środa, 7 września 2022

Gdy celem jest droga - przejście przez Tatry Niżne

Pierwotny pomysł na ten urlop był inny, ale galopujące podwyżki absolutnie wszystkiego skłaniają raczej do ostrożnego zarządzania niewielkimi wszak oszczędnościami, odłożenia wielkich marzeń na jakieś bliżej nieokreślone "może kiedyś" i zadowolenia się tym, co oferuje niedaleka okolica. Mamy jednak to szczęście, że oferuje wiele. A jeżeli nasze rodzime podwórko nam nie wystarcza, to zawsze można zajrzeć do sąsiadów. Taka Słowacja przecież górami stoi. Tatry słowackie (przynajmniej Wysokie) znam nie gorzej niż nasze, Słowacki Raj kiedyś kiedyś odwiedziłam, w ubiegłym roku dałam się wyciągnąć na Małą Fatrę... A w tym...

Tatry Niżne musiały zacząć nam chodzić po głowach jeszcze jakoś u schyłku ubiegłego roku, bo pamiętam jak Marcin fantazjował o sylwestrze na Kralovej Holi. I tu nie mogę nie wspomnieć, dlaczego nam się w tych głowach pojawiły - kojarzyłam kilka relacji znajomych blogerów z pobytu w owym paśmie górskim, w tym przede wszystkim relację Góromaniaków z przejścia całego grzbietu Niżnych Tatr. Chyba jej wówczas nie czytałam, przejrzałam tylko zdjęcia. Potem u Kasi z Szukając Słońca zobaczyłam piękne jesienne zachody słońca, pyszczki kozic i morze chmur pod stopami - to wszystko też stamtąd. I to było to nasionko, które przez parę lat kiełkowało mi gdzieś tam w głowie, by wreszcie zakwitnąć pomysłem - to może my też przejdźmy tę grań? 

 

Marcina do takich pomysłów namawiać nie trzeba. Kwestie przygotowania zostawiliśmy na sam koniec - właściwie dopiero jakiś tydzień przed wyjazdem zaczęliśmy analizować mapę, przeglądać relacje w internecie (a jest ich sporo, zdaje się, że przejście całego grzbietu, lub jego wybranej połowy jest popularnym pomysłem na wizytę w tych górach), notować, co trzeba dokupić, przeliczać dni na jedzenie, które trzeba zabrać, ja dodatkowo zajęłam się sprawdzaniem, jakie są słowackie wymogi, dotyczące poruszania się samochodem po tamtejszych drogach. Sam termin startu nam się trochę przesuwał. W najbardziej zalążkowych zarysach planów, gdy jeszcze nie wiedzieliśmy, gdzie się wybierzemy, Marcin miał mieć tyle samo urlopu, co ja, czyli dwa tygodnie. Potem już tylko tydzień, plus poprzedzający ten tydzień piątek. Ostatecznie piątek mu zabrano, mieliśmy więc ruszyć w sobotę. Jednak ponieważ nie bardzo miałam pomysł, co zrobić z pierwszym tygodniem swojego wolnego, a urodziła się myśl, żeby pojechać na Pol'and'Rock, to pojechałam, wróciłam w niedzielę, wywaliłam rzeczy z plecaka, nastawiłam pranie, spakowałam naszykowane już wcześniej górskie klamoty i zapas żarełka, spędziłam w domu 10 godzin i wreszcie wyjechaliśmy w poniedziałek rano.

Umówmy się zresztą, że przygotowanie do takiej wyprawy nie jest jakoś szczególnie wymagające, o ile się dotychczas choć czasem robiło jakieś kilkudniowe trekkingi - w sensie większość potrzebnych gratów już się posiada. W kwestii przygotowania kondycyjnego - nie przygotowywaliśmy się konkretnie pod ten wyjazd, ale od początku roku dość regularnie lądujemy gdzieś na południu. Ja nawet bardzo regularnie, bo każdego miesiąca chociaż raz. Chociażby w lipcu zrobiliśmy ze 40 km po Tatrach Zachodnich w niecałe trzy dni. Ja dodatkowo od początku maja jeżdżę sobie do pracy rowerkiem. Daleko tam nie mam, ale nawet te trzy kilometry w każdą stronę (w tym w stronę "do" ewidentnie pod górkę) powtarzane nieomal codziennie robią robotę i utrzymują nóżki w gotowości do pewnego wysiłku. 

Dzień 0: Prolog.

Do brzegu jednak. No więc poniedziałkowym popołudniem lądujemy w miejscowości Donovaly. Jest tam bardzo duży, a przede wszystkim darmowy i zdaje się, że całkiem bezpieczny (w sąsiedztwie hoteli i typowo turystycznych knajpek) parking, na którym popularną praktyką jest pozostawianie samochodu przed ruszeniem na podbój Niżnych Tatr. Związaną z tym kolejną popularną praktyką jest dojechanie komunikacją publiczną od razu po pozostawieniu auta do Telgartu - położonego na drugim krańcu grani - i rozpoczęcie wędrówki stamtąd, po to, by po zejściu już nie musieć kombinować. Cóż, tak właśnie mieliśmy zrobić, tyle że ponieważ nie byliśmy w stanie przewidzieć, o której dokładnie dotrzemy na miejsce, to nie sprawdzaliśmy autobusów na sztywno, po przekroczeniu granicy Marcin nie mógł złapać internetu, a po opuszczeniu samochodu chcieliśmy po prostu chwilę odpocząć po podróży i poszliśmy coś zjeść. I to nas kosztowało przegapienie ostatniego sensownego autobusu. Następny był za trzy godziny, jazda z przesiadkami (to nieuniknione) trwałaby sześć godzin (to akurat do uniknięcia, da się to zrobić w ok. 3 godziny), w Telgarcie bylibyśmy o północy. Bez sensu. Czekać do rana na kolejne połączenie też raczej bez sensu. I tym oto sposobem droga nam się odwróciła i zrobiliśmy ją w mniej modnym wariancie, co zapewne nie znaczy, że w gorszym.

W drogę!

