sobota, 25 października 2014

Doliniarze w poszukiwaniu złotego światła - część druga: Świt na Szpiglasie i Szpiglasowa Grań

Relacja z dnia poprzedniego TUTAJ :).

O dziwo, w Piątce na tej prowizorycznej i walecznie zdobytej glebie spało mi się naprawdę całkiem nieźle. Budziłam się jakieś czterdzieści razy, bo tak to bywa, gdy się śpi w przedsionku, a karimata nie jest na tyle miękka, by wytrzymać całą noc na jednym boku. Jednakże, ile razy się budziłam, tyle też płynnie zasypiałam. I nie pamiętam momentu wykręcania żarówki, więc jest dobrze.

Budzik dzwoni o 4.30, wiem, że za parę minut zadzwoni drugi i oszukując samą siebie, jak co dzień zresztą, że w ciągu tych paru minut uda mi się wyspać, przykładam znów głowę do podu... wrrrróć, do sterty ciuchów. Nic z tego, już nie śpię. Co nie znaczy, że łatwo mi się wygrzebać spod śpiwora. Był plan wyjść o 5-tej, było też raczej jasne, że go nie zrealizujemy. Ogarniamy się tempem charakterystycznym dla wczesnych poranków, jemy śniadanko, wciąż trwając w błogim zapomnieniu, co tam parę metrów przed nami znajduje się na podłodze (nota bene, po ruchliwej nocy nieco rozdeptane i rozniesione na resztę schronu), ja sobie nawet robię kawkę, bo jak to tak bez kawki?

Ruszamy o 5.30. Ciemno jeszcze jest, wschód gdzieś w górach zaliczymy, luz. Luz jeszcze większy, bo niebo czyste i przestało pizgać, a w sumie to jest nawet ciepło. Na płaskich partiach szlaku odbywamy rozruch, po czym odbijamy na lewo, za żółtymi znakami na Szpiglasową Przełęcz. W kąciku horyzontu, tam, gdzie nieśmiało wychylają się Tatry Bielskie, coś już od dłuższego czasu się zaczyna podkolorowywać. Gdy zaczynamy podchodzenie, tych kolorków jest już więcej i powoli zaczynają zalewać dolinę. Tkwi jakaś magia w tej przemianie pór dnia, w tej namacalnej wędrówce słońca. I, o ile zachody budzą we mnie czasem smutek, o tyle wschody to już czyste piękno. Zaczął się już pewien czas temu ten głupi okres, gdy codziennie wstaję po ciemku, a z balkonu mam całkiem niezgorszy ogląd na budzące się do życia różowiejące stopniowo niebo. No ale kurcze - to nie to. To zdecydowanie nie to. Świt w górach to jednak inna kategoria doznań.


No to sobie podchodzimy. Na tyle sprawnie, na ile pozwala rozpraszające nas całkiem epickie poranne światło oblewające kolosy za naszymi plecami. A że rozprasza nas raczej bardzo, to podchodzimy po parę kroków, po czym robimy kilkadziesiąt zdjęć i znów kilka kroków i znów zdjęcia i tak do samej przełęczy. Dobrze, że ta nie jest jakoś szczególnie daleko.



Jesteśmy obserwowani...
...a potem role się odwracają ;)



Wschód jako taki już się odbył, na górę nie zdążyliśmy. Jednak myślę, że to, co tam zastajemy, to wciąż jest górski świt, no i jest pięknie. Na podejściu też było pięknie, w sumie nie żal, że nie odbyło się tylko nocą.


Na Szpiglasowej Przełęczy tylko chwila odpoczynku (jakieś sto zdjęć) i mkniemy (jakieś pięćdziesiąt zdjęć w międzyczasie) na Szpiglasowy Wierch. Tam dłuższa sesja, sjesta i leżing.



A dokąd ta ścieżka, a po co? :>


;)



No dobrze, fajnie i pięknie, ale czas najwyższy zrobić coś niesamowitego :D. Z Wierchu schodzimy parę kroczków w dół i wbijamy się w ścieżkę, tak z początku oczywistą, że aż dziw, że się ludziom z ceprostradą nie myli. I tą ścieżką rozpoczynamy przyjemną wędrówkę z widokiem na Hruby gdzieś w górze i Ciemnosmreczyńskie Stawy w dole.

Ścieżka nam się całkiem niedługo rozdwaja, jedna jej odnoga odbija ku skalistym wyżynom, druga zdaje się zbiegać bardzo mocno w dół. I już już nasze doliniarskie skłonności podszeptują nam do uszek wybranie opcji drugiej, gdy z góry schodzi jakiś pan. To się go pytamy, jak tam na tej górze jest, a on mówi, że w sumie najtrudniejszy fragment, to ten, na którym się aktualnie spotykamy. Fragment istotnie jest dość trudny, jakoś się trzeba na tę górę wbić (a pan musi zejść, z czym sobie powoli, ale całkiem sprawnie radzi). No my się z Madzią tam nie podciągniemy, nie ma bata. Szukam obejścia, ale w międzyczasie Robert oferuje pomoc. Jaką? My dwie w sumie drobne baby, on rosły facet, no wepchnął nas tam, no. Opis, jak wygląda wpychanie na trudnawy kominek może sobie jednak daruję...
 ...najważniejsze, że po wszystkim wyglądamy na zadowolone :P
(choć szczerze, to nie pamiętam, czy ta fotka była po, 
czy przed wpychaniem na grań ;) )

Dalej już lajt. Ścieżka przewija się to tu, to tam, to jednym zboczem, to drugim, od biedy czasem granią, czasem nam znika, czasem musimy pokombinować. Zapychamy się wprawdzie w jakieś skałki i wracamy się sporo, aby je bezpiecznie dołem ominąć, ale nie spieszy nam się przecież (jeszcze). Jest raczej trawiasto, kruszyzny, do której przyzwyczaiły mnie ostatnie zakrawające o kryminał przygody, tutaj generalnie nie ma.






Miejsce jest przepiękne. Ja w ogóle uwielbiam granie. Nie, żebym ich jakoś strasznie dużo jak dotąd nazbierała, ale już dotychczasowe niewielkie doświadczenie pozwoliło mi stwierdzić, że nic mi tak nie odpowiada, jak wbicie się gdzieś wysoko i potem wędrówka po prawie płaskim, ale niebanalnym technicznie terenie, obfitująca przy tym nieprzerwanie w widoki. No i tutaj to właśnie mam. Taki wysokogórski, ciekawy, urokliwy spacer. W sam raz na niedzielę.


Im bliżej Wrót Chałubińskiego, tym częściej maszerujemy ostrzem grani. Takim dość tępym, przyjaznym ostrzem. Oglądamy oddalającą się z każdym krokiem Szpiglasową Przełęcz, masywne Miedziane, a z drugiej strony kolosalny Mięguszowiecki Wielki, Cubrynę, Rysy. Dopieka nas słoneczko, a jesienne rudości dopełniają uroku krajobrazu. Jest przepysznie...









...Dopóki nie zaczynam myśleć o tym, że rano muszę być w robocie, a robotę mam stąd jakby daleko, że trzeba złapać jakiś autobus i że ludzie, co tu tak tłumnie wczoraj zjechali tworząc mega korek, pewnie będą mieli ochotę, podobnie jak ja, dzisiaj wrócić. Końcówkę grani pokonuję już zatem z myślami zmąconymi pośpiechem. A z Wrót to prawie zbiegam. A że w górnej części szlaku każdy kamyczek leży na tak zwane słowo honoru, to oczywiście znów na chwilę witam się z glebą. No nie byłabym sobą, no...


Towarzysze nie podzielają mojego pędu ku dolinie. Pewnie na różnicę w tempie ma też wpływ fakt, że w moim aparacie padła bateria, a w ich nie. Gdzieś, już na niższych partiach ceprostrady postanawiam zaczekać. Nie przez przypadek postanowienie to nachodzi mnie akurat w miejscu, gdzie rzuca mi się w oczy spory głaz, który powinien być wygodny. Układam się na nim, nie zdejmując nawet plecaka upycham go w dziurę pomiędzy legowiskiem, a oparciem i oddaję się trzeciemu już tego dnia leżingowi. Ostatnimi czasy lubię jakoś tak wlec się po tych Tatrach i polegiwać tu i ówdzie. Nie wiem, czy to już symptomy starości, czy po prostu wychodzi na wierzch moje lenistwo. Leżę tak sobie całkiem długo, spoglądając od czasu do czasu na ogrom tego, co nade mną, zostaję wzięta przez przechodniów za świstaka (wtf?!), a niedoczekawszy się nadejścia pozostawionych na Wrotach zgub i uświadomiwszy sobie, że nie byłoby najgorszym pomysłem podładowanie telefonu przed podróżą, podejmuję dalszą gonitwę w dół.

 Na chwilę udaje mi się namówić aparat do współpracy...

Spotykamy się w Starym Moku. Otępiamy się przed wędrówką asfaltem resztą naszych cennych zapasów. I przysypiając żywcem schodzimy. Do pracy udaje mi się zdążyć, ale to już nie bajka na bloga.

9 komentarzy:

  1. Ja nie omieszkam opisać podejścia kominkiem ;) :D :D :D

    OdpowiedzUsuń
  2. To czekamy na relację :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ładny wschód :-) Pomimo tego, że nie z wierzchołka, to i tak bardzo ciekawie wygląda na zdjęciach :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gwizdałaś na tych turystów z tego kamora? :D Piękny początek dnia w Tatrach, fajny kawałek grani... Ja też ogólnie bardzo lubię graniówki. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. To tamtędy można? ;) Muszę spróbować! Świetne zdjęcia i pomysł na trasę. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej!
    Czy ta ścieżka faktycznie jest taka oczywista na całej długości, tzn. do tego stopnia, żeby po drodze się gdzieś konkretnie nie wpakować ?
    Byłam na Szpiglasie w tym roku i patrzyłam na nią zastanawiając się dokąd by mnie doprowadziła :) Jeśli wiedziałabym, że do Chałubińskiego, to bym skorzystała :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie. W schronie ostatnio spotkałam dwójkę żółtodziobów, którzy spontanicznie się władowali w to przejście, bo ktoś ich zachęcił wskazując starszą panią, która właśnie stamtąd przyszła. Dla nich ta droga zdecydowanie nie była oczywista.

      Usuń