niedziela, 22 kwietnia 2018

Schronisko w plecaku

Biwakowanie nie jest może najwygodniejszym i najbardziej komfortowym sposobem na spędzanie urlopowych nocy, ale pomimo to ma swych wielbicieli. Bliskość natury, szelest i zapach lasu, świeże powietrze – już każda z tych rzeczy z osobna warta jest dla niektórych chwilowego poświęcenia tych paru cywilizacyjnych przyzwyczajeń, takich, jak chociażby dostęp do bieżącej wody. Natura jawi się jako coś odwiecznie nam bliskiego, a przebywanie na jej łonie, jako powrót do korzeni i nasze niezbywalne prawo. No cóż, niestety, w tej kwestii można się trochę zdziwić.

Biwakowanie a przepisy prawne

W Polsce w większości miejsc biwakować raczej nie wolno. Bywa, że gdzieniegdzie wolno, ale trzeba się uprzednio zapytać o taką możliwość w odpowiednim urzędzie i tym samym spróbować uzyskać pozwolenie (bywa, że płatne). Generalnie, jeśli miejsce w które trafiliśmy nie jest typowym kampingiem, lub nie znajduje się przy nim tabliczka jasno informująca o tym, że tu biwakowanie jest dozwolone, przyjąć raczej należy, że dozwolone nie jest.

Sama intuicja podpowiada nam, że rozbijanie się z namiotem na terenie prywatnym: działce, czy polu, nie jest do końca w porządku, bez zapytania o zdanie właściciela. Co jednak z lasem? Ten wydaje się być wszak dobrem wspólnym, a my przecież nie chcemy biegać po nim z siekierą, a jedynie przespać nockę czy dwie, nikomu przy tym nijak nie szkodząc. To jak, wolno nam? Niestety, ustawa o lasach stanowi jasno: zabrania się biwakowania poza miejscami wyznaczonymi przez właściciela lasu lub nadleśniczego. Nadzieja pozostaje jedynie taka, że zgłosiwszy się do odpowiedniego terytorialnie nadleśnictwa, zostaniemy poinformowani przynajmniej o tym, gdzie w najbliższej okolicy znajdziemy takie wyznaczone miejsce i być może wystarczająco przypadnie nam ono do gustu. Środek leśnej głuszy, czy urocza polanka, która wpadła nam w oko, gdy wędrowaliśmy szlakiem, na biwak odpadają, przynajmniej w świetle prawa.

To może chociaż wybrzeże? Plaża, układający do snu dźwięk fal uderzających o brzeg, piasek wdzierający się do namiotu... Nic z tych rzeczy. Fragmentami polskiego wybrzeża zarządzają odpowiednie urządy morskie, ustanawiające własne przepisy, ale raczej w żadnym z nich nie znajdziemy pozwolenia na biwakowanie. Ręcznik, koc, parawan – jak najbardziej, namiot – na własne ryzyko rostania się z kilkoma banknotami z wizerunkiem Jagiełły.


No i góry. W nich biwakowanie zyskuje dodatkowy wymiar. Już nie jest tylko opcją spędzenia czasu wolnego, czy formą kontaktu z naturą, nie jest też jedynie ucieczką od wysokich cen noclegów w miejscowościach turystycznych. W górach biwakowanie ma też aspekt praktyczny, pozwala rozbić długą trasę na dwa lub więcej dni, albo zakotwiczyć na parę dzionków w dolinie, w której akurat nie ma schroniska i z niej uderzać na okoliczne szczyty lub drogi wspinaczkowe. I są to rozwiązania niezwykle kuszące, ale, tak jak i poprzednie wymienione, w Polsce nielegalne. W zgodzie z literą prawa, biwakować można jedynie w wyznaczonych do tego miejscach, ale tych nie jest wiele. W całych polskich Tatrach funkcjonują jedynie dwa obozowiska, zwane taborami, przeznaczone dla wspinaczy, czy grotołazów, na Polanach: Szałasiska i Rogoźniczańskiej. Z czego tylko to pierwsze leży na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego – w pobliżu Morskiego Oka.

Człowiek versus natura

Biwakowanie jest zatem w naszym kraju obwarowane zakazami, za złamanie których grozić mogą niemałe mandaty. Narzuca się pytanie: co takiego złego jest w tym sposobie wypoczynku, że grożą za niego tak poważne sankcje? Czy rzeczywiście człowiek biwakujący gdzieś w plenerze: w lesie, nad brzegiem morza czy też w górach jest tak poważnym zagrożeniem dla natury, że trzeba go przed nią bronić?


Patrząc na kwestię wpływu człowieka na środowisko naturalne bardzo holistycznie, właściwie nie da się zaprzeczyć, że wpływ ten dobry nie jest. Chcąc nie chcąc, tkwimy w tym wszyscy, wystarczy włożyć do sklepowego koszyka produkt zawierający olej palmowy, a już w drobnym stopniu przykładamy rękę do wyrąbu lasów deszczowych. Przykłady można by mnożyć, a fakt, że nasza planeta nie miewa się najlepiej, pozostaje faktem. Chęć spędzania wolnego czasu w bezpośrednim sąsiedztwie przyrody wydaje się być jednak zachowaniem z przeciwległego bieguna, raczej ukłonem w stronę natury, niż przejawem woli jej unicestwiania. Rzeczywistość niestety brutalnie rozwiewa te idealistyczne wyobrażenia. Większość miejsc udostępnionych do użytku przez turystów: czy to górskie szlaki, czy nadmorskie plaże, czy leśne kampingi, kończy prędzej czy później podobnie – pod zwałami śmieci. Skoro więc przeciętny Iksiński nie może powstrzymać się od rzucania gdzie popadnie opakowań po swoim prowiancie, niechaj chodzi tylko po wyznaczonych ścieżkach, które raz na jakiś czas da się posprzątać, w przeciwieństwie do całego lasu, czy terenu parku narodowego. Niech chodzi, niech siedzi i zażywa odpoczynku, ale niech, na Boga, przynajmniej nie biwakuje, żeby do porzuconych opakowań po żywności nie dołożył jeszcze swoich śmieci higienicznych, lub nie wpadł na pomysł spalenia wszystkich swych odpadków w ognisku. Żeby nie rozpalał ognia tam, gdzie jest to niebezpieczne lub choćby szkodliwe dla otoczenia i żeby nie zanieczyścił całej okolicy ekskrementami. Bo przeciętny Iksiński, przykro to stwierdzać, to obywatel niespecjalnie mający na względzie zasadę „zostaw to miejsce takim, jakim chciałbyś je zastać”. Na wszelki wypadek obrywa się więc wszystkim, choćby mieli nie pozostawić po sobie ani okruszka, a zamiast ogniska, rozpalić tylko maleńki prymus. Nie biwakuj. Nie i już. Czy pomimo wspomnianych obostrzeń zdarza się, że ktoś układa się do snu na dziko, gdzieś na zboczu góry, którą nazajutrz ma w planach zdobyć, gdzieś pod skałą, na której za dnia się wspinał albo gdzieś w środku lasu? Ależ naturalnie, że tak. Niniejszy artykuł nie ma na celu oceny takich zachowań, ale, czysto informacyjnie, nie zaszkodzi nadmienić, że śmiałkowie, podejmujący tego typu ryzyko, w przyrodzie występują.


Wakacje w Norwegii

Świat jednak jest duży i nietrudno zgadnąć, że nie wszędzie z tym biwakowaniem sprawy się mają tak samo jak u nas. Szukać nie trzeba wcale daleko. W Skandynawii, a konkretniej Norwegii, Szwecji i Finlandii biwakować można, bez spełnienia żadnych warunków, właściwie prawie wszędzie. Nie tylko biwakować zresztą, bo równie mile widziane i wolne od restrykcyjnych przepisów są tam takie aktywności związane z eksploatowaniem przyrody, jak kąpiele w rzekach i jeziorach, zbieractwo wszelakich darów lasu (tu warto wspomnieć, że w Polsce, w świetle prawa, nielegalne jest zbieranie chrustu w lesie, a na grzyby czy jagody wybrać się można tylko tylko tam, gdzie jest to dozwolone), a nawet wędkarstwo. Istnieją wytyczone szlaki, ale można poruszać się również alternatywnymi ścieżkami, za opuszczenie znakowanych traktów nie grozi żadna kara. Wszystko powyższe ma miejsce z tego powodu, że w krajach tych obowiązuje Allemansrätten (z języka szwedzkiego; po norwesku Allemannsretten; po fińsku Jokamiehenoikeus ), czyli „prawo wszystkich ludzi”. Głosi ono, że każdy człowiek jest integralną częścią natury, nie jej wrogiem, ale spójnym z nią elementem, dzięki czemu może swobodnie korzystać z jej darów. Brzmi cudownie prosto i pięknie. Jak wygląda w praktyce? Czy bolączki polskich zaśmieconych szlaków w magiczny sposób zatrzymują się gdzieś nad Bałtykiem, nie docierając na północ?

Oczywiście, że nie. Choć nie w takim stopniu, jak nasze, norweskie szlaki również „ozdabia” niejeden plastikowy odpad. Zjawisko to ma podobno w ostatnich latach tendencję wzrostową – to nie Norwegowie są bowiem jego sprawcami. A przynajmniej oni sami tak twierdzą i, obserwując wzmagający się z roku na rok ruch turystów z całego świata w najpopularniejszych miejscach tego kraju, takich jak na przykład skalna Ambona (Preikestolen), czy Język Trolla (Trolltunga), zastanawiają się, czy przypadkiem nie zmodyfikować swojego liberalnego prawa. A byłoby szkoda, bo Norwegia to istny raj dla miłośników trekkingu. Niesamowite bogactwo przyrody, fiordy, góry, a wszystko to do przewędrowania z plecakiem. I z własnym „schroniskiem” doń spakowanym.


Kraj to wprawdzie na kieszeń przeciętnego Polaka bardzo drogi – większość produktów i usług stanowi wydatek co najmniej trzykrotnie większy niż w Polsce. Jeśli nastawiamy się na noclegi w wynajętych pokojach, o budżetowych wakacjach możemy z góry zapomnieć. A jednak, Norwegia bardzo często jest brana za cel takich właśnie, niedrogich wycieczek, pod tym jednym warunkiem, że zabierzemy ze sobą namiot. Rozbijać go można w dowolnym niemal miejscu, co ciekawe – również na gruntach prywatnych (z wykluczeniem pól uprawnych, chyba że są skute lodem lub leży na nich śnieg, oraz ogrodzonych działek). W tym ostatnim przypadku, bez pytania dozwolone jest to tylko na jedną noc. Jeśli mamy ochotę spędzić w tym samym miejscu kolejne, konieczne jest już zapytanie się o zgodę gospodarza. Jasne jest też, że taki biwak nie może powodować żadnych zniszczeń, ani nikomu przeszkadzać. Namiot rozstawić należy zawsze nie mniej niż 150 metrów od najbliższych zabudowań (w Szwecji i Finlandii nie ma takiego zapisu). Jeśli natomiast chodzi o tereny otwarte (na potrzeby prawa wszystkich ludzi zwane zewnętrznymi), biwakować można wszędzie, poza miejscami, gdzie jest to wyraźnie zabronione – a te spotyka się rzadko. Nikogo nie dziwią namioty rozstawione kilka metrów obok popularnych szlaków. Swobodnie można zanocować, czy nawet spędzić kilka dni w namiocie w bezpośrednim sąsiedztwie największych przyrodniczych atrakcji. Komu marzą się wschody i zachody słońca z niecodziennymi widokami, ale za to bez obaw, że przyjdzie strażnik i jednym podpisem na blankieciku podwoi koszt naszego wyjazdu, w Norwegii znajdzie to, czego szuka.
Prawo wszystkich ludzi, zwane też prawem dostępu, opiera się na dawnym prawie zwyczajowym, po raz pierwszy oficjalnie wspomnianym około 1940 roku. Daje wiele swobody, zwłaszcza, gdy porówna się je do obowiązujących w Polsce przepisów, ale bynajmniej nie zezwala turystom na każde ich widzimisię. Bazuje na zaufaniu do nich, wymaga od nich poszanowania nie tylko naturalnych zasobów, ale też innych ludzi, ich prywatności i własności, jak też zachowania zasad bezpieczeństwa. A zatem – drogi turysto, korzystaj, ile twoja dusza zapragnie, ale dbaj, szanuj, nie niszcz, nie wchodź w drogę innym i, na litość boską, zabieraj swoje śmieci ze sobą. O ile wolelibyśmy taki, lub nawet bardziej rozbudowany dekalog, od naszego swojskiego: „nie biwakuj”, nieprawdaż?


