środa, 22 marca 2017

Czego nauczysz się na kursie lawinowym i czy warto za to płacić?


Lawiny są bodaj najpoważniejszym zagrożeniem zimowych gór. Wprawdzie to poślizgnięcia i upadki figurują o wiele częściej od lawin w toprowskich statystykach, te jednak zdarzają się przecież i latem. No i zaopatrując się w odpowiedni sprzęt, a także zapoznając się z techniką jego używania, możemy znacznie zminimalizować ich ryzyko. W przypadku lawin ryzyko jest nam jakby odgórnie narzucone, po naszej stronie leży decyzja, czy je podejmujemy, a wszelki sprzęt raczej służy minimalizowaniu tragicznych skutków lawiny, nie zaś minimalizowaniu ryzyka jej zejścia.
A przede wszystkim - w upadku prawie zawsze pierwsze skrzypce gra czynnik ludzki, który w jakimś momencie zawiódł. Lawiny to żywioł, który ciężko zrozumieć, a jeszcze ciężej przewidzieć.
Generalnie najlepiej byśmy zrobili trzymając się od zimowych gór z daleka. Zrobilibyśmy jeszcze lepiej, trzymając się w ogóle z daleka od gór o każdej porze roku. No ale, jeśli jesteś na tym blogu, to raczej nie należysz do osób od gór stroniących. W naszym przypadku warto przynajmniej poszerzać swoją wiedzę na temat unikania zagrożeń, skoro dość regularnie wchodzimy ich rewir.



Dlaczego nie zrobiłam kursu do tej pory?

Zima 2016/2017 to moja... czwarta zima w górach. Nie siedzę w nich bez przerwy, wiadomo, to zawsze tylko parę wyjazdów na sezon. A jednak po różnym śniegu już zdarzało mi się chodzić i parę razy zapewne los mniej lub bardziej kusić. Czemu więc kurs dopiero teraz?
Pierwsza "moja" zima zaczęła się zbyt późno, bo pod koniec lutego. Drugiej byłam spłukana. Trzeciej jakoś tak nie pomyślałam. Przez cały ten czas w sumie liczyłam na to, że nabiorę odpowiedniej wiedzy w tak zwanym praniu.
Trochę może i nabrałam - idąc po raz pierwszy zimą w góry bałam się każdej połaci śniegu, choćby z niej wystawały kamulce, kosówki i było prawie płasko. Każdego żlebu, choćby czekan, przebijając się przez centymetrową warstwę firnu, wygrzebywał spod niej źdźbła trawy. Teraz potrafię rozpoznać teren stuprocentowo bezpieczny. Gdy tylko jednak sytuacja robi się mniej oczywista - teren stromieje, a śniegu leży sporo - ja doprawdy nie wiem, czy bać się, czy nie bać. Zwykle się więc profilaktycznie boję.
Ale to, że się boję, nie znaczy, że nie idę.

Skoro więc trzy kolejne zimy, kiedy chodzenie po górach przy pokrywie śnieżnej praktykowałam, jednocześnie starając się choć trochę zgłębiać wiedzę na własną rękę, nie wlały mi do głowy wystarczającej dozy oleju, no to może by tak w końcu zrobić ten kurs?
Cena już mnie tak nie zmroziła jak dwa lata wstecz. Nie sądzę by zmalała, po prostu ja już nie wynajmuję samodzielnie mieszkania. Drugim problemem był dla mnie zawsze fakt, że szkolenia zaczynają się w piątek. A piątek to ja mam wolny tylko jak przypada nań akurat jakieś święto (ale wtedy nie ma kursów), w wakacje (ale wtedy nie ma śniegu), albo w ferie. No, ferie akurat są spoko.
A więc wykonałam przelew i czekałam na ferie.

Którą szkołę wybrałam i czemu tę?

