środa, 8 grudnia 2021

W Janosikowej krainie - kilka dni na Małej Fatrze

Nie trafiłabym na Małą Fatrę, przynajmniej jeszcze nie teraz, gdyby nie znajomość z Marcinem. Pisaliśmy początkowo przez neta, a że miał jakieś zdjęcia z gór, to - chcąc podtrzymać rozmowę - zapytałam grzecznie, co to za góry. No i to była Mała Fatra właśnie. Od pierwszego spotkania słuchałam o tej Małej Fatrze i o tym, jak zabrakło mu dwudziestu minut, żeby wejść na Wielki Krywań, kiedy przyszła burza (do tego jeszcze w tej relacji wrócimy ;). W lipcu mieliśmy się wybrać w Tatry, w których Marcin - który historię chodzenia po górach ma bogatą, ale zupełnie różną od mojej - był raz, z dziesięć lat temu. Nie pykło przez pogodę. W sierpniu zgodziłam się na Fatrę, bo jego ciągnęło, a ja stwierdziłam, że czemu nie.

Mieliśmy jechać we dwójkę, moim autem, w ostatniej chwili okazało się, że w tym samym terminie wybierają się jego znajomi, dołączyliśmy zatem do nich. Pomimo wyjazdu w środku nocy, z racji licznych przystanków po drodze, do Terchovej docieramy jakoś koło południa. Siadamy w ogródku przy barze i chaotycznie planujemy resztę dnia. W międzyczasie zaczyna padać, stwierdzamy zatem, że dobrze, żeśmy sobie w tym barze siedli. Potem padać przestaje, jest już dość późno i ciężko nam coś sensownego wymyślić, przez co siedzimy tylko jeszcze dłużej i robi się jeszcze później. W tym miejscu uprzedzam, że to nie będzie relacja z jakichś ambitnych i świetnie zorganizowanych wycieczek, bardziej takie pierdu pierdu, żeby nie wrzucać samych zdjęć. ;) Dezorganizacja i rozleniwienie osiąga punkt kulminacyjny, ale że nie mamy kwatery i mieć jej nie zamierzamy, to podnosimy w końcu tyłki i idziemy na Zbójnicki Chodnik. 


 

Do szlaku docieramy idąc pieszo z Terchovej (samochód będzie stał przez najbliższe dni pod marketem Coop, jest tam spory bezpłatny parking), wbijamy się weń od strony Wąwozów (Tiesnavy) - chociaż, że są tam jakieś wąwozy dowiaduję się teraz, pisząc tę relację. Zbójnicki Chodnik stanowi krótki szlak, wiodący przez wzgórze usiane skałkami. Z jednej strony się podchodzi, z drugiej schodzi, łącznie około 2 godziny marszu. Nazwa nawiązuje oczywiście do Janosika, który urodził się w Terchovej parę wieków temu i którego duch zdaje się nad okolicami cały czas unosić. Ścieżka pomiędzy skałkami została ponoć pierwotnie wydeptana przez zbójników, którzy urządzali tu sobie zasadzki, mając dobry widok na biegnącą poniżej drogę.


Trasa sama w sobie jest fajna, tyle że chłopaki narzucają mordercze dla leniwych buł, czyli dla mnie tempo, nie mogę nadążyć i zamiast cieszyć się drogą, irytuję się głównie. Pierwsze, na co zwracam uwagę, to że jest tutaj stromo. Nie to, że trudno i trzeba się wspinać, tylko, że idzie się mocno pod górę, co oczywiście bardzo męczy. Myślę sobie - dobra, taki szlak akurat. Konstatacja, że na Małej Fatrze podejścia ogólnie są strome nadejdzie któregoś z kolejnych dni. Tutaj tymczasem skałki, jakieś drabinki, trochę widoczków, no spoko, sympatycznie całkiem. Jakby tak jeszcze można było ciut wolniej, to w ogóle fajny szlak na rozruch. ;)

Te zdjęcia dobrze obrazują mój początkowy entuzjazm na tej wycieczce :D



Schodzimy z drugiej strony, lądując w dolince o nazwie Obsivanka. Wychodzimy z lasu na rozległe polany, w dole widać Terchovą, niebo powoli zmienia kolor, zeszło mi ciśnienie po nerwowym podejściu, zaczyna mi się tu bardzo podobać. Nieopodal przebiega terenowa droga krzyżowa z ołtarzem na wzniesieniu, skąd jest świetny widok na miasto i tam udajemy się na biwaczek (nie na sam ołtarz, ciut niżej, obok wiaty ;). W ognisku trzeszczą gałązki, w menażce grzeje się i pachnie kaszotto, w kieliszku wietrzeje - bo mi akurat nie smakuje (wódka na igłach ha tfu!) - borovicka, słońce odstawia jeden z tych swoich pięknych zachodów. Jest lato, są ludzie, jest noc na łonie natury. Jest mi dobrze.

Ołtarz drogi krzyżowej i Terchova w dole.


Nazajutrz pojawia się pewien problem. Otóż, nie wdając się w opisy objawów, chyba mam zapalenie pęcherza. Schodzimy z powrotem do Terchovej, gdzie rozdzielamy się na chwilę, bo ja z Marcinem udaję się w poszukiwanie apteki. Przy pomocy translatora google udaje mi się wytłumaczyć swoje dolegliwości, zakupić jakieś ziółka w tabletkach i herbatce oraz dowiedzieć, że wszelkie bardziej farmakologiczne specyfiki są tutaj na receptę. Aby się odnaleźć, umówiliśmy się ze znajomymi przy barze, gdzie znowu chwilę nam zeszło i ogarnęło nas rozleniwienie. Ostatecznie jednak rozwijające się w szybkim tempie popołudnie zmusiło nas do podniesienia tyłków i ruszenia w drogę. 




Pieszo docieramy do startu szlaku przez Janosikowe Diery - Biely Potok to osiedle Terchovej, dojście tu od centrum zajmuje jakieś pół godziny. Trasa jest to popularna, czemu trudno się dziwić - położona blisko miasta, malownicza, umiarkowanie trudna (właściwie to w większości łatwa, tyle że ogromniaste i strome drabinki mogą zniechęcić czy powstrzymać osoby z lękami wysokości albo przestrzeni, obiektywną trudność mogą stanowić fragmenty wilgotnych skałek) - stąd od pierwszych metrów towarzyszy nam tłum, przerzedzający się jednak, im wyżej docieramy (w końcu jest już dość późno).


Diery to po słowacku dziury. Można domyślić się, że chodzi o dziury w ziemi, w postaci urokliwych wąwozów wyżłobionych przez strumień. Czemu Janosikowe? Jak już wspomniałam parę akapitów wyżej, okolice Terchovej to kraina Janosika. Chociaż w naszej świadomości funkcjonować on może - za sprawą serialu - jako Polak, prawda jest taka, że tam właśnie się urodził, żył i grasował. Pamięć o nim jest żywo pielęgnowana, w Terchovej stoi zarówno jego pomnik jak i replika szubienicy, sklepy oferują szeroki wybór suwenirów nawiązujących do tej postaci, zatem i pobliski szlak nosi sobie jego imię. 


Janosikowe Diery nie są jednolitym szlakiem, ale dzielą się na części. W dolnej partii wyróżnia się Dolne Diery i Nowe Diery. Biegną one równolegle do siebie. Po rozpoczęciu wycieczki Dolnymi Dierami można się dalej udać w górę Nowymi, które są trudniejsze - chociaż to na razie raczej tylko kładki i mostki. Można też iść wciąż Dolnymi i tam jest ponoć łatwiej (czy równie urokliwie - tego nie wiem, bo my wybraliśmy Nowe). Obydwa szlaki spotykają się przy Kolibie Podziar (działa tam bufet), zatem można jednym wejść, drugim wrócić.

