wtorek, 30 września 2014

Nie to że normalni - Niżnie Rysy


Pierwszy weekend września, pogoda niespecjalnie ogarnęła się od sierpnia i prognozy dalekie były od obiecujących. Właściwie, tak zupełnie szczerze, to miało padać. No ale. A nuż coś się uda?
Autobus wypluwa mnie około siódmej rano w Zakopanem. Gdzieś tam obok znowu dzielnie drepta Janusz. Znaczy najpierw to kupuje zapas piwa. Jestem chyba zbyt zaspana, aby skutecznie zaprotestować przed dokładaniem do mojego, już i tak niebotycznie obciążonego, plecaka kolejnych elementów bagażu, w związku z czym w chwilę później poza niezbędnym ekwipunkiem - dźwigam w góry także "słodki" ciężar w żółtej puszcze (ktoś gdzieś zarzucił mi po relacji z Orlen Perci, że mam fatalny gust w kwestii piwa, gwoli ścisłości trochę się wytłumaczę - zwykle nie pijam koncernówek, ale browary lokalne występują raczej w butelkach no i... "Tatry" miały nam pięknie pozować :P).

W busie do Palenicy zabijam epickiego gwoździa na plecaku. Przytomność jako tako odzyskuję w okolicach Łysej Polany, a taką pełniejszą dopiero stojąc w kolejce po bilet do Parku. Głównie z powodu doznanego szoku, bo zwykle sobie śmigam obok zamkniętych jeszcze budek. Asfalt usypia, toteż wybieramy taką, hmm, powiedzmy alternatywną wersję dojścia do Roztoki. Lasem krótko rzecz ujmując. W Roztoce popas, dalej też lasem, z którego wychodzimy na wysokości pierwszych skrótów. Uprzedzając pytania - nie, to nie jest legalne (deal with it).

Bez pośpiechu docieramy do starego Moka. Tam odrobinę odciążamy nasze plecaki ;).

Tyle piękna z jednym kadrze ;)

A potem śpimy na ławkach, bo w sumie to wybieramy się na zachód, a do zachodu to jeszcze łohohoho. Nie pada, lekko się chmurzy, ale przy odrobinie optymizmu można powiedzieć, że wygląda na to, iż ma się ku lepszemu.

Popołudniu niespiesznie ruszamy tyłki nad Morskie Oko, Czarny Staw i wyżej. Prognozy najwidoczniej podziałały odstraszająco, bo tegoroczny pierwszy weekend września w niczym nie przypomina tego, co oglądałam w Tatrach dokładnie rok wstecz. Jest tak leciutko pustawo. No... jak na Morskie Oko.

Nad Czarny Staw podchodzimy jeszcze z drobnym tłumkiem i chyba nawet całkiem zgrabnie się w niego wkomponowujemy, pomimo dziwacznie wielkich plecaków. Od Stawu na szlaku na Rysy spotykamy już tylko schodzące osoby. I znów niechcący stanowimy dodatkową atrakcję. No bo popołudnie, jakby mało tego było, to trochę się chmurzy, a tu dwoje debili na Rysy pocina. Spojrzenia ewidentnie dają nam do zrozumienia, że w zasadzie, to powinniśmy iść w klapkach i z reklamówką, bo już i tak jest z nami bardzo źle. Cóż trudno, nieważne, co mówią, ważne ŻE mówią - przy odrobinie szczęścia może wieczorem wylądujemy na Tatromaniakach :D. A Wieczna Tułaczka może zrobi przysługę i nas otaguje :D.




Od pewnego momentu mocno średnio nam się idzie. I nie rozbija się to o kondycję, a niestety znowu - jakżeby inaczej - o pogodę. Chmurzy się kurde. Plan zakładał doczłapanie się na Niżnie Rysy na zachód i biwak gdzieś w okolicach szczytu. Przy takim zachmurzeniu ładowanie się na zachód gdziekolwiek wysoko traci jednak sens, poza tym nocleg w chmurze nie będzie raczej zbyt przyjemny. No i może lunąć. Siadamy, myślimy. Jesteśmy jeszcze pod Bulą, akurat w okolicy takiego wielkiego głazu, na którym często przysiadają turyści, bo stanowi dobry punkt widokowy i ciekawe miejsce do zdjęć. Janusz wyczaił, że jest w nim koliba - ciasnawa, ale idzie się zmieścić. A za/pod nim wygodna platforma. No nic, siedzimy i myślimy dalej, dnia jest jeszcze chwila, a nuż się rozchmurzy, czy coś. Wreszcie mija tyle czasu, że dalsza droga ku górze traci sens, zmrok jest już zbyt bliski. No to cofamy się pod kamień i na wspomnianej platformie rozbijamy obóz pośredni w drodze na Niżnie Rysy. Już jest trochę śmiesznie, a to dopiero pierwszy z dwóch.

Od lewej: Tatry Bielskie, Wysokie i Zachodnie :D


Bałagan... tfu, znaczy się biwak.

Obóz oczywiście szumne słowo, mamy tylko śpiwory i folię NRC. Jest za to coś na kształt prowizorycznej kuchenki, żarcie z puszek (i nie tylko żarcie) oraz pokrzepiająca świadomość, że w razie pogodowej kichy mamy tuż obok tę dziurę w skale, do której można się władować i schronić. To teraz najlepsze - ja nigdy nie spałam nawet pod namiotem :D. Ale jakoś ta koliba i bliskość świateł schroniska działają na mnie uspokajająco. W razie ekstremalnego zimna zejdziemy po prostu szlakiem w dół, mamy latarki, więc nie powinno być problemów. Tylko że... gdzieś pomiędzy napełnianiem brzuszka i ściąganiem soczewek (oczy trochę bolą po dwóch dobach w nich przechodzonych), a próbą uderzenia w kimę, dokładnie w momencie, w którym robi się mocno szaro... gubię czołówkę.

Ze wszystkich możliwych rzeczy, które mogły mi się tam zapodziać ja tracę akurat źródło światła. Wiem, że miałam ją przed chwilą, wiem, że musi gdzieś tam leżeć, ewentualnie spadła tylko odrobinę, ale w zapadających powoli ciemnościach nijak nie mogę jej odnaleźć. Szukam naprawdę wytrwale, daję za wygraną, a potem szukam znowu przekładając wszystkie graty, grzebiąc nawet w poobiednich śmieciach i przy okazji o mało nie posiewając kolejnych dość istotnych szpargałów, jak choćby rękawiczki. Czołówki nie ma. Jakbym miała tu zamarzać, to pewnie zaczęłabym szukać jej znowu i szukałabym do skutku, ale póki co godzę się ze świadomością, że utknęłam tu do świtu. A dopiero przed chwilą zrobiło się ciemno.

No nic. Idziemy spać. Od podłoża izoluje jako tako foliowa peleryna i jeden koc ratunkowy, w śpiworze nawet znośnie ciepło, plecak z powodzeniem robi za poduszkę. Lula mnie pełny żołądek wraz ze zmęczeniem po podróży i wędrówce i już już zasypiam, gdy... zaczyna się błyskać. Fakt, że raczej daleko. W górach nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby "daleko" przerodziło się ni stąd ni zowąd w "o kurczaczek, ale blisko". Jest niby ta koliba, ale wkurza mnie sama ewentualność wygrzebywania się z betów, jak już mi się tam tak dobrze leży. Janusz gapi się w chmury i w pewnym momencie stwierdza... Nie, przepraszam, złe słowo. Zarządza przeprowadzkę do dziury, bo według niego za moment lunie. Ja z kolei do powiedzenia mam w temacie bardzo niewiele, bo zamknąwszy swój wzrok w małym, dwukomorowym pudełeczku z płynem, obecność jakichkolwiek chmur stwierdzę dopiero, gdy z nich p......., znaczy - się rozpada. Toteż potulnie, choć mocno ospale biorę się za ogarnianie klamotów.

I wtedy zaczyna się cyrk. Janusz włącza swoją czołówkę i tak sobie nią świeci na wszystkie strony. Nie mijają dwie minuty, gdy ktoś zaczyna świecić do nas. Z dołu. I to podwójnie - zarówno ze schroniska, jak i znad Czarnego Stawu. Z zapytaniem, czy wszystko w porządku i czy nie potrzeba pomocy. Czytałam wieeele razy o sygnałach w górach, ale teraz, jak przyszło co do czego, naprawdę pojęcia bladego nie mam, ile razy odmrygnąć, aby dać znać, że jest ok. Janusz coś tam świeci na czuja, wyciąga telefon i gorączkowo zaczyna dzwonić po znajomych. Ja w tym czasie już zupełnie nie ospale, a nawet lekko gorączkowo zagarniam obóz (bo przecież się błyska). Gdy wreszcie gdzieś się dodzwania, do Roberta chyba zresztą, zaraz kończy mu się kasa na koncie. U mnie z kolei bateria na wyczerpaniu. Już się nie bawimy w telefon do przyjaciela, tylko wykręcamy bezpośrednio numer do Topru. Aby zapytać o ten nieszczęsny sygnał świetlny i odwołać ewentualny alarm. Toprowiec też nie wie, musi sprawdzić. Oddzwania i panowie ucinają sobie miłą i wcale niekrótką pogawędkę, z której przynajmniej wynika, że burza prawdopodobnie poszła w inną stronę.

Podsumujmy. Burza, sygnały, na które nie umiemy odpowiedzieć, brak czołówki i dwa prawie że bezużyteczne telefony. Pewnie mogło coś jeszcze w tamtym momencie pójść nie tak, ale mnie już samo to wystarczyło, aby poczuć się jak po trzech tabsach z Biedry. Tyle dobrze, że w międzyczasie błyski oddaliły się znacznie i nie słychać już było towarzyszących im efektów dźwiękowych. A zatem decydujemy, że zostajemy tu, gdzie jesteśmy. Ale żeby nie było za wesoło - teraz zaczyna trochę wiać. Niby nic takiego, taki tam mały wietrzyk, zefirek rzec by można. A jednak jakoś tak ciągnie po kościach. Przykrywamy śpiwory drugimi foliami, folie przywalamy po bokach kamieniami. Nie sposób jednak wyleżeć w jednej pozycji, bo niewygodnie i zimno, a folia wypada spod kamieni przy każdym ruchu i mocniejszym podmuchu wiatru. I szeleści. Tak szeleści, że aż coś w mózgu świdruje i naprawdę istny szlag trafia. O spaniu w moim przypadku mowy za bardzo nie ma. Przyjemna obezwładniająca senność rozproszyła się w momencie akcji z latarkami. Teraz jest mi po prostu zimno. Coraz bardziej, pomimo kilku warstw ubrań, śpiwora i folii. Kręcę się z boku na bok, rozcieram ramiona i kalkuluję, która może być godzina. Nie wiem, ile to trwa, na pewno idiotycznie za długo. Pierwszy jednak pęka Janusz. Wstaje, pali, klnie (o zgrozo - nie na zimno, tylko na to, że mu szeleszczenie folii spać nie daje) i gotów jest już, teraz, zaraz złazić do schronu. Nie bardzo wiem, czy wolno mi się odezwać, po tym jak Madzia wyjawiła światu w swojej relacji z Czarnego Mięgusza, jakim Janusz jest despotą :D. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zostaję zapytana o zdanie. Schron mnie nawet trochę kusi. Ale wciąż nie mam latarki, a z jednym źródłem światła będziemy schodzić wieki. Powolne schodzenie oznacza zaś dalsze marznięcie. No i zaraz zaraz, halo, przepraszam, a Niżnie Rysy??? Nieśmiało, ale jednak stanowczo proponuję założenie drugiego obozu pośredniego, tym razem w kolibie. Będzie mniej wygodnie, ale przynajmniej nie powinno tam zawiewać. No to się przenosimy, a dla rozgrzania robimy herbatę i żremy słodycze. A w międzyczasie uświadamiamy sobie, jak byliśmy głupi tkwiąc tam na tym wietrze.

