wtorek, 6 lutego 2024

Dla przyzwoitości - coś w Tatrach (Lodowa Przełęcz + Czerwona Ławka)

Dobra, rower rowerem, plany na włoski urlop planami, ale nie może być tak, żeby przynajmniej raz w roku nie zajrzeć w Taterki. Wyjazd jest to dość spontaniczny, wprawdzie trwa długi weekend sierpniowy, ale niechcący sobie zawaliłam robotą sobotni wieczór. Pakujemy się niedzielnym rankiem, a dojeżdżamy jakoś pod wieczór. Rodzi się zatem pytanie, gdzie spać. 

Ogólnie to wybieramy się w słowacką część, ze startem blisko granicy, fajnie by więc było z rana być już gdzieś w pobliżu. W końcu wymyślam, że podjedziemy do Palenicy, przejdziemy się do Roztoki, a rano przedrepczemy ten dystans z powrotem i w Łysej Polanie przejdziemy sobie na Słowację. Nie był to wcale głupi pomysł, ale Roztoka tym razem pozostawiła po sobie taki niesmak, że w sumie to żal, że po prostu nie skitraliśmy się gdzieś w krzakach.


Otóż dotarliśmy do schroniska chwilę po 21-szej, w stołówce siedziało kilka grupek, ale okienka wszystkie pozamykane. Ktoś tam jednak kręcił się w środku, zapukaliśmy zatem. Mówimy, że chcielibyśmy nocleg. W odpowiedzi pada oburzone pytanie: "o tej porze?!". No o tej, a o jakiej ludzie przychodzą na nocleg w górach (dodam, że w środku lata)? O 16-tej? Nie, nie mówimy tego, przemilczamy. Młoda kobieta w okienku jest ostentacyjnie niezadowolona z naszej obecności i śmiałości wyrażenia zainteresowania noclegiem, bo ona już się wykąpała. No ale dobrze, przejdźmy do kuchni turystycznej, to ona tam zaraz podejdzie. Zwolniły się właśnie dwa miejsca, bo ktoś nie dotarł (liczyliśmy na glebę, no ale trudno). Pani podeszła, powiedziała, że nas dziś już nie zamelduje, podała numer pokoju i zgarnęła po stówie od głowy, bez potrzeby wydawania. Trwało to pół minuty i najwidoczniej, sądząc po bolesnym wyrazie twarzy, było ciężkie do wykonania z mokrymi włosami. 

(Tak, ja wiem, że pracownicy schronisk też kiedyś kończą pracę, ale to nie był środek nocy, obsłużenie nas wymagało poświęcenia dosłownie minuty, a my byliśmy uprzejmi, mili i grzeczni. Górski klimat, ludzie gór, atmosfera schronisk, takie tam).

No dobra, na drodze do Morskiego Oka zdarzają się fajne widoczki. Przyznaję, że kiedyś ich nie zauważałam, prując w pośpiechu przed siebie lub człapiąc zmęczona i zblazowana w trakcie licznych dróg powrotnych z gór.


Mniejsza o Roztokę. Rankiem zbieramy tyłki, drepczemy do Łysej Polany i tam chcemy autobusem podjechać do Jaworzyny. Ale autobus dopiero za jakąś godzinę, to idziemy pieszo. Plan wycieczki? Zakładam, że nie tylko bardzo ładny, ale też zupełnie ambitny: w dwa dni zrobić pętelkę z Jaworzyny do Łysej Polany, przechodząc po drodze przez Lodową Przełęcz, Czerwoną Ławkę, Rohatkę i Polski Grzebień. Spoiler alert: nie uda nam się to, pewne okoliczności zmuszą nas do zejścia Doliną Staroleśną.

Z Łysej Polany do Jaworzyny daleko nie jest, jak dobrze pamiętam (wybaczcie, ale nie chce mi się tego teraz ponownie sprawdzać), to jakieś 3 km, spokojnie można przejść pieszo.