Widok spod Koliby Podziar.

W sumie to do tej pory to były takie popierdółki. Po minięciu Koliby zaczynają się już Diery Górne, gdzie drabinki osiągają naprawdę imponujące wysokości. Ich pokonanie technicznie trudne nie jest - w końcu to po prostu drabiny - ale uważać trzeba. Idąca z nami koleżanka na samej górze jednej z drabinek "złapała się" wyimaginowanej poręczy, która w rzeczywistości skończyła się pół metra wcześniej. Chwilowa utrata równowagi na szczęście skończyła się tylko szybszym biciem serca i nagłym uczuciem gorąca. Oprócz drabin, trudność stanowi też gdzieniegdzie pokonywanie skałek. Bywa, że wymaga ono drobnej gimnastyki, zwłaszcza, że te są zazwyczaj wilgotne, a przez to śliskie.







W zasadzie Janosikowe Diery to krótki szlak. Pokonanie ich dolnych partii i dotarcie do polany z Kolibą zajmuje niecałą godzinę. Tam zwykle kończą wycieczkę rodziny z małymi dziećmi, czy osoby starsze albo po prostu te, które nie czują się komfortowo na wysokich drabinach. Dalsza droga wzdłuż wodospadów to kolejne 30-40 minut (osobiście uważam, że podane na mapach czy znakach czasy przejść są zaniżone), a stamtąd - jeśli chce się uniknąć schodzenia stromymi drabinkami - można zejść z powrotem do Koliby zielonym szlakiem. Nam jednak pierwsza część dnia znacznie się rozciągnęła, kończymy więc wycieczkę Dierami całkiem późno. Z planów zdobycia jeszcze dziś Małego Rozsutca na pewno nici, nie dotrzemy też na przełęcz Medzirozsutce. Skupiamy się zatem na tym, by wyjść z lasu i dotrzeć do płaskiego terenu. I tak po kolejnych kilkudziesięciu minutach dobijamy do Polany pod Tanecnicou i tam mościmy sobie nocleg.

Upragnione wypłaszczenie...

Wieczorne ogarnianko i Mały Rozsutec w tle.


Poranek mamy niespieszny, passę pogodową dobrą. Wejście na Mały Rozsutec odpuszczamy - nie pamiętam już, chyba nie chce nam się po prostu na niego odbijać i potem wracać, skoro docelowo idziemy na Wielki. Mnie się nie chce tym bardziej, że mój pęcherz wciąż strajkuje. Po opuszczeniu polany idziemy na Przełęcz Medzirozsutce i potem już prosto na Wielki Rozsutec.

Widok z góry na Polanę pod Tanecnicou.

 
I takie tam widoczki z drogi.

Nieco ponad godzinny (od przełęczy) szlak początkowo wiedzie lasem, a później coraz bardziej odsłoniętym terenem. Marcin stwierdził wcześniej, że na Rozsutcu mi się spodoba, bo jest tam trochę jak w Tatrach. Nooo... jakoś żadnego fragmentu Tatr mi to nie przypomina, ale weźmy poprawkę na Marcina Tatr znajomość, którą można określić jako bardzo przelotną, wręcz jednorazową ;). Jednakowoż nie twierdzę, że mi się na tej małofatrzańskiej górce nie podoba - szczytowe skały tworzą bardzo ciekawe formacje, a samo podejście jest dzięki nim urozmaicone (gdzieniegdzie są łańcuchy i całkiem strome kawałki).

Podoba mi się, jak z góry wygląda Przełęcz Medziholie.

Chociaż w sumie... z kształtu to jeden tatrzański szczyt mi to przypomina... (tak, zaparował mi obiektyw).


Rozsutce to tutejsze sławy, stąd ludzi na szlaku co nie miara. Zawsze mnie bawi to mityczne uciekanie od tłumów na Słowację - czy to w słowackie Tatry, czy inne pasma. Jasne, tutejszego ruchu nie da się porównać z tym, co się dzieje nad takim Morskim Okiem. Ale cisza i spokój to tu były może dwadzieścia lat temu. Po tych paru dniach stwierdzam, że Mała Fatra jest już w pełni odkrytym turystycznie zakątkiem, a jej "gwoździe programu", które sama mam okazję zwiedzać, w czasie letnich pogodnych dni tętnią turystycznym gwarem. Czy to źle? Na ten moment po prostu zupełnie normalnie. Opowiadaliśmy wszystkim dookoła, jakie chodzenie po górach jest fajne, no to część tych wszystkich w to wreszcie uwierzyła. Czasem tylko jest mi smutno, że nie da się morsować latem - na szlakach byłoby luźniej. ;)



Na szczycie jest trochę miejsca, żeby posiedzieć (a nawet się ciut zdrzemnąć - dowód poniżej) choć o tej porze kręci się tam mnóstwo ludzi, więc co chwila ktoś cię trąca. Z odejściem na boczek jest trochę trudniej (pęcherz nadal nie współpracuje), bo wszystkie te skałkowe zakamarki są widoczne, jeśli nie ze szczytu, to ze szlaku. Widoki? Szczerze, to szału nie ma, moim skromnym zdaniem Velky Rozsutec bardzo fajnie wygląda z dołu, ale na samym szczycie jakoś szczególnie na czym oka zawiesić nie ma. Choć to też kwestia pory dnia - jest jego środek, jest słonecznie, cały krajobraz jest więc po prostu przepalony jaskrawym światłem. O zachodzie bym się pewnie zakochała w tym miejscu.

Schodzimy do Przełęczy Medziholie. Zejście jest... strome. Tu, jak się okazało, stromo jest wszędzie. Górki może to i niepozorne i jak już wbijesz się na grań, to sobie idziesz. Ale wszelkie podejścia są mordercze, a zejścia wykańczające, przy czym mam wrażenie, że im niżej - tym stromiej. Tu na początku jest trochę zabawy z łańcuchami, ale potem już tylko miarowe tuptanie w dół, mocno obciążające kolana.

Wielki Rozsutec widziany z Przełęczy Medziholie.

Towarzysze idą na Stoha.

Na Przełęczy Medziholie rozdzielamy się z towarzyszami. Oni idą dalej w góry, my tymczasem schodzimy do Stefanovej, coby zahaczyć o sklep. 

Zejście jest...niespodzianka! - strome. Dla zmęczonych ktoś wyrzeźbił krzesełko.

Gdzieś trzeba udać się na spoczynek. Marcin już wcześniej obmyślił, że po odwiedzeniu miasta dotrzemy do pobliskiego schroniska. Ze Stefanovej do Chaty na Gruni wiedzie szlak, który pokonuje się teoretycznie w godzinę. Teoretycznie, bo nam (a raczej mnie, bo spowalniam mego ziomeczka) zajmie to ciut dłużej. Łatwy szlak wiodący szeroką drogą pokonuje 300 metrów przewyższenia, co wylewa ze mnie siódme poty i utwierdza w przekonaniu, że nie doceniałam tych górek. Na początkowym jego fragmencie moje wysiłki wynagradzają widoki - Rozsutec prezentuje się stąd obłędnie, zwłaszcza w wieczorowym świetle. Klimatu dopełnia... muzyka. W którejś z knajp w Stefanovej gra góralska kapela, a dźwięk niesie się po okolicy.


Idziemy do Chaty z zamiarem rozbicia przy niej namiotu, nie nastawiam się zatem zanadto na możliwość skorzystania z jej luksusów, takich jak bieżąca ciepła woda. Marcin coś jednak wspomina po drodze o prysznicu, więc i ja lekko popuszczam wodze wyobraźni. Jesteśmy trzeci dzień w górach, jest ciepło, a jak dotąd nie było się gdzie umyć, życie - a raczej wzajemne dobre stosunki w grupie - ratują tylko nawilżane chusteczki. 



Takie to jest podejście...

Na tym zdjęciu widać, że jest stromo. I że Marcin ma dużo lepszą kondycję.

Cena za postawienie namiotu przy Chacie jest dość symboliczna - zdaje się, że euro od osoby (bez względu na to, ile namiotów). Można się więc domyślać, że w tej symbolicznej cenie prysznic uwzględniony nie jest. No i niestety - sympatyczna pani łamaną polszczyzną objaśnia nam, gdzie możemy się rozbić i gdzie jest ujęcie wody, jeśli jej potrzebujemy - a jest kilkaset metrów od Chaty. Jako biwakujący mamy też dostęp wyłącznie do "eko wc", które okazuje się być po prostu sławojką. 

Nic to. Nazajutrz i tak czeka nas podejście, które zniweczyłoby dobroczynne działanie prysznica. A tak to przynajmniej nie ma co niweczyć. Ponad schroniskiem wznosi się trawiaste zbocze, wieczorem już prawie nikt tamtędy nie przechodzi, stąd z początku nawet nie podejrzewam, że może tam wieść szlak. A mój brak takowych podejrzeń wynika z tego, że zbocze to jest bardzo strome. Wiem, że to słowo pada w niniejszej relacji już któryś raz, ale serio, to jest moje główne skojarzenie z Małą Fatrą. Zmęczyły mnie Diery, zirytowało zejście z przełęczy Medziholie do Stefanovej, zdziwiło to, że podejście do schroniska szeroką drogą może być tak wyczerpujące, ale to tutaj to serio zapowiadało się na orkę. I tym się okazało. 


No więc szlak z Chaty na Gruni, tak imponująco pnący się ku górze wyprowadza na Południowy Gruń. Tam już wbijemy się w grań i zrobi się całkiem przyjemnie, ale najpierw trzeba tam się doczołgać. Wychodzi ze mnie strasznie miękka buła, że tak narzekam na jakiś trawiasty pagór, ale, umówmy się - ja jestem dziecko Tatr. Pierwsze podejścia to dla mnie zwykle dłuuuugie, powoli wznoszące się doliny, potem kamienne schodki, a gdy już robi się nieco pionowo, to zwykle jest się czego przytrzymać. Tutaj mamy około półtoragodzinne podejście, podczas którego stopy mam ustawione bezustannie w nienaturalnej pozycji - jakbym podchodziła w górę spadzistego dachu. Bo tu żadnych schodków nie ma, nikt też nie wpadł na poprowadzenie ścieżki trawersami, podchodzi się na wprost. Można stawiać stopy bokiem i chwilami to robię, ale to też wcale specjalnie wygodne nie jest.

Ale, jak już wspomniałam, nie ma tego złego. Po osiągnięciu Południowego Grunia czeka nas już tylko (a przynajmniej do momentu konieczności zejścia na dół...) przyjemna wędrówka granią, która też oczywiście wymaga pewnych podejść, jednak nie aż tak wyczerpujących jak to pierwsze. 



Może wróćmy teraz do historii o zdobywaniu przed rokiem Wielkiego Krywania przez Marcina. Otóż brakowało mu wówczas jakichś dwudziestu minut do szczytu, gdy nadciągnęła burza... Tak przynajmniej powiedzieli mu koledzy. Bo gdy razem wyłazimy na Południowy Gruń i dalej na grań, Wielki Krywań odsłania nam się gdzieś w oddali... w takiej mniej więcej dwugodzinnej oddali. ;) Tymczasem chłopaki rok wcześniej zaliczyli odwrót jeszcze przed Gruniem. Schodzenia w ulewie stromym trawiasto-błotnistym stokiem nie zazdroszczę. Może nie byłoby ono przynajmniej tak przykre, gdyby mieli świadomość, że do zaplanowanego szczytu nie brakowało wcale tych nieszczęsnych dwudziestu minut, tylko sporo więcej. ;)


Historię o nieomal zdobytym Wielkim Krywaniu, którą byłam wyrywana na spacerach po radomskich parkach zostawiam sobie głęboko w serduszku, by czasem się nią delikatnie przekomarzać. ;) Tymczasem kierujemy się w stronę Chleba.

