wtorek, 7 lipca 2015

O tym, jak w 4 dni zrobić sobie z nóg pasztet (ale zaoszczędzić na transporcie)


Zacznę od tego, że cokolwiek zostanie poniżej napisane, niespecjalnie ma się do założonego planu. Plan był bardziej morderczy. Wciąż upieram się, że co do swej istoty wykonalny. Jednak przez dwa znaczące czynniki musieliśmy zejść na ziemię i trochę ograniczyć rewir działania.
Czwartek rano, po nocnej podróży, ale w sumie dość świeżutcy, wysiadamy z busa w Łysej Polanie, przekraczamy granicę i pieszo kierujemy się do Tatrzańskiej Jaworzyny, skąd startuje szlak na Lodową Przełęcz. Jutro zamierzamy udać się na Gerlach, dziś więc chcemy dobić na Polski Grzebień. Niby można to zrobić normalnie, przez Dolinę Białej Wody. Ale wtedy będziemy tam wczesnym popołudniem i przyjdzie nam się nudzić do wieczora. Łeee. Stąd pomysł przewalenia się przez Lodową Przełęcz, Czerwoną Ławkę i Rohatkę. Wykonalne? A jakże! Z mapy wynika, że czas wyjdzie nam idealny, a my znowu nie tacy pierwsi lepsi, żeby nie podołać. Jeszcze w autobusie następuje dialog dający wyraz lekkiemu powątpiewaniu, które jednak szybko odchodzi w zapomnienie:

Bartek: - Bo tak sobie myślę, że na ten Polski Grzebień, to faktycznie byśmy za wcześnie dotarli...

Cisza, przeżuwanie kanapki.

Ja: - Ale?
Bartek: - Ale byśmy się tak nie przetyrali.

Konsumpcja kanapki trwa w najlepsze. Odczekuję jeszcze chwilę.

- I co, wymyśliłeś coś?
- Przetyrajmy się.
- Spoko.

Najpierw więc tyramy jakieś 2, może 3 kilometry szosą, po czym ładujemy się na szlak. Stwierdzamy, że te 5 godzin 15 minut z drogowskazu, to jakieś takieś dla leszczy, a my to dziabniemy w 4 godziny. Yhym, tere fere.

Nie z takimi plecakami.

Jedzonko ograniczone do niezbędnego minimum (w wersji do rozciaptania z wrzątkiem), ciuszków tylko trochę i to raczej lekkich, bo w końcu lato. Ale cóż - liny i inne wspinaczkowe zabawki swoje ważą. Do tego jeszcze śpiwory. I maty. Ałć.



Jaworowa jest piękna, zieleń aż tętni, tu las, tam polana, od czasu do czasu strumyk. I te widoki: na Tatry Bielskie, na Wysokie, ku którym zmierzamy i jakieś pobliskie, niezidentyfikowane skały. Po jakichś trzech godzinach marszu rzygamy już jednak trochę tym pięknem, chcąc się stąd po prostu wydostać.


Szlak dociera pod wielgachną granitową ścianę Jaworowych szczytów, no i cóż, cudnie tam jest, ale znów - starczy już tej cudności, ileż można, niechżeby się w końcu zmienił ten krajobraz. Tymczasem idziemy wzdłuż grani, idziemy, idzieeemy, a ja uświadamiam sobie, że źle ze mną, że mnie ten plecak nosi na boki, a każdy krok kosztuje jakoś tak zbyt wiele wysiłku. Że jednak nie dam rady tak wszędzie nosić aż takiego bagażu.

 Szama tu i teraz albo odmawiam dalszego stawiania kroków!

fot. Bartek

No nic, na razie trzeba iść. Podejście na Lodową Przełęcz to jest jakiś koszmar. Nie, żeby trudne, skąd ten pomysł? Żmudne, kruche i słabo oznakowane. Całość zajmuje nam niestety nie zuchwale przez nas przewidywane 4 godziny, a przeszło 5 i pół. Szlag by to. Zblazowani, postanawiamy się zabawić. Bartek idzie, tak o, niezobowiązująco zerknąć, co tam się dzieje troszkę wyżej. Mnie się akuratnie przypomina, że tam to jest Mały Lodowy, że miałam na niego iść rok wstecz i że trudności tam nie większe niż I i nawet via ferrata miała być. No więc, nagle zarzucamy grzeczny zamiar poruszania się szlakiem i wbijamy na grań w kierunku Małego Lodowego. Wersja oficjalna: poćwiczyć chodzenie z liną. Oficjalna trochę mniej: byliśmy bliscy śmierci z nudów.



Na powyższych zdjęciach podejście na Lodową Przełęcz;
tutaj Lodowa Przełęcz widziana z góry.

Zatem idziemy tą granią. Fajna jest całkiem. Lufiasta w każdym razie jak należy. Z liną jak to z liną - dużo zabawy, toteż schodzi nam tam trochę. A ten Mały Lodowy wyrasta przed nami taki jakiś wielki. Dzień nam się kończy, słoneczko daje znać, że wkrótce będzie myć ząbki i zbierać się lulu. Plecaki zaś ani trochę nie zelżały. Chrzanimy ten Mały Lodowy i widząc niewyraźną ścieżkę trawersującą do jakiejś przełęczy, uderzamy w owym kierunku. (Już w domu dowiaduję się, że była to Zbójnicka Ławka).


 fot. Bartek
Zbójnicka Ławka

Wybitnie tam ładnie, ale pod nogami setki metrów rumowiska, takiego no, bez przesady, da się schodzić, ale lepiej to zrobić za dnia, więc ruchy ruchy. Cały czas (od początku grani) mamy przed oczami Zbójnicką Chatę, gdzie chcemy się dostać (no na Polski Grzebień, to już dziś chyba nie zdążymy), a teraz dochodzi też doskonała widoczność szlaku z Czerwonej Ławki, który wydaje się być tuż tuż. A tu bach. Śnieg w żlebie. Dużo, długo, stromo. A żlebu nie da się obejść, bo przepaściście. Bartek zakłada, że ojtam, zejdziemy, po czym wręcza mi kijek. Upadam po jakimś, hmm czwartym kroku. Nie, nie zejdziemy. Stan, lina, ja zostaję opuszczona, Bartek zjeżdża. Tam, gdzie śnieg się kończy, chcę jakoś wyhamować na gruncie, zamiast tego resztka śniegu zapada się i noga wpada mi pomiędzy głazy. Jeszcze mam na niej guza.




Mam dziś osobliwego towarzysza. Niepokój. Zwykle w górach czuję pewność, błogość, jestem w domu, na swoim miejscu, jak puzelek w układance. Dziś mnie coś dręczy, nie pozwala się odprężyć i po prostu cieszyć. To nie jest mój dzień.

Potem, już bez większych niespodzianek przybliżamy się do szlaku. A nie, przepraszam, znów śnieg, tym razem płaskie pola. Idę wolno, najostrożniej jak umiem, a i tak ostatni krok kończy się zapadnięciem i zaklinowaniem kostki pomiędzy kamulcami. Nosz kurde!

Mały Lodowy. My złazimy z przełęczy tuż przy nim.

Wieczór jest bliski. Jesteśmy na Strzeleckich Polach. Paru gości charakterystycznie kręci się po pobliskim wzgórzu, a jeden jakby wychodzi nam naprzeciw. Jest na lekko, z czołówką na głowie, to się pytam, czy szuka koliby. Nie kuma. No to po angielsku. Nie, nie wiem, jak jest koliba, próbuję z "place to sleep" i rozpoczynamy pogawędkę. Człowiek ma w oczach pasję. Zaczyna wyliczać, ile kolib tu znalazł, pokazywać, oprowadzać, aż się nie możemy od niego opędzić. Wreszcie wybieramy najdogodniejszą i zabieramy się do jak najszczelniejszego jej obudowania, coby nie pizgało. Do zmroku ogarniamy się ze wszystkim. Śpiwór mam kiepski, jest chłodno, ale zasypiam czując się nawet komfortowo. Niestety, nie na długo. W ciągu nocy czeka mnie kilka (pojęcia nie mam, ile, może ze 6?) delirycznych pobudek. Powtarzających się nawet pomimo szczelnego owinięcia mnie w folię NRC. No więc, to jest druga przyczyna zmiany planów, uprzednio obejmujących szersze tereny. Ja się nie za bardzo nadaję do biwaków. W każdym razie, nie z tym śpiworem.

Pozę Bartka musicie wybaczyć, 
nie dysponuję lepszym zdjęciem naszej koliby ;)

Piątek, piąta rano, słyszę "dzień dobry" i widzę wycelowane we mnie go-pro. Że spało mi się tu lipnie, nie oznacza bynajmniej, że mam ochotę wstawać. No ale dobra, jakoś powolutku się zwijam.





Ruszamy i po pewnym czasie dobijamy do Zbójnickiej Chaty. To, że dziś nie zrobimy żadnego Gerlacha, jest po chichu oczywiste już chyba od dawna. Dla mnie staje się też oczywiste, że ja w ogóle nie zrobię Gerlacha, biwakując. Orientujemy się w więc w cenach noclegu. Bartek nie ma euro, ma za to szczęście, bo obok stoją goście, co akurat potrzebują złotówek. Kitramy część gratów w ichniejszej suszarni, po czym udajemy się na spacer na Świstowy Szczyt.




Tego to w ogóle w planach nie było, ale ja to się w sumie cieszę, bo miałam go na oku tak generalnie do zrobienia w wakacje. Niespiesznie wędrujemy na szczyt, przepaskudnie na nim leniuchujemy, a nawet zupełnym przypadkiem stajemy się świadkami wiekopomnego wydarzenia. Pojawia się jakiś gościu. Niby idzie tak dość na lekko, ale jednocześnie wygląda na dobrego harpagana. Zagadujemy, mówi, że idzie od Przełęczy pod Kopą, a dziś dojdzie jeszcze do Zadniego Gerlacha. Prosi o zdjęcie i o wodę, bo własna mu wypadła, gdy oparł się o skałę. Podaje maila, na który mam mu wysłać zdjęcie i coś mi zaczyna świtać.

Był to Andrzej Marcisz. Właśnie dokonujący pierwszego przejścia Głównej Grani Tatr Wysokich z wejściem na wszystkie nazwane obiekty na niej.




Schodzimy niespiesznie jeszcze bardziej, a nawet uwalamy się na trawie na jakimś płaskowyżu i śpimy z dwie godziny. O Świstowym opowiem więcej w osobnym poście.


 Tak, wszelakie skojarzenia z łzawą 
kinematografią amerykańską prawidłowe.

Parę minut po 20 układamy się już do snu w suszarni, olewając stołówkową podłogę, bo tam jeszcze głośno. Czeka nas długi dzień. Dużo dłuższy niż się spodziewamy. Dłuższy niż można sobie wyobrazić.

Sen jest czujny. Kręcę się, klepię dłonią po podłodze, Bartek odpala czołówkę. Telefon się znajduje, jest dopiero druga. No to śpimy jeszcze godzinę.

Sobota, godzina 3 nad ranem, dzwonią budziki. Spoko, wstajemy bez żadnych drzemek. Wyrabiamy się w godzinę z porannym ogarnianiem i zgodnie z założeniem o 4-tej opuszczamy schron. Mamy zamiar dziś jeszcze do niego wrócić. Musimy. Zostawiamy tu część rzeczy - wprawdzie tych mniej wartościowych, ale jednak; nie jesteśmy przygotowani do biwaku, no i w recepcji leży mój dowód (oni tam zabierają dowody do momentu zapłacenia za nocleg).



Jak? Ano zejść jakoś z Gerlacha na wschodnią stronę - prawdopodobnie Wielickim Żlebem. Dziś sobota, ludzi tam się przewali pewnie od cholery, ktoś pokieruje. Ewentualnie zejść zgodnie z pierwotnym planem Batyżowieckim Żlebem (tu już wiemy dokładnie, co i jak), następnie okrążyć masyw i powrócić w okolice Grzebienia przez Dolinę Wielicką, no a później do Staroleśnej tą samą trasą co rano. Tiru riru.


Świta, gdy szybko nabieramy wysokości, podchodząc na Rohatkę. Wyczekuję kóz i nie zawodzą. Lezie za nami cały kierdel, to rozprasza się, to znów skupia i obserwuje nas bacznie. Dalej trawersujemy zbocza Małej Wysokiej i osiągamy Polski Grzebień. Jeszcze nie ma godziny 6-tej.



Na Grzebieniu taka trochę sypialnia. Odnajdujemy Artura, z którym byliśmy tu umówieni i przygotowujemy się do dalszej drogi. Będziemy szli granią. Niezupełnie ściśle, bo w wielu miejscach będziemy ją opuszczać na rzecz zboczy, głównie po stronie Doliny Wielickiej. Wybrana przez nas droga zwie się Martinóvką (lub Martinką, albo po prostu drogą Martina) i będąc oszacowaną na trudności dwójkowe, nie jest bynajmniej najprostszym sposobem dostania się na Gerlach. Za to zdecydowanie ciekawym. Wedle wszelkich przewidywań, przewodników, relacji i szkiców, ma nam ona zająć pięć do sześciu godzin. Zajmie dziesięć. Mniejsza o przyczyny. Grunt, że siedząc na szczycie, miałam mózg wywrócony na drugą stronę i chciałam do mamusi, do miasta, gdziekolwiek, byleby już zakończyć tę wyrypę.




Wrażenia z trasy będą w osobnym poście. Tymczasem na zegarze szesnasta, wszystkie zespoły nas powyprzedzały i dawno sobie poszły, na wierzchołku plażinguje tylko grupa Polaków, a oni akurat mówią, że Wielickiej Próby to nie znają, ale podobno łatwo się zgubić. Zaczynają pojawiać się kolejne zespoły wspinaczy kończących drogi w zachodniej ścianie. Też straszą tą Wielicką. Późno jest, będzie tam pusto, no i ma się ku wieczorowi. Schodzimy Batyżowieckim.

W Dolinie Batyżowieckiej jesteśmy jakoś po 19-tej. Mamy ze dwie godziny do zmroku, przejście przez Rohatkę odpada, bo choć za dnia tam raczej łatwo, to po nocy trochę strach się włóczyć. Zbójnicka Chata jest bardzo, bardzo daleko. Absurdalnie daleko. Zbyt daleko, aby było rozsądnym iść tam o tej porze po takim wyrypie.

Ale cóż niby innego począć? Nie mamy śpiworów, tylko parę lekkich ciuchów, biwak nie wchodzi w grę. Już niby mamy zejść do Wyżnich Hag, ale co tam ze sobą zrobimy? Zabulimy za nocleg? Nie starczy nam euro. Przesiedzimy na stacji benzynowej? A co jeśli tam nie ma stacji? Rano i tak będziemy musieli ruszyć do Staroleśnej, chociażby po mój dowód. Schodząc do miasta, dołożymy sobie tylko drogi.

Wyję, mażę się, że nie mam siły. Upieram się na to miasto, ale dociera do mnie irracjonalność tego pomysłu.

Od ponad piętnastu godzin chodzimy po górach, zrobiliśmy kawał ciekawej i trudnawej trasy, mamy za sobą dopiero co ukończone męczące zejście (omijanie śniegu po skałach - no przecież miodzio...) i... właśnie wyruszamy w przeszło siedmiogodzinną drogę do "naszego" schroniska.

Ach, tylko jeszcze dzwonię do kolegi i proszę, aby powiadomił schron (zna język, więc zrobi to dobrze), że nic nam nie jest. Nie wyglądali na takich, co mieliby nie mieć tego w dupie, no ale niech tam.