Iść, ciągle iść...


Biwakowanie to wolność. Wolność od konieczności uciekania przed zmrokiem, od przymusu bycia gdzieś o określonej porze. Gdy w plecaku tkwi przenośne schronienie i wszystko, co potrzebne do przetrwania nocy z dala od miejskiego ciepła, światła i sklepów, z całym ich wyposażeniem – wówczas nic nas nigdzie nie goni i nigdzie nie zatrzymuje. Plan dnia nie musi być zrealizowany. Nadciągające deszczowe popołudnie nie wyklucza wyjścia rankiem na szlak Chwilowy dom może być tu, gdzie stoisz.

Biwakowanie ma też swoje inne uroki. Wspomniana oszczędność, bo zakup namiotu i reszty sprzętu, to czasem o wiele mniejszy wydatek, niż kilka nocy w wynajętym pokoju. Przygoda – wszak wakacje pod namiotem kojarzą się z młodością i mają w sobie element survivalu. Ale chyba sedno tkwi w tym byciu w samym sercu natury i w tej wolności, która wynika z noszenia schroniska na własnych plecach. To chyba za tym najbardziej tęsknią miłośnicy biwakowania, i za tym żałośnie kwilą, wertując przepisy zabraniające go w Polsce praktycznie wszędzie. I za to są skłonni czasem zaryzykować nie do końca przewidziane obciążenie swojego budżetu.



Ciężko powiedzieć, czy kiedyś będzie inaczej. Skandynawskie prawo dostępu jest ugruntowane, funkcjonującym tam od dawna, zwyczajem. My nie mamy raczej tego typu tradycji, do których moglibyśmy się odwołać. Również nasza edukacja skupia się raczej na wykuciu wiedzy geograficzno-przyrodniczej na pamięć, w warunkach klasowych, gdzie jedynym elementem środowiska naturalnego jest akwarium z rybkami, czy szczur w formalinie. Co nie jest zresztą winą nauczycieli, a programu, który nakazuje im w ściśle określonym czasie przekazać ściśle określony materiał, a temu wędrówki po lasach i łąkach mogą stać na przeszkodzie. I tacy sobie rośniemy, w przeświadczeniu, że natura to całkiem dobre miejsce do wypicia piwa i zrobienia sobie selfie, ale niekoniecznie do innych form rekreacji. A jeśli już, to w pakiecie all inclusive, czyli że ktoś nas zawiezie, przywiezie, a potem jeszcze po nas posprząta (vide szlak do Morskiego Oka). Oczywiście nie wszyscy. Pojedyncze jednostki wyłamują się spod tego niewesołego schematu, ruszają na szlaki z entuzjazmem, otwartą głową i sercem, zakochują się w tym kontakcie z naturą. A potem, niektóre z nich, ewoluują w przestępców, którym zdarzy się czasem ułożyć do snu w miejscu do tego nie wyznaczonym.

Nie ma jednej odpowiedzi na pytanie o to, które podejście do turystycznego eksploatowania natury jest bardziej słuszne. Warto jednak mieć świadomość, że to, które funkcjonuje w naszym kraju, nie jest jedyne. Istnieją rozwiązania inne, o wiele bardziej liberalne i otwarte, a działające przy tym zupełnie nie najgorzej. Pytanie brzmi: na ile sprawdziłyby się one u nas? A może raczej: dlaczego szansa na to, że sprawdziłyby się, jest tak niewielka...?