Ale czyż samo pokonanie Doliny Jaworowej wraz z jej Zadnią odnogą nie jest już samo w sobie ambitne? Minęło osiem lat, od kiedy zrobiłam to po raz pierwszy i dotychczas ostatni. Pamiętałam oczywiście, że ta franca jest kurewsko wręcz długa, nie wyleciało mi też z pamięci, że napisałam o niej tekst, który zatytułowałam "Maszeruj albo giń!". Ale taka mi się wydała łagodna, skąpana w rozkwicie przyrody i letnim słońcu, gdy tylko odsłoniła wszystko, co ma najpiękniejsze w miejscu, gdzie odbija szlak na Koperszady. Jaworowy Mur wydał się taki na wyciągnięcie ręki wręcz (nooo, może na jakąś godzinkę żwawego spacerku) bliski. A przy tym ta cała jej wspaniałość, całe to piękno zieleni i widoków - zauroczyło mnie na tyle, że pomyślałam, że musiało mi się kiedyś zdawać, że przecież tu nie może być tak źle... 



Czy cokolwiek na tym zdjęciu zapowiada długość i mordęgę szlaku?


Murań zawsze zachwyca!



Tia. Widoczki po pewnym czasie zakrywa las, spacerek po płaskim zamienia się w nużące podejście. Ale dno doliny szybko oddala się, a za lasem wyłania się skalny mur - już naprawdę tuż tuż. Tylko, że potem szlak skręca w Zadnią Jaworową i tam tego muru do ominięcia jeszcze niebotycznie dużo, a Lodowej Przełęczy ani widu ani słychu. Nużące podejście przeistacza się w podejście po prostu bardzo męczące. I oto właśnie pułapka Jaworowej i zielonego szlaku: "no chodź turysto, przyjdź ku mnie, nie bój się, jestem tylko doliną, nie zrobię ci krzywdy, no zobacz, jak tu u mnie ładnie". I dochodzisz, biedny, zauroczony turysto do stóp muru i skręcasz ze szlakiem w lewo i masz nadzieję, że za kolejnym wzniesieniem zobaczysz już łatwą do osiągnięcia przełęcz. Albo za następnym. A może za tym? Odległą, ale przecież zobaczysz, przecież musi gdzieś tu być... I teraz już Jaworowa trzyma cię w szponach i nie puści, przecież stąd nie ma sensu się wracać, wszak cel już zdaje się być tak blisko. Aż zobaczysz wreszcie tę przełęcz, nadal absurdalnie odległą, wgramolisz się na nią zniecierpliwiony, siądziesz, zachwycisz się widokami, a potem powiesz: a, chromol się, Jaworowa, do zobaczenia za osiem lat.

Tak to przynajmniej u mnie wyglądało. ;) No może bez aż tak dokładnych szacunków, kiedy nastąpi powrót.



Nie no, fajnie się idzie.

Czy za tym pagórkiem zobaczymy już przełęcz?



Szlak pustoszeje. Po drodze mijaliśmy dobrych kilka grupek czy par, ale najwidoczniej wszystkie na którymś etapie zrezygnowały z dalszego podejścia. Z drugiej strony również coraz rzadziej mija nas ktokolwiek. Nic dziwnego, zbliża się wieczór. To najlepsza pora na bycie gdzieś wysoko (o ile oczywiście mamy w planach nocleg w schronisku albo jesteśmy zabezpieczeni na inne opcje). 