Proste, zadziałał zwykły internetowy marketing. Trafiłam na tę szkołę, bo czasem znajomi polubiali jej posty na fejsie. Poza tym, co się kogoś nie spytałam, to szkolił się lawinowo w Murowańcu. No więc zarzuciłam wujkowi Google do przetrawienia hasło: kurs lawinowy Murowaniec, a wujek bezzwłocznie zaprowadził mnie tam, gdzie chciałam. A chciałam tutaj.
Niniejszy tekst nie jest tekstem reklamowym, wynikłym z jakiejkolwiek współpracy. Prowadzący nie wiedzieli, że są na widelcu blogerki. Ale i ja nie pojechałam tam zdawać reportażu. Pojechałam się szkolić, a że przy okazji mam ciekawy temat do opisania na blogu, to, no cóż, hyhy, brawo ja. Nie zamierzam tu tej konkretnej szkoły chwalić ani ganić, ot tylko, napisać, jak to wyglądało, co było dobre, a co niekoniecznie. Nie po to, by oni spalili się ze wstydu lub obrośli w piórka, a po to, byście Wy mieli jakieś wyobrażenie, jak taki kurs lawinowy w ogóle wygląda. Przy czym zakładam, że na kursach innych szkół wygląda to podobnie.
Decyzję podjęłam właściwie od razu, tak tylko z ciekawości, w jakiś czas później przeczesałam internet w poszukiwaniu innych ofert. Znalazłam np. kurs nad Zielonym Stawem Kieżmarskim. Kosztował tyle samo, ale... bez noclegów. Pozostałam więc przy pierwotnym pomyśle.

 
Przebieg kursu

Kurs lawinowy w tej konkretnej szkole trwa 3 dni. Właściwie zamyka się w dwóch dobach, ale ponieważ zaczyna się w piątek po południu, a kończy w niedzielę przed południem, to zahacza o 3 dni kalendarzowe.
Piątkowy wieczór to zajęcia teoretyczne. Wykłady połączone z emisją przeróżnych wykopanych w internecie amatorskich filmików, obrazujących zejście lawin, czy to z daleka, czy... ekhm, z samego środka. Jeśli nie pouczające, to na pewno stymulujące wyobraźnię.
Tematyka skupia się pierwszego dnia wokół tego, co dzieje się, gdy lawina już zejdzie, zostawiając kwestie prewencji na kolejny wieczór. A zatem: jak zachować się w lawinie, jak zachować się, gdy lawina porwała kogoś obok nas, jakie są szanse wykopania spod zwałów śniegu żywego człowieka, jak drastycznie maleją z upływem czasu i dlaczego tak wielkie znaczenie ma posiadanie lawinowego ABC, zarówno, jeśli znaleźliśmy się pod śniegiem, jak i gdy osłupiali patrzymy, na białą rzekę porywającą nam towarzysza. I czy na pewno dobrym pomysłem jest zrzucać plecak.
Po jakichś dwóch godzinkach przekazu wiedzy, następuje przerwa, a po niej spotykamy się w stołówce, gdzie otrzymujemy sprzęt, który potrzebny nam będzie do jutrzejszych zajęć praktycznych - lawinowe ABC, czyli detektor, sondę i łopatkę. Szef kursu, nota bene będący naczelnikiem TOPR-u, rozdaje każdemu uczestnikowi po materiałowym worku ze wspomnianą wyżej zawartością, po czym udziela lekcji podstawowej obsługi detektora.