 

Pierwsze kroki na szlaku stawiamy pod wieczór, jest około 17-tej i właśnie zaczyna padać. Nic to, przywdziewamy kurtki, czy tam płaszcze, humory dopisują, hej przygodo. Do przejścia mamy dziś bardzo niewiele, ledwie godzinę drogi od Donoval zlokalizowana jest utulnia, po której właściwie początkowo spodziewamy się, że będzie... hmm... maleńkim, zbitym z jakichś płyt schronem na górskiej polance, bo tak nam ją unaocznił wujek google. Tu drobna uwaga, że przeglądaliśmy wcześniej zdjęcia utulni położonych na trasie i takiej nigdzie nie było, jednak trzeba zauważyć, że niewiele osób idących z drugiej strony korzysta z noclegu w Utulni pod Kecką, prując prosto do Donoval (w dół to jeszcze mniej niż godzina). Słowacki internet zaś na hasło "Salas na Kecke" (to z mapy) pokazał właśnie zagadkowy twór budowlany niewiele większy od nowoczesnej lodówki. Niestety w Polsce wyniki wyszukiwania mam inne i nawet, gdybym chciała, to tego nie pokażę. Jakież było zatem nasze zdziwienie, gdy kawałek od szlaku, po stronie, wskazywanej przez dorodny szlakowskaz ukazała nam się urocza, biała, przyozdobiona kwiatami chatka, z której chyba nawet unosił się dym. Urok chatki nieco popsuli jej aktualni tubylcy. Nikt z osób na zewnątrz nie odpowiedział mi dzień dobry, a napotkana w środku kobieta na moje przywitanie wręcz skrzywiła się i naprędce schowała za drzwiami, za które nie wiedziałam, czy mogę wejść. Skonsternowana (to był nasz pierwszy nocleg w utulni, a nawet nie wiedziałam, czy tutaj urzęduje chatar, czy może obowiązuje samoobsługa) zaczęłam wertować słowacki regulamin, po czym wyszłam i powiedziałam do Marcina, że trochę tu dziwnie, na co odezwał się polski głos, że płaci się 5 euro i że tam, w okienku. Polski głos był Jarkiem, który spędził z nami wieczór przy ognisku, czymś mocniejszym i niestety górskiej poezji śpiewanej, którą Marcin z uporem mi czasem przemyca. Zanim ognisko jednak, zostawiłam chłopaków, którzy ewidentnie złapali wspólny język i skoczyłam na Keckę na zachód słońca. Słuszny był to wyskok, chyba jedyny raz na całej wycieczce nacieszyłam się zachodem słońca, nie musząc w pośpiechu gnać na nocleg, albo ogarniać przednoclegowych spraw, nim się ściemni. Przenocowaliśmy na poddaszu, na ułożonych obok siebie ciasno materacach, wraz z kilkorgiem innych osób. 

 

Kocham ten stan: góry, zachód, ja. :)

To przed nami jutro.

Gdyby to zdjęcie można było usłyszeć, słyszelibyście chór świerszczy.

Dzisiejsza trasa. Na razie czas mapowy przeskakujemy o jakąś połowę. Cóż, to się zmieni.
I profil wysokości.

Dzień I: Nauka czytania słowackich map.

Nie spieszy nam się rano, jeszcze nie zdajemy sobie sprawy, że powinno. Coś tam słyszeliśmy, że faktyczna długość całego szlaku może być nawet o 30 km większa od tej oficjalniej, że GPSy pokazują ludziom na koniec przeszło 120, zamiast 90-paru kilometrów, ale na razie wierzymy podanym na mapie czasom - zwłaszcza, że wczorajszy kawałek poszedł nam obiecująco sprawnie. A jednak tutejsze mapowe czasy bardzo szybko okażą się przewidziane dla... chyba po prostu dla Słowaków, którzy gdzie się nie obejrzą, to mają góry i jak już po nich chodzą, to się w tańcu nie pierdolą. My chodzimy w miarę żwawo, kondycja u obojga może nie imponująca, ale też nienajgorsza, w Tatrach spokojnie wyrabiamy się w mapowym czasie, potrafimy też czasem nadgonić. Tutaj niestety czeka nas prztyczek w nos i lekcja pokory, a w efekcie wypracowanie nawyku dodawania odpowiedniego zapasu do tego, co w kwestii czasu przejścia przewiduje mapa. No ale na razie tego nie wiemy. 

Utulnie to po prostu chatki - mniejsze od schronisk, pozbawione sanitariatów, jeśli jest w nich chatar, to oferujące coś do picia i jedzenia.

 

Zrobienie tego zdjęcia kosztowało mnie spędzenie kilku sekund więcej w mało aromatycznym wychodku.

Ruszamy zatem dopiero około 10-tej. Niespiesznie pokonujemy pierwsze podejścia, przyzwyczajając się do wysiłku, zerkamy na dalszy przebieg grani i wprawdzie rysuje się tam jakieś mocne wklęśnięcie pomiędzy najbliższym pagórem a następnym, ale - zasłonięte przez ten pierwszy - wydaje się, że ot, będzie jakaś konkretniejsza przełęcz.

Jak nie my to kto?!

No cóż, ta przełęcz będzie się znajdowała dużo niżej niż nam się wydaje...

Tymczasem dość nagle szlak kieruje nas mocno w dół. Jakby spoko, w dół zawsze nieco przyjemniej, tyle, że to dopiero początek drogi wzdłuż całego grzbietu, jak jest w dół, znaczy, że zaraz będzie i pod górę. A jak jest ostro w dół, to niczego dobrego to nie wróży. W dole stoi sobie sympatyczna wiata, jak na wiatę wyjątkowa, bo posiadająca zabudowane poddasze. Konstatujemy, że mogliśmy dotrzeć tu wczoraj na nocleg, ale w sumie po co.

Wielki dołek okazuje się być Hadelską Przełęczą.


Tu sobie można przenocować.

Pasztet najwidoczniej pogodzony z losem.

Coś tam podjadamy, po czym ruszamy dalej iiii... to podejście nas zabija, staje się straszakiem na kolejne dni - wszystko, byleby nie coś takiego (raz niestety się powtórzy). Jest ostre, wiedzie lasem, ale ten, zamiast cienia, oferuje nieznośną parność i duszność. No i, jak to w lesie, nie widać, czy jeszcze daleko. Wymiętoleni wydostajemy się wreszcie na odsłoniętą grań, by dokonać smutnego podsumowania dotychczasowej drogi - zajęła nam około godzinę więcej niż powinna. Jest już dosyć zaawansowane popołudnie, czarna kropka, którą postawiliśmy flamastrem na mapie, aby za każdym razem nie szukać na niej wzrokiem utulni, jest od nas absurdalnie daleko, ledwo dostrzegamy szczyty, w okolice których musimy dotrzeć. Wrzucamy zatem wyższy bieg i przez kolejnych pięć godzin raźno maszerujemy, robiąc tylko krótkie przystanki.

Nie mam pojęcia, co to za szczyt.
Czyż nie piękna odmiana od wklejania zdjęć z Tatr,
które zawsze czuję się w obowiązku podpisać nazwą pagóra?


Turysta strudzony.

Turysta frasobliwy.

