czwartek, 21 czerwca 2018

Meet the Flintstones, czyli Niżnie Rysy po raz drugi, widmo Brokenu po raz trzeci i noc w jaskini po raz pierwszy :)

Zwykle, pakując się w góry, odczuwam jakiś nieokreślony niepokój. Tym razem jest inaczej. Wypełnia mnie zen i nawet wkładanie kolejnych przedmiotów do plecaka nie nuży mnie i nie złości jak zawsze. Plecak jest duży. Baaardzo duży. Kupiłam go z myślą o sierpniowym dwutygodniowym wyjeździe, a teraz chcę wypróbować. I przy okazji trochę się dociążyć - dla treningu, bo w sierpniu przyjdzie mi trochę podźwigać. Dlatego nie waham się brać rzeczy, które dałoby się w sumie wykluczyć, nie zastanawiam się zanadto skrupulatnie nad tym, ile batonów, czy kanapek biorę. Plan wycieczki mamy absolutnie nienapięty. Wejść na Niżnie, potem znaleźć jaskinię, kimnąć się, nooo może coś następnego dnia pokombinować, a może wcale nie, tylko zejść na spokojnie na dół. A! Jeszcze wypić piwo w Moku!

Słowo na temat pogody: ostatnie weekendy były w Tatrach bardzo burzowe, przekładaliśmy więc wyjazd z tygodnia na tydzień. Teraz wreszcie ma być ładnie. Jak jest? Sucho i cicho, na ulewę czy burzę się nie zanosi. Czy ładnie, to już kwestia gustu. Szczyty spowija uparte chmurzysko. Nie, żeby nie miało to swoich plusów - nie trzeba się ciapać kremem do opalania! Minusów jednak dostrzegam jakby więcej...

Na Niżnich już byłam (relacja KLIK), nie wiedziałam wtedy jednak jeszcze o istnieniu w ich okolicy jaskini. Od momentu, w którym się dowiedziałam, chciałam tam powrócić. Wprawdzie bardziej może od Doliny Ciężkiej (też na liście: "warto wrócić"), no ale... akurat nam się nie chciało i wybór padł na stary dobry polski asfalt. W tę pogodę wyszło nam to zresztą na dobre. Tomkowa Jaskinia znajduje się poniżej grani, po słowackiej stronie i stanowi bardzo nietypowe jak na Tatry Wysokie zjawisko. Zakręciłam się więc trochę na jej punkcie, planowałam ją odwiedzić już rok wcześniej, ale się nie złożyło. Miałam wciąż jednak w głowie, no i wreszcie obrałam wspólnie z Bartkiem za cel.

Przed dalszą drogą, obowiązkowy przystanek w Starym Moku, zajrzenie do skrzyneczki z niespodziankami, a nawet drzemka na ławce. Jacyś goście suszą akurat śpiwory, wygląda zresztą na to, że wszystko suszą. Jeszcze nie kojarzę faktów. Dopiero po około pół godzinie pada kurtuazyjna wymiana paru zdań, gdzie kto był, gdzie kto idzie. I się okazuje, że chłopaki spali tej nocy w Tomkowej, a wszystko mają mokre, bo tam kapie jak... no, kapie bardzo. No nic, mamy norki na śpiwory, jakoś to będzie. Ruszamy ku górze.


Ktoś wie może, czy ta konstrukcja służy upamiętnieniu żywych, czy umarłych?


Ruszamy dość niespiesznie, głównie z powodu moich palących łydek. Czekany przytroczone do plecaków czekają na ewentualne użycie (doczekają się, ale... w trochę innych niż zwykle okolicznościach), tymczasem warunki na dojściu do Buli i pierwszych łańcuchów są prawie letnie. Owszem, leży kilka płatów starego śniegu, ale w praktycznie płaskich miejscach. Tuż pod głazem (tym, na którym wszyscy robią sobie zdjęcia) jesteśmy świadkami akcji ratunkowej. Na szczęście dotyczącej niegroźnego wypadku - ktoś po prostu przewrócił się i poobijał.