No waaarto było, ale prędko mnie tu znowu nie zobaczą. ;)

Docieram na przełęcz pierwsza, z dołu dobiegają do mnie głosy dwóch dziewczyn, podchodzących po łańcuchach. Górna część szlaku od Terinki jest jak studnia, wyraźnie słyszę ich rozmowę, choć są jeszcze dobrych parędziesiąt metrów poniżej. Dociera też Marcin, nacieszamy się widokami, robimy serię selfiaków, odpoczywamy, po czym rozpoczynamy zejście. Planując wycieczki tatrzańskie staram się teraz odwiedzać w ich ramach miejsca, w których mnie dawno nie było, a, jeśli jest taka możliwość, włączać w nie przejścia choć kawałków nieznanych dla mnie szlaków. I tym razem to się udało. Na Lodowej Przełęczy te osiem lat temu byłam, Jaworową nie wracałam, ale... nie zeszłam też wtedy do Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Odbyła się wówczas pewna ciekawa improwizacja, która zawiodła mnie z towarzyszem bezpośrednio na Strzeleckie Pola.


Ten uśmiech wyraża zadowolenie ze specyficznego mrowienia pod skórą na widok tamtej górki... mrowienia, jakiego od lat nie czułam.


Schodzę więc z Lodowej Przełęczy po raz pierwszy. Szlak opadający w kierunku Doliny Pięciu Stawów Spiskich jest w opłakanym stanie. Podtrzymujące go drewniane belki sypią się w drzazgi, wyżej niektóre łańcuchy wiszą luźno na jednej kotwie. Zejście do łatwiejszego terenu odbywa się szybko, potem pozostaje już miarowe dreptanie.






Rozglądamy się za przyjaznym miejscem na biwaczek i nawet kilka takich znajdujemy (jakieś niewielkie poukładane murki). Korci nas jednak bliskość schroniska. I nie to, że chcemy w nim nocować. Nieee, ale tam mają zimne piwko, tak pożądane po całym dniu łażenia. Zapamiętujemy więc mniej więcej odnalezione potencjalne miejscówki (szukamy ich już poniżej odbicia szlaku na Czerwoną Ławkę, do którego nazajutrz będziemy się wracać), wciąż też liczymy na znalezienie jakiejś legitnej koleby. Coraz bardziej jednak wątpimy, że przed zmrokiem zmusimy się do jakiegokolwiek ponownego podchodzenia.


Tych ziomeczków spotkaliśmy dziś sporo.

A to nagroda za moje uparte poszukiwanie koleby. Takowej nie znalazłam, ale za to wbiłam się na jakąś uroczą przełączkę.

Za chwilę dotrzemy na próg Terinki, gdzie nie unikniemy lekkiego gwaru generowanego przez kręcących się dookoła jej dzisiejszych bywalców (a w stołówce usłyszymy z głośników "Hera koka hasz LSD" XD). Tymczasem jednak wędrujemy w tej wieczornej tatrzańskiej ciszy, w której słychać stukot każdego poruszonego kamyczka. Przypomina mi się, jak bardzo to lubię...





Terinka... tyle wspomnień...

Zgodnie z przewidywaniami ani trochę nie chce nam się już dziś podchodzić, upatrujemy sobie zatem w miarę dogodne miejsce nad brzegiem jednego ze stawów nieopodal schroniska. I tam sobie lulamy. 



Rano wstawanko, śniadanko (z suchych zapasów, bo obydwoje byliśmy przekonani, że to drugie wzięło kartusz), ogarnianko. I na Czerwoną Ławkę. 

Czerwona Ławka z dołu wygląda dość nieprzyjaźnie. Te piargi nie są jednak tak sypkie, jak się wydają, a wyżej nie jest aż tak stromo. TUTAJ opis szlaku, autorstwa mła.

Marcin nie czuje się dziś najlepiej, czosnkowe kabanosy, które sobie zaserwował na śniadanie średnio mu weszły (trochę chciały wyjść). Plus odpaliło mu się marudzenie, które jest w sumie urocze, bo można się pośmiać. I pytał, za co ma złapać i gdzie postawić nogę. Tak sobie rzuciłam na koniec, nie jakoś bardzo złośliwie, że z pięć razy bym w tym czasie weszła i zeszła. To się zapytał, czemu mu w takim razie nie wniosłam plecaka, a ja... nawet pożałowałam, że tego nie zrobiłam, bo serio mi się już nudziło trochę. ;)


To nie szlak, to ferrata. Mamy okazję popatrzeć sobie na nią z bliska.