W sobotę rano opuszczamy schron i idziemy uczyć się w terenie. Przed schronem włączenie detektorów i procedura group-check, którą w teorii poznaliśmy wczoraj.  Nie odchodzimy daleko, wszystkie ćwiczenia odbywać się będą w bliskim sąsiedztwie Betlejemki. Tam zostajemy podzieleni na 3 grupy (łącznie na kursie jest nas 17) i w takich właśnie mniejszych, kilkuosobowych grupach bierzemy udział w kolejnych trzech rodzajach zajęć.
Ja i Borys, który dał się namówić do towarzyszenia mi na kursie, w pierwszym rzucie lądujemy w sekcji sondująco-kopiącej. A więc uczymy się przeszukiwać lawinisko bez użycia detektora (my detektory mamy, ale załóżmy, że nie ma go zasypana osoba), jak też odpowiednio wykopać to, co znaleźliśmy, tak, żeby tego nie dobić. Kosówka, do której dokopała się moja trójka, odniosła pewne uszczerbki, sądzę jednak, że do lata będzie jak nowa. ;)
Na koniec jeszcze ćwiczonko poglądowe, czyli: "no, to kto chciałby dać się zakopać?". Borys chciałby. Kładzie się zatem w uprzednio wykopanej dziurze, osłania twarz ramionami, do garści dostaje sondę, którą ma machać, gdyby odechciało mu się jednak być zakopywanym. Łopaty idą w ruch. Moja nie, bo ja dzierżę aparat. Zdaje się, że ledwo co tego Borysa zakopali, jeszcze przed chwilą wystawał bordowy kawałek jego softshella. Odzywamy się do niego. Słyszy nas, my go też, choć jak ze studni. Pytamy, czy może się ruszyć. Chwila milczenia, a po niej zrezygnowane "nie". No to jeszcze go tylko dziubiemy sondami, żeby poczuć, jak to jest trafić pod śniegiem na człowieka i odkopujemy.
Drugie ćwiczenie, to nauka korzystania z detektora. Czyli, w którą stronę iść i co właściwie zrobić, gdy detektor pika już jak oszalały. O ile to pierwsze, przy użyciu nowoczesnych detektorów nie jest może zbytnio skomplikowane (na wyświetlaczu pokazuje się strzałka), o tyle to drugie już trochę bardziej.
No i trzecie, w sumie podobne do drugiego ćwiczenie. Znowu pod śniegiem leżą nadajniki i znów trzeba jak najszybciej do nich dotrzeć, tyle że tym razem w parach.
Na koniec jeszcze ćwiczenie-niespodzianka, bo gdy pozakładaliśmy już plecaki i marzyliśmy o pozycjach z menu murowanej stołówki, "zeszła lawina" i tym razem prawie całą grupą (jeden odłam wciąż ratował kosówkę) i na czas, musieliśmy zadziałać. W siedem minut od alarmu odkopaliśmy wszystkie nadajniki. Poza tym jednym, który zlokalizowałam ja, a który wisiał na gałęzi nad moją głową i który trącałam sondą, usilnie próbując natrafić na niego pod śniegiem.
Sobotnie popołudnie to znów zajęcia teoretyczne w sali wydzielonej ze stołówki. Sprzęt sprzętem, ale najlepiej byłoby jednak z tą lawiną nie polecieć. Dziś więc uczymy się interpretować stopień zagrożenia lawinowego i poznajemy kilka różnych sposobów na rozpoznawanie tego zagrożenia w terenie, jak też technik redukcji ryzyka.

Niedziela, dzień trzeci i ostatni, to wyjście w prawdziwy teren. Ale tylko "tak trochę", bowiem docieramy do Zmarzłego Stawu pod Zawratem, niby po to, żeby ocenić warunki na podejściu pod Zawrat, ale tak naprawdę bez zamiaru pójścia dalej. Jeżeli nie chodziłeś dotąd zimą po Tatrach - to może być ciekawy punkt programu. W sensie samej wycieczki. Dla mnie wycieczka była akurat średnio atrakcyjna, bywałam tu już zimą, ostatnio jakieś dwa miesiące wstecz, dodatkowo nocą zaczęło mnie naparzać kolano (jedyna przyczyna, jaka przychodzi mi do głowy, to taka, że odmroziłam je, klęcząc podczas wykopywania kosówki w czasie ćwiczeń przy Betlejemce). Wolałabym chyba jednak przyswoić wiedzę, jaką próbowano nam tam przekazać, w jakimś mniej wietrznym i wygodniejszym miejscu.
Wyobraźcie sobie bowiem siedemnastoosobową grupę, próbującą się skupić na dość stromym stoku, dookoła prowadzącego. Dołóżcie do tego huk wiatru i macie rezultat: docierało do mnie mniej więcej co dziesiąte słowo.
Około południa wracamy do schroniska, oddajemy sprzęt i kurs niniejszym się kończy.