Na punkcie widokowym Prasiva, gdzie dotarło do nas, że jesteśmy trochę w dupie, pozostawiamy zdaje się wszelką ludzkość. O ile wcześniej jeszcze ktoś nas mijał, ktoś szedł czasem z naprzeciwka, albo ktoś siedział na górce i podziwiał widoki, o tyle teraz przez trzy godziny jesteśmy praktycznie sami. Ok, przypomina mi się, że z drugiej strony idzie jedna para. Po tych trzech godzinach doganiamy Czecha, który nocował w tej samej co my utulni i wymijamy go (jedyna osoba, którą wyminiemy przez całe pięć dni :D ). Oprócz graniowych górek i dołków, szlak wiedzie nas też trochę przez kosówki, czy inne dość gęste krzaczory i na tamtym właśnie odcinku napotykamy kilka znacznych rozmiarów kup pełnych sierści - nie mamy pojęcia, jakie kupy robi niedźwiedź, nie mamy też jednak pojęcia, jakie inne stworzenie mogłoby tu zrobić tak pokaźną kupę, w dodatku zawierającą sierść. Dalej natomiast pełno jest... krowich placków. Samych krów nie spotykamy, choć uprzednio widzieliśmy je z daleka. Jarek poprzedniego wieczora opowiadał o stadzie krów, pasącym się w tych okolicach. Skąd się tu wzięły i czy są tu celowo wypasane, czy też może rzuciły wszystko i wyjechały w Niżne Tatry - nie pytajcie, nie wiem. Odhaczamy kolejne szczyty i punkty na mapie, za nami Mala i Velka Chochula, pamiątkowe kamienie z tabliczkami, potem Velka Hola, Latiborska Hola, coś tam jeszcze. Przed nami Durkova, a gdzieś za nią utulnia.


Pierwsza tablica poświęcona jest pamięci Mariana Havlicka.
Na trasie nie było czasu sprawdzać, internet nie jest zresztą wylewny
w tym temacie. Chłopak był jednak kajakarzem, miał 19 lat i zmarł
w tym miejscu w grudniu, co rodzi przypuszczenia, że zgubił się lub opadł z sił i zamarzł.
Druga stoi ku pamięci partyzantów i jest tam coś o lawinie.

Tu jakoś były domniemane misiowe kupy.


A jakoś tu zaczęło wiać.

Kamienisty pagór to Durkova.

Od jakiegoś czasu mocno wieje, więc gdy Marcin podąża dalej ścieżką trawersującą szczyt Durkovej, zamiast skręcić w jego kierunku, nie krzyczę nawet, bo i tak nie usłyszy. Z początku mi przykro, że ominiemy jakiś kawalątek prawilnego szlaku, odpuścimy parę metrów podejścia, ale zimno mi w sumie i głodno i ciemno zaraz też mi będzie, olewam zatem temat. Na przełęczy za Durkovą widać życie, odznaczające się kolorowymi kurtkami. Dodatkowo miło, że to życie okazuje się polskie (nie żebym miała cokolwiek do Słowaków, ale ciężko coś pogadać). Zachodzi właśnie słońce, gdy kierujemy się ścieżką odbijającą od szlaku na południe i oczywiście trochę w dół.

Nie dość, że w końcu jacyś ludzie, to jeszcze po polsku mówią.





Do śpiulkolotu!

Jest i utulnia.

Utulnia Durkova (inaczej zwana pod Chabencom) dla odmiany życiem aż tętni. Rzucamy plecaki i idziemy zorganizować nocleg. Decydujemy się na rozbicie namiotu, gdyż w środku będzie raczej tłoczno, a pogoda, oprócz silnego wiatru, jest bardzo dobra. Ziejąc jeszcze ze zmęczenia płacimy po 2 euro, chatar pyta, czy chcemy czaju, na co zgodnie i zdecydowanie odpowiadamy, że piwa, co wywołuje jego przyjazny śmiech. Wykorzystując resztki dziennego światła rozstawiamy namiot, już po ciemku gotujemy wodę na kolację, ostatecznie tracimy ochotę na to piwo. W międzyczasie orientuję się, że połowę ciuchów mam wilgotną i że sprawcą tej nieprzyjemności jest maleńka dziurka w camelbaku. Noc jest wietrzna, materiał namiotu nie przestaje łopotać do rana.

Nam zamiast 8 wyszło 10 godzin, fakt, że z przerwami.
Ale też od pewnego momentu szliśmy jak przecinaki.

 
Nie muszę zaznaczać, gdzie jest Hadelska Przełęcz, prawda?


Dzień II: Nie ma, że boli (zwłaszcza, jeśli właściwie nie boli).

Wyciągając wnioski z wczorajszej nauczki dziś zrywamy się wcześniej. Po 6-tej zaczynamy się już ogarniać, jednak przeróżne poranne czynności zajmują nam sporo czasu i na szlaku meldujemy się z powrotem dopiero ok. 9-tej. Dobre i to. W utulni mają tę taką super-ekstra-mega taśmę do sklejania wszystkiego, niestety nie klei się ona do powierzchni mojego camelbaka, zostaję więc go pozbawiona.


Namiot pożyczony, ten sam, co rok temu na Małej Fatrze.
Gdybym nie miała już roweru na raty, to bym brała, bo jest to złoto.
Link do produktu TUTAJ.


Wnętrze Utulni Durkovej.



Na Chabencu napotykamy grupkę bardzo młodych Słowaków, z którą będziemy się wzajemnie wymijać przez cały dzień, a czego będziemy się starali unikać, gdyż... słuchają muzyki z głośnika. Tam też, lub na kolejnym pagórze dostrzegamy z oddali Chopok, co wzbudza w nas nadzieje, że dzisiejszy dzień nie będzie aż tak wyczerpujący jak poprzedni. Chopok rzuca się w oczy zarówno wyraźną bryłą budynku, jak i biegnącą ku niemu linią kolejki. Niby to ewidentnie jeszcze kawał drogi, ale jednocześnie droga ta jawi się jako potencjalnie szybka do pokonania.


Skały na Chabencu i młodzież, ech ta młodzież.


Zwierzęta na szlaku. Misie na szczęście tylko haribo.


Pierwszy wyższy szczyt po lewej to Chopok.


Ostatnie chwile ze zdrową kostką.

Pochylona wczoraj nad zepsutym camelbakiem, zastanawiałam się, co następne jebnie, bo taki drobny, ale jednak upierdliwy pech pierwszego właściwie dnia wędrówki zapewne nie omieszka pociągnąć za sobą jakiegoś kolejnego erroru. Po godzinie 11-tej dostaję odpowiedź w postaci chrupnięcia w mojej prawej kostce. Szliśmy akurat równą ścieżką, bo przecież kostek nie skręca się zwykle tam, gdzie stromo i trudno, tylko tam, gdzie właśnie płasko, nudno i idziesz zrelaksowany, podziwiając widoki. Ot, wystawał jakiś kamień, jakoś krzywo na nim stanęłam. Nagły ból zmusił mnie do zajęcia pozycji horyzontalnej i wydania z siebie jakichś dźwięków, sygnalizujących jednoznacznie, że mamy tu do czynienia z drobnym wypadkiem. Marcin wrócił do mnie kilka metrów, nakazując zdjąć buta i skarpetkę, co posłusznie zrobiłam, najpierw podciągając tyłek na większy głaz za plecami, bo pierwotnie po prostu opadłam na plecak. Na szczęście towarzysz mój wychodzi z założenia, że po 30-tce (my to już nawet bardziej przed 40-tką...) bez Voltarenu ani rusz, natychmiast więc kostka dostała potężną dawkę przeciwbólowej maści. Właściwie to przestała mnie boleć po kilkudziesięciu sekundach, fala uderzeniowa bólu rozeszła mi się po ciele uczuciem: "wody albo zemdleję", a potem chwilowymi mdłościami i było po sprawie, nie licząc wątpliwości, co będzie, gdy wstanę. Okazało się jednak, że jest dobrze, kostka pobolewa, ale iść nie tyle mogę, co robię to zupełnie sprawnie. Zatem idziemy. Jak to grzbietem: górka, dołek, górka, dołek. Im bliżej Chopoka, tym więcej ludzi, wyraźnie rozlewają się z kolejki po okolicach, część zapewne też tutaj wchodzi, bo to bodaj najsłynniejsze (a może konkurujące o ten tytuł z Kralovą Holą) miejsce tych gór.


