piątek, 25 marca 2016

"Góry. Medycyna. Antropologia." Zdzisław Jan Ryn


Zdzisław Jan Ryn
(ur. 21 października 1938 w Szczyrku) – polski dyplomata, lekarz psychiatra, profesor nauk medycznych Collegium Medicum UJ, publicysta, były ambasador RP w Chile i Argentynie, alpinista, podróżnik, członek The Explorers Club, znawca i eksplorator Andów. Od 2011 do 2014 prezes, a od 2014 członek honorowy Polskiego Towarzystwa Medycyny i Ratownictwa Górskiego - to za Wikipedią.

Sam przyznaje, że stworzył właśnie dzieło życia. Urodzony w górach, utytułowany lekarz, a jednocześnie aktywny podróżnik i alpinista. Pasjonat. Ta książka nie może być zła.
I nie jest.



Okładka obiecująca, nasuwająca oczywiste skojarzenia z symbolem medycyny - Laską Eskulapa. Tu zamiast laski jest, a jakże! - czekan, w miejsce węża zaś mamy linę. Smacznie.
No ale nie po okładce...

Treść zatem. Umówmy się tak - autorem owej publikacji jest profesor i medyk. Można się zatem spodziewać, że książka ta będzie mieć charakter naukowy i ociupinkę bardziej niż o antropologii, traktować będzie jednak o medycynie.

No i tak to właśnie wygląda. Przy tym, co by nie odstraszyć, od razu nadmieniam, że naukowość książki nie powoduje jej niezrozumiałości. Język jest przystępny. Na pewno większą wiedzę wyciągnie z niej ktoś, kto ma cokolwiek wspólnego z medycyną niż ja. Ale nawet ja przez nią przebrnęłam.

A było przez co brnąć. Cała pozycja liczy sobie przeszło 800 stron. Chociaż tekst kończy się już około strony nr 700 (dalej są przypisy, indeks i zdjęcia), to i tak jest co czytać.

No dobrze, przyznaję się - czasem tylko rzucałam okiem na daną stronę i jeśli nie znalazłam na niej czegoś, co by mnie zainteresowało, po prostu leciałam dalej. Zdecydowaną większość rozdziałów jednak wchłonęłam.

Z początku traktowałam lekturę tej książki jako jakąś tam ciekawostkę. Im jednak bardziej zagłębiałam się w tematykę, tym moje nastawienie się stopniowo zmieniało. Mówiąc wprost - gdzieś w połowie doznałam olśnienia, że jeśli kiedykolwiek pojadę w Alpy czy inne góry wyższe od Tatr, a pewnie kiedyś to zrobię, to zagadnienie choroby górskiej będzie mnie dotyczyć jakby bezpośrednio.

Generalizując, jakkolwiek trochę krzywdząco, można w skrócie stwierdzić, że opisywana książka jest właśnie o tym - o chorobie górskiej (czyli wysokościowej, w tym o wysokościowym obrzęku płuc i wysokościowym obrzęku mózgu). O historii jej poznawania, o konkretnych jej przypadkach, o jej odmianach i objawach. Przy tym kolejne rozdziały i podrozdziały są napisane tak, aby mógł skorzystać z nich ktoś, kto nie przeczytał całej książki. Informacje się więc po prostu powtarzają.

Były to właśnie jedne z tych fragmentów, które przeskakiwałam, ale... nie zawsze. Niektóre bowiem z premedytacją czytałam po raz drugi czy trzeci, próbując się ich po prostu trochę nauczyć.
Z opisami mającymi charakter stricte medyczny dawałam sobie jednak spokój. Szło zrozumieć, o co w nich chodzi, ale nie było szans, abym cokolwiek z tego zapamiętała.
No dobrze, trzy akapity wyżej stwierdziłam, że generalizacja, iż książka traktuje prawie wyłącznie o chorobie górskiej jest krzywdząca. "Góry. Medycyna. Antropologia" to bowiem kawał solidnej literatury przedmiotu, traktującej ludzką działalność górską tak wieloaspektowo, jak to chyba tylko możliwe.

Nie brak tu więc stron poświęconych dawnym (albo i współczesnym) wierzeniom ludowym, utożsamiającym górskie wierzchołki z bóstwami. Nie brak analizy relacji i podań górskich zdobywców, w celu wyłuszczenia odpowiedzi na odwieczne pytanie: "po co?!". Jest i co nieco o psychologii, a dokładniej o profilach psychologicznych himalaistów. I o "antidotum" czy może raczej "szczepionce" na chorobę górską, czyli o aklimatyzacji. I o ludach zamieszkujących ekstremalne wysokości od urodzenia. W ogóle, dużo wszystkiego, co w jakikolwiek sposób związane z górami jest w tej książce.

Czy polecam? Zależy komu. To nie jest wartka, wciągająca opowieść, tylko poważna publikacja. Aczkolwiek myślę, że każdy, kto kiedykolwiek planuje podbój trzech tysięcy n.p.m. lub jeszcze wyższy, ten powinien na półce mieć. A jeszcze lepiej w głowie ;). Albo jeśli kogoś po prostu ta tematyka ciekawi.

Na koniec mała ciekawostka. W Tatrach stosunkowo często dochodzi do zgonów nie związanych w żaden sposób z ukształtowaniem terenu. Ot, ktoś sobie szedł i nagle padł na jakiś zawał albo inną nagłą plagę. Zwykło się to brać za śmierć naturalną, wynikłą z niezdiagnozowanych wcześniej wad czy niewydolności, a spowodowaną bezpośrednio dużym wysiłkiem. Otóż, jedną z ciekawszych rzeczy, jakich dowiedziałam się z książki, o której opowiadam, jest ta, że bezpośrednia przyczyna może być inna niż wysiłek - wysokość i związane z nią obniżenie zawartości tlenu w powietrzu. Tatry wcale nie są takie niskie. To tak pod rozwagę...

1 komentarz: