piątek, 19 sierpnia 2016

Wolność dla balerin!


fot. B. Jurecki
Fotograf usiadł w Kuźnicach i, w ciągu trzech godzin, uchwycił w kadr kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt par sandałów, balerin i innych nie-górskich butów. Teraz wszyscy rozsądni, prawdziwi i pełni pokory do gór turyści rwą włosy z głowy. No bo jak to?!

Przypomnę tylko, że rzecz się działa w Kuźnicach.
A teraz niech mi ktoś wytłumaczy, jakie zagrożenie dla innych sprawia dziewczyna idąca w balerinkach na:
- Halę Gąsienicową,
- Halę Kondratową,
- Nosal,
- czy nawet Kasprowy
bo takie szlaki biorą swój początek w Kuźnicach.
Znam to słynne zdjęcie z dziewczyną w japonkach uczepioną łańcuchów, no ale to jest skrajność. Takie zdjęcie w internecie krąży jedno, więc chyba skala problemu nie jest wielka. Bo przecież czujni Tatromaniacy czyhają i nie przepuściliby okazji do uwiecznienia naśladowczyni tamtej damy. A więc te baleriny i sandałki jednak nie docierają do łańcuchów.

Owszem, z Hali Gąsienicowej można pójść potem dalej na Zawrat, Kościelec, czy, nie daj Bóg, na Orlą. Tymczasem nikt jednak nie zaczaja się na turystów z aparatem na Zawracie. Pozostaje mi tylko domniemywać, że tam nie zebrałby tak sensacyjnego materiału.

Nie brak za to prześmiewczych zdjęć uwieczniających nogę w sandale na jakimś banalnym szlaku, gdzie poślizgnięcie mogłoby się skończyć najwyżej stłuczeniem kolana. Dodam, że własnego.

Osobiście domyślam się, że wędrowanie w sandałkach czy balerinach po górskim szlaku, na którym wystają wielkie kamienie, oraz leży wokół mnóstwo mniejszych, może być niewygodne czy wręcz bolesne. Czasem wygląda zabawnie, zgoda. Może się zdarzyć, że ktoś, idąc do Pięciu Stawów w klapkach poślizgnie się, uderzy, przewróci i istotnie, obolały nie bardzo będzie mógł sam wrócić na parking i potrzebna będzie pomoc Topru.

Fot. B. Jurecki
z tą zimową Salewą pod półautomatyczne raki, to chyba jednak przegięcie w drugą stronę...

Ale czy dlatego tak lekką ręką nam się wrzuca zdjęcia zrobione z ukrycia, rozdaje lajki i smaruje prześmiewcze komentarze? Dlatego, że nam żal czyichś stóp, które będą może boleć po jednym czy drugim spotkaniu z kamieniem? Że nam przykro, że ratownik musi wziąć udział w prostej akcji polegającej na sprowadzeniu z łatwego terenu turysty? Czy może powód jest jakiś inny?

............................................................................................

Góry są od kilkunastu lat stale obecne w moim życiu i nie mogę nie zauważyć, jak bardzo i jak różnorodnie przez ten czas wpływały na mój charakter i kształtowały go. Co zresztą nadal robią.

Zwykle wpływ gór na postrzeganie samego siebie jest generalnie pozytywny, ale łatwo jest się zagalopować. Zwłaszcza, jeśli ma się ograniczoną skalę odniesienia. Już tłumaczę, co blogerka ma na myśli.

Gdy rozpoczęły się moje samodzielne (czyli już nie z wycieczką) wędrówki po górach, były one dość standardowe. A to się doczłapałam nad Morskie Oko i z wielkim wysiłkiem wdrapałam nad Czarny Staw, a to wlazłam na Kasprowy, po czym zjechałam kolejką, bo się trochę zachmurzyło, a ja postanowiłam być wielce odpowiedzialna (pamiętam swoją dumę z tamtej decyzji). Z ogromnym podziwem patrzyłam na osoby idące z dużymi plecakami do schronisk, planujące pewnie kilka dni solidnych wyryp. Dla mnie Czarny Staw to już była całkiem spora wyrypa.

Z czasem zaczęłam łazić po górach trochę więcej i... nagle na chwilę mi odbiło. Wracając kiedyś z Moka w deszczu, liczyłam z towarzyszami wędrówki osoby w nieodpowiednim obuwiu. Gdy na horyzoncie pojawiały się jakieś klapki, czy inne obcasiki, wymienialiśmy porozumiewawcze i rozbawione spojrzenia, po czym padało głośne np. "siedemnaście", zrozumiałe tylko dla nas, "wtajemniczonych". Przeokrutnie mnie to bawiło, że te babeczki wysiadły z bryczek, nie spodziewając się pewnie, że będą miały jeszcze spory kawałek do przejścia. No dobra, może i dziś uśmiechnęłabym się na widok wysokiego obcasa z frędzelkiem. Ale osoby w klapkach czy sandałkach ot, szły sobie, pewnie nie było im najwygodniej, ale, właściwie, to nic złego nikomu nie robiły, same nie wyglądały na zniesmaczone swoją sytuacją, a i mnie nie było wtedy wcale wygodnie, po całym dniu zasuwania w ciężkich trepach.

No, ale wiecie. Miałam "prawdziwe" górskie buty, miałam przeciwdeszczową kurtkę, a nie foliowy worek. Byłam świeżo upieczoną "prawdziwą" górską turystką i widocznie straszliwą frajdę sprawiało mi porównywanie się do innych, tych w klapkach i workach. Rosłam na ich tle.

Innym razem, wracałam Doliną Kościeliską po przejściu Czerwonych Wierchów. Mijałam tłumy spacerowiczów i myślałam, a nie wiem, czy nawet nie mówiłam głośno: "ech i taki wróci do domu i powie, że był w górach, phi". W górach proszę państwa, to ja byłam. Ego połechtane. Chyba gdybym miała możliwość jakoś przeskoczyć przez tę dolinę i szybciej znaleźć się na parkingu, to bym z niej zrezygnowała. Bo to było takie fajne, tak tam dumnie iść, w prawdziwych górskich butach, ja, prawdziwa górska turystka, wśród tylu "klapkowiczów".

Szczęśliwie jakoś mi to później przeszło, bo nie przypominam sobie więcej takich stanów prawie frunięcia nad doliną w poczuciu własnej zajebistości. No i to było dawno, bo sandałki na asfalcie liczyłam w 2008 roku, a na Czerwonych Wierchach byłam w 2009.

Kumasz bazę? Gdybym wtedy miała konto na facebooku, i istniałyby na nim tego typu grupy górskie, jak to ma miejsce teraz - ja byłabym pierwsza do lajków pod zdjęciami sandałków, do prześmiewczych komentarzy, ba, sama zaczajałabym się z aparatem i wrzucała w neta upolowane na szlaku kąski.

Ale nie dlatego, że martwiłam się, że Topr ma dużo pracy. Nie dlatego, że troszczyłam się o to, żeby takie rzesze turystów nie wychodziły w góry w byle jakich butach, bo jeszcze sobie biedactwa krzywdę zrobią. Nie dlatego, żeby piętnować złe przykłady, po to, by inni ich nie naśladowali. Nic z tych rzeczy.

Ja, po prostu, czułabym się dzięki temu lepsza.

Na szczęście podówczas swoją internetową prześmiewczą aktywność ograniczałam do regularnego i wnikliwego wertowania na pewnym górskim forum wątku: "złote myśli ceprów zasłyszane na szlaku". Bo wiecie, ja nie byłam już ceprem, tylko prawdziwą turystką i nie pieprzyłam na Kasprowym farmazonów w stylu, że Świnica to Rysy, no więc, och, ach, ą, ę, ego znowu pluskało się w szampanie.

A dziś głupio mi, że tak myślałam i bardzo się cieszę, że nie miałam okazji nigdzie tych swoich myśli uwiecznić. Ze dwa tygodnie temu, przypadkiem, zobaczyłam gdzieś nagłówek o dwóch dziewczynkach porwanych przez morze. Byłam nad morzem raz, było spokojne, a ja (owszem, ignorantka) nawet nie zwracałam uwagi, jakiego koloru była wywieszona flaga. Polazłam dość daleko od brzegu, bo tuż przy nim było kamieniście, a więc niewygodnie. Tam dalej pluskałam się w najlepsze, bo nie było głęboko, cały czas miałam grunt pod nogami. Nie miałam pojęcia, co to przybój, nie wiedziałabym, co robić, gdyby fala zaczęła ciągnąć mnie w głąb morza. Dowiedziałam się z komentarzy pod artykułem. Ale nie z tych ociekających jadem: "co za debil wchodzi do wody z dzieckiem przy czerwonej fladze, dobrze mu tak!", a z tych rzeczowych, spokojnych.

Tak więc, drogi Prawdziwy Turysto, zastanów się proszę, co powoduje Tobą, gdy robisz i publikujesz, albo chociaż komentujesz zdjęcia cudzych nóg, odzianych w choćby najśmieszniejsze buty. Czy jest to troska o tych nóg właściciela i o przyszłe pokolenia, które lepiej, żeby go nie naśladowały? O Topr?

Jeśli troska o konkretną osobę - zwróć jej może uwagę, zamiast robić zdjęcie z ukrycia. Jeśli obawa o innych - promuj sam odpowiednie zachowania, jest wiele sposobów, możesz na przykład założyć bloga. Jeśli o Topr - zrób dla nich przelew.

A może jednak chodzi o coś zupełnie, zupełnie innEGO, co?


31 komentarzy:

  1. Amen.
    PS. Niestety takie kwiatki czasami podchodzą wyżej, chyba siłą rozpędu albo w wyniku spontanicznej decyzji. Sama spotkałam dwóch gości w japonkach tuż pod przełączką pod Rysami, i kilka sztuk w materiałowych cichobiegach na Orlej Perci - i to już mi się niezbyt podobało - bo tam faktycznie mogli stanowić jakieś zagrożenie dla innych. Zdjęć nie robiłam jakby co. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Generalnie wywalone mam nawet na tych w tramkach na Orlej, o ile idą pewnie. :D Choć akurat ci napotkani przeze mnie sobie nie radzili w ogóle, no ale cóż, finalnie jakoś przeszli.
      Generalnie podziwiam, że ktoś daje radę przejść do Piątki w baletkach! Po dwóch godzinach w parku mam dosyć. No ale co kto lubi. ;)
      PS. A fazę "prawdziwego turysty" przechodzi większość (po zaliczeniu Orlej i Świnicy) ;) przy czym, większość zostaje przy tym stanie, bo przecież Tatry kończą się na Orlej. W ich mniemaniu. ;)

      Usuń
    2. Ba. Są tacy, którzy potem twierdzą, że byli na wszystkich szczytach i już im kadrów do zdjęć brakuje. ;)

      Usuń
  2. W zeszłym roku będąc na Słowacji i idąc na Jagnięcy jakoś nie robiłam żadnej sensacji i zdjęć gdy widziałam, że na szczyt idzie dziewczyna w japonkach. Bardzo dobrze sobie radziła i nie miała żadnych problemów, a trepy miała przywiązane do plecaka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a nawet, gdyby nie miała tych trepów przy plecaku, a radziła sobie źle, to robienie jej zdjęć i potem wrzucanie na fejsa nie byłoby chyba szczytem klasy

      Usuń
  3. Oczywista sprawa.
    Nie ma jak sie napuszyć.
    Ja jak sie tylko da to chodzę w sandałach i w skarpetkach !
    Wygoda przede wszystkim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od tego to chyba bardziej bolą oczy niż nogi ;)

      Usuń
  4. Z jednym tylko się nie zgodzę - to że ratownik traci czas na proste zadanie sprowadzenia kogoś w złych butach z 5ki nie jest błahostką i ma jedną dużą wadę - ten sam ratownik w tym czasie nie może pomóc komuś innemu, kto bardziej tej pomocy potrzebuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niby tak. Ale poczytaj kroniki, a zobaczysz, że do takich przypadków zwykle wysyłany jest ratownik dyżurujący w schronisku. To nie są wielkie akcje, angażujące cały personel ratowniczy jednocześnie. Pozostali wciąż czuwają... A poza tym, co jeszcze ważniejsze, Toprowcy przysięgają iść na każde wezwanie, a Zaruski - założyciel tej instytucji, utworzył ją po to, aby nieść pomoc w górach każdemu potrzebującemu, bez rozgraniczania, jakie ma buty.

      Usuń
  5. W ubiegłym roku po raz pierwszy w życiu zawitałam w Tatry, mimo, że stara juz jestem. Czy miałam buty, kurtałkę itp. ? Miałam, bo zanim tam dotarłam, poczytałam blogi, takie jak ten. Moje koleżanki szły w; jedna w klapkach "super, wygodne jakie", a druga w pięknych, francuskich adidaskach. Za żadne skarby nie dały się przekonać, że może by tak zanabyć jakieś buty ...? No i skończył się ten marsz pęcherzami, a następnego dnia, żadna nie mogła się z kwatery ruszyć. Niby wiedziały, ale ...miały swoje, odrębne zdanie w tej kwestii. Podejrzewam, że sporo spośród tych zwanych "klapkowiczami" nie wie lub nie zdaje sobie sprawy z panujących na szlakach warunków. I w taki sposób zdobywają doświadczenie :) Pozdrawiam Autorkę, ten blog i inne, to kawał dobrej roboty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie jest właśnie tak jak mówisz :)

      Usuń
  6. Lepiej bym tego nie ujęła. Moje podejście do tego tematu również ewoluowało, sądzę, że w dobrą stronę.
    Myślę, że to są dwie różne rzeczy, pani w japonkach czy sandałach idąca asfaltem do Moka i koleś hasający w sandałach po grani prowadzącej na Ganek, po wypiciu piwka na przełęczy.
    Temat chwytliwy i szybko rozszedł się nie tylko po fb. Niestety media żyją dzisiaj z taniej sensacji.

    OdpowiedzUsuń
  7. W sedno. oczywiscie wyskokich partiach ,,japonkoców" należy ,,piętnować" bo może to się skonczyć nie akcją TOPR, którą można by było uniknąć ale na łatwiejszych trasach ,,niebedzie mi nikt mówić w jakich butach mam chodzić". Alen na razie jets moda na foty z ukrycia w tych czy innych syutacjach Polaki ,,to takie dziki". Mam znajomą która po 20 latach wrociłą z USA do PL, po paru miesiacach wróćiła z powrotem do Stanów stwierdziła że się tu mieszkac nie da i nie chodzi o kase, po prostu Polacy delikanie mówiąc są dziwni i coś w tym jest

    OdpowiedzUsuń
  8. Mi znowu żal ich butów. Jak patrzyłam na te zabłocone air maxy, myślałam sobie - rany, szkoda tych najaczów na te górskie szlaki ;) Przynajmniej mi by było, bo w czym potem do roboty chodzić, jak jedyny but zostanie skalany na szlaku. W takich chwilach słyszę w głowie głos mojej mamy: a kto bogatemu zabroni!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie, to mi jakoś nie przyszło do głowy, żeby butów żałować :D

      Usuń
  9. W Alpach na okrągło puszczają informacje o tym, żeby zabierać ze sobą dobre obuwie. W szwajcarskich autobusach w mobilnym telewizorku pod sufitem, zaczęto wyświetlać ostrzeżenia, że buty są po to, aby chronić nasze żucie.
    Najwidoczniej (choć osobiście się z tym nie spotkałam) alpejscy wędrowcy również robią sobie jaja z własnego życia. Czasami wydaje się, że szlak jest prosty, gdy patrzysz na zdjęcia w internecie idących dziarsko, uśmiechniętych ludzi, myślisz sobie "gorąco jest, nie będę szaleć z tymi traperami, idę w adidasach". A potem okazuje się, że ostry kamień przebił podeszwę, trzeba było przejść dwa metry przez strumień po kostki, wiało i było mokro... co będę wymieniać, sama wiesz jak jest. A turyści nie mają w tym względzie wyobraźni.
    Spotkałam na Drei Schwester w Liechtensteinie agentkę, która szła "kreską" skalną w tenisówkach, a ubrana była jak laleczka. Dupcia w szortach nie zakryta, biust prawie cały na wierzchu, blond włoski rozpuszczone. I idzie wbijając pazury w ścianę. Chłopak szedł za nią w trampkach, dźwigał cały ich dobytek. Doszli do celu, ale ile razy mnie zimny pot oblał, jak ona się poślizgnęła, tego nie chcesz wiedzieć...

    OdpowiedzUsuń
  10. Dla mnie najważniejsza jest wygoda podczas wielogodzinnych marszów i nie wyobrażam sobie kilku dni chodzenia w sandałach po górach. Jeżeli komuś jest wygodnie i nie czuje potrzeby to według mnie może i biegać sobie na boso. Jest to wybór każdego z osobna. Jednak w momencie gdy przez źle dobrane obuwie ktoś tamuje ruch, bo jest błoto na szlaku(Widziałem kobiete w sandałach uczepiającą się drzew bo wszędzie błoto po kostki-zabawny widok ale nie przeszkadzała mi zbytnio w marszu). Jeżeli ktoś chce chodzić to niech i w klapkach chodzi, byle nie utrudniał innym marszu, bo to jest dla mnie głównym problemem na szlakach. Mam do tego podobny stosunek jak do osób które będąc pierwszy raz w górach w sprzęcie za 10000 zł wiszących na łańcuchach i powtarzających że nie idą dalej bo to strach, i tak na każdym kolejnym łańcuchu... WIĘC NIE CHODZI O TO W CZYM SIĘ IDZIE W GÓRACH ALE JAK SIĘ PO TYCH GÓRACH CHODZI!! Sam lubię pobiegać sobie w adidaskach do Morskiego lub na Kasprowy i też spotykam się z komentarzami zwłaszcza na Kasprowy że w adidasach i biegach po górach. Jednak nikomu nie utrudniam ruchu.

    OdpowiedzUsuń
  11. Trochę lat śmigam po górkach i górach i widziałam już różności na szlakach. Jakieś trzy lata temu, w październiku, z przerażeniem patrzyłam na dziewczynę w uroczych botkach, z płaską i śliską podeszwą, która jakimś cudem do "Piątki" dotarła, ale już za Boga zejść po oblodzonym miejscami szlaku nie mogła. Dziewczę poprosiło o pomoc jakiegoś turystę, przyodzianego w odpowiednie obuwie i tenże dżentelmen dzielnie pomógł jej w najtrudniejszych miejscach na szlaku. Tym razem się udało! Tego lata w zdumienie wprawiła mnie w okolicach Giewontu pani w bucikach nawet nienajgorszych, ale za to w spódniczce mini! Elegancja była, ale czy aby na pewno wygodnie? Klapki, sandałki itp. widuję często. I równie często obutych i odzianych przyzwoicie turystów po kilku piwkach. I to jest dopiero zagrożenie!

    OdpowiedzUsuń
  12. Jeśli chodzi o utrudnianie ruchu, to nie chciałabym być zaliczona do tej grupy osób - a teoretycznie chyba mogłabym. Po pierwsze: swego czasu zasuwałam (zwłaszcza schodząc) na szlakach, z dumą wyprzedzając "ociągających" się turystów. Z czasem jednak nabrałam pokory. Do wytrawnych górołazów mi daleko, ale nawet nie marzę aby ich doścignąć - chodzę w miejsca i na miarę swoich możliwości. Ale świadomość zagrożeń (nawet na najprostszych odcinkach) powoduje, że bardzo rozważnie stawiam swoje stopy. Może to dla kogoś wydawać się zbyt powolne. Po drugie: z premedytacją nie przemierzam szlaków w ekspresowym tempie, by podziwiać piękne widoki i móc napawać się nimi do woli. Wreszcie po trzecie: mam swoje lata i najzwyczajniej w świecie "nie biegam" już po górach :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Świetny tekst. Tym wpisem szanowna Autorko zyskałaś kolejnego czytelnika. Z pewnością wrócę poczytać więcej.

    OdpowiedzUsuń
  14. Świetny tekst, spostrzeżenie doświadczonej osoby. Osobiście byłam kilka razy w górach (podnosząc sobie coraz wyżej poprzeczkę) i za pierwszym razem czyli po pierwszym pobycie myślałam podobnie. Ale mimo wszystko jak ktoś napisał powyżej przed pierwszym wyjazdem choć troszkę poczytałam na temat gór. Teraz jeszcze więcej czytam (oczywiście w internecie) przede wszystkim takie strony jak ta i z premedytacją ;) korzystam z bezcennego doświadczenia innych, bardziej doświadczonych osób. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  15. Fajny wpis. Zawsze miałem ochotę iść w sandałach na rysy żeby się pośmiać z krzywych min "profesjonalnych" górołazów. Pewnie kiedyś to zrobię ale teraz już tylko dla siebie. Tak jak ludzie wspinający się bez zabezpieczeń dla przyjemności czystej walki ze ścianą samymi rękami. Każdy powinien się mierzyć z własnymi demonami a nie oglądać się na innych. W końcu spotkanie z górami nawet w gronie przyjaciół jest czymś intymnym.
    Szacunek Ruda
    Nilfheim

    OdpowiedzUsuń
  16. Nareszcie jakis glos rozsadku. Szacun. I dobra rada, zeby nie mierzyc innych wlasną miarą. Ja również wyżej w górach rzadko spotykam takie butki. A na asfalcie do Moka, czemuż to komuś miałaby się stać większa krzywda niż na takimż asfalcie w mieście? Kiedyś na Starym Robocie spotkałam parę ludzi w mocno starszym już wieku. Ona, szczupła, o sylwetce sportsmenki, w sandałach, co prawda trekkingowych. Zapytana powiedziała że to najwygodniejsze buty i chodzi w takich od lat. "Tylko na Gerlachu i Wysokiej byłam w adidasach" powiedziała. "Trzeba mieć elastyczne stawy skokowe". I wierzcie, sprawiała wrażenie wytrawnej górołazki. Trochę wtedy zweryfikowałam swój pogląd na jedynie słuszne obuwie górskie wysokie za kostkę. Jak się obejrzy jeden z odcinków Akademii Górskiej TOPR (turystyka letnia i asekuracja) jest tam taki fragment kiedy Naczelnik mówi, że z obserwacji Pogotowia nie wynika wniosek, jakoby obuwie za kostkę było bezpieczniejsze od niskiego. Oczywiście już rodzaj podeszwy ma znaczenie. Ale tu mowa o szlakach wysokogórskich. A w dolinach... cóż różne ludzie mają stopy, stawy i upodobania. A co do prawdziwych górołazów... cóż, w zeszlym roku o tej porze siedziałam na Furkocie, dzisiaj siedzę w domu z niemowlęciem i wierzcie, dużo bym dała nawet za spacer z wózkiem do Moka czy dnem Kościeliskiej! Ale na to jeszcze za wcześnie i za daleko.
    W tym roku więc totalny post od Tatr (nie licząc zimowego Kopieńca w 3 mcu ciąży). Ale już zawsze na tych, którzy chodzą po dolinach i reglach będę patrzeć zupełnie inaczej niż kiedyś: zapewne spora część z nich to tacy, którzy niegdyś chodzili po podniebnych ścieżkach, a dziś z jakiegoś powodu wyżej pójśc nie mogą, a może już nie mogą... Pozdrawiam - Bebe

    OdpowiedzUsuń
  17. Mnie najbardziej rozbroiły głosy oburzenia pod takimi zdjęciami, że ratownicy giną ratując takich nieodpowiedzialnych ludzi w klapkach, jak ktoś mógł coś tak absurdalnego wymyślić. Ale jakoś mnie nie zdziwiło, że nikt nie potrafił podać przykładu ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Z większością się zgadzam, ale nie bagatelizowałbym problemu tak całkiem. Pod koniec września idąc na Świnicę od Zawratu mijałem się z Czechem w sandałach (który ciężko się męczył z tym zejściem), więc to nie jest tak, że ludzie łażą w czymś takim tylko po dolinach. Kolejka na Kasprowy ma też tę właściwość, że łatwo można wylądować w terenie już naprawdę wysokogórskim bez przygotowania zarówno psychicznego jak i sprzętowego.

    A to nabijanie się z takich jak ten Czech (choć sam już wyrosłem z tej fazy) ma tę zaletę, że może przynajmniej część kupi sobie porządne buty, nawet jeśli tylko po to żeby dołączyć do grona "prawdziwych turystów".

    OdpowiedzUsuń
  19. Mam podobne odczucia co do motywacji tzw. fachowców... oceniających innych... sam w czasach licealnych chodziłem po górach w zwykłych trampkach za kilka złotych bo nie mialem pieniędzy na inne buty... nogi nieco bardziej się męczą i trzeba bardziej uważać to wszystko. Najbardziej mnie rozwalają specjaliści w butach jak na zdjęciu pod półautomaty lub automaty latem na szlaku... lans kosztem wygody?! Tak czy inaczej ich sprawa. Nie spędza mi to snu z powiek, każdy powinien chodzić w tym w czym dobrze się czuje... ja poza zimą chodzę w Scarpa mojito i dobrze mi z tym od plaży po Tatry. Poziom hejtu wśród tzw. braci górskiej jest spory i czasem przykro się czyta różnego rodzaju fora tematyczne... ale czasem tak już jest że ktoś się musi dowartościować czyimś kosztem. Na zakończenie cytat Krzysztofa Wielickiego "nie sprzęt się wspina a człowiek" ��

    OdpowiedzUsuń