wtorek, 29 września 2020

Me, myself & mountains - Biała Woda i przyległości

Nie byłam w górach od pół roku. W Tatrach - jeszcze o trzy miesiące dłużej. Nie pamiętam tak długiej przerwy. Na pewno jej nie planowałam, ani nie przewidywałam, ot, tak wyszło, w międzyczasie był lockdown, tuż po nim chwilowy zakaz brania urlopu, no i ten nieszczęsny czerwcowy weekend, kiedy już prawie się pakowałam, ale prognozy nie pozostawiły złudzeń, że przez bite trzy dni będzie lać. W sumie też mnie jakoś strasznie nie ciągnęło. Nie, nie żegnam się z górami - odpowiadając na pytania niektórych czytelników - nie wiem, czemu miałabym świadomie to robić. Ale prawdą jest, że zajmują one inne miejsce w moim życiu, niż kiedyś. Z pierwszego planu stały się tłem. Jednakowoż, to wciąż bardzo istotne tło i nie wyobrażam sobie, by mogło zniknąć.

piątek, 1 maja 2020

W plecaku Rudej, czyli co warto brać ze sobą na dłuższe łazikowanie

 
To uczucie, gdy zarzucasz na plecy pakunek ważący jakieś trzydzieści kilogramów... no, to nie jest uczucie, za którym się tęskni. Ale wspomnienie tego uczucia, choć samo w sobie średnio przyjemne, kojarzy mi się wyłącznie pozytywnie: najlepsze wakacje ever!

(Info praktyczne: wpis dotyczy używanych przeze mnie produktów przydatnych na biwakach połączonych z wędrówką, nie trzeba czytać przydługiego wstępu, ani całości, wpis jest podzielony nagłówkami, można więc szybko znaleźć, co tam kogo interesuje ;)

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Pokochaj podejściówki! - Garmont Sticky Cloud test

 

Buty były chyba pierwszą częścią mojego górskiego wyposażenia, jaką zakupiłam. Nie wiem, kiedy dokładnie to było, ale na tyle dawno, że nie pamiętam, kiedy zarzuciłam chodzenie po górach w butach miejskich (co na początku mojej górskiej "kariery" się przecież zdarzało). Moje pierwsze buty w góry? Trekkingowe, twarde, ciężkie no i oczywiście za kostkę. Oczywiście, bo w tamtych czasach takie miałam wyobrażenie o górskich butach - że za kostkę być muszą. To wyobrażenie pokutuje i dziś u wielu ludzi, z czym spotykam się obecnie w pracy, bo od niedawna pracuję w sklepie sportowym znanej sieci. Klienci rozglądają się za czymś dokładnie tym samym, za czym ja rozglądałam się niegdyś, a więc właśnie: twardym, ciężkim i koniecznie za kostkę, no bo TAK TRZEBA. Wtedy ja z zadziornym uśmiechem wskazuję na swoje stopy, na których w pracy mam zawsze swoje podejściówki Garmont, bo mi w nich przez osiem godzin latania po sklepie po prostu najwygodniej, i mówię, że cóż, wcale nie trzeba. Da się inaczej. Ja w tym właśnie, co mam na nogach, śmigam po Wysokich Tatrach.

poniedziałek, 11 listopada 2019

Kazbek, czyli o rzeczach wielkich

Fot. Aga Wielińska
Tym razem przylatuję do Gruzji na kilka dni przed rozpoczęciem właściwej wyprawy, chcąc się lepiej niż ostatnio (link do relacji sprzed dwóch lat TUTAJ) zaaklimatyzować. Pierwszego dnia, który i tak w większości przesypiam, odpoczywając po nocnym locie, Kazbek chowa się w chmurach. Ale już następnego ukazuje się w pełnej okazałości, rozpogodzony, majestatyczny, ogromny, piękny i cokolwiek straszny. Patrzę na ten absurdalnie wielki masyw, wyrastający tuż ponad maleńką mieściną i próbuję odgadnąć swój los. Czy tym razem wejdę? Co mówisz do mnie, góro? Czy będziesz dla mnie łaskawa? To pozostanie jednak zagadką nieomalże do ostatnich chwil, ostatnich kroków wzwyż.

czwartek, 26 września 2019

Lofoty - część trzecia: Helvetestinden, plaża Bunes i Tindstinden



To jest trzecia - już ostatnia - część relacji z wyjazdu na Lofoty. Część pierwszą znajdziecie TUTAJ, a drugą TUTAJ.

I znów trzeba zwinąć namiot. Powoli zaczyna mnie to męczyć, ale jakże będę tęsknić za tym w jakiś czas później w domu... Nie narzekam zatem. Maszerujemy z powrotem do Reine, znów pokonując dystans, który zrobiliśmy wczoraj szukając miejsca na nocleg. Z Reine odpływa łódka do Vindstad - cena za osobę to 250 NOK w obie strony (nie trzeba wracać tego samego dnia).