Turysta zrelaksowany.

Jest i Chopok.

W niedalekiej odległości wyrasta sobie zresztą też Dumbier, będący najwyższym tutejszym szczytem, a od Chopoka to tylko trochę ponad 2 godziny drogi. Zapomnieć tutaj można zupełnie o wczorajszej samotności na szlaku, jak i o skromności infrastruktury rozsianej po całym paśmie. Obok olbrzymiej stacji kolejki, stoi jeszcze schronisko, z zewnątrz całkiem niepozorne, ale w środku aż ciśnie się na usta, że tu jakby luksusowo. Zasiadamy w tych luksusach, nie bez przyjemności, ja podładowuję telefon, popijamy piwko, ale głupio wyciągnąć tu placki tortilli i smarować je pasztetem czy innym paprykarzem, toteż po zakończeniu raczenia się złotym orzeźwiającym napojem wychodzimy w tym celu na zewnątrz. Dla formalności ładujemy się jeszcze na wystającą nad schroniskiem kupę kamieni, będącą faktycznym szczytem Chopoka. 

 



Późnawo już jest, ale przed zmrokiem powinniśmy wyrobić się do kolejnego schroniskowego przybytku na trasie, a mianowicie do Chaty Stefanika. Po drodze mamy jeszcze Dumbier. Tłum zdaje się dezerterować powoli na dół, idziemy więc pustoszejącym szlakiem. Dumbier nie leży na głównym szlaku, trzeba na niego wejść i z powrotem zejść do tego samego punktu. Zostawiamy plecaki i na szczyt idziemy na lekko. Droga nie przedstawia żadnych trudności, na wierzchołku krzyż i obelisk, a dla nas chwila odpoczynku. Dzięki dobrej pogodzie i widoczności mamy pogląd na dalszą trasę, a przede wszystkim po raz pierwszy patrzymy na Kralovą Holę, która będzie jej uwieńczeniem. 

Z Chopoka na Dumbier.

 
Ostatnie metry podejścia.


Widok na Tatry. Pierwszego dnia dopiero przybliżaliśmy się
do tego, aby się z nimi południkowo zrównać. Dziś już możemy podziwiać ich
zachodnią część. Hmm, a raczej obserwować, bo z tej perspektywy to ciemna
pofalowana plama, w której ciężko odróżnić poszczególne szczyty
(których zresztą z tej strony i tak nie rozpoznaję).


 
Tamta strona już za nami.



A to przed nami. To dopiero drugi dzień, ale zrobiliśmy połowę odległości.
W środku kadru widać Kralovą Holę, która będzie ostatnią górą na trasie.

Po zejściu z Dumbiera plecaki znów lądują na naszych grzbietach, a my obieramy kierunek na schronisko. Docieramy doń - to będzie nasza wyjazdowa tradycja - o zachodzie słońca. Wnętrze Chaty Stefanika okazuje się być zagadkowym labiryntem, dotarcie do jadalni połączonej z recepcją wymaga przejścia przez bodaj czworo drzwi. Cena noclegu nas nie szokuje, gdyż sprawdziliśmy ją wcześniej w internecie - szokuje bardziej to, że w przeciągu trzech lat, czyli od relacji Góromaniaków, wzrosła przeszło dwukrotnie, z 16 do 35 euro. Za pewne wytłumaczenie można uznać to, że w cenie jest śniadanie, a zjedzenie czegoś, co nie jest proszkiem zalanym wrzątkiem, a mimo to jest ciepłe (wybraliśmy parówki), to jednak pewien komfort. O prysznicu nie wspominając. Są też minusy. Przed zaprowadzeniem do pokoju każą ci pozostawić buty w suszarni, w której zamiast powietrza oddycha się skarpetą.

Dach Chaty Stefanika.

 


Chata Stefanika pod Dumbierem.

 

Tymczasem historia mojej kostki w dwóch krótkich wyimaginowanych dialogach. Za dnia:

ja: Ej, i co teraz będzie? To koniec? Nie idziemy dalej?

kostka: Nie no, nie świruj, damy radę, trochę pobolę - wiesz, no, muszę, w końcu żeś mnie skręciła - ale będzie git.


Wieczorem:

kostka: Nie gniewaj się, ale dla zasady trochę spuchnę, spoko?
ja: Ych. Bardzo?

kostka: <przybiera rozmiary piłki tenisowej>


W dzisiejszej mapce nie jest uwzględniony Dumbier, który zabrał nam dodatkową godzinę.
No i oczywiście i tak szliśmy wolniej, plus larwiliśmy się długo na Chopoku.

Największe podejście to to poranne z utulni, od razu na Chabenec.


Dzień III: Kryzys (ale dozwolony).


Śniadanie pałaszujemy o 7-mej. Kostka nadal straszy swoim wyglądem, ale po zapakowaniu w buta o niej praktycznie zapominam. Pomagają mi w tym inne części ciała, które, choć nie doznały żadnego urazu, bolą o wiele bardziej. Plecy, kolana, mięśnie ud... Do tego ogólne zmęczenie. No kryzys. To jednak najlepszy dzień na kryzys, jaki może być, do przejścia mamy naprawdę niewiele i choćbyśmy mieli podwoić mapowy czas, to do wieczora się wyrobimy. To jest ten dzień, kiedy symbolicznie przepoławiamy trasę, bo choć kilometrażowo połowę osiągnęliśmy prawdopodobnie już wczoraj, to dziś obniżymy się do przełęczy Certovica, która umownie dzieli Tatry Niżne na części: zachodnią i wschodnią. Dziś zatem opuścimy widokowy, wyższy i nieco bardziej zaludniony zachód a wkroczymy... właściwie, to wkroczymy w krzaki, najeżone niedźwiedziami.

Wnętrze Chaty Stefanika.

 
Nie przestaje mnie bawić brzmienie słowa "suszarnia" po słowacku.


Jest rześko, co widać po outficie.

Żegnamy się z tą - podobno - lepszą częścią Niżnych Tatr.

Póki co, wędrujemy jeszcze pagórkami, na których smaga nas bardzo silny wiatr. Do Certovicy mamy trzy godziny marszu, z czego większość to wędrówka grzbietem, zejście zaczyna się pod koniec. Jeszcze powyżej tej końcówki zejścia spotykamy grupę Polaków, którzy mówią, że nasz następny odcinek, czyli Ramza-Andrejcova, który oni robili wczoraj, choć wyliczony jest na 20 km, na GPSach wyszedł im o 7 km dłuższy, no i oczywiście ciągnął się strasznie i był to sam las. O tym, że to najgorsza część trasy - pod względem psychicznym, bo tłuczesz kilometry lasem i z niedoboru jakichkolwiek wrażeń estetycznych umierasz z nudów, albo, co gorsza, wędrujesz wgłąb siebie, czytałam też zresztą w komentarzach na swoim FB. No nic, to dopiero jutro. Na razie turlamy się ku przełęczy. 


 
Niosą mnie buty Regatta Samaris.
A może to ja je noszę. ;)

Biegnie przez nią (przełęcz) ruchliwa szosa i są tam dwie restauracje. Najpierw zasiadamy w pierwszej na piwko, potem udajemy się gdzieś na bok zagotować sobie wodę na coś ciepłego do zjedzenia (w knajpach jest żarełko, ale nie po to żeśmy tu nieśli prowiant, żeby teraz wydawać pieniądze i dalej dźwigać jedzeniowy bagaż), a potem idziemy do drugiego baru jeszcze trochę posiedzieć (no, na piwko też). Chmury, które jeszcze będąc wysoko obserwowaliśmy nadciągające znad Tatr zasnuwają w międzyczasie tutejsze niebo i w końcu zaczyna nie tyle padać, co lać. Cóż, wydłuża to naszą przerwę i znowu daje szansę podładować telefon. 

 

Dopiero te drewniane figurki uświadamiają mi,
że Certovica ma coś wspólnego z czartem.

 Ulewa trwa jakąś godzinę, po czym odchodzi w zupełne zapomnienie. Gdy wkraczamy na ścieżkę już po drugiej stronie przełęczy, nic nie mąci promieni słońca. Tutaj mamy do przejścia teoretycznie dwie godziny. Najpierw szerokim traktem dobijamy do wiaty otulonej wierzbówką. Tam zagadują do nas Romowie, udający się na zbiór jagód. Najstarszy z nich wypytuje, czy nie boimy się niedźwiedzi (ja zdecydowanie kiwam głową, Marcin zdecydowanie nią kręci), no i skąd idziemy, a gdy mówimy, że z Donovaly i że już trzeci dzień, to aż się przeżegnuje (nie wiem, czy istnieje taka odmiana, ale jakbym napisała, że się żegna, to by nie wybrzmiało).

 

<głośne przełykanie śliny>

Za wiatą wkraczamy w dzicz. Ścieżynka jest wąska, kładą się na niej wysokie trawy, wiszą nad nią gałęzie, spowijają ją krzewy jagód, a na niej samej nierzadko leżą powalone drzewa. Słowacy mają zwyczaj noszenia dzwoneczków przy plecakach, by uprzedzać ich dźwiękiem niedźwiedzie o swojej obecności. Ciche te ich dzwoneczki, ale zapewne nieco podnoszą morale. Myśmy o takim sposobie wczesnego ostrzegania, że oto nadciągamy nie pomyśleli, mam za to gwizdek, więc co paręset metrów pogwizduję nim. Ludzi tu jak na lekarstwo. Perspektywa jutrzejszej całodziennej drogi w takich warunkach niezbyt raduje, ale to jutro, dziś musimy tylko dotrzeć do utulni.


Chwila widoków...

...I znowu w krzaki.

Mama miś: "mięsko zjedz, bucik zostaw".

Ta, do której idziemy, to Ramza, różniąca się od poprzednich tym, że pozbawiona jest obecności chatara. Jest około 18.40, gdy mijamy tabliczkę, informującą, że do chatki pozostało 35 minut drogi. Wszystko się zgadza - całość podejścia od Certovicy miała zająć ok. 2 godziny, idziemy jakieś półtorej, paręnaście minut po 19-tej będziemy zatem na miejscu. Takiego wała! Ścieżka wciąż wąska, dookoła wciąż gęste krzaki, a w krzakach gdzieś pewnie jakieś misie, choć żadnego nie spotykamy, to ciężko wyrzucić je z wyobraźni. Idziemy tak od ostatniego szlakowskazu te 35 minut, chatki brak, ale przecież zaraz będzie, jeszcze z 5, 10 minut marszu i na pewno usłyszymy głosy turystów, którzy ściągnęli tu na noc, zobaczymy zarys budynku, może poczujemy dym z komina. Po 5 i 10 minutach chatki jednak jak nie było, tak nie ma. Nie ma jej też po minutach 15-tu. Wyrażam głośno swoje zaniepokojenie, że coś jest nie tak, a najprędzej to to, żeśmy chatkę minęli. Marcin, deklarujący brak strachu przed niedźwiedziami (choć na widok ułamanego pnia drzewa, wielkości akurat stojącego drapieżnika, staje na chwilę dęba), uspokaja mnie, że nic złego się przecież nie dzieje. Mijają kolejne minuty marszu, a ja wpadam powoli w nieudawaną panikę i jestem bliska płaczu. Jest prawie połowa sierpnia, zmrok zapada zaraz po 20-tej, a ustalenie, czy do utulni mamy dalej iść, czy też się wracać zajmie nam trochę cennego czasu. Rozbijanie namiotu w tym lesie nie wchodzi dla mnie natomiast w grę. Marcin jednak wytęża wzrok i po chwili mówi, że widzi chatkę. Zamiast niewiele ponad pół godziny szliśmy do niej zatem od ostatniego znaku prawie godzinę, a szliśmy naprawdę sprawnie. Odbijamy do niej od razu, nie szukając oficjalnego dojścia.

Wieczorne Polaków po wodę wędrówki.

Przy schronie urzęduje już para Polaków, będąca w podróży poślubnej, Marcin od razu dogaduje się z męską jej połową, odnajdują piłę, tną leżące nieopodal drzewo i rozpalają w znajdującym się w środku chaty piecu. Ja w tym czasie zajadam stres konserwą i zupką chińską. Po zmroku dociera jeszcze Słowak z bardzo małoletnią córką, która oczarowuje mnie swoim zupełnym brakiem marudzenia. W utulni, jeśli dobrze zapamiętałam, są dwie piętrowe drewniane prycze, jedna z boku, zaraz przy wejściu, jedna pod ścianą na końcu. Ludzi tu zdecydowanie mniej, niż w każdym z dotychczasowych odwiedzanych przez nas przybytków, bo tylko nasza szóstka. Karimata nie łagodzi niewygód drewnianej deski, ale przyjemne ciepło rozlewa się po chacie, a zaryglowane drzwi dają poczucie bezpieczeństwa. Idziemy spać.


