czwartek, 8 grudnia 2022

2022 - raz w miesiącu góry (część I)

 

To nie było postanowienie noworoczne. W poprzednim roku mieliśmy z Marcinem taki krótki ciąg, że byliśmy razem w górach w sierpniu (Mała Fatra), wrześniu (Tatry) i październiku (Bieszczady), a potem... a potem dopiero w styczniu roku następnego. No ale skoro styczeń to nowa karta i nowy początek, to Marcin rzucił hasło (już po styczniowym wyjeździe), że może byśmy tak co miesiąc gdzieś w góry sobie skakali. Dość szybko nie pykło skakanie co miesiąc razem, ale ja, póki co (jest wrzesień, gdy zaczynam pisać ten post), utrzymałam statystyki. Same w sobie wycieczki w większości były krótkie i umiarkowanie emocjonujące, przez co niekoniecznie nadające się na osobne wpisy na blogu. Po zebraniu jednak w całość robi się z tego jakaś historia i katalog pamiątkowych zdjęć. A zatem:


Styczeń 

Pieniny: Sokolica i Trzy Korony


To nie miał być początek czegokolwiek. W lutym już jechaliśmy z zamiarem podtrzymywania regularności, ale w styczniu jeszcze jechaliśmy po prostu. Ruszyć gdzieś dupę, odwiedzić jakieś ładne miejsce, tyle. Padło na Pieniny, a dokładnie na pieniński klasyk, czyli Sokolicę i Trzy Korony. 

Fajnie mają w tym Nowym Targu.
 

Dojechaliśmy nocnym autobusem do Nowego Targu, z zamiarem przemieszczenia się później lokalną komunikacją publiczną do Krościenka. Zamiar ten zakładał, że skoro istnieją rozkłady jazdy lokalnych autobusów czy busów, to można według nich zaplanować wycieczkę... Cóż... Wysiedliśmy na dworcu jeszcze po ciemku, poszliśmy do tamtejszej knajpki na kawę i kanapkę i spokojnie oczekiwaliśmy na autobus, który miał być - zarówno wedle rozkładu na tablicy, jak i informacji uzyskanej... w punkcie informacji - jakoś po 8-mej. No tyle, że go nie było. Na pytanie, dlaczego go nie było, pan w informacji powiedział bez zażenowania, że nie wie. Nie pamiętam już, czy na niego czekaliśmy, ale nie było chyba też następnego. Potem, pod moim powycieczkowym postem na FB komentarze rozgrzały się w tym temacie, no i okazało się z grubsza, że busy czy autobusy w tych okolicach jeżdżą albo nie jeżdżą, według rozkładu albo i nie, generalnie to nic dziwnego, że autobus nie przyjechał, a pan z dworcowej informacji nie wie, dlaczego. No więc ja już załamka, dzień w styczniu krótki, jak zaraz nie znajdziemy transportu, to przesiedzimy go w Nowym Targu. Marcin w takich sytuacjach jednak nie traci zimnej krwi, tylko mówi, że luz, złapiemy stopa. Przechodzimy więc całe miasto, aż za wylotowe rondo, no i faktycznie, dość szybko łapiemy podwózkę.

Wierzcie lub nie - tam jest bocian.

Potem jest już bez fakapów. Przechodzimy Krościenko, by dotrzeć na szlak, jako ciekawostkę odnotować można, że w oddali na trawniku dostrzegamy spacerującego bociana (przypominam, że rzecz dzieje się w styczniu), no a potem już sobie idziemy. Pogoda piękna, choć ma się okazać, że wyżej będzie dość nieprzyjemnie wiało. 