Borys inside

Prowadzący

No tutaj to propsy bez dwóch zdań. Wchodzimy do salki, przemawia jakiś człowiek, którego ewidentnie kojarzę z toprowskich produkcji (filmów się znaczy, tych o burzach, o bezpieczeństwie w górach itp.). W sumie mam podejrzenia, kto to jest, ale trochę nie mogę w to uwierzyć. Pytam innych uczestników, czy pan raczył się przedstawić na początku, bo my z Borysem wleźliśmy leciutko spóźnieni. Chyba nie raczył. Albo przez skromność, albo liczył, że nie da się go nie znać. Yup, prowadzącym kurs był Jan Krzysztof, naczelnik TOPR. No dobrze, ale prowadzić kurs to jedno, a drugie to... być dostępnym. Jan bowiem (i walę po imieniu, bo i on walił i najwyraźniej nie miał nic przeciwko, by się tak do niego zwracać, choć ja jednak swe pytania poprzedzałam formą grzecznościową), po oficjalnych zajęciach siedział z nami przy jadalnianym stole, pił piwo, snuł anegdoty i odpowiadał na dziesiątki pytań. Podobnie zresztą Marcin (nazwiska nie znam), choć tylko drugiego wieczora. I chwała im za to, bo domyślam się, że w okresie zimowym odpowiadają co tydzień na dokładnie te same, lub lekko tylko zmodyfikowane pytania. A doprawdy, jeśli ich to nudziło, nużyło lub irytowało, to świetnie się maskowali. Mega fajne chłopaki.
A samo prowadzenie kursu? Czy można trafić lepiej, niż pod skrzydła ludzi, którzy rzeczywiście zajmują się ratowaniem osób porwanych przez lawiny? Nie mam żadnych wątpliwości, że wiedza, którą przekazywali, była wiedzą wysokiej jakości.

Szkoda tylko, że ostatniego dnia porywał ją wiatr.


Cena

340 złotych. W to wliczone dwa noclegi w Murowańcu w pokoju wieloosobowym, czyli żeby obliczyć realną cenę kursu, należałoby odjąć 80 zł. Zostaje 260. Czy to dużo, czy mało - ciężko jednoznacznie stwierdzić. Biorąc pod uwagę, że nabyta wiedza może uratować życie Twoje lub Twoich towarzyszy - śmiesznie mało. Ale z drugiej strony, nie jest to też wiedza tajemna, której nie możesz posiąść w żaden inny sposób, jak tylko przez kurs. Są książki - chociażby  "Lawiny", rekomendowana i przewijająca się wiele razy na kursie. Są publikacje, na których kurs się częściowo opiera - np. "Avaluator". A przeszkolić z obsługi detektora, nauczyć szukać i kopać może Cię ogarnięty w temacie znajomy - za darmo.

Pewnie jednak zawsze lepiej zrobić kurs, niż go nie zrobić, a 340 zł to ostatecznie nie taki finansowy koniec świata. Zawsze dowiesz się czegoś więcej, coś przećwiczysz, będziesz mógł zapytać o wszystko, co jest dla Ciebie niejasne i frapujące.

Na kursie zimowej turystyki górskiej, który odbywał się równolegle w Murowańcu, pytano uczestników, czy robili lawinówkę, a gdy odparli, że nie, to zapytano ich, dlaczego. Bo podobno warto zacząć od lawinówki.

Plusy

Do tych trzeba zaliczyć zdecydowanie osoby prowadzących i idącą za nimi, niewątpliwą solidną wiedzę i doświadczenie. Na pewno też ciekawy i chyba ocierający się o wyczerpanie tematu program kursu.