 
Wyraźna dziura to Certovica, za nią na razie bez większych szaleństw.


Dzień IV: Las - ostateczne starcie.

Nadszedł ten dzień. Dzień przejścia najsłynniejszego odcinka trasy. Jego sława nie ma niestety nic wspólnego z pięknem widoków, przyjemnością marszu, czy w ogóle czymkolwiek pozytywnym, a wynika z tego, że, jak już parokrotnie słyszeliśmy i czytaliśmy: "idzie się cały dzień przez las". Nastawieni zatem na niekończącą się przeprawę przez krzaki i towarzyszącą temu, świdrującą mózg nudę zostaniemy parę razy pozytywnie zaskoczeni widokami. Tych jednak istotnie uzbiera się może z pół godziny przez cały dzień. 

Póki co - za chatką coś tam widać.

Nie chce nam się strasznie, bo komu by się chciało, po takim wątpliwym zareklamowaniu dzisiejszej drogi przez absolutnie każdego, kto miał szansę się wypowiedzieć? Za to wczorajszy bardziej lajtowy dzień chyba dał efekty, mnie przynajmniej nie bolą już plecy, ani mięśnie ud, kolana owszem, ale zdecydowanie łagodniej. Przede wszystkim jednak - musimy iść, chce się, czy nie chce, mus jest. Może zresztą nie będzie tak źle. Na początku jednak jest źle, a przynajmniej bardzo nudno, a jeszcze Marcinowi zaczyna rozpadać się but i przywiązuje jego podeszwę do całej reszty istoty buta sznurkami. Krzaki po jakiejś godzinie trochę się przerzedzają, ale wciąż człapiemy lasem, to z górki, to pod nią, nie widząc absolutnie nic poza drzewami. Po jakichś trzech godzinach na chwilę wynurzamy się na powierzchnię i tam nawet napotykamy bardzo ładny punkt widokowy. Pechem jest, że zrobiliśmy dłuższy popas niecałe 10 minut wcześniej, w związku z czym tutaj zatrzymujemy się tylko na zdjęcia. 



Kralova Hola niezmiennie wyznacza koniec tułaczki.

Czy to działa? Tak, ale tylko dopóki sznurek się nie przetrze.


Pięknie widać stąd Tatry. I chyba tym akurat część wschodnia Tatr Niżnych wygrywa z zachodnią: pierwszego dnia Tatry majaczyły gdzieś w oddali, drugiego mieliśmy je już na widoku, ale głównie ich zachodnią stronę, która stąd wygląda jak zbitka pagórków i robi średnie wrażenie, z Dumbiera chyba jakoś dopiero zaczęło być widać poszarpaną strukturę Tatr Wysokich. No a tutaj - proszę bardzo, przepiękna panorama, od Krywania po Łomnicę. No dobra, ale nie rozpływajmy się zanadto nad widokami, las czeka. Znów mozolnie się nim przemieszczamy, odliczając kolejne wzniesienia do Priehyby. Na rzeczonej przełęczy planujemy bowiem konkretniejszą przerwę, no i stamtąd już niewiele zostanie. 

Priehyba.

Przełęcz jest to nie do przegapienia - oprócz Certovicy z wczoraj i Hadelskiego Sedla z pierwszego dnia stanowi najgłębsze wcięcie w pokonywanej przez nas grani. Mocno pochylone zejście (kostka pod koniec robi małe, acz znaczące "auć!") zapowiada atrakcje czekającego nas podejścia. Na przełęczy stoi sobie wiata, niedaleko jest źródło (a raczej ujęcie wody, niekoniecznie bezpośrednio ze źródła, Marcin tam poszedł, więc nie widziałam) i zdaje się, że można tu biwakować. Nie, że to rozważamy, odnotowuję jako ciekawostkę. Pod wiatką oprócz nas posila się i regeneruje para Słowaków, a chłopak, uzyskawszy informację, że też idziemy do Andrejcovej, odzywa się do nas, że: no, to teraz najgorsze, bardzo długo, bardzo stromo pod górkę. Nie myli się niestety, nie straszy nas bezzasadnie, ani nie wyolbrzymia. Na podejściu zastanawiam się głośno nad zdrowiem psychicznym chłopaka spod wiaty - bo był tu już kiedyś, skoro zna szlak, a przyszedł ponownie. Sama formułuję przysięgę, że nie wrócę tu nigdy i, stękając, przeklinam naszą głupią pasję. Że też człowiek wydaje tyle pieniędzy, żeby się tak upodlić. 


 

Kończy się jednak las, odsłania wierzch jakiejś górki (zwie się ona Velka Vapenica), podejście łagodnieje. Na górce okazuje się być zupełnie ładnie, za nią widać jeszcze tylko jedno wzniesienie, które oddziela nas od Utulni Andrejcovej. Są tu skałki, są widoczki, światło robi się wieczorne i wydobywa z gór ich największą urodę. Nooo... ja tak tylko żartowałam z tym nie wracaniem tu przenigdy i z tym narzekaniem na swoje upodobania do spędzania urlopu.



Gdzieś za tym pagórem jest Utulnia Andrejcova.





Andrejcovą już właściwie widać, ale droga doń dłuży się jeszcze, a szlakowskazy znowu oszukują na najkrótszych odcinkach. Wreszcie jest znak z tabliczką, krótka ścieżka przez jakieś chaszcze i... jesteśmy w bajce. Tu jest najpiękniej. Chatka skąpana w wierzbówkach, obok chatki ognisko, za nią panorama Wysokich Tatr, a nad tym wszystkim różowe chmurki rozmazane po fioletowym niebie.



Ok, żeby tu wrócić jednak można zdecydować się na tamto mordercze podejście i w ogóle na cały dzień w lesie. Utulnię obsługuje kilka osób, jest tu dobre piwo, jakieś hendmejdowe wódeczki i trochę ciepłego jedzonka. Spanko znów mamy na poddaszu na materacach, jest ciasno, duszno i głośno, bo ktoś chrapie, a do tego po głowach skaczą trzy małe kociaki. Tym ostatnim ciężko odmówić uroku, zabawiają nas cały wieczór ganiając się ze sobą, podjadając komuś bułki z plecaka i czając się do naszych liofów. Na namiot nie decydujemy się dlatego, że na noc i poranek zapowiadany jest deszcz, a ostatnie, czego nam potrzeba, to zwijanie mokrego namiotu.

Czasy z tej aplikacji nie mają nic wspólnego z tymi,
jakie robiliśmy my ;)

 
Dziś największe wcięcie to Priehyba.


Dzień V: To już jest koniec.

 

W cenie 5 euro za nocleg dostajemy też śniadanie. Parówek niby tyle samo, co w Chacie Stefanika, ale warzyw nawalone tyle, że spadają z talerza, podczas gdy tam dali jeden plasterek ogórka, jeden papryki i jeden rąbek (nie mylić z ćwiartką) pomidora. Z łakomą zazdrością (lub zazdrosnym łakomstwem) patrzymy na naleśniki z nutellą na talerzu innego turysty, poprawiamy więc śniadanie jedną porcją podzieloną na nas dwoje. 