 

Byłam już kiedyś zarówno na Sokolicy (tak, tak, widziałam sosenkę jeszcze w całości), jak i na Trzech Koronach, szłam wtedy w odwrotnym kierunku. To było dawno, zajarana byłam wtedy strasznie na Tatry i sądziłam, że z tego wynikało średnie wrażenie, jakie zrobił na mnie pieniński szlak (no, może jeszcze z tego, że widoczność była wtedy na jakieś trzy metry). Niestety, powrót po latach nic w zasadzie w tym temacie nie zmienił. Sama Sokolica i Trzy Korony to ładne miejsca z efektownymi widokami, ale szlaki na nie, czy pomiędzy nimi - IMHO nuda i niespecjalnie polecam. Przejść się można, zwłaszcza w styczniu, gdy nie ma tu dzikich tłumów ludzi. Zakładam, że latem są. W styczniu tłumek na szczytach gęstnieje, ale nie jest dziki. ;)

Szlak na Sokolicę i potem z niej na Trzy Korony to nie jest nic specjalnego, ot wędrówka lasem po pagórkach. Nie mam zatem pojęcia, dlaczego już na zejściu z powrotem do Krościenka okrutnie bolały mnie nogi. No albo mam - zasiedziałam się przez ostatnie miesiące na tyle, że głupi spacer wystarczył, by dać mym odnóżom solidnie w kość. Dodatkowym czynnikiem pewnie była śliskość - raczki gdzieniegdzie zakładałam, ale w wielu miejscach przeszkadzały, przez większość drogi szłam więc bez nich, wytężając mięśnie tam, gdzie trzeba było to robić, by ostrożniej stąpać po ubitym śniegu. No ale to jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie. 5-6 godzin po umiarkowanych przewyższeniach, a nogi jak po maratonie. Wstyd i hańba.




Po obowiązkowym placku z gulaszem i noclegu w Krościenku następnego dnia po prostu wróciliśmy do domu.


Luty

Beskid Żywiecki: Pilsko


Na Pilsko padło, bo popularne, chyba fajne, no i może bym w końcu trochę poznała Beskidy (jak dotąd byłam tylko dwukrotnie na Babiej). Aby nie polegać na autobusach-widmach, tym razem wybieramy się samochodem. Dojeżdżamy do Korbielowa i stamtąd ruszamy w górę. Początkowo mamy problem ze znalezieniem szlaku - ludzie kręcą się tu wprawdzie licznie, ale wszyscy na nartach. Przedzieramy się przez śnieg na jakimś stoku i gdzieś wyżej odnajdujemy zielony szlak. Droga do Schroniska na Hali Miziowej upływa bez przygód. Zawodzi pogoda - miało być raczej słonecznie, tymczasem słońce tylko chwilami wychyla się zza chmur, są nawet momenty, gdy prószy śnieg. W schronisku tłumy, bo kończą się właśnie jakieś zawody. Na szczyt ruszamy już dość późno (jak na warunki lutowe).


 

Z czego słynie Pilsko? Ano z tego, że ponoć łatwo się na nim zgubić. Internet po wpisaniu nazwy szczytu ochoczo opowiada mrożącą krew w żyłach (dość dosłownie) historię o grupie młodych sportowców, którzy przed laty w zimowej zadymce zabłądzili w rejonach szczytu, co skończyło się tragicznie. Szczyt jest płaski, gdy wiatr szybko robi porządek po śladach butów, a mgła sprawia, że każda strona świata wygląda mniej więcej tak samo, nietrudno o pójście w złym kierunku. No i właśnie takie warunki nam się trafiają.

Do schroniska mieliśmy jeszcze całkiem niezłą widoczność, ale w drodze na szczyt otacza nas gęstniejące coraz bardziej mleko. Z początku jeszcze spoko - tu drzewka układają się w charakterystyczny korytarz, tam jest jakiś wyciąg. Ale dalej wszystko robi się do siebie podobne, przy tym piździ sakramencko, więc nie ma co liczyć na powrót po własnych śladach, no i niebawem zrobi się ciemno. Na szczęście kręcą się tu jeszcze jacyś ludzie, dostrzegamy też jakąś tablicę. Docieramy do tzw. polskiego wierzchołka, czyli Góry Pięciu Kopców. Do właściwego szczytu brakuje nam 23 metrów przewyższenia i jakichś 10 (w tych warunkach pewnie paru więcej) minut wędrówki, ale tam już nie idziemy. Za słupkiem widzimy tylko kotłującą się, ciemniejącą mgłę i słyszymy świst wiatru. Pozostaje zejście, nocleg w Korbielowie i powrót do domu.



