środa, 4 marca 2015

Nasz wybór

Pozwól, że coś Ci powiem. Nie powinieneś gniewać się za dosadność, ani podejrzewać mnie o podstępne intencje. To, co wyjawię, będzie właściwie oczywistym banałem. Ale przyznasz chyba, że skutecznie wypierałeś go z umysłu przez ostatnich kilkadziesiąt minut. Albo godzin. Dni, miesięcy. Lat?

Umrzesz.



Fakt, nikt normalny przez większość czasu nie myśli o sobie, jako o zawartości trumny, czy pokarmie dla robali. Raczej skupiamy się na ustawianiu budzika, odhaczaniu zawodowych obowiązków, zakupach, wpisz cokolwiek. Bywa że na czymś bardziej przyjemnym, gdy starczy czasu.

Gdy tymczasem to takie nieuniknione. Pewniejsze niż to, że w przyszłym roku zima znów zaskoczy drogowców. Nieodwołalne jeszcze bardziej niż podatki.

Tak, pewnego dnia umrzesz. Choćbyś żywił się wyłącznie kiełkami, ćwiczył jogę i poginał po chodniku w kasku.

Banał numer dwa:

Możesz umrzeć w każdej chwili.

To "pewnego dnia" zwykle wizualizujemy sobie jako odległe i niezupełnie nas, póki co, dotyczące "kiedyś kiedyś". Bzdura.

Cokolwiek nie zrobisz, w jakiekolwiek ubezpieczenia nie władujesz kasy, jakich suplementów diety nie łykniesz do obiadu, istnieje jakiś pierdyliard możliwości, które, jeśli tylko zachce im się zaistnieć, mają moc sprawić, że w przeciągu najbliższej godziny będziesz martwy.

Wydawałoby się, że w obliczu powyższego, absolutnie wszystko traci sens. Że nic, tylko pieprznąć to wszystko w pizdu, całe to ganianie z językiem na brodzie, wszystkie te obowiązki, urabianie się po same łokcie. Większość z nas jednak tego nie robi. U niektórych działa nie poddawany żadnej refleksji instynkt samozachowawczy. Część po prostu boi się śmierci jednak wciąż trochę bardziej niż życia. Ale jest coś jeszcze:

Są w życiu każdego człowieka momenty odbierające oddech swoją wspaniałością.

Może awans w pracy. Uśmiech dziecka. Spotkanie z przyjacielem. Niesamowita podróż. Wygrana w loterii. Wpisz cokolwiek.

Więc tak, godzimy się na szereg szarych dni, odróżniających się od siebie czasem niczym więcej, jak tylko boleśnie narastającym poziomem zmęczenia. Bo doświadczenie zdążyło nas już nauczyć, że nie zawsze jest do dupy. Że od czasu do czasu, nieregularnie i nieprzewidywalnie, ale jednak - bywa fantastycznie. Że "w życiu piękne są tylko chwile". A "ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy".

Chciałoby się, żeby to "fantastycznie" zdarzało się jak najczęściej, co nie?

Możesz teraz zwiesić głowę, ciężko westchnąć i zabiadolić, że "ano chciałoby się, ale...". A możesz też zastanowić się, którą z rzeczy, napawających Cię radością, jesteś w stanie osiągnąć sam, bez udziału sił nadprzyrodzonych (spokojnie, jakaś się znajdzie). A następnie tak zorganizować sobie życie, aby osiągać ją jak najczęściej.

Nikt nie wie, o co w tym całym bajzlu chodzi, po jaką cholerę ludzkość z takim uporem wciąż się rozmnaża, choć każdy kolejny jej przedstawiciel skazany jest z automatu na śmierć. A wcześniej niejednokrotnie na wieloletnią nudną naukę, jeszcze dłuższą (czasem też nudną) pracę, a w międzyczasie bolesne ogarnianie najróżniejszych wybryków rzeczywistości.

Prawdopodobnie chodzi o szczęście. O te małe rajskie wyspy na morzu bylejakości, do których wracamy pamięcią i ku którym wybiegamy marzeniami.

Już tłumaczę się z tego tekstu, już wyjaśniam, czemu zamiast założyć ociekającego zwierzeniami, filozoficznymi wynurzeniami i innymi bólami dupy bloga, wylewam się tu.

Bo taką receptą na zaplanowane przeżywanie radości jest każda ludzka pasja. Mogą to być góry. Dla mnie i dla wielu ludzi, których ostatnio poznaję, są to właśnie góry.

To oczywiście nie było tak, że usiadłam nad jakimś katalogiem, poprzewracałam strony, porozważałam przeróżne za i przeciw, a potem sobie wybrałam: "o! moją pasją będą Tatry!". Nie. To jakoś samo wyszło, tam mnie zaniosło, tam mi się spodobało. I wiele lat musiało minąć, nim wpadłam na to, że skoro tam mi tak dobrze, to hmmm może powinnam bywać tam częściej? A może nawet jak najczęściej?

Owszem, to trochę ryzykowne hobby. Nie wiedzą tego może przypadkowi turyści, którzy pomylili góry z sopockim molo, pospadali z choinek i prosto stamtąd brną w majowym śniegu na Rysy w adidasach. Ale dla nich to żadna pasja, raczej punkt do odhaczenia pomiędzy zwiedzeniem któregoś z muzeów a spływem Dunajcem. Każdy, kto w góry jeździ regularnie, ma pełną świadomość, że może z nich nie wrócić.

Tak, w górach można umrzeć. Ale:

Wróćmy do punktu pierwszego:
Umrzesz.

I do drugiego:
Możesz umrzeć w każdej chwili.

I do któregoś tam z kolei:
W życiu piękne są tylko chwile.

Jasne, że w górach może przydarzyć mi się wypadek, mogę popełnić błąd, mogę przecenić własne możliwości. Mogę też tu, u siebie, w mieście, parę metrów od domu, przecenić możliwości kierowcy, który - jak mi się zdaje - zwalnia przed przejściem dla pieszych, a w rzeczywistości jest pierdołą, która lada moment pomyli hamulec z gazem.

Czy naprawdę aż taką okropną perspektywą jest śmierć w miejscu, które się kocha, wobec faktu, że przeznaczenie może nas spotkać dosłownie w każdej chwili?

Nie jestem samobójcą, nie chcę umierać. W góry nie idzie się szukać śmierci, a pełni życia. A że czasem znajduje się niechcący i jedno i drugie... cóż.

To są piękne, wzniosłe hasła, że w góry tylko z rozsądkiem, pokorą i szacunkiem. Tyle, że jak się wczuć w intencje tych, co je najzagorzalej powtarzają, wynika z tego tyle, że góry, zwłaszcza te zimowe, rozsądnie, pokornie i z poszanowaniem ogląda się jedynie na pocztówkach. Ewentualnie z perspektywy Gubałówki. Każde wejście na ich teren jest zaś głupotą, brawurą. Niepotrzebnym ryzykowaniem życia.

Życia, które tak cudownie można spędzić w zagłębieniu własnej kanapy. Łudząc się, że tam jest się bezpiecznym i nieśmiertelnym.

19 komentarzy:

  1. Nic dodać, nic ująć. dla mnie święte słowa i nikt mi nie wmówi, że w góry się jeździ po to, by kusić los. Równie dobrze może mnie pierdyknąć tramwaj w centrum miasta.

    OdpowiedzUsuń
  2. :) lubię te Twoje filozoficzne przYpływy. Nie pierwszy raz zgadzam się w pełni...pprzypominając sobie każde 'a po co...', którego musiałam wysłuchać do tej pory.

    pozdrawiam!
    Ka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeden z najlepszych tekstów jaki przeczytałem w ciągu ostatnich lat.

    PS
    Czy już nie czas wyrzucić to "średnio" z nazwy bloga?

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam Twój styl pisania Gosiu. Uwielbiam Twój styl myślenia. W ogóle lubię Twojego bloga i mam wrażenie, że zaocznie lubię również Ciebie.
    Do zobaczenia na szlaku.
    Pozdrawiam i życzę jak najwięcej tych pięknych chwil.

    OdpowiedzUsuń
  6. właśnie nadałaś kształt moim myślom...bo też jakoś nie mogłam sobie poukładać ostatnich tatrzańskich wydarzeń i przestać o nich myśleć......pisałaś też o tym na fb, że poprzez social media śmierć w górach nie jest już tak anonimowa.....pomyślałam dokładnie tak samo...a Ty to pięknie "uczesałaś" Dziękuję
    p.s. uwielbiam tego bloga. Czytam każdą relację, chociaż przeważnie się nie wymądrzam w komentarzach. Tylko tym razem....

    Kasia L.

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo mądre słowa, Gosiu, podpisuję się obiema rękami. I nogami też:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja również podpisuję się pod Twoim tekstem wszystkimi odnóżami ;)

    Pozdrawiam Ogesto

    OdpowiedzUsuń
  9. Samo sedno po prostu. Świetny tekst i blog. Trafiłam tu dopiero ale zostane na dłużej :) pozdrawiam Weronika

    OdpowiedzUsuń
  10. Słowo "ŚREDNI" zbyt często bywa wytrychem do pozyskania akceptacji swych ambicji (w tym także autoakceptacji) w świetle faktycznie reprezentowanego poziomu umiejętności - uświadamianego sobie więcej lub mniej, ale jednak... Bywa tak, że skoro wstyd się przyznać, iż nasze kwalifikacje są de facto"niskie", że wciąż najbliżej nam do początkującego, a jednocześnie przeczuwamy, że nie wypada rekomendować siebie jako "wysoko zaawansowanego" (wykwalifikowanego) - bo nawet ślepy dostrzeże, że to nieprawda - wówczas znajduje się miejsce na szatański pomysł, by sięgnąć po określenie "ŚREDNIOZAAWANSOWANY". Magiczne słowo, które już jakoś nobilituje, a jednocześnie zapewnia "moralny margines" na wytłumaczenie każdego błędu. Stąd tylko krok, aby dla niejednej grupy stać się mentorem, a nawet jej animatorem. Apage...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam w mych skromnych progach. Spiesząc po sól i chleb zastanawiam się, gdzie się podział niemały fragment komentarza, który tu został skopiowany z fp TZ - ten o mojej głupocie.

      Usuń
    2. ...a wystarczyło zaprosić koleżankę na kurs, zamiast rozwodzić się na temat jej poziomu zaawansowania :)

      Usuń
  11. Bardzo dobrze napisane. Wszędzie można zginąć...

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie znasz dnia, ni godziny.. Za to znasz, że nasze Tatry to przepiękna kraina!!! ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Gosiu,
    Napisałem Ci kilka dni temu, że cudownie się czyta Twoje teksty. Zgadzam się co do joty z tym co napisałaś. Moja siostra zmarła jakiś czas temu w wyniku tętniaka. Uważam, że miała piękną śmierć, bo wylew nastąpił podczas jazdy na nartach i ostatnie co widziała, to piękne góry. Zawsze jak wracam z Tatr, kładę na jej grobie gałązkę kosówki. Jurek Kukuczka modlił się: „od śmierci w dolinach zachowaj nas Panie”. Dla ludzi, których mottem życiowym są słowa Wysockiego:
    Лучше гор могут быть только горы,
    На которых еще не бывал
    śmierć w górach nie jest niczym niezwykłym. To żurnaliści wokół takich przypadków robią aurę sensacji.
    Ale, żeby nie było tak poważnie, powiedz, ile razy widziałaś widmo Brockenu?
    Pozdrawiam
    Piotr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musiałam sobie przetłumaczyć translatorem, ale tak, znam te słowa. Trafne. Do szpiku kości trafne.

      Widma jeszcze nie widziałam, nad czym ubolewam.

      Usuń
  14. Aaaaagggghhhhh....[umieram]

    OdpowiedzUsuń