Minusy

Niestety je też zauważam. Wydaje mi się, że czas poświęcony na dogłębne objaśnienie metod unikania lawin (czy może raczej oceny ryzyka ich zejścia) był zbyt ubogi. Sobotni wykład wprowadził w mojej głowie mętlik, którego nie wyklarowała ani trochę niedzielna wycieczka. Mam wrażenie, że lepiej byłoby czas poświęcony na dodreptanie do Zmarzłego Stawu przeznaczyć na ćwiczenia gdzieś bliżej, gdzie nie pizga złem i da się cokolwiek usłyszeć.
W każdym razie cieszę się, że zima się kończy, bo chyba mam sporo pracy domowej do odrobienia...

I jeszcze jedna, może głupia, ale dla mnie ważna rzecz, której zabrakło. Możliwość przedstawienia się uczestników. Jakieś 15-20 minut, w czasie których każdy powiedziałby choćby tylko to, jak ma na imię i skąd się wziął na tym kursie. Czyli, czy po górach zimą chodzi, czy dopiero zamierza, czy może jeździ na nartach lub desce, w Tatrach, a może w Alpach, a w Tatrach jest w sumie po raz pierwszy. Nie po to bynajmniej, żeby się nawzajem oceniać i klasyfikować, a żeby się po prostu poznać. Większość imion poznałam w sobotę wieczorem lub w niedzielę już przy rozstaniu, a kilku nie poznałam wcale. Szkoda.

Objętościowo minusy zajęły w tym wpisie więcej miejsca niż plusy, ale nie oznacza to, że przeważają. Po prostu czułam odruchowy przymus do wytłumaczenia się z minusów. Plusy omawiałam już wyżej. To był dobry kurs. Nie bez wad, ale naprawdę nie narzekam.


Wnioski

Jest taki człowiek w internecie, który twierdzi, że jedyną drogą pozwalającą na osiągnięcie pewnych umiejętności w górach, jest odbycie odpowiedniego kursu. Że możesz sobie umieć to i owo, mieć znajomych, którzy Cię podszkolą, przeczytać wszelaką dostępną literaturę i nawet mieć iks lat praktyki i doświadczenia, ale jeśli nie odbyłeś kursu, to w dupie byłeś i gówno widziałeś.
Nigdy się nie zgadzałam z tym podejściem. Nie negowałam go też tak do końca. Jasne, dobrze jest zrobić taki czy inny kurs. Na pewno lepiej zrobić, niż nie zrobić. Ale to nie jest takie czarno białe. To nie jest tak, że jak nie zrobisz kursu, to cała Twoja wiedza i umiejętności nabyte innymi sposobami są nic nie warte. I nie jest też tak, że jak zrobisz kurs, to wiesz i umiesz już wszystko i nic Ci już nie grozi, lawiny wiedzą, że jesteś specjalistą i rozstępują się przed Tobą jak Morze Czerwone przed Mojżeszem.

Kurs lawinowy w moim odczuciu dobrze jest zrobić. Jak już wspomniałam wyżej - zawsze czegoś nowego się dowiesz, czegoś nauczysz, coś, o czym czytałeś będziesz miał okazję przećwiczyć w praktyce. Usłyszysz o czymś, na co nie trafiłbyś może w internecie, będziesz mógł na bieżąco zadawać pytania i poznawać odpowiedzi na nie. Być może w ogóle dowiesz się samych nowych rzeczy - to zależy od stanu Twojej wiedzy przed kursem.
Ale czy po kursie staniesz się boskim pomazańcem, którego lawiny nie śmią choćby musnąć? No sorry, ale nie. Nawet jeśli jesteś szerszy w uszach niż ja i lepiej/szybciej ogarniesz wiedzę przekazywaną na wykładach, nawet jeśli trafisz na bezwietrzną pogodę i będziesz słyszał dokładnie to, co będzie powiedziane przy określaniu stromizny stoku gdzieś dookoła Zmarzłego Stawu, nawet jeśli wygrasz dziesięć razy pod rząd w grę karcianą, mającą na celu utrwalenie zasad redukcji ryzyka, to wciąż każde zimowe wyjście w góry będzie się z ryzykiem wiązało. I wciąż wiele wyjść dzieli Cię od zostania ekspertem. A i gdy już nim zostaniesz, to lawina może nie zostać o tym fakcie powiadomiona.