A tam z tyłu to Rozsutec.

Podejście na Chleb.

No i cóż tu rzec - wędrówka wyżej położonymi partiami Małej Fatry należy do tego miłego rodzaju wędrówek, kiedy to sobie niespiesznie idziesz, co chwila robisz jakieś zdjęcie, albo po prostu chłoniesz widoki. Nic spektakularnego może, ale bardzo to miłe i przyjemne. Co zwraca uwagę, to świerszcze, których jest tu zatrzęsienie. Nie tylko słychać je bezustannie, ale też widać wyskakujące co chwila z trawy i niestety (co nieuniknione przy takiej ich ilości) rozdeptane na ścieżce. 


Prawdę mówiąc, tutejsze rejony - mam na myśli pokonany kawałek grani i sam Chleb - bardziej mi przypominają Tatry (oczywiście Zachodnie, nie Wysokie) niż Rozsutec. ;) Z Chleba schodzimy sobie do budynku, będącego górną stacją kolejki linowej. Oczywiście w planach jest jeszcze Wielki Krywań - Marcin tym razem nie odpuści, a i ja całkiem chętnie się tam wdrapię. Tyle że tam chcemy sobie pooglądać zachód i zostać na noc, a na to jest jeszcze za wcześnie. No... możnaby posiedzieć na górze, ale perspektywa napicia się piwka na tarasie stacji wygrywa z opcją parogodzinnego koczowania na szczycie. 
Mmmm... czuć zapach piwa :D

Wreszcie zbliża się wieczór i ruszamy tyłki na szczyt Wielkiego Krywania, który stąd mamy już bardzo blisko. Ktoś już na nim siedzi, za chwilę ktoś jeszcze przychodzi, ostatecznie ten sam, co my scenariusz biwakowania na szczycie realizuje jakieś siedem osób. W miarę szybkie dotarcie na górę pozwala nam wybrać dogodne miejsce pod namiot, co wcale nie jest prostym zadaniem. Choć Wielki Krywań to łagodny pagór, partie szczytowe ma dość nierówne i ciężko o płaski kawałek dla dwóch osób. Na samym wierzchołku wprawdzie jest dość wymiarowe klepisko, ale pełne drobnych kamyczków, na których obawiam się rozłożyć namiot (zwłaszcza wypożyczony). Poza tym czai się tam już jakiś Słowak.



Namiot mamy wypożyczony z mej roboty, dzięki usłudze Decathlon Rent (w sensie, że każdy sobie może wypożyczyć, nie tylko pracownicy). I jest to złoto. Usługa jak usługa, ale namiot jest rewelacyjny, lekki, intuicyjny przy rozkładaniu, przestronny dzięki absydom. Jest to model Trek900, a tu LINK. Serio polecam.


Pewnie już to gdzieś pisałam, ale kocham zachody słońca w górach. Z tą drobną uwagą, że bardziej letnie niż zimowe, bo oglądanie zimą zachodu w górach zwykle wiązało się z uwięzieniem potem na kilkanaście godzin w śpiworze (tyle trwa w zimie noc) i przetrzymywaniem siusiu do rana, co poniekąd wpływa lekko negatywnie na ogólne wrażenia. Letnim wieczorem ciepłe światło wydobywa z górskich widoków i krajobrazów to co najlepsze, wszystko wokół cichnie, a samo patrzenie na żarzącą się kulkę znikającą za horyzontem ze świadomością, że ledwie za kilka godzin wychyli się ona z drugiej strony ma w sobie coś magicznego. 