 
Śniadanie na wypasie.

 

Jeden z trzech rozrabiaków.

Deszcz nie pada, ale świat spowił się gęstą chmurą. Nie ma już panoramy Tatr, dziś tłem dla utulni jest biało-szara zawiesina. Dziś już się nie spieszymy, zostało naprawdę niewiele. Oczywiście to niewiele ostatecznie nam się rozciąga, nie tylko ze względu na nasze zrezygnowane tempo, ale i dlatego, że tak to już z nami jest, że niezbyt dobrze odnajdujemy się w słowackiej czasoprzetrzeni. Przed nami jeszcze kilka górek: Bartkova, Orlova i wreszcie Kralova - ukoronowanie wysiłku. Podejście wyżej wiąże się z naruszeniem struktury chmury i wędrówką w mżawce, która właściwie nawet nie przeszkadza. 

 


 

Dobrze, że ścieżka jest wyraźna, bo zgubienie się byłoby wcale nietrudne.

Bucik ma kuku i dostał plasterek.

Człapiemy miarowo, pogodzeni z losem. Nie będzie pięknych zdjęć z Kralovej. Powodów do narzekań w zasadzie nie ma, pogodę mieliśmy dotychczas jak na zamówienie. Jedyny duży deszcz w ciągu ostatnich dni złapał nas... w barze na Certovicy, nawet dziś nie tyle pada, co upierdliwie mży, ani razu nie grzmiało, ani razu się też na to nie zanosiło. Ostatnie kilometry odarte z jakichkolwiek wizualnych atrakcji może budzą jakiś niedosyt, ale są do zaakceptowania. Tyle, że już się nie chce, wędrówka przez bezkresne wnętrze chmury jest umiarkowanie pasjonująca. O tym, że jesteśmy na ostatnim szczycie orientujemy się widząc jakiś słupek i tablice przy nim. Ciut dalej stoi olbrzymi budynek telewizyjnej stacji przekaźnikowej, a nad nim góruje ponad stumetrowy maszt, który widzieliśmy z odległości 50 kilometrów z Dumbiera. Teraz jednak ich nie dostrzegamy, dopiero po chwili odsłaniają się stopniowo, jak zjawy.

Zaraz za tym słupem i tablicą jest olbrzymia wieża a przy niej
spory budynek, które przy lepszej pogodzie pewnie już od
jakiego czasu wyznaczały by nam szczyt.

 

Chyba nie mamy siły się już uśmiechać ;)

Umieszczona na szczycie panorama z nazwami poszczególnych tatrzańskich wierzchołków zmusza do uruchomienia wyobraźni, dziś tylko na nią możemy liczyć. Wprawdzie gdy siadamy na schodkach budynku coś się na parę minut rozwiewa, ale z tej mało ciekawej strony. Jedne drzwi na szczycie schodów są otwarte, za nimi znajduje się małe pomieszczenie udostępnione turystom. Jest jednak ono obskurne i bardziej przypomina wnętrze jakiejś opuszczonej ruiny niż cokolwiek choćby pokrewnego górskiemu schronieniu. Choć pewnie w taką dajmy na to sylwestrową noc siłą rzeczy nabiera klimatu. 

Trzymając się wciąż czerwonego szlaku schodzimy do Telgartu. Ścieżka wiedzie najpierw nagim zboczem, potem przez niesamowite wręcz połacie wierzbówki, wreszcie ląduje w lesie i doprowadza nas do wsi. Jest zaawansowane popołudnie, a ja wyrażam chęć wzięcia tu jakiegoś noclegu, porządnego wyspania się (i umycia), a dopiero rano wyruszenia po pozostawiony w Donovalach samochód. 


 

Telgart okazuje się być jednak inny od moich wyobrażeń. Przede wszystkim wydaje się uśpiony - jak na sobotnie popołudnie na wsi, panuje tu wręcz przerażająca cisza. Wszelkie sklepy od wielu godzin są pozamykane, a tabliczka "ubytovanie" na co drugim budynku pozostaje w sferze fantazji. Znajdujemy hotel, z zewnątrz wyglądający na opuszczony, jak właściwie cała ta miejscowość. Decydujemy się jednak do niego nie wchodzić, jakoś nam się tutaj nie podoba i chcemy jak najszybciej stąd odjechać. Do Donovaly autobusem dziś nie dojedziemy, choć możemy zacząć podróż w stronę oczekującej nas na tamtejszym parkingu Corsinki. Autobus do Brezna odjeżdża jednak dopiero za ponad godzinę, Marcin zatem rzuca pomysł łapania stopa, idziemy więc na obrzeża miejscowości, ustawiamy się na poboczu i... praktycznie od razu coś łapiemy. Polak jadący wprawdzie do Budapesztu, a więc nie w stronę Donoval, podrzuca nas parę kilometrów, abyśmy mogli stanąć za dużym skrzyżowaniem, gdzie będziemy mieli większe szanse na transport. I owszem, tam w ciągu kilku minut łapiemy podwózkę do Brezna pod sam autobus do Bańskiej Bystrzycy. Szkoda tylko, że Marcin w którymś z samochodów gubi telefon... W Bystrzycy czeka nas prawdopodobnie nocleg na dworcu, ale siła internetu przypomina o swoim istnieniu i zgarnia nas stamtąd Adam, czytelnik mojego bloga, mieszkający w w Rużomberku (raz jeszcze ogromne dzięki!). Późnym wieczorem udaje się zatem dotrzeć do czarnej strzały, a zamiast noclegu na dworcu czeka nas nocleg... w niej właśnie. Nic to, powyginani w paragrafy zaliczamy parę godzin snu. Nazajutrz czeka już tylko powrót, wydłużony o 100 kilometrów, gdyż jedziemy jeszcze poszukać telefonu w trawie w dwóch miejscach, gdzie łapaliśmy stopa. Telefon się nie znajduje, za to my mamy okazję poddać się refleksji: "o kurde, tu się tyle jedzie, a my to przeszliśmy i to tam górą!". 


I cóż... To by było na tyle. Przez kilka dni funkcjonowaliśmy w takiej jakby alternatywnej rzeczywistości, w której przebieg dnia wyznacza mapa, a wyłącznym celem jest dotarcie na kolejny nocleg. Dobry był to czas, piękne to było miejsce i wspaniała droga. Bieżąca woda w sumie szybko się nudzi, kostka już się prawie zagoiła, poszłabym gdzieś znowu, w taką górską rajzę. Chyba się polubimy z tym sposobem chodzenia po górach...