 

Marzec

Karkonosze: Śnieżka 

Rudawy Janowickie: Sokolik i Krzyżna Góra


No tutaj to w ogóle wszystko miało wyglądać trochę inaczej. Przede wszystkim mieliśmy jechać we troje. Zuza namawiała mnie na Karkonosze już z pół roku, ale miał z nami jechać też Marcin, który ostatecznie nie dostał urlopu. We dwie miałyśmy do dyspozycji kilka dni, w trakcie których Zuza zaplanowała nam przejście praktycznie całej polskiej części tych gór. 

Z początku nic nie wskazywało na to, że miałoby się to nie udać. Pierwszego dnia jeszcze dość wcześnie docieramy do Karpacza, gdzie zostawiamy samochód. Wrażenie robi na mnie bliskość Karkonoszy wznoszących się nad miastem, to, że tak dobrze, wyraźnie i "masywnie" je stamtąd widać. Na Śnieżkę idziemy jakoś tak zdaje się od dupy strony (to w każdym razie nie jest najpopularniejsza trasa, no ale zaczynamy zgodnie z założeniem od wschodu). Pogoda jest piękna, na szczycie tylko piździ, ale trudno tego uniknąć na najwyższym wierzchołku pasma. Troszkę odpoczywamy w Śląskim Domu, a na wieczór zawijamy się do Samotni - bo jeszcze przed wyjazdem wyraziłam chęć zawitania w tym miejscu. 

Za naszymi plecami statek kosmiczny.

 
Zuza i planeta Karkonosze.


W Karkonoszach jestem po raz pierwszy - już pomijając moją niegdysiejszą tatrofilię i brak chęci jeżdżenia gdziekolwiek indziej, góry te są jednak dla mnie daleko. Z Radomia to 6 godzin jazdy autem, inne rodzaje komunikacji aż strach sprawdzać. No i nigdy dotąd się jakoś nie składało, żeby tam zawitać. Nie wiem, jakie dokładnie miałam wyobrażenie o tutejszych pagórkach, tak czy owak rzeczywistość mnie trochę zaskakuje. Wejście na Śnieżkę od lewej strony - patrząc od Karpacza - przypomina jeszcze wprawdzie wędrówkę każdym innym pasmem, ale dalej jest już kompletnie inaczej. Szeroka grań Karkonoszy, rozległa, wyniesiona pod chmury płaskość, sprawia wrażenie innej planety, co potęguje zapewne zimowa szata krajobrazu. I znajduję to nawet fajnym.




Niestety, nie dane mi będzie zbadać tej planety. Gdy budzimy się następnego ranka, nic jeszcze nie zwiastuje odwrotu. Pogoda klaruje się piękna. Wprawdzie przez okno widzę, że flaga trzymana przez jakąś pozującą do zdjęcia grupę łopoce mocno na wietrze, a gdy opuszczamy ciepły budynek same przekonujemy się o jego sile. Ale skryte w kotlince schronisko jest w gruncie rzeczy osłonięte od najsilniejszych podmuchów i tutaj jeszcze jest znośnie. Wznosimy się z powrotem ku graniowemu szlakowi i z każdym krokiem się od tej kotlinkowej znośności oddalamy. Na górze duje fest, ciężko w ogóle iść, przewiewa nas, bo nie spodziewając się aż takiego wiatru nie ogaciłyśmy się we wszystko, co miałyśmy. Ale najgorszy jest śnieg. Nie, nie pada, ale wiatr podrywa go z podłoża i ciska w nas z całą mocą. Policzki aż bolą od ostrych drobinek i przez chwilę serio mam wrażenie, że jeden to już odmroziłam. Na rozstaju dróg przekrzykując wiatr dogadujemy się, że zmieniamy kierunek - idziemy do Śląskiego Domu, bo to najbliższy budynek i tam najwyżej pomyślimy, co dalej. No i wymyślamy, że dalej to już dupa - żadna to przyjemność iść w takim wietrze, a i jutro ma się on utrzymać. Zresztą głupio byłoby, gdyby nas zwiało na Śnieżnych Kotłach.


Szczypią mnie policzki, jak patrzę na to zdjęcie.