A to szlak i, zdaje się, jakoś początek łańcuchów.



Aż z grubsza przejrzałam ten swój opis szlaku sprzed pięciu lat, żeby sprawdzić, ale chyba ostatnio tam tego nie było. Otóż na Czeronej Ławce, na skale nad samiutką przełęczą jest... ławka. A jakże, czerwona. To o tyle ciekawe, że słowacka nazwa tej przełęczy (Priecne Sedlo) nie ma w sobie czerwieni ani ławki. 


A tu ktoś na ławeczce nawet siedzi.

Od wejścia zdecydowanie bardziej parszywe jest zejście. U góry paskudnie kruche, to przede wszystkim. A dalej to głównie długie. Zbójnicką Chatę widać, jeśli mnie pamięć nie myli, już z samej Ławki, ale potem gdzieś się chowa, a szlak lawiruje, kluczy, ciągnie się straszliwie. 


Namówiłam Marcina ostatnio na niskie buty, głównie z myślą o włoskich ferratach. W Tatrach jednak na zejściu po sporej wielkości głazach parę razy poleciała mu nóżka w bok, to jedna to druga...



Czy zrobiłam zdjęcia w dokładnie tych samych miejscach co ostatnio? Być może...

A czyż ta kózka nie pozuje? ;)

Natomiast po odpoczynku w Zbójnickiej Chacie okazuje się, że Marcina bardzo jedna z kostek boli. Jakoś tam się jeszcze rusza, ale strach iść z tym do góry, tym bardziej, że zejście przez Dolinę Białej Wody do krótkich należeć nie będzie. Pada więc decyzja o wycofie. No szkoda trochę, ale szybko okazuje się, że innej nie można było podjąć. Na zejściu Staroleśną pierwsze kilkaset metrów Marcin idzie okrutnie wręcz wolno i cierpi przy tym bardzo. Na tyle bardzo, że pytam, czy dzwonić po pomoc, ale unosi się honorem, ćpa mocnego procha od bólu i jakoś się pomału wleczemy do Smokowca.


I to by było na tyle... Korci mnie, żeby jednak kiedyś zrobić tę pętlę. Byłoby to jakieś wyrypkowe osiągnięcie. :)


3 komentarze:

  1. Pochwalę się, że ze 3 - 4 lata temu chciałem zrobić tę pętlę w jeden dzień. Ale zacząłem z drugiej strony i na Lodowej Przełęczy się przestraszyłem, że nie zdążę na ostatni autobus (była 16:00) i ostatecznie zszedłem do Smokovca. Potem okazało się, że droga z Sedelka do Smokovca jest nawet o kilometr dłuższa niż do Javoriny ;)
    Ale ogólnie uwielbiam Javorową Dolinę - widoki cudne i ta pustka! A dodatkowo te 1376 m w pionie brzmi aż niewiarygodnie jak na jedną dolinę.

    OdpowiedzUsuń
  2. oesu tak, zejście z czerwonej ławki w stronę zbójnickiej to jest na początku masakroza, klęłam jak dzika :D
    Gosia, a podpowiesz jaki mniej więcej masz zestaw do takiego plenerowego nocowania na dziko? Chodzi mi głównie o śpiwór i zakres temperatur. Zastanawiam się, czy w coś super ciepłego inwestować, czy wystarczy mi to co mam plus merynos/ciuchy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie dzisiaj skończyłam czytać "Sprawę Hoffmanowej", książka raczej średnia, ale główna tragedia wydarzyła się na Lodowej Przełęczy i przypadkowo trafiłam na Twój wpis, wspaniale zobaczyć te miejsca w Twojej perspektywie :)

    OdpowiedzUsuń