czwartek, 29 września 2016

Góry - 7 motywacji

Chodzę po górach - licząc pierwsze, jeszcze szkolne wycieczki - od 14 lat. Mój stosunek do tej aktywności oczywiście zmienia się, ewoluuje z biegiem czasu. Jak każda relacja w życiu moim i każdego człowieka.

Ostatnio natrafiłam na fajną sentencję: "Jeśli chcesz sprawdzić, jak wiele się w tobie zmieniło, pojedź w miejsce, w którym byłeś kilka lat temu". Albo jakoś tak, mogłam coś przekręcić. Ale chodzi o sedno, a sedno jest takie, że dzisiejsze Tatry nie różnią się zasadniczo od tamtych, jakie zobaczyłam przed kilkunastu laty. A ja je postrzegam kompletnie inaczej i zupełnie co innego czuję na myśl o nich, czy też będąc w nich. Ergo: to ja się zmieniłam.

Długo moja fascynacja Tatrami pozostawała w sferze iście transcendentnej. Ciągnęło mnie z siłą dorównującą niemal grawitacji, ale niespecjalnie umiałam powiedzieć, co mnie ciągnie. Miało to, nie przeczę, swój urok. Bo gdy tak cię do siebie przyciąga jakieś niedookreślone coś, z jakąś tajemną, a niezłomną siłą, to towarzyszy temu ogólne odczucie obecności czegoś w rodzaju magii w twoim życiu. A miło jest czuć magię.

Niestety, to chyba nie może trwać wiecznie. Dla mnie, w każdym razie, może nie do końca, nie definitywnie, nie ostatecznie, ale raczej w dużej mierze przeminęło. Wciąż lubię to hasło, że góry wzywają, więc trzeba iść, ale już tego nie czuję tak, jak kiedyś. To już nie jest aż taki niezrozumiały pęd, zwierzęcy nieomal zew. Raczej więcej w tym mojego świadomego wyboru, niż ulegania instynktom.

Nie wiem, czy kiedyś przyjdzie do mnie odpowiedź na pytanie, co to było to coś, co mnie wzywało. Czego szukałam, pisząc tamten tekst. Dzisiejsze odpowiedzi są odpowiedziami na dzisiejsze pytania. Dziś doskonale wiem, dlaczego obecnie lubię chodzić w góry.

A za jakiś czas... pewnie będę miała pretekst do napisania kolejnego posta.

SUKCES, SATYSFAKCJA, SIŁA


Chcesz czy nie chcesz, jesteś zaprogramowany na odnoszenie sukcesów. Niekoniecznie rozumianych jako pięcie się po szczeblach kariery w korpo. Właśnie zupełnie niekoniecznie.

Po prostu człowiek, od małego, lubi robić rzeczy, które mu wychodzą. Te natomiast, z którymi idzie mu pod górkę, też lubi, ale... sobie odpuszczać. Umiejętność pokonywania tej niechęci wykształcamy w sobie dopiero z czasem. Albo i nie wykształcamy - bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że ja wciąż nie jeżdżę samochodem?!

Mogłabym długo na ten temat, ale nie ma co zanadto oddalać się od osi tekstu. Oczywiście, że w życiu ważny jest sukces. Oczywiście, że lubimy wiedzieć o sobie samych, że jesteśmy w czymś nieźli, że lubimy być z siebie dumni. Dla kogoś taka satysfakcja będzie płynęła z powodzenia w pracy, ktoś inny będzie ją czerpał z udanego życia rodzinnego, a ktoś jeszcze z aktywności twórczej...

Artur Hajzer pytany o przyczyny swojego chodzenia po górach, odpowiadał, że to jedyne, co naprawdę potrafi. Kokietował, szył przecież świetne plecaki i miał żyłkę do biznesu. Ale mniejsza o to. Góry to był jego konik, w górach czuł się pewnie ważny i dumny z siebie. W górach doświadczał sukcesu.

Nie jestem drugim Hajzerem, ale pod paroma względami i mnie to chodzenie po górach całkiem nieźle wyszło. Poza osobistą satysfakcją ze zdobycia szczytu, pokonania własnych słabości, dochodzi jeszcze ta związana z blogowaniem - wiele osób czeka na moje opowieści z wycieczek, a jeszcze więcej korzysta z tworzonych przeze mnie opisów szlaków. Dostaję mnóstwo sygnałów, że robię to dobrze. Sukces? No ba!

OBCOWANIE Z PIĘKNEM


Jakkolwiek mocno nie identyfikowałabym się z miastem i nie chciałabym się, przynajmniej nie teraz, przeprowadzać na wieś sielską i spokojną, to czasem mam tej miejskiej estetyki kurde dosyć. I tu nie chodzi o to, że "moje" miasto nie należy do najpiękniejszych.

Żadne nie jest piękne, gdy straszą gołe kikuty drzew, z podmarzniętych stert śniegu na przystankach jeżą się pety po papierosach, a jedyny kolor zapewniają niezawodne pstrokate szyldy i reklamowe szmaty. A w Tatrach... W Tatrach pięknie jest zawsze. Czy po horyzont rozlewa się bezkres idealnie gładkiego, iskrzącego śniegu, czy nagie turnie wychylają się zza mgieł, czy rozległe zbocza porasta bujna zieleń, czy szumią pożółknięte już trawy, czy stawy topnieją, odznaczając się szafirem od śniegu. Zawsze...

Wiem, że ludzie zwykle znajdują piękno bliżej i łatwiej: w muzeach, teatrach, w Ikei, we własnych paznokciach tuż po wyjściu od kosmetyczki. Ja czasem też. Ale największe, najwspanialsze piękno znajduję w Tatrach. I bywa, że go bardzo mocno potrzebuję.


ODPOCZYNEK PSYCHICZNY


Po paru dniach, albo solidnym weekendzie spędzonym w Tatrach, wracam najczęściej mniej lub bardziej przeczołgana. Bolą mnie różne części ciała: zmęczone nogi, przeciążone plecy, innym razem obdrapane kamieniami kostki, albo spalona słońcem skóra, a zdarzył się kiedyś i imponujący siniak na ramieniu. Jeśli nie mam akurat wakacji, to mija kilka dni nim odeśpię taki wyjazd. Słowem: pod względem fizycznym wyjazdy w Tatry znacząco eksploatują moje siły, trudno mówić o odpoczynku.

Za to nigdzie, tak jak tam, nie odpoczywa głowa. Po prostu, gdy zamykają się za mną drzwi autobusu, włącza mi się formatowanie dysku.

W górach nie liczy się prawie nic, poza samymi górami, poza ścieżką, którą idę. Zmartwienia nie wykraczają poza najbliższych kilka godzin: którędy wejdę, jak zejdę, co zjem, gdzie będę spać.

Pewnie właśnie dlatego, jakiś czas temu, góry były moim najlepszym sposobem na przetrwanie depresji, zanim prawdziwe leki zaczęły działać. "Zwykłe" zmartwienia odpędzają więc tym bardziej.

I znów zgrabny cytacik, powiedzonko: "W dole zostało wszystko to, co nas męczy". Tak. Bardzo tak.



KONTAKT Z NATURĄ


Nie wyrzekam się cywilizacji. Kocham internet i wszelkie możliwości, jakie otwiera. I wiele innych zjawisk związanych z postępem naukowym i technologicznym bardzo cenię i lubię. Ale czasem potrzebuję odpocząć.

Odpocząć i jednocześnie wsiąknąć w coś, co mam wpisane w genach. W jakąś dzikość i odwieczność. Złapać kontakt ze swoim człowieczeństwem poza-cywilizacyjnym. Pobyć w miejscu, które rządzi się swoimi prawami, które wciąż jeszcze opiera się, przynajmniej częściowo, zmianom dokonywanym uzbrojoną ręką człowieka. Poczuć swoją chwilowość względem istnienia świata i nabrać słusznego dystansu do własnego istnienia.

Umiem to odnaleźć w Tatrach.

PROSTA RADOŚĆ


Była kiedyś taka reklama czekolady: po ilu kostkach ty się uśmiechniesz?

No właśnie. Po ilu kostkach czekolady się uśmiechniesz? Co musi się wydarzyć w ciągu twojego zwykłego dnia, żebyś uznał go za udany? Jaka kwota na koncie cię usatysfakcjonuje?

Co na co dzień sprawia ci radość? I dlaczego tak mało rzeczy?

Coraz szersze kręgi zatacza ostatnio nurt "mindfullness" - "uważność". To taka idea życia nastawionego na czerpanie radości z prostych rzeczy. Przyznaję, że ja się czasem staram. Nawet mogę się pochwalić, że czasem mi się udaje.

Zwykle jednak wpasowuję się w ogół ludzkości, a przynajmniej naszego narodu: narzekam, marudzę, zazdroszczę, popadam w kiepskie nastroje z powodów, które w sumie są głupie. Ciężko jest być "uważnym" i radosnym.

A w górach? W górach jakoś tak łatwiej.

W górach cieszy chwila postoju, ściągnięcie z siebie ciężkiego plecaka choćby na parę minut, piękny widok rozciągający się przed oczami, smak parszywej zupki w proszku, ciepło schroniskowej jadalni. W górach łatwiej jest zatrzymywać się nad prostymi, a przyjemnymi odczuciami i cieszyć się nimi. Po prostu i w pełni. Ostateczny wniosek zostawię zaś na podsumowanie całego tekstu.

KSZTAŁTOWANIE CHARAKTERU


Góry mnie zmieniły. Kto czytał podstronę "o mnie" ten może szybko skojarzyć, o co mniej więcej chodzi.

Jako dziecko czy nastolatka nie rokowałam, bez cienia wątpliwości, na blogerkę, która nawiązuje kontakty z wieloma ludźmi, jest śmiała, odważna, pyskata i w ogóle ma cokolwiek do powiedzenia publicznie.

Już jako dorosłe dziewczę byłam zresztą pod wieloma względami życiową niedojdą. Z kolejnych wyjazdów w Tatry przywoziłam jednak porcję - uwaga, wracamy do punktu pierwszego - sukcesu, który zupełnie serio pomagał mi na co dzień. Lubiłam sobie przypominać, jak dawałam sobie radę na coraz trudniejszych szlakach, jak przełamywałam swoje lęki i słabości. To powoli, ale w sposób ciągły, budowało moją pewność siebie. Skoro poradziłam sobie w górach, to może i w codziennym życiu nie przepadnę.

Góry mnie zahartowały, wyciągnęły na wierzch wiele dobrych cech, z których obecności we mnie nie zdawałam sobie sprawy. I nadal to robią.

PRZYGODA I PASJA

Góry są moim sposobem na urozmaicenie życia, nadanie mu koloru i smaku. I takiego... pierwiastka niesamowitości. Lubię mówić, że góry stanowią tło mojego życia. Cudownie jest mieć coś, z czym się można identyfikować, w czym się można odnaleźć. Wieść życie podszyte pasją.

............................................................

A najlepiej mi się to wszystko spontanicznie ujęło, gdy musiałam przygotować parę słów wprowadzających w temat swojej pierwszej w życiu prelekcji, a przypomniałam sobie o tym obowiązku... w samym środku pospiesznego pakowania plecaka:

Góry to miejsce, w którym człowiek doświadcza, jak chyba nigdzie indziej, potęgi natury. Gdzie obcuje z niepowtarzalną estetyką, gdzie swój wysiłek fizyczny może przekuć w prawdziwą satysfakcję i głęboką radość z przemierzenia trasy lub zdobycia szczytu. Nigdzie nie odpoczywa się tak, jak w górach. Nigdzie myśli nie są tak czyste od cywilizacyjnych naleciałości, jak tam. W górach cieszą rzeczy proste: herbata, chwilowy postój, przytulny kąt do spania. W górach tak łatwo jest być szczęśliwym.

W górach tak łatwo jest być szczęśliwym!




23 komentarze:

  1. To zdanie wyjęłaś mi z ust "Po prostu, gdy zamykają się za mną drzwi autobusu, włącza mi się formatowanie dysku". Tyle że u mnie jest to trzask drzwi samochodu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moje diabelskie poczucie humoru macha kosmatym ogonem i podszeptuje mi, aby wspomnieć coś o myciu, ale nie, tekst jest poważnym wspaniały i trzeba go potraktować z namysłem. A nie ma już dyscypliny "psychologia wędrowania"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli to faktycznie będzie zabawne, to śmiało, pofolguj sobie.

      Usuń
  3. Przede wszystkim odpoczynek od miasta i cywilizacji. Od hałasu. Od obowiązków. Odpoczywa mózg, mimo iż ciało bardzo się męczy, ale to jest taka odnowa, że potem się od tego uzależniasz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gosiu, tak ja czujemy (z Kasią): zmieniłaś się. Ale jak sama wiesz - droga jeszcze nie skończona. Niespodziane będzie dużo.

    Moja odpowiedź PO CO GÓRY na moim blogu. Enjoy. :)
    https://filgorblog.blogspot.com/2016/09/po-co-chodzic-w-gory.html#more

    OdpowiedzUsuń
  5. Poprostu sie wzruszylam,juz nie moge sie doczekac kolejnego wyjazdu w Tatry...

    OdpowiedzUsuń
  6. Pomimo dużej różnicy wieku między nami (ok 30) teraz dopiero wiem dlaczego lubiłem i nadal lubię chodzić w góry (ale nie tylko), obcować z naturą. Dzięki Ci za to.

    OdpowiedzUsuń
  7. Podobno masz mieć jakieś spotkanie w Będzinie, czy można się wprosić?

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękny tekst. Dochodząc do końca czułem, że bym sobie tak poczytał jeszcze drugie tyle :) Pozdrowienia z Warszawy!

    OdpowiedzUsuń
  9. Jakbyś czytała w mojej głowie i sercu..:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak w mojej tak samo...Dziękuję za ten wpis

      Usuń
  10. Świetnie to opisałaś!
    Też chodzimy w góry, (choć w Tatrach nie byłam już parę ładnych lat,) z dzieciakami (2 i 4 lata) i pomału zaszczepiamy w nich pasję:)

    PS Fajny blog, dopiero Cię odkryłam, zostaję:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak zawsze świetnie napisane. Dzięki.
    Szybkie pytanie o te pierwsze zdjęcie - czy to był Hińczowy Staw?
    Pozdrawiam
    Marcin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To z rozpostartymi ramionami? Bo jeśli to, to nie Hińczowy. Ciemnosmreczyński Wyżni.

      Usuń
    2. Tak to zdjęcie - teraz skojarzyłem wpis na blogu - przejście Szpiglasowej Grani - bo tam zdjęcie było zrobione, prawda?
      (BTW - planuję Szpiglasową Grań na następny sezon)

      pozdrawiam,
      Marcin

      Usuń
  12. Świetny wpis! Dla mnie góry to przede wszystkim sposób na to, żeby nabrać dystansu do siebie i otaczającego świata, zmierzyć się z własnymi słabościami.

    OdpowiedzUsuń
  13. No to teraz zatęskniłam jeszcze bardziej! A tu sesja się zbliża i wyjazd zaplanowany dopiero pod koniec lutego. Piękny tekst!

    OdpowiedzUsuń