Z powyższym selfiakiem wiąże się taka zabawna historia, że Słowak, który siedział na szczycie jeszcze zanim my tam dotarliśmy odmówił zrobienia nam zdjęcia, powołując się na pandemię ("nie focimy, pandemia, dezinfekcja"). Początkowo myślałam, że żartuje i nawet się dobrotliwie zaśmiałam, ale ten przeszedł koło nas obojętnie i poszedł sobie usiąść. Zdjęcie zrobiła dobrowolnie jakaś dziewczyna, ale selfie ładniejsze jednak. ;)

Mam jeszcze parę fotek ze wschodu, na który się zerwaliśmy (potem jeszcze pospaliśmy chwilkę).




Zostaje nam zejście do Vratnej. Od stacji kolejki wydaje się ono niezbyt długie, okazuje się jednak drogą przez mękę. Tam ktoś już wpadł na trawersy, ale nawet one są... no jakie mogą być, no strome są pieruńsko. Dodatkowo praży słońce, a niżej w lesie panuje duszność, schodzimy więc zmęczeni, jakbyśmy wcale nie szli w dół. Z Vratnej jeszcze parę kilometrów pieszo do Terchovej (jeżdżą tam autobusy, ale rzadko), po drodze odnalezienie znajomych i potem powrót do domu.


Podsumowując: fajny to był wyjazd. Sierpień okazał się dobrym urlopowo strzałem, pęcherz pod koniec przestał dokuczać, niepozorne górki zupełnie wystarczyły, by mnie zmęczyć, ale i lekko zauroczyć. Niniejszym relację uznaję za pomyślnie ukończoną - będzie ku pamięci, głównie mojej własnej, a zdjęcia nie przepadną gdzieś wśród dziesiątek folderów. :)

5 komentarzy:

  1. Super znów czytać coś na Twoim blogu. Love yaa💚

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, podejście na Gruń z tego schroniska we mgle zabiło mnie kiedyś kilkadziesiąt razy... Ale z tego miejsca mam też boskie wspomnienie Słowaka, który wieczorem szalał ze śliwowicą i podrywał przyjaciółkę, a rano nagusieńki wskoczył do balii przed budynkiem :) Stromo to zdecydowanie najlepszy opis tej Fatry. Ale trzeba przyznać, że swój urok ma. Twoj opis jak zwykle cudowny, fotki piękne :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super sie czytalo - jak zwykle :-) Tez w tym roku trafilam na Rozsypance - takie pierwsze zapoznanie z Fatra, wiec czytajac przypomnialam sobie swoje wrazenia ze szlaku. I rowniez natrafilam na odmowe zrobienia zdjecia - chyba sporo Slowakow faktycznie bierze sobie do serca dystans spoleczny. Czekam z niecierpliwoscia jak zawsze na kolejne relacje i fajne zdjecia. Po Sylwestrze na Babiej mialas spora przerwe, wiec teraz tymardziej mnie ciesza kolejne wpisy. Pozdro :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. W zeszłym roku w Pirenejach też gość mi nie chciał zdjęcia zrobić, bo powiedział, że on niczego nie dotyka. Ale z kolei inny -częstował mnie frytkami z własnej miski. Czyli od ekstremum do ekstremum :-D
    A Fatra spodobała mi się od pierwszego wejrzenia, może dlatego ze pod Chleb wjechałam kolejką :-D Moim zdaniem szkoda kolan/czasu żeby akurat w tym miejscu podchodzić/schodzić. Do Chaty na Gruni schodziłam w upale i nie było to miłe doświadczenie, na szczęście w schronisku czekało piwo i kotlet :-D
    Nie przeżałuję, że w czasach bezrobocia podczas wypadu na Słowację nie chciało mi się o Wielką Fatrę zahaczyć, no ale jak człowiek ma masę czasu i wolność to tego nie docenia ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mała Fatra już od dawna jest popularna,ale troszkę jednak przypomina nasze Taterki oczywiście zachodnie :) A co do odmowy zdjęcia , w sumie to nie powinno dziwić w czasach pandemii...Myślę, że on się podobnie zdziwił jak Wy że go o to poprosiliście...:)

    OdpowiedzUsuń