12 komentarzy:

  1. No właśnie... Prawdziwi miłośnicy natury stają się przestępcami, a prawdziwi śmieciarze mają się całkiem dobrze. Bardzo trafnie ujęte.

    Jako przestępca od przypadku do przypadku, niestety nie widzę dobrego rozwiązania jeśli chodzi o Polskę. A bardzo bym chciała nie denerwować się w nocy filancami. Wystarczą mi szelesty natury. 😉

    OdpowiedzUsuń
  2. Widziałem kiedyś na Przełęczy Kondrackiej górę śmieci z plastikowych butelek. Turyści przed atakiem szczytowym na Św. Górę Ceprów odpoczywali a śmieci po posiłku lądowały na tym wysypisku! Do dzisiaj nie rozumiem jak można wnieść pełną butelkę a nie można znieść pustej. Rozumiem za to zakaz biwakowania.

    OdpowiedzUsuń
  3. Od jakiegoś czasu po głowie chodzą mi kilkudniowe wycieczki z namiotem właśnie. I tu pojawia się problem - za wielka ze mnie bójdupa ;) takie wyprawy w moim przypadku raczej byłyby samotne, więc wiem że po wejściu do namiotu zaraz zaczęłabym wariowac Ale... Nigdy nie mów nigdy ;) może jeszcze się przełamię. Oby! Nie chce kiedyś pluć sobie brodę że nie spróbowałam.

    OdpowiedzUsuń
  4. jak zwykle strzał w punkt..szacun młoda damo

    OdpowiedzUsuń
  5. Koleżanka mi poleciła to miejsce i nie żałuję. Cóż, niestety w Polsce wolą zabronić kontaktu z naturą ludziom, którzy najpewniej by to uszanowali. Bo umówmy się, ludzie, którzy chodzą po górach z namiotem, zazwyczaj również śmieci nie zostawiają. To najlepszy sposób wędrówki moim zdaniem, w Polsce niestety trudny.
    Polecam Szkocję, pięknie i można ;) Takie prawo jak w Skandynawii, ale spania na pastwisku nie polecam :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciężko porównywać Norwegie do Polski gdzie na 1km sq przypada 15 osób a u nas prawie 11 razy tyle , już nie mówiąc o tym ze kraj jest nieporównywalnie bogatszy a sklepów monopolowych w całej Norwegii jest mniej niż w Bydgoszczy . U nas obowiązuje kultura wschodnia czyli żadna ja jestem z W-wy i widzę co się dzieje na bulwarach gdzie zalegalizowali spożycie alkoholu jaki pierdolnik pozostawiaja po sobie młodzi ludzie głównie 18-25 lat czyli osoby urodzone w wolnej Polsce gdzie powinny mieć większe poszanowanie dla publicznej przestrzenii , przyrody a niestety nie wiem czy nie gorsi są od tych pokoleń urodzonych w PRLu pod tym względem . Polska to mentalne dziadostwo i żeby zmienić "głowy" na to trzeba dekady czasu , wystarczy pojechać na Słowację w Tatry albo do Czech w Karkonosze i tam zupełnie inna mentalność, kultura której my Polacy moglibyśmy sie uczyć nie tylko na szlakach górskich ale i na mieście w hospodzie czy kwaterze itd. Tylko nie piszcie o tym ostatnim incydencie na Gerlachu gdzie Słowacki przewodnik oszołom zaatakował werbalnie i fizycznie Polską przewodniczke bo to zdarzenie jednostkowe i nie powinno rzutowac na ogólny obraz Słowaków którzy są bardzo zyczliwi i dobrze wychowani a on swoją droga odpowie za to przed sądem.