Potem jeszcze tylko parędziesiąt sapnięć, wysłuchanie w milczeniu reprymendy, cytuję: "trochę późno" (serio, 14 godzina - na Buli - to w czerwcu nie tak późno na Rysy, jeśli prognozy nie przewidują burz, zwłaszcza, że niecałą godzinę drogi w dół jest z drugiej strony schronisko, a my zdecydowanie nie szliśmy na lekko) i mijamy pierwsze łańcuchy. A zaraz za nimi odbijamy w ścieżkę na Niżnie. A przynajmniej tak nam się zdaje, bo oto weszliśmy w chmurę i widoczność mamy mocno ograniczoną. Ścieżka, przynajmniej ta, którą idziemy, nie jest szczególnie wyraźna, niknie co rusz wśród gruzu luźnych kamieni, ale przemy uparcie w obranym kierunku, licząc, że jest on słuszny. Wreszcie pojawia się jakiś kopczyk, zaraz potem drugi, ale dalej znów idziemy po omacku, Bartek na przedzie i to on dzierży dziś obowiązek wyszukiwania jakichkolwiek śladów ludzkiej bytności. Ja na tyłach, już obmyślam plan działania na wypadek pogubienia. W majaczących przed nami od czasu do czasu mrocznych kształtach, próbujemy rozpoznać Niżnie Rysy, ale tak naprawdę one mogą być wszędzie. A my w dupie. Nie polecam.


Wreszcie docieramy do jakiegoś wypiętrzenia terenu. Za nim dalsza ewentualna droga lekko się obniża. Zupełnie nie przypominam sobie takiego miejsca z pierwszej wycieczki na Niżnie, ale też nie mogę sobie przypominać, bo wówczas, pomimo widoczności prima soft, w ogóle zaleźliśmy jakoś od drugiej strony. Nie pasuje mi ten pagórek, Bartek jednak zachęca, by iść dalej - ma chłop intuicję. Wkrótce docieramy do przełączki, nad którą piętrzy się jakaś skała - to może być jedna z Tomkowych Igieł.


Ruszamy nietrudną granią na lewo od domniemanej Tomkowej Igły. Wkrótce docieramy na wierzchołek. Jest na nim oznakowanie granicy, namalowane na kamieniu i jest murek - tak zapamiętałam parę lat temu Niżnie i tylko po tym mogę wnioskować, że na nich jesteśmy. Na wszelki wypadek strzelam zdjęcie znaku granicznego, coby sobie sprawdzić w domu i niebawem schodzimy. Innych zdjęć nie ma co strzelać. Widać absolutne nic.

Zaczynamy schodzić w odpowiednim miejscu na słowacką stronę w poszukiwaniu jaskini. Jej odnalezienie potwierdza ostatecznie, że zdobyty przez nas chwilę wcześniej szczyt, to istotnie musiały być Niżnie Rysy. Jaskinia jest... inna niż myślałam. Jest i duża i mała jednocześnie. Duża, bo wejście do niej jest spore, a i środek jest dość przestronny. Mała, bo zaraz się kończy, nie ma żadnych korytarzy. Na razie zrzucamy z siebie graty i siadamy - na zewnątrz jaskini, bo w niej, owszem, kapie - na macie, coby rozbroić małą pigwówkę i pograć w karty. Jest 17-ta, do nocy kupa czasu.

Jaskinia Tomkowa

Nagle mówię: "ty, patrz!". Białe chmursko na chwilę rozwiewa się, odsłaniając kopułę Lodowego Szczytu. Jest nadzieja! Wyczekujemy wieczora, licząc, że zachód być może będzie ładny. Od tej pory wyłaniają się co chwila inne kawałki krajobrazu. Największe wrażenie robi Ganek, wyglądający z bieli nagle tuż przy nas, nieomal na wyciągnięcie ręki.