--------------------------------------------------

Na koniec chwila dla sponsora - przed wyjazdem otrzymałam buty oraz kurtkę od marki Regatta. Obydwie te rzeczy były mi faktycznie potrzebne - nie chciałam zabierać dość sztywnych jednak butów, które miałam rok temu w Bieszczadach na tak długą łazęgę, a podejściówki trochę mi się już rozwalają (jak się kończy zabieranie rozwalających się butów na 100-kilometrowy szlak przekonał się natomiast Marcin ;). Z kolei moja ostatnia kurtka przeciwdeszczowa była wybierana parę lat temu, gdy było mnie hmm trochę mniej, w związku z czym była na mnie od dawna nieco ciasna. 

Buty Samaris mid sprawdziły mi się rewelacyjnie. Trochę się bałam zabierać nierozchodzone zupełnie buty w tak długą drogę, na wszelki wypadek zaopatrzyłam się w porządne plastry, ale te okazały się zupełnie zbędne. Wiele części ciała bolało mnie w ciągu tych kilku dni, stopy jednak nie sprawiały żadnych problemów. Wybrałam wyższą cholewkę butów, żeby na długiej trasie nie musieć wysypywać z nich co chwila kamyczków, stwierdziłam też, że w razie deszczu mniej będzie mi się wlewało błoto (deszczu praktycznie nie mieliśmy), zaważyły też względy estetyczne - przy całej mojej miłości do wygody i komfortu noszenia niższych butów, w wyższych jednak wygląda się lepiej. Przed skręceniem kostki mnie nie uratowały, ale też ja nie wierzę, że jakakolwiek cholewka jest w stanie od tego uchronić. Natomiast gdy już kostka była skręcona - fajnie ją trzymały i serio w bucie chodziło mi się z nią łatwiej niż boso.


Kurtka Highton pro miała na szlaku dwa swoje momenty - na samym początku i na samym końcu (raz jeszcze założyłam ją jako ochronę przed wiatrem). Ciężko jednak określić te momenty jakąś specjalną próbą, bo zmierzyła się tylko z mżawką. Nie mogę więc uczciwie powiedzieć, że dała radę na deszczu, gdyż tego po prostu nie wiem. Ostatniego dnia, założona bezpośrednio na koszulkę, oprócz wilgoci chroniła mnie też przed chłodem. Na podejściu była bardzo fajną, oddychającą warstwą. Co na pewno mogę powiedzieć, to że jest ładna, lekka i funkcjonalna. Jedyne, co mi w niej przeszkadza to... światełka w kapturze, których nie da się wyjąć. Na szczęście przynajmniej pojemnik na baterie w kieszonce na piersi nie jest wszyty na stałe.

--------------------------------------------------

Kilka praktycznych informacji:

  • Przed wjazdem na Słowację samochodem warto sprawdzić, co wg tamtejszych przepisów trzeba w nim mieć. Niespodzianką są np. kamizelki odblaskowe w liczbie odpowiadającej podróżującym pasażerom i to trzymane koniecznie w kabinie.
  • Poruszanie się niektórymi drogami ekspresowymi jest płatne a winietę trzeba wykupić wcześniej. Szczerze to nie doszłam, czy na naszej trasie były akurat płatne drogi, winietę dla świętego spokoju wykupiłam przez internet.
  • Przy każdej utulni na szlaku grzbietowym Niżnych Tatr jest ujęcie wody. Po drodze w paru innych miejscach można liczyć na jej nabranie (np. Priehyba), jednak pomniejsze źródełka potrafią wyschnąć, zatem warto robić zapasy na cały dzień. 
  • Woda ze źródła przy Utulni Ramza miała zielonkawy kolor, zabranie i użycie tabletek uzdatniających lub filtra nie jest zapewne przesadą. 
  • W Niżnych Tatrach biwakowanie dozwolone jest tylko pod utulniami (jest wtedy zwykle płatne) i w kilku ściśle określonych miejscach (np. Hadelska Przełęcz, Sedlo Priehyba). Namiot warto mieć na wypadek tłoku w utulni czy też na okoliczność utknięcia na szlaku po zmroku. 
  • Zapas niesionego jedzenia można uszczuplić, decydując się na posiłki w schroniskach (na Chopoku i w Chacie Stefanika), niektórych utulniach (w Andrejcowej oprócz śniadań dają jakąś zupę i chyba też jakieś proste danie, w innych niestety nie pytałam, ale możliwe, że zupa czy coś innego z garnka byłoby dostępne) i restauracjach na Przełęczy Certovica.
  • Warto zaopatrzyć się w dzwoneczki przy plecaku aby być bardziej słyszalnym dla niedźwiedzi - nie wiem, czy faktycznie coś dają, ale zazdrościłam Słowakom, którzy je mieli. Niektórzy Słowacy nosili też gaz na niedźwiedzie (ale totalnie nie mam pojęcia, czy taki gaz nie wkurwi tylko miśka jeszcze bardziej). 
  • Konieczne jest zadbanie o ubezpieczenie - ja w tym roku mam opłacone AlpenVerein, nie wykupowałam więc nic dodatkowego. Oprócz ubezpieczenia dobrze też udać się do lokalnego oddziału NFZ po kartę EKUZ (jest darmowa i dostaje się ją od ręki).


Teraz to już chyba naprawdę koniec. Otrzymywanie komentarzy jest zwykle miłą częścią blogowania, zatem śmiało. :)


8 komentarzy:

  1. Super..szacun młoda damo

    OdpowiedzUsuń
  2. fajnie, że znowu można poczytać i zobaczyć Twoje/Wasze zdjęcia, brakowało mi tego. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Spoko wyprawa, fajne zdjęcia i znowu wbity klin, chyba kolejny wyjazd został już wybrany :), pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nareszcie się doczekałem czegoś nowego. Super.

    OdpowiedzUsuń
  5. Miło cię znowu poczytać Gosiu

    OdpowiedzUsuń
  6. Na awarie butów opisane wyżej polecam tzw. trytytki. Nylon nie przeciera się tak jak sznurek czy plaster, a plecaka też nadmiernie nie obciąża.

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękna wyprawa i jestem pewien, że pozostanie na długo w pamięci. A pozostają same piękne wspomnienia, jak na przykład widok z Andriejcovej. Odnosząc się do obranego kierunku trasy, to na otarcie łez i trudów dnia pierwszego napiszę, że idąc od Telgartu jest 1050 m jednostajnego podejścia z najcięższym plecakiem :) Daje mocno w czapkę :) A zejście z Wielkiej Chochuli na Hiadelskie Sedlo pięknie czesze kolanka :) Więc każdy kierunek ma swoje wady i zalety. Telgart mnie też zszokował - niby wymarłe miasto, a pełno Romów :]
    To teraz ferraty w Dolomitach :)
    Górskie Pozdro!
    Jarek. ...ten od wędrówki wgłąb siebie :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Tradycyjnie, fajna dawka dobrego pisania :) Świetnie mi się czytało, prawie tydzień, w nocy do poduszki, po fragmenciku. I teraz jak skończyłem to mam ochotę zacząć od nowa, z mapą w ręku :)

    OdpowiedzUsuń