Opuszczamy Batyżowiecką Dolinę, kolorową od biwakujących w niej taterników. Omijamy Staw, którego przeciwległe brzegi sprawiają wrażenie, jakby za nimi urywał się horyzont i kończył cały świat. Drepczemy magistralą. Jest jeszcze szaro, gdy zahaczamy o rozbrzmiewający życiem i śmierdzący luksusem Śląski Dom (jest wi-fi, wrzucam fotę na fejsa). Dalej już z czołówkami. Do Śląskiego Domu wlekliśmy się ponad godzinę, teraz wedle mapy czekają nas prawie dwie godziny marszu, by przedreptać u stóp Sławkowskiego i dotrzeć na Hrebienok. Jeszcze jakoś idę, automat po prostu. Na Siodełku postój i moje załamanie nerwowe. Tak szlocham, że aż się trzęsę. Jestem zbyt zmęczona, by wstać, a tu jeszcze niemal 3 godziny rypania do Zbójnickiej. Ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Wstaję i idę. Aż mi się skręcają wnętrzności, gdy patrzę na szlakowskaz, potwierdzający moje przypuszczenia dotyczące czasu. Już nie umiem się wyłączyć, po prostu iść. Zmęczenie osiąga constans, nie pozwala o sobie nie myśleć. Dochodzi do tego rwący ból nóg.

Przywołuję na myśl postacie. Joe Simpson, Tony Kurtz, ta kobieta, co przetrwała kilka dni ponad Żlebem Drege'a. To moje to jest nic. Ja tylko muszę iść.

A jednak, w żaden sposób nie umiem wysłowić, jak bardzo jest to okropne.

W schronisku jesteśmy o 2.40. Wycieczka trwała niemal 23 godziny. Dzień zaczął się dla nas już prawie równo dobę temu.

Żeby było śmieszniej, suszarnia jest zajęta. Żeby już w ogóle parsknąć śmiechem - ktoś śpi na naszych matach. Budzimy, przepraszamy, ale stanowczo prosimy o zwrot. W stołówce ciasno, układamy się więc w korytarzu obok kilkunastu poustawianych tam par butów. Ostatkiem sił się nawet myję w umywalce za kotarą, obok kuchni turystycznej, służącej tam za prysznic. Zastanawiacie się, czy jest tam ciepła woda? Wszyscy się zastanawiają. Wszyscy mają nadzieję.

Nie ma.

Tupanie. O coraz większej częstotliwości. Naciskam przycisk w telefonie. Niedziela, godzina szósta rano. No dobrze, parę minut po. Spałam 3 godziny. Najgorszy kac po największym melanżu to przy tym jak york przy owczarku niemieckim. A tu każą wstawać, bo ludzie nie mają jak chodzić. To niech, kuźwa, fruwają!

No dobra, wstajemy.

Ogarnianie jest powolne i bolesne, choć Bartek ma siłę nawet z kimś gadać. Gdy trochę się luzuje, łapię jeszcze z godzinkę snu. O 10-tej, po raptem siedmiu godzinach odpoczynku, ruszamy znowu. I to znowu na Rohatkę.

 Rohatka z oddali

Tym razem już nie w rześkości i brzasku poranka, a w paskudnym i wstrętnym upale. I znów z kompletnie załadowanymi plecakami. Ja ledwo zipię z wyczerpania, Bartka bolą stopy. Spoko, potem będą boleć i mnie. Na Rohatce wydaje nam się, że luz, że teraz już tylko w dół, jesteśmy uratowani, takie tam. Tymczasem zejście do Doliny Białej Wody rozwala nas zupełnie. Stawianie nóg tak jak zwykle jest zbyt bolesne, muszę więc mocno uważać, bo wykręcają mi się na wszystkie strony. A że weszłam niedawno w posiadanie podejściówek, wreszcie litując się nad sobą i nie każąc sobie dźwigać latem ciężkich treków, o uraz kostki jednak łatwiej.



Pomaga strumień przy Polanie pod Wysoką, do którego ładujemy stopy. Taka krioterapia. Brr, też boli, ale zawsze to inny ból. Do wylotu doliny daleeeko, ale przynajmniej po płaskim. Wleczemy się jak żywe trupy.

Około 18-tej jesteśmy w Łysej Polanie. W Zakopanem dopadamy do jedzenia (dajcie nam mięsa!!!) i piwa. A potem żremy jeszcze lody. I czipsy. I popijamy kolejnym piwem.

 Strzeżcie się, w Zakopcu podają takie dziwne tortille.
("Od razu mi lepiej w nogi")

Później już tylko dwie godziny czekania na autobus. I sześć godzin jazdy.

W którymś momencie - nie wiem, czy na przystanku w Łysej Polanie, czy podczas napełniania brzuszka tortillą lub piwem, czy w autobusie - nagle wszystko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Ból nóg, zmęczenie, traumatyczne wspomnienie nocnej wędrówki do Doliny Staroleśnej, cokolwiek, co miało negatywne zabarwienie emocjonalne. To odchodzi, znika. Lubię metafory, hmm, pomyślmy. Niech będzie drzeworyt, robiłam kiedyś na plastyce czy technice marne substytuty w płytce pcv. Poryty materiał, poraniony, niespecjalnie ładny. Smarujesz farbą, odbijasz i - o proszę - masz piękny obraz. I tak to u mnie wygląda. Wszystko co przykre, przestało się liczyć. Została radość z długiej, intensywnej, pięknej i pełnej górskich wrażeń przeprawy.

No bo przecież: Pain is temporary. Glory lasts forever. :P


Filmik Bartka:


20 komentarzy:

  1. Brawo, jestem pełna podziwu!!! :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Doskonale się czyta Twoje teksty. Piękna wyrypa. Gratulacje. Takie przejścia robiłem jak byłem „młodym podchorążym” (Studium Wojskowego Politechniki Śląskiej, of course). Wczoraj schodziłem Białą Wodą (z Hrebienoka przez Polski Grzebień) z podobnymi odczuciami i z krio w Litworowej Wodzie. Ale w Białej Wodzie można się również delektować faktem, że na całej drodze od razczestia pod Polskim Grzebieniem do Łysej spotykasz circa about 20 osób, podczas gdy nie tak daleko od Ciebie na zachód zasuwa procesja, albo pochód, jak kto woli…
    Pozdrawiam i czekam na kolejne teksty.
    Piotr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W niedzielę tam były tłumy :D. A na tygodniu za to pustki chyba w całych słowackich.

      Dzięki za miłe słowo :). Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Jesteś turbo-dreptaczka. :) Ale, jakby mnie na głodzie tak w Tatry puścili, to też bym tyrała, choćbym miała skałę gryźć. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był pomysł, żeby iść na zębach, jak już nogi bardzo bolały...

      Usuń
  4. Planowanie tras coś u Was szwankuje :) Można wiedzieć jaki początkowo zakładaliście czas przejścia pętli ze Zbójnickiej na Gerlach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cała pętla była generalnie planowana na przypał, ale mieliśmy iść jednak za dnia, więc byłaby krótsza - przez Polski Grzebień, nie przez Hrebienok. Plan się sypnął na grani. Zakładaliśmy, że zrobimy ją w 5-6 godzin. A zajęła nam przeszło 10. Po prostu umówiliśmy się z trzecią osobą i okazało się, że ta osoba szła wolniej.

      Usuń
  5. Podziwiam i gratuluję :) Fajnie napisane...:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mordercza wyrypa i świetny tekst

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetny opis, Niezła przygoda :) Choć sama nie wiem jak zachowałabym się w takiej sytuacji, Ale dobrze, że daliście cynk do schroniska. Pamiętam sytuację z Żarskiej Chaty. Zeszłam tam na nocleg w totalny deszcz i burzę, po mnie przyszedł jeszcze jeden pan. W pewnym momencie panie z obsługi zaczęły się pytać, czy nie spotkaliśmy po drodze grupki Polaków, którzy wyszli wcześnie i dawno już powinni być z powrotem. Nikogo po drodze nie spotkaliśmy. Na szczęście przyszli za jakiś czas. Czyli zawsze lepiej powiadomić. Tak samo daję znać na kwaterze, jeśli zdarza mi się spać gdzieś poza. Może tego nie widać, ale obserwują, czy wszyscy dotarli na miejsce.
    Lubię czytać opisy Twoich wypraw :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Super, super i jeszcze raz super. Wyryp konkretny ale wiem, że pewnie Cię teraz duma rozpiera z takiej trasy, że inni Cię podziwiają i zazdroszczą. Te okropne męczarnie są tego warte jednak :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Hm, w moim odbiorze świata ociera się to o klimaty masochistyczne albo celowe, planowe działania, którego wynikiem mają być świetnie czytające się historie... :)

    OdpowiedzUsuń