A jednak nie jest sztuką za każdym razem się wycofywać. Do tego nie jest potrzebny żaden kurs. Ostatecznie w całej tej zabawie chodzi o to, żeby brać w niej udział.

Stoimy na tafli Czarnego Stawu Gąsienicowego, albo tuż przy niej. Jan Krzysztof przystawia lornetkę do twarzy, lustruje otoczenie, po czym stwierdza.
- Jak widzimy, w żlebie pod Karbem nie ma za dużo śniegu...
- A właściwie, to po czym pan stwierdza, że tam nie ma za dużo śniegu? Ja widzę po prostu, że śnieg jest. Nie wiem, czy jest go dużo, czy mało. - pyta Damian
- Ano, bo ja znam ten teren i umiem poznać, czy jest dużo, czy mało, bo widzę, co jest odsłonięte, a co pod śniegiem - jakoś mniej więcej tak odpowiada naczelnik Topr
- To jak się nauczyć to rozpoznawać?
- No... chodzić.




Robić, czy nie robić?

Jedynie słusznej odpowiedzi brak. Jak wspomniałam już gdzieś wyżej, na pewno warto. Ale, patrząc na to z drugiej strony, szkoły oferujące takie kursy nie mają wiedzy lawinowej na wyłączność. Jak się uprzesz, to tego samego nauczysz się pewnie z innych źródeł. Oczywiście, ucząc się samemu, nigdy nie masz pewności, czy czegoś nie pominąłeś lub nie zrozumiałeś na opak, tyle że... uczestnicząc w kursie, też nie masz gwarancji, że wszystkiego się nauczysz, wszystko zapamiętasz, wszystko zrozumiesz dokładnie tak, jak należy. Jeżeli przyjdziesz na lawinówkę zielony jak szczypiorek, to zagwarantować Ci mogę tylko tyle, że bez systematycznego praktykowania lub choćby powtarzania nabytej wiedzy, po dwóch tygodniach powrócisz do nieomal tego samego koloru zieleni.

To, że ktoś szkolenia zrobionego nie ma, nie czyni go jeszcze z automatu ignorantem. Jak i na odwrót - odbycie kursu nie gwarantuje opanowania w wystarczającym stopniu wiedzy i umiejętności związanych z unikaniem lawin.

Ja w każdym razie cieszę się, że w końcu się wybrałam i zupełnie nie tęskno mi za wydanymi na ten cel pieniędzmi. :)




10 komentarzy:

  1. Myślałem o zrobieniu takiego kursu, ale teraz nie jestem pewien, czy do końca warto. Dużo, dużo informacji jak się zachować jest w sieci. A w rzeczywistości chciałbym nauczyć się tego, co ty - czyli umieć rozpoznać, czy widziana kupa śniegu jest dla mnie zagrożeniem czy nie. Wygląda na to, że praktyka dopiero robi swoje.

    A co do minusów kursu. Pomyślałaś, by im to wysłać. Może im brakuje takiego feedbacku i nie wiedzą do końca, co poprawić w swoim kursie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed publikacją tego tekstu, przypomniałam sobie, że mam od nich jakiegoś nieprzeczytanego maila o tytule "materiały". Materiałami okazała się popularna ulotka, którą zresztą dostałam w formie materialnej, ale poza tym, do maila była podpięta ankieta, więc ją wypełniłam.

      Ale toto też im chyba podrzucę :).

      Co do umiejętności - trzeba by chyba z tydzień na takim kursie posiedzieć, pochodzić na parę wycieczek, zadać pierdyliard pytań. Pytania oczywiście można było zadawać, problem był w tym, że niektóre urodziły się dopiero w domu... No za krótko. Tyle że w dłuższym bym może w ogóle nie mogła wziąć udziału, więc dobre i tyle.

