środa, 6 stycznia 2016

Wszystko fajnie, tylko czemu tak piździ? - Północny Filar Świnicy (IV+) zimą


Pod koniec roku układa mi się zwykle dłuższe wolne. Nie jestem najlepsza w planowaniu, a w ogóle powątpiewam w pogodę w okresie świątecznym, ale powiedzmy, że "wstępnie jadę". Tak "wstępnie jadę" od co najmniej paru miesięcy, ostateczna decyzja zapada, gdy stopień zagrożenia lawinowego spada do jedynki, żałosne resztki śniegu na kamerkach pozwalają tej jedynce mocno ufać, a na mountain forecast robi się żółto od słoneczek. Dodatkowo idzie w dół temperatura, więc nie będzie brei. Raczej bosko.


Przyjeżdżamy do Zakopanego w nocy z poniedziałku na wtorek, dziko obładowani. Wchodzimy akurat w ulicę Chałubińskiego, do samych Kuźnic mając jeszcze z 40 minut dreptania, gdy ktoś lituje się nad nami i proponuje podwózkę do... Brzezin.

No, czemu nie? Tam przynajmniej będzie w miarę płasko, a to nie bez znaczenia, gdy się niesie na plecach coś, co ledwo można podnieść. Kto kiedykolwiek szedł jednak przez Psią Trawkę, wie zapewne, że ta względna płaskość ma swoją cenę, jaką jest absolutna nuda połączona z totalną dezorientacją, gdzie się jest i ile jeszcze wobec tego zostało. Ciągle więc noc i drzewa, noc i drzewa. Jedynym urozmaiceniem jest to pojawiający się, to znikający ze ścieżki lód. I sporadyczne iskry spod raków , gdy go akurat nie ma.

Docieramy do Murowańca w samym środku nocy, definitywnie zamuleni. Przycupujemy gdzieś w kącie i przysypiamy do rana. Po szóstej schronisko ożywa, a my wraz z nim. Przepakowujemy klamoty, aby część z nich zdeponować w bagażowni, co na najbliższe 6 dni stanie się zresztą naszym codziennym rytuałem. Ogarniamy się, wpisujemy do książki i ruszamy na"Klisia", czyli drogę wspinaczkową w rejonie Kotła Kościelcowego.


Na ten dzień potrzebujemy bowiem czegoś krótkiego w bliskiej okolicy. Magazynujemy siły na dzień kolejny.




Kliś mnie nie porwał. Zapytana gdzieś w połowie o wrażenia, burknęłam: "pielenie kuźwa grządek". Śniegu na tej drodze zero i pierwsze dwa - te łatwe - wyciągi naprawdę pokonujemy dziabiąc zmrożone trawki. Dopiero ostatni wyciąg, nota bene chyba nawet piątkowy, prowadzący zacięciem, to fajna zabawa w skale.



Brzmi hop siup, ale dzień nam na tym zszedł. Ogólnie przygoda bez rewelacji, dla mnie to taki powiedzmy "kursowy" dzień. Coś nowego, jakaś nauka, jakieś doświadczenie. No i dobra rozgrzewka.




Drogę opuszczamy około 50-metrowym zjazdem, po czym brzegiem stawu, w zapadającym powoli mglistym mroku, kierujemy się ku schronisku. Kolacja, znowu rajdy do bagażowni, piwo, prysznic i o 20-tej jesteśmy w łóziu. W chwilę potem już smacznie śpimy.

Dlatego odruchowo odrzucam nagłe i niespodziewane telefony od znajomych około 22-giej, która po dwóch godzinach snu, wydaje się być dziwaczną porą na pogaduchy. Odrzuceni znajomi zaczynają pisać sms-y, z których dowiaduję się, że jakaś kobieta zginęła w Kulczynie i że dobrze by było, gdybym dała znać, że to nie ja. W tym samym czasie w pokoju robi się małe poruszenie, głośne szepty rozprawiają o wypadku, wyraźnie dociera do mnie tylko ostatnie zdanie: "teraz pewnie zwożą zwłoki". Ktoś otwiera okno, z zewnątrz dociera warkot silników samochodów. Gdzieś na dole siedzi pewnie jej rodzina, pogrążona w niemym zdziwieniu, że tak się można poślizgnąć i w chwilę potem nie żyć i w powoli dochodzącym do świadomości żalu. Dziwnie mi się ponownie zasypia.


Wstajemy, bez marudzenia, o 4-tej. Żwawy start zajmuje i tak prawie półtorej godziny. Jakoś o 5.30 wychodzimy. Noc jeszcze w pełni, siecze mróz, ale idziemy szybko po twardym śniegu, to i zimno nam nie jest. Tylko policzki szczypią. Zieloną Gąsienicową przemierzamy całkiem sprawnie i pod Północnym Filarem Świnicy meldujemy się tuż przed świtem.



Czemu Północny Filar? Zaczynam wprawdzie mieć jakieś własne wspinaczkowe marzenia, ale to akurat jeszcze zapożyczam od Bartka. Osobiście miałam ochotę wyrobić się ze Świnicą latem, ale wyszło jak wyszło, mamy zimę, siedzimy kilka dni w górach, po polskiej stronie, coś trzeba robić. A wczorajszy ostatni wyciąg, utwierdza mnie w przekonaniu, że dam sobie radę i na filarze.


Prowadzić całą drogę będzie Bartek. Ja asekuruję, rozmontowuję stany, zbieram przeloty, wiadomo.

Rano nachodzi mnie konkluzja, że dzień jest naprawdę zimny. Nic wtedy jeszcze nie wiem jednak o zimnie. I o tym, jak bardzo za parę godzin marzyć będę, żeby było mi tak zimno, jak rano.



Na początku jest sporo lodu. Właściwie wszystko jest zaglazurowane. Ale to jeszcze dość łatwy wyciąg. Za chwilę czekają nas pola śnieżne, ale zanim one...

Ledwo wzeszło słońce, odzywa się charakterystyczny furkot, a nad Zakopane podrywa się czerwono-biała maszyna. Leci gdzieś nad Pięć Stawów, potem jest chwila ciszy, za czas jakiś wraca. Nie mija pół godziny, gdy znów z sms-ów dowiaduję się o śmierci w pobliżu.

Robimy chyba dwa długie - na całą długość liny - wyciągi po śniegu. Rzadkie przeloty, bo nie ma w co ich wsadzić, moje zgrabiałe ręce nie nadążające z wydawaniem liny, bo śnieg pewny, idzie się dobrze, więc Bartek porusza się szybko. Wreszcie gdzieś na trzecim zdaje się, śnieżnym wyciągu, zmuszeni jesteśmy iść na lotnej, bo nie ma gdzie założyć stanowiska. Właściwie, to można było taką decyzję podjąć wcześniej - zaoszczędzilibyśmy dużo czasu.


Wtedy jednak nie spieszyło nam się jeszcze, zdawało się, że czasu mamy  wystarczająco w zanadrzu.

Dopóki idziemy na tej lotnej po śniegu, z powtykanymi tu i ówdzie przelotami, jest git. Śnieg naprawdę stabilny, osadzone w nim dziaby dają poczucie bezpieczeństwa. Gorzej, że tam z przodu Bartkowi śnieg się kończy, a stanu dalej nie ma gdzie założyć. Wreszcie gdzieś tam mu się to udaje, a ja, korzystając z chwili postoju, podjadam czekoladę.

Nie najadam się nią bynajmniej. Śniadanie zużyłam na dojście pod ścianę i początek drogi, potem udało mi się szybko wsunąć tylko orzeszki. A piszę o tym, bo... potem jakoś tak nie będę miała czasu jeść.

O, widać już szczyt! :P
Trzymana już na wędce, opuszczam połacie śniegu i wkraczam w znów mocno zalodzony teren. Docieram do Bartka. Czas wciąż zadowalający, ogólnie wszystko zadowalające. Po raz ostatni.

Bartek znów rusza, ja znów asekuruję, a w odpowiednim momencie zbieram graty ze stanu i idę za nim. Tu już jest trudniej, schodzi mi więc chwilę. Do pokonania strome kawałki. Czyste i suche, więc nie bardzo jest w co dziabnąć. Tu nie ma grządek, jak na Klisiu. Coś się zaczyna dziać z krótkofalówką. Niby działa, ale ja Bartka nie słyszę. Gdy do niego dobijam, kuli się przy stanowisku, zgięty w pałąk. Straszliwie tam wieje, ale mamy nadzieję, że może to tylko jedno miejsce z takim przeciągiem, a dalej się uspokoi. Figa z makiem.

