niedziela, 24 stycznia 2021

Baby na Babiej, czyli prawdziwy sylwester marzeń

 

Zacznijmy od tego, że nie przepadam za sylwestrami. Może dlatego, że tak się jakoś zdarzają zawsze na samym początku zimy (nie lubię), dokładnie w tym momencie, w którym pompowany już od końcówki lata świąteczny balonik (presji świąt też niespecjalnie ulegam, no ale fakt, że to całe zamieszanie dookoła się zagęszcza sprawia, że czas jakoś tak szybciej leci) może nie tyle z hukiem pęka, co z sykiem kapcanieje. A po sylwestrze nieuchronnie nadciąga styczeń, a styczeń to jest proszę państwa w moim prywatnym świecie czyste zło, gorsze nawet od listopada. No i ten społeczny wymóg, żeby coś w tego sylwestra robić. Bo, umówmy się, większość ludzi coś tam robi, zamiast po prostu położyć się spać, to jednak czeka na tę północ, chociażby oglądając serial. Albo grając w grę. Wymyśliłam sobie onegdaj pewien sposób na celebrowanie tej szczególnej nocy i swego czasu cztery sylwestry po kolei spędziłam w górach (najpierw to był tylko spacer nad Morskie Oko, potem picie w Pięciu Stawach po konkretnej wyrypie, a potem to już trochę bardziej po bandzie, bo spanko na Krzyżnem i na Jarząbczym). Ale wyszło tak, jak wychodzi często z wieloma nawykami - raz dałam sobie spokój i pooooszłoooo. Dokładnie, to w kierunku oglądania filmów poszło.

wtorek, 15 grudnia 2020

Prezent dla górskiej łajzy na ostatnią chwilę z niebieskiego sklepu :)

 

Jak część z Was już zapewne wie (w każdym razie ja się z tym nie kryję), od jakiegoś czasu pracuję w pewnym popularnym sklepie z artykułami sportowymi i outdoorowymi :). Ten tekst powstaje w ramach mojej pracy i - tak, oczywiście - jest reklamą (nie bez korzyści dla mnie). Myślę jednak, że komuś może się przydać taka lista prezentowych podpowiedzi na ostatnią chwilę przed świętami. :) Wszystkich pozostałych nie zmuszam do czytania poniższego tekstu, ani tym bardziej klikania w linki, czy składania zamówień.
Obiecana relacja z zeszłego października się powoli tworzy, niestety zupełnie odwykłam od siedzenia godzinami nad poprawianiem zdjęć, a przy tym ostatnio odkryłam albo przypomniałam sobie sporo fajnych seriali. Tymczasem - jeśli niniejszy post Cię nie ciekawi, to po prostu go zignoruj.

wtorek, 29 września 2020

Me, myself & mountains - Biała Woda i przyległości

Nie byłam w górach od pół roku. W Tatrach - jeszcze o trzy miesiące dłużej. Nie pamiętam tak długiej przerwy. Na pewno jej nie planowałam, ani nie przewidywałam, ot, tak wyszło, w międzyczasie był lockdown, tuż po nim chwilowy zakaz brania urlopu, no i ten nieszczęsny czerwcowy weekend, kiedy już prawie się pakowałam, ale prognozy nie pozostawiły złudzeń, że przez bite trzy dni będzie lać. W sumie też mnie jakoś strasznie nie ciągnęło. Nie, nie żegnam się z górami - odpowiadając na pytania niektórych czytelników - nie wiem, czemu miałabym świadomie to robić. Ale prawdą jest, że zajmują one inne miejsce w moim życiu, niż kiedyś. Z pierwszego planu stały się tłem. Jednakowoż, to wciąż bardzo istotne tło i nie wyobrażam sobie, by mogło zniknąć.

piątek, 1 maja 2020

W plecaku Rudej, czyli co warto brać ze sobą na dłuższe łazikowanie

 
To uczucie, gdy zarzucasz na plecy pakunek ważący jakieś trzydzieści kilogramów... no, to nie jest uczucie, za którym się tęskni. Ale wspomnienie tego uczucia, choć samo w sobie średnio przyjemne, kojarzy mi się wyłącznie pozytywnie: najlepsze wakacje ever!

(Info praktyczne: wpis dotyczy używanych przeze mnie produktów przydatnych na biwakach połączonych z wędrówką, nie trzeba czytać przydługiego wstępu, ani całości, wpis jest podzielony nagłówkami, można więc szybko znaleźć, co tam kogo interesuje ;)

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Pokochaj podejściówki! - Garmont Sticky Cloud test

 

Buty były chyba pierwszą częścią mojego górskiego wyposażenia, jaką zakupiłam. Nie wiem, kiedy dokładnie to było, ale na tyle dawno, że nie pamiętam, kiedy zarzuciłam chodzenie po górach w butach miejskich (co na początku mojej górskiej "kariery" się przecież zdarzało). Moje pierwsze buty w góry? Trekkingowe, twarde, ciężkie no i oczywiście za kostkę. Oczywiście, bo w tamtych czasach takie miałam wyobrażenie o górskich butach - że za kostkę być muszą. To wyobrażenie pokutuje i dziś u wielu ludzi, z czym spotykam się obecnie w pracy, bo od niedawna pracuję w sklepie sportowym znanej sieci. Klienci rozglądają się za czymś dokładnie tym samym, za czym ja rozglądałam się niegdyś, a więc właśnie: twardym, ciężkim i koniecznie za kostkę, no bo TAK TRZEBA. Wtedy ja z zadziornym uśmiechem wskazuję na swoje stopy, na których w pracy mam zawsze swoje podejściówki Garmont, bo mi w nich przez osiem godzin latania po sklepie po prostu najwygodniej, i mówię, że cóż, wcale nie trzeba. Da się inaczej. Ja w tym właśnie, co mam na nogach, śmigam po Wysokich Tatrach.