poniedziałek, 13 stycznia 2014

Rusinowa i pan Halny

Po świątecznym wianiu, apokalipsie ogłoszonej w mediach, wciąż pełni obaw, abyśmy i my, Jezus Maria nie polecieli w przepaść przy szosie gdzieś pomiędzy Kirami i Zakopcem, ale jednak - jedziemy w góry.

Tego dnia też ma wiać. Już nie tak szaleńczo jak ostatnio, ale jednak. Ogólnie nastawiamy się na takie raczej lekkie spacery w czasie tego wyjazdu, a sobota to już tak typowo popołudniowy rozruch, ale troszkę się tego wiatru boimy.
Około 10-tej docieramy na kwaterę, zostawiamy rzeczy, przebieramy się i jedziemy na parking przy szlaku na Rusinkę od Zazadniej. W Brzegach - gdzie mamy lokum - akurat nie wieje (po opuszczeniu samochodu uderza nas panujące tam ciepło), ale gdzie Brzegi, a gdzie tatrzańskie regle. Także sytuację zamierzamy po prostu ocenić na miejscu, bo szkoda tak pogodnego, właśnie powoli rozpoczynającego się popołudnia.

Najpierw zatrzymujemy się na Głodówce chwilkę nacieszyć oczy tamtejszymi przepysznymi widokami (tam już wieje):


A potem już wyjście na szlak. Wieje, ale tak jakby w górze. Drzewa niespecjalnie się kołyszą, słychać szum wiatru, ale do nas docierają tylko pojedyncze (niebotycznie ciepłe jak na grudzień) podmuchy. Idziemy.



A może raczej - ślizgamy się, bo spory kawał początkowej części szlaku to istna błyszcząca się jak wiadomo co łyżwostrada. Raków nie mamy, a choćbyśmy mieli, to hmmm, nie wiem, czy bralibyśmy je na Rusinkę. Jakoś powoli szuramy pod górę, dobrze jest.

Im wyżej (choć osiąganie wysokości tym szlakiem nie jest jakieś zawrotne, bo i Rusinowa nie jest za specjalnie wysoko), tym mniej lodu, a więcej zmarzniętego śniegu i gołej ziemi.

Trochę ostrzejsze podejście do Wiktorówek, a potem do samej Polany. Wyjście z lasu oznacza wejście w strefę niczym nie ograniczonego halnego.

Oj wiało tam fest. Niby wiatr ciepły, ale jak tak wieje bez ustanku i opamiętania, to trochę przejmuje chłodem i po prostu męczy. My staliśmy bez problemu, ale plecaki ze stolików nam zwiewało ;).

Na zdjęciu widać charakterystyczny wał chmur utworzony nad Tatrami przez wiatr halny:




Śniegu jak na kalendarzową porę roku tyci tyci:



Widoczny początek podejścia na Gęsią Szyję:
Czapkę trzeba było trzymać żeby nie wybrała się w góry samodzielnie :)

I raz jeszcze chmurki, chmureczki, chmurunie:


Myśleliśmy pierwotnie o wybraniu się na Gęsią Szyję, ale halnemu udało się nas skuteczne zniechęcić. Te kilkaset schodków pokonywanych przy tak utrudnionym łapaniu oddechu, to trochę było dla nas jak na dzień po krótkiej nocy i długiej podróży za dużo. Na Polanie też nie mogliśmy wysiedzieć zbyt długo, więc nacieszyliśmy oczy, porobiliśmy zdjęcia i zrobiliśmy odwrót.

Jeszcze panoramka:

Tego dnia zatrzymaliśmy się też na chwilę na nowopowstałym punkcie widokowym przy szosie na Łysą Polanę (pomiędzy Głodówką a Wierch Porońcem) - widoki z samej szosy na Tatry Bielskie i słowackie Wysokie są fenomenalne, natomiast punkt jest moim zdaniem wybrany nieco niekomfortowo, zwłaszcza ze względu na zasłaniające wszystko chaszcze. No ale... :).

A że do wieczora było jeszcze daleko, a mnie się włączył szwędacz, to przejechaliśmy się jeszcze na Słowację, aby z okolic Zdziaru popatrzeć na Bielskie. Tu Szeroka Przełęcz:


Wyjazd zaczął się bardzo urokliwie i miło pomimo udaremnienia planów zimowego zdobycia Gęsi :D. Z założenia zresztą ten pobyt miał być bez spiny. A Rusinowa - jak zawsze piękna i dobrze było przywitać Tatry po kilkumiesięcznej nieobecności dokładnie tam, gdzie je we wrześniu pożegnałam :).

9 komentarzy:

  1. Ładna pogoda, chociaż rzeczywiście trochę nietypowa jak na grudzień. ;) Ja to szczerze mówiąc też często bywam na Rusinowej, bo mam do niej straszny sentyment. Na Gęsią też nie zawsze wchodzę, bo czasem jak się wyłożę na tej Rusinowej już, to jest mi tak dobrze, że więcej mi nie trzeba. :D Istna sielanka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też jakoś tak błogo na Rusinowej :).

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Heh, ale tak mi się przypomniało, że jak ostatni raz byłem na Rusinowej, to też szykowałem się na śnieg. ;)

      http://imageshack.com/a/img38/9567/vx4l.jpg

      A tym szlakiem do Zazadniej to po takim lodzie też kiedyś schodziłem, niezła jazda i masakra. Było to w Nowy Rok, dwa lata temu.

      Usuń
  2. Na Gęsią nie udało się wejść, ale udało się zobaczyć cudną jak zawsze Rusinową w halnym wydaniu - zawsze to coś nowego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie, że tak :). I przejść nowy szlak, bo od Zazadniej nigdy przedtem nie szłam.

      Usuń
    2. O! No to i Wiktorówki wpadły przy okazji :)

      Usuń
  3. Pogoda ładna, szkoda tylko, że chmury "od halnego" zasłaniały szczyty. ale rozruch fajny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Rusinowa jak zawsze piękna. Czy to w wydaniu letnim, jesiennym, niby-zimowym, czy nawiedzana przez halny ;) Fajna trasa na rozruch i przywitanie z Tatrami. Od jakiegoś czasu przyczajam się na Gęsią, ale czekam na więcej śniegu, aż Tatry zrobią się z góry na dół bialutkie, a nie czarno-białe. Zima coś się w tym roku ślamazarzy ;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń