrze, pomarudziłam, część z Was opuściła już stronę, część zaczęła pisać komentarze, uderzające w nutę "ruda się skończyła", zostali najwytrwalsi, przechodzimy do sedna.

Zimowe, a właściwie jesienne Pięciostawy.
Otóż w listopadzie jeszcze nie zdążyłam zmarznąć w mieście na tyle, żeby kategorycznie odmówić mrożenia tyłka w górach. I dałam się wyciągnąć na bardzo uroczą w sumie wycieczkę. Tyle, że dość prostą i - poza punktem kulminacyjnym, czyli szczytowaniem, które nałożyło się przypadkiem na zachód słońca - niespecjalnie emocjonującą.

Ano niestety. Z górami jest trochę (a może wcale nie trochę) jak z narkotykiem. Aby wciąż doświadczać nirwany, potrzeba jest doznań, jeśli nie coraz silniejszych, to przynajmniej zróżnicowanych. Na Kozim Wierchu zimą już byłam, była to zresztą moja pierwsza zimowa poważniejsza tatrzańska wycieczka i wówczas owo wejście miało dla mnie wymiar nieomalże nieziemsko fantastyczny (relacja KLIK). Teraz, no cóż. Było fajnie. Zachód słońca był bardzo piękny, ale nie da się ukryć, że w jego trakcie piździło, próbując nam pourywać głowy. Dlatego, między innymi, dokumentuję blogowo to wejście dopiero po wielu miesiącach - bo nie stanowiło właściwie żadnego wybitnego wyczynu, czy ciekawej przygody. Ot, taka tam wycieczka.
Przejście Doliną Pięciu Stawów w kierunku Koziego Wierchu.
Jeszcze nie zamarznięte stawy, a dookoła śnieg - w sumie warto było ruszyć się z domu, chociażby po to, by  zobaczyć Piątkę w tym wydaniu :)
Najwytrwalsi Czytelnicy znają już zapewne powtarzalność moich utyskiwań na kondycję, czasem tylko przeplataną zadowoleniem z formy. Na listopadowej wycieczce stawiłam się niestety jako leń, który dawno, "chwilowo" odpuścił sobie wszelakie ćwiczenia fizyczne. Już dojście do Piątki zajęło mi dziwnie dużo czasu i co nieco dało w kość. Podejście na Kozi zaś przysporzyło trochę wstydu - albowiem jakaś grupka po drodze mnie rozpoznała, a dawałam się tam wymijać absolutnie wszystkim. W dodatku pod koniec trochę mi się pojechało (niegroźnie - szybka reakcja czekanem), no ale tego to akurat nikt chyba nie widział.

Z dołu podejście na Kozi Wierch nie wydaje się być strome, w rzeczywistości potrafi jednak zmęczyć.

Wolne tempo i absurdalna długość listopadowego dnia sprawiły, że końcówkę podejścia zaliczaliśmy w coraz bardziej złotej aurze, martwiąc się (przynajmniej ja), czy w ogóle dobijemy na wierzchołek przed zmrokiem.
Bartek szczytuje pierwszy ;)
Zimowe wejście na Kozi nieco różni się od letniego. Dla bezpieczeństwa powinno się odbywać raczej grzędą, zamiast obrzeżami żlebu, którymi wytyczony jest zwykły szlak. Końcówka wejścia wiedzie zatem granią, z której widoki są całkiem spektakularne - rzucają się w oczy zwłaszcza północne urwiska.

Przejście granią. Spodnie Simond, które miały ze mną iść na Kazbek, ale utknęły w transporcie, doczekały się wreszcie śniegu (model spodni KLIK).
Fot. Bartek
Dzień kończy się przepięknie, na szczęście żółta piłka słońca znika za horyzontem i gasi światło w całej dolinie na tyle gwałtownie, że nie chce nam się tam za długo siedzieć. Bo byśmy zmarzli.


Gdzie się podział Mały Staw Polski? ;)
Lubię Świnicę z tej perspektywy.


Schodzimy już nocą, częstowani gdzieś po drodze pigwówką. W schronie udaje nam się jeszcze załapać na miejsce w pokoju z materacami, ale dziękujemy za nie - układamy się pod recepcją na piętrze. Ponoć to bardzo rozsądna decyzja - w pokoju było niewyobrażalnie duszno. U nas z kolei mroźny przeciąg, co... średnio nam przeszkadzało, biorąc pod uwagę, że planując różne scenariusze dzisiejszej wycieczki, spakowaliśmy zimowe śpiwory. ;)

Następny dzień miał przynieść kolejną wędrówkę gdzieś po okolicznych pagórach, jednakże obudził mnie tak nieznośny ból gardła i glut, że ostatecznie zeszliśmy na dół. Głównie po to, by stwierdzić, że mi przeszło.
Pasująca do warunków atmosferycznych czapa od VERTISS.
Później zimno i ciemność stłamsiły mnie już na dobre i tak naprawdę kalendarzową zimą nie postawiłam z tym roku nogi w Tatrach. Dzień jednak jest już dłuższy, promienie słońca mają mniejszą odległość do pokonania w drodze ku mym zmarzniętym czterem literom, a warunki robią się znośniejsze - we mnie zaś odradza się nie tylko chęć do życia, ale i chęć do odwiedzenia miejsca, które wciąż pozostaje moim ulubionym na świecie... :)




10 komentarzy:

  1. Ruda, spróbuj porzucić swój oblężniczy styl zdobywania i przerzuć się na alpejski styl (:D) - lekki landrynkowy plecaczek, buty do biegania oraz nocleg (i prysznic) w cywilizacji. Może to być odpowiedź na Twoje "marznięcie" w górach - do plecaczka mało Ci się zmieści, więc szybciej będziesz szła :D to i mniej zmarzniesz! Pozdrawiam Cię serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko racja. Tylko że na Kozi szłam na lekko, zostawiwszy większość klamotów w schronisku. :(

      Usuń
    2. Oj tam, obojętnie :) Wracaj w Tatry i pisz, pisz, pisz, gdyż wpisy Twoje naprawdę świetnie się czyta :)

      Usuń
    3. O tak, podpisuję się pod petycją o częstsze wpisy :)
      Agata

      Usuń
  2. Wycieczka jak wycieczka, ale za to jakie zdjęcia, po prostu miodzio. Nie miałem pomysłu gdzie się wybrać na kolejną nocną wyprawę w Tatry, ale dzięki Tobie już mam ten pomysł, realizacja oczywiście na następną zimę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojojoj, nie lubisz zimy... A kto na Krywań, na Krzyżne, na Czerwone?... :) Jeśli można coś doradzić. Na początku szłaś na żywioł i to było zachwycające. A teraz się okaże, czy pozostanie trwała pasja, czy żywioł się wypali i zostanie telewizor. Wszystko zależy od tego, czy dasz radę starannie ją pielęgnować, planować wyjazdy. Droga w Alpy stoi otworem - nocny autobus do Wiednia, Podjazd do Schladming albo w Wysokie Taury. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie lubię zimy. Rozumiem, że wiesz lepiej? (na Czerwonych zimą nie byłam)

      Tak, wiem, że moge cisnac ile wlezie, bo to zadowoli czytelników (też nie wszystkich). Ale mogę tez wsłuchać się w siebie i robić to, na co aktaktualnie mam ochotę, nie zadręczając się, że olaboga koniec pasji. A telewizora nie posiadam i nie używam od jakichś dziesięciu lat.

      To, że wydaje Ci się, że jesteś życzliwy, jeszcze niekoniecznie świadczy o tym, że tak jest. Nazwałabym to pseudożyczliwością.

      Usuń
  4. Zima w Tatrach dla mnie to dopiero pierwsze małe kroczki, ale wiem że to jest To! Rysy 1 czerwca w lodzie, Kozi w październiku w śniegu, czy też Zawrat przy dwójce lawinowej. Prawdziwą zimą byłem w lutym, śniegu masa, góry w całkiem innym wydaniu i co prawda zaliczyłem z 6 letnim synem Moko i Kalatówki ale to wystarczyło bym ponownie zwariował.
    Ps. Gosia czy to Ty pisywałaś na forum Tatry Inspiration ?

    OdpowiedzUsuń
  5. "Z górami jest trochę (a może wcale nie trochę) jak z narkotykiem. Aby wciąż doświadczać nirwany, potrzeba jest doznań, jeśli nie coraz silniejszych, to przynajmniej zróżnicowanych. " - cholera, nawet nie wiesz, jak się z Tobą zgadzam. Bardzo mi brakuje efektu "wow" :-/ Aktualnie chodzę po pagórach treningowo, ale to nie to samo. Btw - cena sławy - nie wypada mieć zadyszki :-D

    OdpowiedzUsuń