Ganek i jego niesamowita Galeria widziane z jaskini
Wysoka i kawałek Rysów
Nudzi nam się. Może to i dobrze, bo w Bartku budzi się duch konstruktora - wkracza do jaskini i główkuje, co by tu zrobić, żeby nie podzielić losu chłopaków, spotkanych rankiem w starym Moku. Pozostawili oni po sobie cienką foliową płachtę - niby do rozłożenia na "podłodze", ale może by tak... W ruch idą czekany i lądują zaczepione o skałki pod sufitem, szczapki drewna, przez kogoś tu przyniesione przydają się w podobnym celu, do tego gaza w charakterze sznurka. Od dołu konstrukcję podtrzymuje statyw i voila! - mamy baldachim. Pod nim rozkładamy naszą płachtę, a na niej resztę biwakowych gratów.



Do zmierzchu wciąż daleko, tymczasem niebo znów się zabetonowało, dając ostateczny sygnał, że nie ma co się nastawiać na spektakularny zachód słońca. Około 20-tej leżeliśmy już zawinięci w śpiwory, z lekka przysypiając.


Wtem! Z bieli kotłującej się na zewnątrz zaczynają docierać jakieś głosy. Z czasem zbliżają się i stają coraz głośniejsze, co nie pozostawia złudzeń, że jednak będziemy mieć tej nocy współlokatorów. Lekkim szokiem jest jednak, że aż czworo! No nic, zmierzcha, więc szybciutko trochę przeorganizowujemy aranżację jaskini, para mieści się w "sali głównej" z nami, dwóch chłopaków układa się w "przedsionku". Grunt że baldachim spełnia swoją rolę i na nas nie kapie. Trochę podtapia nas za to od spodu, ale już ojtam ojtam. I tak jest luks. Nastawiam budzik na czwartą (nadzieja!) i zasypiam.

Dźwięk budzika wywołuje odruchowy wkurw, ale wystarczy jeden rzut oka przed siebie, aby zamienił się on w egzaltację. Szturcham Bartka: "ej, jest ładnie" i zaczynam szykować się do wyjścia. A jednak nam się poszczęściło! Szybkie ogarnięcie i pnę się znaną już drogą na pobliski wierzchołek Niżnich Rysów, na którym stoi już Arek - jeden z chłopaków śpiących w "przedsionku", no i Bartek, bo choć wstał później, to wygrzebał się oczywiście wcześniej. Pewne płciowe stereotypy obowiązują nawet w jaskini. Dookoła nas odgrywa się spektakl - z jednej strony wznosi się pomarańczowa piłka słońca, z drugiej falują niewielkie obłoki. Ojjjj, coś czuję, że będzie widmo! Niech no tylko słońce wzejdzie trochę wyżej.

Rejczel łapie pierwsze promienie słońca
Bartek w sumie też ;)
Bo i jest co łapać

Na górę dotarł też Patryk. Pozdro chłopaki!
Tym razem nie mam wątpliwości, gdzie jestem :)

Siedziałam na szczycie w sumie chyba z godzinę. Już już myślałam, że widmo dziś nie przyjdzie - obłoczki na jakiś czas rozwiały się. Ostatecznie jednak powróciły, a słońce było już w takiej pozycji, że nie mogło się nie udać. No i mam - trzecie do kolekcji, po pierwszym przed dwoma laty na Hrubym Wierchu i drugim rok temu na Zawratowej Turni. :)


Ręce zgrabiały od cpykania zdjęć, czas je trochę rozetrzeć i udać się z powrotem do legowiska. Pogoda nagrodziła naszą cierpliwość tylko na chwilę, wkrótce znów niebo zabiło się betonem. Z jaskini wychodzimy jako ostatni, bo i nam się nie spieszy. Znów we mgle, ale teraz już pewniejsi swoich kroków kierujemy się na dół. Jeszcze tylko o mało nie obrywam kamieniem strąconym przez mijającą nas grupę (sama też strącam niejeden, to bardzo niestabilny teren), nawracamy kilka zbłąkanych duszyczek i wracamy na szlak.