W każdym razie dokonujemy wszelkich niezbędnych czynności i Bartek idzie. Ogólnie to znajdujemy się na siodełku, skąd widać wydeptany wycof do Świnickiej Przełęczy. Nam zupełnie niepotrzebny, bo czas przecież dobry, a wiać może wyżej przestanie. Nie widać za to za bardzo, gdzie mamy iść. Bartek zapycha się w strome skałki i klnie głośno, a ja mam serce w gardle, bo wiem, że jak klnie, to znaczy, że nie może uwolnić ręki i zrobić przelotu. A jest sporo nad platformą, z której ruszył. Dostrzegam obejście, ale nie chcąc mu dodatkowo zawracać nim głowy w nerwowej chwili, siedzę już cicho.

Świnicka Przełęcz

Znaczy się stoję, nie siedzę, choć też kulę się coraz bardziej. Z początku było mi tam nawet ciepło, ale z upływem kolejnych długich minut i kwadransów i każdym kolejnym uderzeniem wiatru, zapominałam całkiem, jak to jest, gdy jest ciepło. To wtedy zaczęłam tęsknić za porannym, siekącym, siarczystym, ale jakże spokojnym mrozem.

Tutaj aż huczało, a każdy huk oznaczał, że w przeciągu kilku sekund silna fala lodowatego powietrza szarpnie mną i wzdrygnie i przeszyje mnie, pomimo wielu ciepłych warstw odzieży.

Przestępuję z nogi na nogę. Z dłońmi nie bardzo mogę coś zrobić, bo czuwają przy linie. Niechże już rzuci komendę, że ma auto. Żebym tylko mogła puścić linę i pomachać ramionami, potrzeć ręką o rękę, pochodzić swobodnie wzdłuż balkoniku, na którym stoję i żywcem zamarzam.






Niebo powoli popołudniowieje. Zerkam na inne góry, by oszacować naszą wysokość. Do szczytu wzwyż raczej już nie za wiele, bardzo dużo wysokości nabraliśmy na polach śnieżnych, ale od wierzchołka dzielą nas odcinki skalne o sporych trudnościach.

Już kij jednak z tym, że mi zimno, żem głodna i od godziny chce mi się sikać i kij nawet z tym, że grudniowe południe raptownie przechodzi w grudniowe popołudnie, a od niego, to tylko chwila i będzie wieczór.


Nie działa radio.

Słyszę, że Bartek się do mnie drze z góry, ale wicher rozrywa słowa na bezsensowne sylaby i dźwięki. "Włącz radio" - dociera do mnie w końcu. Sprawdzam: włączone. Sprawdzam, czy aby nie wyciszone: nie. Ale nie działa, nie słyszę go. Drę się więc ku górze, choć otwieranie ust na tym huraganie przyjemnie nie jest, że nie działa i skupiam wszystkie siły na zrozumieniu kolejnych komunikatów.

Wrzeszczymy tak do siebie, bezowocnie, całkiem długo. W końcu, w krótkiej chwili przerwy od wiatru słyszę od dawna wyczekiwaną komendę: "mam auto". Jestem pewna, co słyszę. Gdybym nie była, nie wypięłabym liny z przyrządu. Oddycham z ulgą, zaczynam się rozgrzewać i cieszę się, że jeszcze tylko parę minut i powoli zacznę opuszczać ten wypizdów. Mój entuzjazm gaśnie, gdy znowu dociera do mnie urywany krzyk Bartka.

Teraz powinien wybrać linę, ja owszem, powinnam jakoś dać znać, kiedy lina się skończy. Sęk w tym, że on tej liny nie wybrał ani trochę, a drze się.

Nie mam pojęcia, co się drze. Wydaje mi się, że słyszę słowo "lina". Wpadam w panikę. A co, jeśli źle usłyszałam poprzedni komunikat? Co jeśli wcale nie jest przyaucony? Nie no, wiem, co słyszałam. Ale jeśli jednak chce iść dalej, dalej założyć stanowisko i pyta mnie właśnie, ile ma jeszcze liny do dyspozycji?

Cholera wie, o co mu może chodzić z tą liną. Nie dogadamy się tak, a to zbyt niebezpieczne, by działać bez dogadania. Ściągam rękawiczkę i skostniałą dłonią ostrożnie wyjmuję z kieszeni telefon. Bartek wpada na identyczny pomysł w tym samym momencie, bo akurat do mnie dzwoni.