Próbując się zagrzać w Śląskim Domu opracowujemy plan awaryjny. Schodzimy do Karpacza, jakoś w międzyczasie dzwonimy do Szwajcarki z zapytaniem o wolne miejsca i przenosimy się w Rudawy. Wieczorem jesteśmy w schronisku - dość legendarnym, bo to w tutejszych skałach pierwsze kroki stawiało wielu słynnych polskich himalaistów, którzy korzystali z noclegów w owym przybytku. Następny dzień spędzamy na zdobyciu Krzyżnej Góry i Sokolika - miły jest to spacer, piękny zwłaszcza widokowo. Szkoda tylko, że wiosnę zwiastuje póki co jedynie słońce i śpiew ptaków, poza tym wszystko po zimie jest jeszcze szare i martwe. Z racji braku pomysłu na dzień następny, postanawiamy wracać do domu, zahaczając jeszcze po drodze o Kolorowe Jeziorka (które są zamarznięte i przez to głównie białe).


 


Krzyżna Góra i widok na Karkonosze.




Kwiecień

Gorce: Turbacz i Lubań


Z kwietnia pamiętam, że, choć miejscami brodziliśmy jeszcze w śniegu, to pachniało wiosną. Znaczy się błotem pachniało, ale czymże, jeśli nie błotem właśnie, pachnie początek wiosny? Mając trzy dni wolnego, wybraliśmy się w Gorce. Dojechawszy nocnym autobusem do Rabki, obraliśmy stamtąd szlak na Turbacz, co wiązało się z tym, że zrobiliśmy - stamtąd aż do Lubania - fragment GSB. Na Turbaczu byłam bodaj dwa lata wcześniej, zimą, na jakiś "solistowym" zlocie, szłam wówczas innym szlakiem (z Obidowej). Teraz mam okazję poznać Gorce nieco lepiej, bo z Turbacza wybieramy się dalej. No i w sumie po raz pierwszy staję na szczycie, bo przed dwoma laty dotarłam tylko do schroniska (na szczyt jest stamtąd śmiesznie blisko, ale jakoś się nie wybrałam).


Ja wiem, jak to wygląda, ale to wina nocki w autobusie, serio.


Mamy ze sobą namiot i plan, by nie zawahać się go użyć. Prognozy pogody na noc skłaniają nas jednak do skorzystania z luksusów schroniska - zimno nam nie straszne (nie, żebyśmy jakoś szczególnie je lubili, po prostu tachamy ciepłe śpiworki), ale ma padać deszcz, a zwijanie z rana mokrego namiotu, bez możliwości wysuszenia go i noszenie przez cały dzień takiej mokrej szmaty... oraz konieczność jej rozłożenia wieczorem... meh. Wysypiamy się zatem w cieple i wygodach, uprzednio się nawet myjąc.


Nazajutrz ruszamy w stronę Lubania. Następuje jakieś lekkie nieporozumienie, wynikające w sumie z tego, że mnie się nie chce liczyć czasów na mapie. Marcin z rana mówi, że mamy coś koło sześciu godzin wędrówki. Ja na jakimś postoju, gdy już powoli zaczynam mieć dosyć - nie tyle wysiłku, co lasu - doliczam się z mapy godzin... bodaj ośmiu. Umówmy się, że w kwietniu to ma pewne znaczenie. A raczej miało rano, gdy przeciągaliśmy ile się dało opuszczenie cieplutkiego schronu, bo teraz to już po ptokach.



Po kolei to wygląda tak, że ruszamy z Turbacza skutego jeszcze grubą warstwą starego śniegu, na Hali Długiej cieszymy się krokusami, a potem jest jakoś długo przez las. Dalej jakaś widokowa polana, turystyczne domki i przełęcz z szosą - i tam sprawdzam mapę. Do Lubania stamtąd zdaje się jeszcze 8 km (a łącznie tego dnia coś około 20). No i jeszcze taka mała wieś pośrodku niczego z małym skansenem i źle oznakowanym szlakiem (byłabym się zgubiła). A za tą wsią to się jakoś wkurwiam, chcę zdążyć przed zachodem słońca na górę i włączam bieg: zapierdol. I wtedy orientuję się, że w sumie to mam kondycję. Long time no see. 



 

Wpadam na ten Lubań tuż przed zmrokiem, po to, by zorientować się, że nie było sensu tak gnać (albo że trzeba było gnać szybciej). Zrobiło się już szarawo i widoki z wieży są dalekie od instagramowych. Na Lubaniu jest pole namiotowe, zdaje się, że harcerskie. O tej porze roku oczywiście nikogo tam nie ma. Rozbijamy namiot przy wiacie, rozpalamy ognisko i tak trochę ten Lubań rzuca na mnie urok, że tak tu sobie można ogniskować i biwakować. Zauroczenie dopełnia się rankiem - wyściubiam nos z namiotu o świcie i jest to tak bardzo warte natychmiastowego wyskoczenia ze śpiwora, że nie czekam na Marcina, tylko sama pędzę na wieżę.Marcin dopędza chwilkę później.





Pozostaje wysuszyć zawilgotniałe śpiwory, zjeść śniadanko, zaprzyjaźnić się z samiczką głuszca, która ewidentnie szukała kontaktu, no i zejść niestety. Wybitnie ładny był to poniedziałkowy poranek. Wieczór w sumie też - przez trzy dni naszej nieobecności Radom nabrał tej cudnej wczesnowiosennej zielonej poświaty i całkiem przyjemnie było do niego powrócić.



Maj

Gorce: Turbacz

 

Tak, znowu. Mój majowy pobyt w górach był podyktowany pracą, aczkolwiek uznałam go sobie za pełnoprawne comiesięczne zameldowanie się na górskim szlaku. Zwykle nie pracuję w górach, ale ten jeden raz zdarzyło się mieć szkolenie na szczycie Turbacza. Wejście jeszcze innym niż ostatnio szlakiem - żółtym z Nowego Targu (to w ogóle dość szalone, iloma wariantami można zdobyć Turbacz), konstatacja, że w ciągu ostatnich trzech tygodni masy śniegu raczyły zniknąć, a potem to już szkolonko, pierwsza opalenizna (a raczej pierwsze spalenie nosa), ognisko, integracja i dwa zachody słońca. Pogoda przy tym wszystkim piękna, noce wciąż zimne, a namiot rozbity tak, że leżałam środkiem pleców w jakiejś dziurze, ale oj tam. Fajnie było.


 
Jak ktoś jeszcze nie wie, w jakiej firmie pracuję, to po tym zdjęciu może zgadnąć. ;)



Kinder - ulubiony ziomek z roboty :D

 


Czerwiec

Pieniny: Wysoka, Durbaszka, Wysoki Wierch

Tatry: w sumie nic specjalnego

Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, co do tego, który miesiąc jest moim ulubionym. Kwiecień wybuchający wiosną jest cudny, maj przyprawia o zawroty głowy, ale to czerwiec jest czystym spełnieniem. Potem jeszcze lipiec i sierpień są całkiem spoko, ale to już nie to. Jest taki cytat, nie pamiętam nawet czyj i skąd, ale jeden profil od cytatów na FB rokrocznie wrzuca go w czerwcu i ja już czekam na ten cytat prawie tak, jak na czerwiec. Jest o tym, że czerwcowe wieczory stwarzają tyle możliwości, że właściwie nie da się ich nie zmarnować. Bo każda opcja ich wykorzystania wydaje się ich niegodna, a nawet jeśli - to nie wiadomo, którą wybrać, skoro nawet bezczynne siedzenie w domu przy otwartym oknie urasta do rangi najwyższego szczęścia. Zatem da się je właściwie tylko wspominać, żałując, że minęły. Tak, kocham czerwiec, lato dopiero się zaczyna, a już żal ściska serce, że przecież zaraz będzie się musiało skończyć. Ale można jeszcze ten żal odepchnąć, cieszyć się ogłuszająco pachnącym i eksatycznie kolorowym światem.

Co to ma wspólnego z górami. Nic w sumie, ale chciałam się podzielić. A właściwie może ma - dwa z czerwcowych wieczorów tego roku bez wątpienia nie były zmarnowane. 

W czerwcu udało mi się wyskoczyć w góry dwukrotnie. Pierwszy był dość spontaniczny wyjazd w Pieniny z Zuzą i Mikołajem. Trochę im się wprosiłam, bo pokrywało mi się wolne z ich krótkim urlopem. Ba, nie tyle wprosiłam, co wpłynęłam na zmianę planów, ale ochoczo przystali na moją propozycję. No i trafiliśmy w Pieniny, a dokładniej w Małe Pieniny. Panował nieznośny upał, gdy zaczęliśmy od strony Białej Wody piąć się ku grani, prowadzącej na Wysoką, na niej zaś szalał przeokrutny wiatr - w tym skwarze niepozbawiony zalet.