Właściwie, to jeszcze jedna przygoda. U wylotu Rysy Bartek zauważa coś pomarańczowego. Kropkę ledwie. Robimy tej kropce na zoomie zdjęcia i jeszcze przybliżamy. Tu już może działać wyobraźnia, ale widzimy tam... no, być może leżącego człowieka. Bartek próbuje zadzwonić do Topru, ale nie ma zasięgu, później ja przekazuję informację przez recepcję w Moku. Śmigło tego dnia już nie leciało, informacji żadnej w kronice nie było, ale mam jakąś cichą nadzieję, że ktoś wybrał się w to miejsce sprawdzić, co tam właściwie leży.

Schodzimy do Moka i to już koniec wycieczki, a przynajmniej jej ciekawej części. Piwo nie jest ciekawe. Piwo jest po prostu dobre.


Człowiek-żółw
Do następnego!




13 komentarzy:

  1. wypełnia mnie takie uczucie szczęścia - że jesteś w górach, robisz to, co kochasz i piszesz cudowne relacje - oraz zazdrości z tego, że masz po czym pisać takie relacje ;) i razem daje to wielkie podekscytowanie i niesamowitą frajdę! dzięki Ci, Gosiu, że jesteś. serio!
    a tak poza tym to mam nadzieję, że i mi się kiedyś takie rzeczy będą udawać ;) trzeba tylko trochę czasu i wprawy. i więcej relacji takich jak ta :)
    super się czyta i piękne zdjęcia.
    ps. wcale Ci nie słodzę :p

    OdpowiedzUsuń
  2. Co to za plecak?

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna przygoda, nadal próbuje zarazić jakiegoś kompana do wędrówek po górach (ciężko z tym, w tym wygodnym świecie. Co do piwa po wysiłku smakuje wyśmienicie :D
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki wielkie za relacje. Sama mam teraz kontuzje kolana i nie jestem w stanie chodzić po górach, ale dzięki Tobie poczułam się jakbym tam była. Zazdroszczę Wam. Sama spędziłam noc na Rysach. Była to najwspanialsza przygoda póki co. Wiem, ile aktualnie z powodu urazu tracę, ale takie relacje umilają czas wolny. Dzięki wielkie!

    OdpowiedzUsuń
  5. A to bardzo ładne. Mimo że bez szaleństwa. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Przechodził może ktoś historyczny szlak Orlej Perci od Krzyzne-Polana pod Woloszynem , a jeśli tak , czy jest tam jakaś sciezyna bo na mapie zaznaczona jest perc (czarna przerywana linia) która chyba pokrywa się ze starym szlakiem i jak się ma trudność w sensie technicznym w porownaniu np. do odcinka Skrajny Granat -Krzyżne

    OdpowiedzUsuń
  7. super ..kolejna ciekawa rzecz ..szacun

    OdpowiedzUsuń
  8. Zjawiskowe zdjęcia.
    Teraz apetyt na Tatry urósł jeszcze bardziej. Na szczęście za parę dni go zaspokoję.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Jakie temperatury teraz panują na Niżnych Rysach nocą? Chcemy w tej jaskini przekimać się we 3 podczas przechodzenia przez Tatry i zastanawiam się ile mam wziąć warstw ze sobą i jaki śpiwór. Jeszcze nie biwakowałem w górach, choć mam całkiem spore doświadczenie i obycie górskie. Jednak wszystkie mojego osiągnięcia były realizowane w 1 dzień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak my byliśmy, to było parę stopni na plusie, ale później przyszło spore ochłodzenie. Więc śpiwór by się przydał co najmniej zero stopni komfort albo nawet cieplejszy.

      Usuń
  10. Ruda, nie da się z Tobą skontaktować, przychodzi zwrotka na maila, a chciałem wypytać o warunki w wysokich partiach tatr, czy na Rysach i Wysokiej można trafić na jakiś mocno przeszkadzający śnieg teraz? Raki zabierać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, co z tym mailem, po prostu podam prywatny. Jak ja byłam na Niżnich, to śniegu starego na podejściu na Rysy były resztki, raczej bezpieczne przy zachowaniu ostrożności. Ale coś tam pobieliło od tamtej pory, nie wiem, jak jest teraz. Na Wysokiej w ostatnim czasie nie byłam.

      Usuń