W kolibie śpię. Nie jakoś szczególnie długo - może z półtorej godziny. I nie jakoś szczególnie regenerująco. Noga drętwieje mi na całej długości, a w żebra i tyłek wpijają się głazy. Ale zawsze to jakiś odpoczynek. Budzą nas kroki i głosy ludzi idących na Rysy na wschód. Ogarniamy niespiesznie śniadanie i z wolna zaczynamy się pakować. Śpiwory, piwa, śmieci i parę innych, tymczasowo zbędnych rzeczy kitramy w dziurze, mając zamiar po nie wstąpić schodząc. Zakładam soczewki w opcji na survival. W pierwszych refleksach budzącego się dopiero dnia znajduję oczywiście na miejscu pierwszego biwaku czołówkę - leżała przyłożona sporym kamieniem.




Bladoróżowym świtem wyruszamy. Kolory nieba zmieniają się dynamicznie, spod obłoków wychylają się okoliczne szczyty i zaczynają zalewać się porannym ciepłym światłem. Jest raczej bosko. Już nie pamiętam, że zmarzłam, a zmarzłam tam naprawdę konkretnie, że straszyła jakaś burza, że obudziłam się z kamieniem wciśniętym pomiędzy żebra. Dla takiego poranka było warto, zresztą wiem już prawie na pewno, że raczej wyleziemy na te Niżnie i ta świadomość też uskrzydla. A Janusz zostaje zbrechtany za to, że chciał schodzić do schronu :D.






Spory kawałek przemierzamy jeszcze szlakiem. Do Buli mamy jakieś 20 minut. Z niej podchodzimy do pierwszych łańcuchów, a tuż za nimi szukamy odbicia w lewo. Właściwie, to go nie odnajdujemy, no ale odbijamy. Wiemy, gdzie mniej więcej iść. Po pewnym czasie trafiamy na ścieżkę. Nie jest zbytnio wyraźna, ale raczej przez większość jej przebiegu trudno ją zgubić. Teren wznosi się łagodnie. Za to kruszyzna jest niesamowita, jeden żwir. Wyżej, tam, gdzie już jest czego się przytrzymywać - rusza się nie tylko to, co pod nogami, ale i to, czego instynktownie łapią się ręce. Idziemy zatem raczej powoli. Ale nudno nie jest. Nuda skończyła się razem z czerwonym malowaniem, zmęczenie też odeszło w niepamięć. Teraz to ja mogę iść i iść, byleby tylko szczyt mi gdzieś nie uciekł i się nie schował w chmurach.





Docieramy do skał wypiętrzających się już w szczyt. Mamy iść na lewo, okrążyć je łukiem i dostać się na wierzchołek jakoś z drugiej strony. To idziemy. Trawers jest ciekawy, dosyć stromy i nie do końca oczywisty, choć gdzieniegdzie można dostrzec wydeptaną ścieżkę. Podoba mi się ta droga. Po pewnym czasie Janusz idący przodem wyłazi na jakąś przełączkę i uprzedza, że będę pod wrażeniem. No, faktycznie jestem. Odsłania się przede mną cudna konstelacja szczytów, z Ciężką Doliną położoną u moich stóp na deser. Widok ciekawy już sam w sobie, a w tej chwili zwyczajnie odbierający mowę, bo prześwietlony porannymi promieniami słońca. Zdjęcia tego nie oddadzą - trudno, mam to wgrane w twardym dysku własnej łepetyny. I tylko trochę mi szkoda, że nie mogę tego udostępnić na fejsie. Stoję z aparatem, postękuję z niemożności wyartykułowania czegoś sensownego wobec tego, co mi się rozlewa przed oczami, szukam pod nogami swojej szczęki. Janusz ponagla, więc otrząsam się jakoś i idę. Parę lekko trudnych fragmentów i... jesteśmy na Niżnich Rysach :).





Euforia rozlewa mi się po krwiobiegu. Widok przygniata bogactwem, ale co tu dużo mówić - także oryginalnością. Perspektywy z bezszlakowych szczytów nie są jeszcze opatrzone, toteż zaskakują i rozkładają na łopatki podwójnie. A do tego to poranne złoto-różowe światło. I cisza. Jedynie pojedyncze sylwetki na sąsiednich Rysach. Świadomość trudu i poświęceń, aby się tu dostać (ja naprawdę serio zmarzłam!). I to poczucie bycia we właściwym miejscu... I ten ognik złośliwej kąśliwej radości, że ojjjj bęęędąąą zazdrooościć :D.