Ustalamy, że on przez radio mnie słyszy, a tylko ja nie słyszę jego, zatem ja mogę się przez nie odzywać i mieć pewność, że moje komunikaty docierają. Gorzej w drugą stronę. W każdym razie wszystko jest ok, poza tym, że ja tu zaraz umrę. Bartek zbiera linę, ja bolącymi z zimna dłońmi zbieram szpej i ruszam.

Ruszam i zaraz się zatykam. Nie dziwię się, że Bartkowi trudno było wsadzić na tej stromej, a nawet trochę wybrzuszonej ściance przelot, bo ja go nie mogę nawet wyciągnąć. Osuwam się w tym miejscu, ilekroć oswobadzam jedną rękę. Tyle dobrze, że w ruchu jest mi już trochę cieplej. Spieszę się jednak, bo domyślam się, że on tam teraz gdzieś marznie, zaczęłam bowiem wątpić, że wiatr był wynikiem chwilowego wystawienia się na przeciąg. A, no i popołudnie jakoś tak szybko mija.


Udaje mi się pokonać największą trudność. Dalej idzie mi już sprawniej. Ale ogólnie drętwa już jestem z tego wiatru, głodu i pełnego pęcherza i zaczynam mieć dość tej zabawy. Tymczasem przed nami jeszcze bodaj dwa wyciągi. Też po stromych skałach.

Na kolejnym stanie pizga dokładnie tak samo. Niebo lekko pomarańczowieje, Bartek znika gdzieś nade mną, a ja jak tak patrzę na to, którędy znika (wspin po płycie), to nie bardzo sobie wyobrażam swoje znikanie tam. Ale marzę o tym, żeby już musieć sobie wyobrazić.



Mija sporo czasu, dzień się kończy, nie ma już szans na ukończenie drogi przed zmrokiem. Drepczę w miejscu, zazdroszczę ludziom, których podglądam na Świnickiej Przełęczy, a wiatr rozwiewa moje ciekłe gile na cztery strony świata. Droga jest w sumie fajna, a poza schrzanioną krótkofalą i zapadającym wieczorem, wszystko idzie dobrze. Ale wicher przyciska do skały i miażdży moje morale, a mnie prawie doprowadza do płaczu. Prawie, bo tak właściwie to płaczę, ale na sucho. Stękam sobie i jęczę. Jeszcze mi tylko łez na policzkach w tym mrozie brakuje.


Znów ruszam i jakoś powoli pokonuję kulminacyjne trudności. Jeszcze jeden wyciąg. Zdecydowanie mamy przed sobą kominek. Kominek, czyli zdaje się już kocówka drogi. Oby.

Zmierzcha, ja idę już po ciemku. Siłuję się z jakąś zatartą kością i nie mogę dogadać, czy wolno mi ją zostawić. Okazuje się zresztą, że to nie była kość Bartka. A nawet gdyby, to zdecydowane szarpnięcia liną sugerują, że mam ją mieć w dupie. Jakkolwiek brzmi wyrażenie: "mieć kość w dupie".

Stanowisko, już chyba ostatnie. Dalszy teren wygląda na łatwy, wedle topo - jedynkowy. Decyzja, że zwijamy liny. "Moja" plącze mi się i rozwala. Obiektywnie rzecz ujmując, wciąż wszystko gra. Ale ja umordowana tym bezustannym szarpaniem i huczeniem wiatru, teraz jeszcze trochę spotęgowanym przez ograniczenie bodźców wzrokowych (ciemność), odczuwam coś na kształt przerażenia. Już nie wspominając o tym, że zaraz chyba zleję się w uprząż, a w ramach zaspokajania głodu wgryzę się w Bartka.

Do szczytu idziemy zaśnieżoną ścieżką. Łatwą, lecz stromą i chyba z kryjącą się w mroku konkretną lufą pod spodem. Mocno wbijam dziaby w śnieg.

Chwila i jesteśmy pod szczytem, w zawietrznym miejscu. Zdecydowanie wraca mi humor i nawet z chęcią wyłażę na wierzchołek, choć urywa nam na nim głowy, celem spróbowania zrobienia jakiegoś zdjęcia.


Efekt dupy nie urywa.