    OdpowiedzUsuń
  7. A dla Rudej mam temat na materiał via ferraty na Słowacji których jest już 3 , w Małej Fatrze Martinske Hole z drogami przejścia B i C , w Słowackim Raju Kysel C i Kremnickich Wierchach otwarta jesienią w 2017 i oferująca opcje B ,C i E ! Ja byłem tylko na tej pierwszej i musze przyznać ze to fajna sprawa skorzystać z takiej możliwości , szkoda tylko ze w Polsce nie ma takich pomysłów , zresztą kładki wśród drzew tez nie mamy w przeciwieństwie do do Słowaków i Czechów którzy nawet dwie już mają ! Pozdrowienia dla Rudej

    OdpowiedzUsuń
  8. Sama sobie odpowiedzialas na pytanie :) "Bazuje na zaufaniu do nich, wymaga od nich poszanowania nie tylko naturalnych zasobów, ale też innych ludzi, ich prywatności i własności, jak też zachowania zasad bezpieczeństwa. A zatem – drogi turysto, korzystaj, ile twoja dusza zapragnie, ale dbaj, szanuj, nie niszcz, nie wchodź w drogę innym". Niestety, Polacy w tej kwestii są jeszcze na drzewach albo w jaskiniach, wiec z braku kompletnego do nich zaufania, jedyną metodą sluszną i dającą szanse na sukces są zakazy. Skandynawia w tej kwestii to już klasa mistrzowska, stąd takie podejscie do wlasnych mieszkańców. musza jeszcze uporać z przyjeżdzającymi troglodytami...

    OdpowiedzUsuń
  9. 1. W decathlonie widziałem ostatnio mini-płachty biwakowe za 30 zł, to rodzaj chyba folii termicznej uformowany w mumię. Na kilka nocy wystarczy, a prawie nic nie waży.

    2. Na wędrówkę z plecakiem można jechać w Niżne Tatry. Nie ma wspinaczki, za to 5 nocy na grani murowane. RAczej nikt tam nie goni.

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo fajny art. dużo staram się zrozumieć ale w gorach "trafia mnie..." jak widze smieci .... tu markowe ciuszki.. fotki... itp. i ryp pod krzok ... - brak słow ... / zwracałem uwagę ..i zwracam... ale się zastanawiam czasami czy warto ??? hm wiem warto... Co do samego biwakowania mam doświadczenie wieloletnie ale na równinach w miejscach wyznaczonych / długo by opowiadać o niby kulturze.../ Pamietam nawet jak rodzine przekonałem do biwaku nad naszym Bałtykiem / znalazłem miejsce ... załadowałem samochod.. i sru po 8h jesteśmy... a tu co ? trawa na 30cm ..sanitariaty no szumnie nazwane.. miejsce na ognicho tez - oczywiście wszystko płatne ! no mysle sobie oki bo trzeba płacic... ale za co ? i czemu tak drogo ? / jak zliczyłem ... za samochod..za namiot.. za liczbe ludzi? / kiedyś się płaciło albo jedno albo drugie..dzisiaj podwojnie.../ za prad.. ale ile? klimatyczne.. to ognisko... wiem wiem frykasy... / 2 dorosłych + 2 dzieci / no to niewiele doplacilem i miałem pok ... bo za co mam tyle płacić ??? pytam się ? za ta trawe ..która mam skosic? za te sanitariaty / przecież i tak będę korzystac obok... plac zabaw który jest rozwalony ? za oswietlenie które się nie swieci na placu ? bo " kosztuje...- to po co ono jest? " aaa za te dzikie imprezy ... bo nikt nie zwroci uwagi? eeee dziekuje ..tak umiera idea...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. W Polsce jedyną , sensowną formą ochrony przyrody są zakazy dla turystów. W innym razie przyjdzie taki Ziutek z Czesiem albo Janusz z Grażynką i Sebastianem noi miejscówka jest "spalona" a druga sprawa mamy za mało tej przyrody w stosunku do ludności .

    OdpowiedzUsuń
  12. Fakt wychowania Norwegów w taki a nie inny sposób to tylko jeden z aspektów dla których u nich to prawo się sprawdza. Drugi, moim zdaniem nie mniej ważny, to ze natyryw Norwegii duzd, a Norwegów mało. Nie ma kto tych śmieci zostawiać

    OdpowiedzUsuń