Dopiero gdzieś na Wysokiej dowiedziałam się od Zuzy, że to najwyższy szczyt Pienin (nie wiem czemu wryło mi się w głowę, że to Okrąglica). Dotąd było dużo po krzakach, które dawały cień, ale potęgowały zaduch. Na Wysokiej ładnie, ale dupa na swoim miejscu. Wreszcie wychodzimy na odsłonięty teren okolic Durbaszki i tam zaczyna podobać mi się bardzo. Wciąż jeszcze jednak krajobraz prześwietlony jest rozprażonym słońcem. Docieramy do Schroniska pod Durbaszką, coś pałaszujemy, odpoczywamy, Mikołaj uderza w drzemkę (Miki nie jest miłośnikiem łażenia po górach, wprawdzie z entuzjazmem odpuścił wyjazd z rowerem pod Babią Górę na rzecz łazęgi w nieco powiększonym składzie, ale na szlaku już nam co nieco marudzi ;) ), a ja z Zuzą idziemy na pobliski Wysoki Wierch łapać zachód słońca.


 

Naczytałam się o tym miejscu, że piękne i naoglądałam zdjęć. Pogoda dopisuje, oczekiwania zatem mam duże. Zderzenie z rzeczywistością jest natomiast... przekraczające oczekiwania. Wysoki Wierch zachwyca mnie do tego stopnia, że stwierdzam, iż chyba nie widziałam piękniejszego miejsca (a umówmy się, że trochę po górach już chodzę i niejeden zachwyt za mną). Mur Tatr z jednej strony, zielone pienińskie pagórki z odznaczającymi się skałami Trzech Koron z drugiej. W stronę Durbaszki mniej spektakularnie, ale też pięknie. Jeszcze te urocze ławeczki na szczycie. No i zachód słońca, który to wszystko tak cudnie zabarwia. Tam można śmiało rozsypać moje prochy. Najlepiej w czerwcowy wieczór o zachodzie słońca.


Jedyne, co psuje nieco odbiór, to odbywająca się właśnie na szczycie sesja ślubna. Ale raz: zero zdziwienia, dziw raczej, że tylko jedna. Dwa: zamiast czterystu zdjęć robię dwieście, łatwiej będzie potem wyczyścić pamięć telefonu. Z racji konieczności powrotu następnego wieczora do domu, nazajutrz już tylko schodzimy przez wąwóz Homole (którego fenomenu totalnie nie ogarniam) i jedziemy posiedzieć nad Przełomem Białki.


Wyjazd w Pieniny trafił się tak w sumie na farcie. Główną czerwcową wycieczką miała być ta tatrzańska. Co nie oznacza, że mieliśmy na nią z Marcinem jakiś konkretny cel i pomysł. Marcin zresztą ma w zwyczaju zdawać się w kwestiach tatrzańskich totalnie na mnie. Jak mieliśmy jechać w Tatry rok wcześniej, a nie pojechaliśmy przez wybitnie niesprzyjającą pogodę, to chciałam go zabrać w okolice Mnicha. Tak sobie tam posiedzieć, popatrzeć na słynną skałę od dupy strony. Czemu by zatem nie wrócić do tego pomysłu?

No więc lądujemy w Zakopanem, potem nad Morskim Okiem, a pod wieczór - u stóp Mnicha. Nim jeszcze pójdziemy "siedzieć i patrzeć", dostrzegamy ze ścieżki solidną kolebę (byłam kiedyś na Mnichu, spałam pod nim, a tej koleby nie znam) i ładujemy do niej graty. Mój plan wprawdzie zakładał siedzenie i patrzenie w miejscu, z którego Mnich wygląda tak fajnie strzeliście (zdaje się, że to miejsce to Mnichowa Kopa), ale że w pośpiechu wynikającym z kurczącego się czasu złotego światła nie mogłam odnaleźć zapamiętanej przed laty miejscówki, to wgramoliliśmy się na skałkę przy samym Mnichu (bodajże Mniszek). Resztę wieczoru spędziliśmy na piciu wiśniówki przed kolebą.