Nie siedzimy tam zbyt długo, bo znów na horyzoncie piętrzą się jakieś chmurki. I tak mieliśmy dużo szczęścia, że trafiliśmy na takie, a nie inne warunki. Idąc wczoraj w ciągu dnia, czy na zachód - odhaczylibyśmy może szczyt, ale nie zobaczyli z niego za wiele. To samo, gdybyśmy chcieli podchodzić dziś z rana na przykład wychodząc o 6-tej ze schroniska. Wyszło w sumie przypadkiem, ale wyszło najlepiej jak wyjść mogło.

Schodzimy inną drogą, taką w zasadzie na wprost do położonej niżej ścieżki. Łatwiejszą i krótszą ale też mniej ładną i interesującą. Natomiast równie sypką jak cała reszta. Poranne refleksy wciąż zapewniają niecodziennie ładne widoki. Powoli i ostrożnie doczłapujemy do szlaku. Tam baterie się nam chyba powoli wyczerpują, robimy liczne i dość długie postoje.



 Schron pod Bulą :P



I co tu w sumie więcej pisać? Ot, zejście. Po szlaku. Ślisko (główna refleksja po rozpoczęciu przygód pozaszlakowych - szlaki są w ciul śliskie) i tak średnio ciekawie. Piwa ostały się w kolebie i zostały obalone w ścisłych okolicach asfaltu ;).

Aaaaa jeszcze filmik. Tak, znowu wyglądam jakbym się miała zaraz spierdzielić, wina zakrzywiania perspektywy przez GoPro :P. Autor: Tatry Zimą



14 komentarzy:

  1. nie dostaliście od TOPRu ochrzanu za kimanie w skale? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, nie :). Oni głupi nie są, swoje wiedzą, że ludzie czasem gdzieś tam biwakują mają świadomość. A jeśli dzwonią, żeby odwołać alarm zamiast go wszcząć to chyba powodów do ochrzanu nie ma ;).

      Usuń
  2. No ładnie, widoczki o poranku rewelka:) Ciekawe, że natrafiliście na ścieżkę na Niżnie - my jak z dwa lata temu szliśmy, to w sumie trochę na przypał, ale też pamiętam, ze kamory wyciągałam niczym książki z półki :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajna relacja :) Wreszcie jakaś motywacja żeby się tam wybrać :)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. W końcu się doczekałem kolejnej pasjonującej opowieści z moją ulubioną blogerką w roli głównej. Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ładny poranek. Nocą czasami trzeba pomarznąć, ale rano człowiek jest bardziej zadowolony jak wyjdzie słońce :-)

    A czy ta ścieżka nie odbija przed pierwszymi łańcuchami? Coś tak mi się kojarzy. Ale przy ładnej widoczności, przy wejściu na szczyt, nie ma problemów orientacyjnych, nawet jak nie trafi się w ścieżkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ZA pierwszymi łańcuchami, trochę powyżej. Zeszliśmy już ze ścieżką. :)

      Usuń
    2. Teraz aż przejrzałem swoją starą wycieczkę i faktycznie jest jak piszesz. Też odbiłem przed łańcuchami, ale za łańcuchami ścieżką powróciłem ;-)
      Jak widać łatwiej ładnie zejść niż wejść :-P

      Usuń
  6. Zdjęcia i wypad żyleta. Super! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jasne, że bym Was otagowała i jeszcze dorobić bym coś w Photoshopie mogła :P A fragment: "ojjjj bęęędąąą zazdrooościć". No będą, będą! Dobrze, że wymarzliście! :P :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetna przygoda, na pewno do zapamiętania na lata. A tak z ciekawości, jakie śpiwory macie? Nie przeszkadzała wilgoć zbierająca się nad ranem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, nie orientuję się, jakieś zwykłe śpiworzysko :P. Tam wszystko przeszkadzało... :D

      Usuń
  9. A w jaki sposób odwołaliście alarm?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozmawiając przez telefon z Toprowcem, tak jak jest napisane w relacji. Powiedzieliśmy, jak wygląda sytuacja, że ktoś do nas mryga, nie umiemy odpowiedzieć, że pomoc niepotrzebna, ale że gdyby ktoś zgłaszał, że coś się dzieje pod Bulą - to to my i do nas iść nie trzeba.

      Usuń