środa, 2 kwietnia 2014

Krótki weekend w Tatrach cz. 1 - tak trochę Sławkowski

Weekend. Cudowne słowo nie mające odpowiednika w języku polskim. Jeszcze cudowniejszy jego desygnat. Wpadłszy w tryby studiów podyplomowych dysponuję zwykle co drugim. Ale i to nie zawsze, bo czasem przecież coś wypada. Na widok klarujących się pod koniec tygodnia dwóch dni CAŁYCH WOLNYCH i dających nadzieję ustalających się powoli dobrych meteo-prognoz dostaję więc ślinotoku, a mój pies chowa się po kątach, cobym go nie złożyła w ofierze bogowi Ra z intencją utrzymania się (i sprawdzenia!) owych pogodowych przepowiedni.

Spoko, pies żyje, obyło się bez całopalenia - w piątek aura na kamerkach rewelacyjna i zapraszająca (albo raczej ciągnąca jak odkurzacz), pogoda murowana jak rzadko kiedy. Dwa dni to i dużo i mało, wiem, że da się obrócić, choć wiem też, że to wyczerpujące. Tu dochodzi fakt zmiany czasu na letni, która zje dodatkową godzinę. Jedno jest jasne - jak nie pojedziemy, to będziemy żałować, a w następny wolny termin pogoda się skisi. Takich szans się nie marnuje. Jedziemy.

Tak z biegu jedziemy. Po pracy smażenie gotowych frytek, żeby było szybko, gorączkowe dopakowywanie plecaków. Kwatera zaklepana już w czwartkowy wieczór, podobnie jak sprzęt do wypożyczenia. Wio. Droga nawet pusta, ale swoje się trzeba przemęczyć. Dojazd do Zakopanego zajmuje nam około 4 i pół godziny, tam musimy zaczekać na pana z wypożyczalni, który trochę się spóźnia, odnaleźć jakąś całodobową aptekę, bośmy pozapominali kremu z filtrem no i w końcu jeszcze musimy dojechać do Brzegów.

Plan jest taki, żeby nocą wyjść na Sławkowski, a w niedzielę ogarnąć coś krótszego. Tak sobie jakoś wymyśliliśmy, że lepiej się przetyrać w sobotę, a w dzień powrotu obstawić cel krótszy. Niestety, przy założeniu, że wychodzimy nocą - plan ten był kiepski. Byliśmy zbyt zmęczeni pracą i podróżą, aby rozsądnym było rzucać się na taki w sumie dosyć odległy target prawie bez spania. Byliśmy też jednak zbyt zmęczeni, by to zauważyć, zdać sobie z tego sprawę i zmienić decyzję.

Więc - jakaś godzina snu, w moim przypadku zresztą bardziej leżenia z zamkniętymi oczami, bo znów dokucza mi bezsenność. Potem szybka zbiórka i jazda na Słowację, do Starego Smokowca.

Od rana (środka nocy?) drobne wpadki - pomyłka ze stuptutami, niezaimpregnowane buty, niewysłany sms. W Smokowcu jesteśmy po pierwszej. Ruszamy na szlak.

I najpierw to sporo klniemy. Nie brak tu sąsiadujących ze szlakiem dróg i ścieżek. Za dnia może wybór tych właściwych jest oczywisty, ale my nocą błądzimy, wracamy się, tracimy czas. Ciemno, głucho, całkiem ciepło, w dole zupełnie bezśnieżnie. Idziemy mozolnie, niewygodnie nam z jedną czołówką. Niedługo po wymarszu robimy się głodni, więc zarządzamy śniadanie. Trochę wyżej robi się ślisko - dzień wcześniej było mokro, na noc to wszystko zamarzło. Podejście po tej ślizgawce staje się wkurzające. No to wyciągamy raki, znowu dłuższy przystanek. Jak na złość, zaraz potem śniegu coraz mniej, chyba przechodzimy na inną stronę zbocza. Raki zamiast pomagać, bardziej przeszkadzają. Jeszcze trochę wyżej zaczynamy iść po odsłoniętych skałach, a raki ponownie lądują w plecakach. Powoli gdzieś tam daleko świta, przed nami pojawia się imponujący zarys gór, więc robimy kolejne postoje tym razem na foteczki.









Wschód jest... no piękny jest, no.




Jest już całkiem jasno. Godzina - coś pomiędzy piątą a szóstą. Nie liczyłam na to, że wyrobimy się na świt z wejściem na samą górę, ale w promieniach wschodzącego słońca dociera do mnie, że do szczytu to my mamy hoho i jeszcze ciut ciut, a właściwie to jesteśmy w czarnej dupie i tyle - po czterech godzinach na szlaku. Jeszcze trochę idziemy. W moim przypadku to nie nogi się męczą - te mogą mnie nieść jeszcze długo i daleko, to nie kondycja wysiada - na dobrą sprawę nawet się za bardzo nie zmachałam. Potężne zmęczenie to dla mnie "głowa" - ociężałość myślenia, rozkojarzenie, powolne wchodzenie w stan chronicznego niepokoju.

Idziemy raz po suchych wielgaśnych kamulcach, to znowu wchodzimy w śnieg, teraz twardy, zmrożony, ale słońce już wzeszło, grzeje, gdy będziemy schodzić, to wszystko pewnie nieco rozmięknie. A z naszym dzisiejszym tempem cholera wie, kiedy my będziemy schodzić. Uświadamiam sobie, że właściwie, to nie widzę siebie na tym szczycie i od początku nie wierzę w powodzenie - zastanawiam się tylko, na ile to pesymizm, a na ile intuicja. Przypominam sobie o niewysłanym smsie, o niezaimpregnowanych butach, o paru innych przegapieniach i wpadkach - takie tam myślenie, że wszystko mi mówi "nie idź, daj spokój". Może i nieracjonalne myślenie, ale - najpierw pracuj, potem zalicz pięć godzin w podróży, później prawie od razu idź w góry i po kilku godzinach chodzenia poopowiadaj mi o racjonalnym myśleniu. Brakuje mi pokrzepiającej świadomości posiadania nad sobą czule rozpostartych skrzydeł Topru. Nie podoba mi się śnieg, wiem, że się na nim w sumie za dobrze nie znam, ale jakoś tak mi się po prostu nie podoba zwłaszcza w zbliżającej się i powoli materializującej wizji "na miękko". A gdy dochodzimy do miejsca, gdzie można się wychylić i popatrzeć na dalszą drogę i na szczyt - abstrakcyjnie odległy po tak długim rypaniu z dołu - wiem już, że pękam i że prawie wszystko we mnie prosi o wycof. Ach no i jeszcze zaczyna wiać jak sam sukinkot.


Wyrażam wątpliwości na głos i decydujemy o powrocie. Oglądamy się co pewien czas za siebie próbując dociec, dokąd myśmy tak właściwie doszli. No i tak ogólnie - patrzymy na górę, bo w nocy, to nie było jej widać. Rozbudzający się dzień wyciąga na swoje światło nocne i wczesnoporanne niepokoje, stawia je pod znakiem zapytania i kpi z nich. Zwłaszcza, gdy zaczynamy mijać podchodzących ludzi. Co się nie odwrócę, to co innego przychodzi mi na myśl - raz, że do szczytu był jeszcze taki kawał i że dobrze, że zeszliśmy, za chwilę - czegoś ty głupia tak właściwie tam nie poszła? Nic już, nieważne, drugi raz podchodzić nie będziemy. Daaawno nie zaliczyłam wycofu, a to też przecież trzeba umieć.


 bym pospała... ;)


Taka tam górka, ale nabrałam do niej nagle osobistego stosunku :P

Bez pośpiechu, ale jednak w dużo szybszym tempie niż pod górę docieramy z powrotem do Smokowca. Wybieramy się na krótki spacer po Dolinie Jaworowej. Tam wiosna w pełni: grzejące słoneczko, topniejąca ścieżka, świergolące ptaki, rozwijające się roślinki przypominające kapustę ;).


 Zdjęcia nie kłamią, w takiej mniej więcej jestem formie ;) :

Wyspacerowani zwalamy się na kwaterę. Półprzytomni. Zastanawiamy się nad dniem jutrzejszym, rozważamy parę opcji, ostateczna decyzja spada na mnie, bo to moja głowa pierwsza zaczyna świrować jakby co. Tak czy owak ciężko mi jest cokolwiek wybrać, zadecydować, wiem tyle, że muszę iść spać. Wreszcie zmuszam się do dosyć długiego ze względu na mój stan procesu myślowo-decyzyjnego i zasypiam z konkretnym planem na jutro. Ale o tym innym razem- wydaje mi się, że będzie ciekawiej ;).

12 komentarzy:

  1. Sławkowski to trochę wredny szczyt - idzie się na niego i idzie wieki... W stanie pół-snu wycof nie był pewnie złym pomysłem. Trochę szkoda pięknej pogody, ale panoramę ze szczytu zaliczycie jeszcze innym razem :) Co jak co, ale ja, też baba wiem jak to jest czasem mieć wizję "nie ma opcji, nie idę tam!".
    Swoją drogą ciekawa jestem jakie to roślinki przypominają kapustę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie sfotografowałam ;) pewnie jak się rozwiną, to przestaną przypominać

      Usuń
    2. Po letnich odwiedzinach w Jaworowej stwierdzam, że to chyba były łopiany :P

      Usuń
  2. Kurcze, ta Łomnica o świcie to się nadaje do jakiegoś albumu, folderu... Bajka! To mieliście przygody... Zawsze mówi się, że to wchodzenie na szczyty jest ciężkie, ale czasami chyba dużo ciężej jest się wycofać i zrezygnować w połowie/pod szczytem, a bo się tyle jechało, a bo się było takim napalonym na tą górą, a bo coś tam... Wycof to też sztuka. Pozdrawiam i czekam na więcej ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Lepszy dobry wycof niż potem spektakularny lot w dół ;) A jak sama napisałaś - wycofać też się trzeba umieć. Już masz to przećwiczone :) Czekam na kolejną relację, może zimą odkryłaś świnskość :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. świńskość Świnicy nadal ukryta!

      Usuń
  4. Szkoda, że się nie udało wejść, ale widoki i tak były łądne :)

    "Brakuje mi pokrzepiającej świadomości posiadania nad sobą czule rozpostartych skrzydeł Topru." - Tam są czułe skrzydła HZSu, też chętnie pomogą ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. za odpowiednią opłatą pewnie tak...

      Usuń
    2. Fakt, po akcji wystawią odpowiedni rachunek. Ale wystarczy mieć ubezpieczenie i taka perspektywa już nie straszy.

      Usuń
  5. @Gosica - ale może dzięki temu jest większy dreszczyk emocji.
    To zdjęcie wschodzącego słońca bardzo ładne, z jakiego szczytu zrobione?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to wszystko są zdjęcia z podejścia na Sławkowski, ale na szczyt nie doszliśmy - można powiedzieć, że robione mniej więcej ze Sławkowskiego Grzebienia

      Usuń