Wspinaczka Północnym Filarem kończy się na niższym wierzchołku Świnicy. Stąd zdecydowanie bliżej do przełęczy niż z głównego. Najpierw strome zejście z wierzchołka, potem już mniej stromo szlakiem. A ze Świnickiej Przełęczy do doliny znowu stromizna.


Po czujnym zejściu, zostaje już tylko monotonne dreptanie w kierunku schroniska. Nie za bardzo wiemy, która jest godzina. Siedzimy akurat na ławce pod Murowańcem i zdejmujemy raki, gdy dzwoni mój telefon. Już mam olać i oddzwonić później, domyślając się, że to znów moja babcia, ale przytomnieję i zerkam na wyświetlacz. Obcy numer. "Dobry wieczór, z tej strony Adam Marasek. Wy schodzicie ze Świnicy, tak?".

Okazało się, że przekroczyliśmy o pół godziny wpisany w książkę czas powrotu. Z panem Adamem dokończyliśmy konwersację w chwilę później, już "na żywo", w holu schroniska.

Już kiedyś pisałam o tym, jak to u mnie jest z górskimi wycieczkami. Może być ciężko, może być zimno, mogę kwękać, mieć dosyć i woleć być chociażby w pracy, niż tam, w środku ściany, w środku gór, w środku zimy, ale... Potem raźny krok sprawia, że ciało się rozgrzewa, w schronisku czeka gwar, wygody łóżka, tylko schabowy kurna nie czeka, bo mi kuchnię zamknęli na pięć minut przed tym, jak przyszłam. I wszystko gdzieś uchodzi, jakoś się zaciera. Zostaje radocha z przygody, duma ze sprostania wyzwaniu. Nie, żebym miała ochotę robić to po raz drugi. Ale nie przeszkadza mi ten brak ochoty w cieszeniu się, że to zrobiłam.



(Zdjęć z tego dnia prawie nie mamy, od kiedy zorientowaliśmy się, że goni nas czas, nie bardzo zawracaliśmy sobie nimi głowę. )

10 komentarzy:

  1. Czuć te emocje..
    Graty za kawał ładnego klasyka zimą, no i dzięki za info, mieliśmy go w planie dokładnie w Nowy Rok, ale nam spać nie dali do 5.., więc po nieprzespanej nocy "wypieliliśmy" to co zostawiliście na Klisiu.. ;) cd.. znany ;)
    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta, a na Potoczku też pewnie siano, tak przynajmniej ktoś w książce pisał...

      Usuń
    2. Wiesz.. wbrew temu co ktoś napisał, było znacznie lepiej. Z tym że my, poza pierwszymi dwoma wyciągami i ostatnim, szliśmy własnymi wariantami. Trochę było to spowodowane tym, że nie chcieliśmy się krzyżować z jakimś kursowym zespołem, a trochę szukaliśmy "ciekawszych, trudniejszych rozwiązań". Efektem tego wyszedł kawał fajnej wspinaczkowo linii.

      Usuń
  2. Sorry że obudziłam. 😉 Te mrozy kurde dla mnie nie do ogarnięcia, także szacun żeście podołali. ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie szkodzi, to nawet miłe, że się ktoś martwi, zresztą nie obudziłaś pierwsza ;).

      Usuń
  3. Gratki, że się udało mimo takiej pizgawicy. Szacun!

    OdpowiedzUsuń
  4. Mrożąca krew opowieść ;) Fajnie, że Wam się udało bezpiecznie wrócić.
    Po tym jak Cię zaczepiłam w schronisku we wtorek, wracaliśmy czarnym do Brzezin, już prawie na parkingu oberwałam gałęzią w oko i następny dzień spędziłam z nfztem. :P
    Miło było poznać, pozdrawiam. Magda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ło matko, czarna seria Cię chciała dosięgnąć na brzezińskim parkingu :O

      Miło, że się odezwałaś. W ogóle w trakcie tego pobytu zagadało jakieś 5 czy 6 osób, to miła odmiana od czytania zamiast tego później "widziałem cię tu i tu" ;).

      Usuń
  5. Na ostatnim zdjęciu widzę, że aktynobacyloza zbiera swoje żniwo także wśród ludzi. A znacie ten stary kawał. Wchodzi drwal do baru, pokazuje ręką firmowy znak Bartosza KWAQ Kwaczyńskiego i mówi "Cztery piwa proszę.". pozdro Eli

    OdpowiedzUsuń