Jakieś dwie mordeczki skończyły właśnie wspin i robią sobie selfie.

 



Miejsce do zdjęć odnalezione rano.


Satysfakcja na ryjku jakbym zdobyła toto z tyłu. A liczy się 7 lat temu? ;)

Kolejny dzień był ambitniejszy, a przynajmniej miał być, bo niezupełnie wyszło. Otóż po zejściu do Moka i podejściu nad Czarny Staw, jak i wielu długich i leniwych odpoczynkach, popołudniową już mocno porą zaczęliśmy podchodzić szlakiem na Rysy. Szlak ten zamierzaliśmy opuścić w okolicach pierwszych łańcuchów i udać się w stronę Niżnych Rysów. Opuszczenie szlaku jednak nie nastąpiło (a mało brakowało, bo minęliśmy właśnie Bulę), co zostało bezpośrednio spowodowane rozlegającymi się gdzieś nad Piątką albo dalej głuchymi odgłosami grzmotów, jak i widokiem zupełnie wyraźnego piorunka na niebie. Prognozy zapowiadały lekkie opady (w chwili rozlegania się grzmotów również), burza wydawała się nie iść w naszą stronę, ale... ale jednak patrzenie na nią napawało niepokojem.

Zdjęcie dzięki uprzejmości napotkanych turystów, którzy później przysłali je mailem. :)

Taka sobie mała burza.

 

Poza tym, planowaliśmy spać w jaskini, a minął nas właśnie znajomy bloger z tym samym zamiarem, wcześniej inne dwie osoby ze śpiworami, istniało więc spore ryzyko, że się w niej nie zmieścimy. A w spaniu na szczycie nawet niewielki deszcz dość mocno by przeszkadzał. Robimy zatem odwrót. Cóż, ja na Niżnych Rysach byłam już dwukrotnie, a Marcin nie wydaje się specjalnie rozczarowany. Gniewomira (znajomy bloger) spotykamy też następnego dnia w Zakopcu i mówi, że tamtych dwóch ze śpiworami nocowało na górze, w jaskini był tylko on z kolegą, a deszcz nie padał. Czyli klasyk, postraszyło i sobie poszło. Nic to jednak, nie pierwszy to wszak wycof w życiu. Nocujemy w Starym Moku, a kolejnego dnia wracamy do domu.


Czerwiec zamyka pierwsze półrocze. Reszta tegorocznych górskich przygód znajdzie się w osobnym wpisie, żeby choć trochę ograniczyć długość niniejszego. Kończę pisać początkiem grudnia i czeka mnie jeszcze jeden "obowiązkowy" wyjazd w tym roku. Powinno się udać domknąć klamerkę. :)


5 komentarzy:

  1. Witaj Gosiu, super ,że znów piszesz. Ja zaczęłam moja przygodę z Tatrami od Twojego bloga. Nie mam jakiś spektakularnych wejść, ale wszystko w swoim czasie. Narazie schodziłam Zachodnie, Pieniny uwielbiam - Wysoka, Durbaszka, Wysoki Wierch po prosu mega, na Turbaczu też byłam, chciałabym zimą iść na Śnieżkę, może styczeń ? Super pomysł z tym co miesięcznym wypadem w góry. Pozdrawiam i czekam na cz.II relacji z wyjazdów.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak już znudzą się Wam nasze Beskidy, Gorce itd, to polecam Słowację, niekoniecznie oklepaną Małą Fatrę, ale ogólnie ich góry. Po naszych niskopiennych pagórach są jak haust świeżego powietrza... 🙂

    OdpowiedzUsuń
  3. podejście pod Sokolicę jest strome stąd bóle po wydają się czymś normalnym, zresztą końcówki pod Pilsko czy Lubań również są niczego sobie

    OdpowiedzUsuń
  4. Wydaje się, że to był naprawdę fajny rok! :) Czekam na drugą część i jako miłośnik Wysokiego Wierchu... no fajnie, że byłaś :D Pozdrawiam gorąco!

    OdpowiedzUsuń