      Usuń
  2. Hej a jakie jest twoje zdanie o kursie zimowej turystyki górskiej ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie robiłam, więc nie bardzo mogę mieć jakieś zdanie. Borys robił w Betlejemce bezpośrednio przed naszą lawinówką i chwalił. A równolegle w Muro odbywał się taki kurs i okazało się, że biorą w nim udział moi znajomi - też chwalili. Inni znajomi z kolei kiedyś powiedzieli, że nic ciekawego.

      No więc nie wiem, to pewnie też zależy od oczekiwań i poziomu wiedzy/umiejętności nabytych wcześniej. Ja się raczej nie wybieram (ale nigdy nie mów nigdy;) ).

      Usuń
    2. Wywołany do odpowiedzi- zgłaszam się : )

      Kurs w Betlejemce był bardzo okej.

      W programie były:
      - podstawy korzystania ze sprzętu lawinowego, którym posługiwaliśmy się na co dzień (teoria i praktyka)
      - nauka chodzenia w rakach- to nic specjalnego, bo do tego nie potrzeba kursu
      - nauka hamowania i asekuracji czekanem- fajna sprawa, gdy ktoś fachowym okiem rzuci, czy robisz to dobrze
      - wyjście w teren wysokogórski z asekuracją lotną (Świnica, Granaty, Kościelec)- tutaj brakowało mi wcześniejszego przygotowania, nauki węzłów, przećwiczenia pewnych rzeczy na sucho. Podczas lawinówki widziałem, że podczas kursów w Muro robi się takie rzeczy najpierw na sucho. My działaliśmy 'proaktywnie' i uczyliśmy się na bieżąco, co tez w pewnym sensie ma swoje zalety. Po wejściu na Świnicę mieliśmy okazje zjeżdżać na dół na linach :)
      - nauka zjazdów na linie w różnych konfiguracjach, zakładania stanowisk, asekuracji (to mieliśmy w ostatni dzień, a miło byłoby to mieć przed wyjściem w teren wysokogórski. No ale do tego przyczyniła się pogoda.

      Kursy prowadzili TOPRowcy, mnie się dostał ichny kadrowy. Poziom przekazywanej wiedzy wysoki, ale niektóre elementy, jak choćby szkolenie na sucho z lin przydałyby się takim laikom jak ja.
      Niestety warunki w jakich kurs jest przeprowadzany są kiepskie. Niby klimatycznie, ale po prostu poziom higieny i walory zapachowe tego miejsca do mnie nie przemawiały ;)

      Generalnie na plus, ja się cieszę, że się zapisałem, ponieważ nabrałem więcej pewności w poruszaniu się zimą.
      Wcześniej moje doświadczenie kończyło się na zimowym Grzesiu, Rakoniu, Wołowcu, Diablaku, Błyszczu, Kończystym Wierchu, Dolinie Litworowej, czy Pośredniej Turni.

      Niestety cena nie zawiera noclegów w betlejemce i jest nieco za wysoka jak na moją głowę ;)

      Usuń
    3. ja właśnie jadę (wreszcie!!! ) z inną "firmą". oczywiście do chodzenia po polskich zimowych górach taki kurs nie jest zbytnio potrzebny.przyda się na słowacką stronę,co ciekawsze górki jak gerlach. no i "wysokogórska turystyka" dla mnie już nie oznacza tatr,jak to było kiedy zaczęłąm o tym kursie myśleć, ale kazbek, mont blanc i (zobaczymy co dalej)
      więc w sumie kwestia przydatności takiego kursu zależy tylko od nas co my z tym dalej zrobimy :p
      pieniądz to jest-nie da się ukryć jak się wszystko zliczy ale myślę że warto. w poniedziałek będę mogła jednoznacznie stwierdzić :) wszsystko pokazują ci pewni doświadczeni ludzie.
      na lawinowy się nie wybieram jakoś : p może to moja ignorancja? ; )

      Usuń
  3. 340zl za weekend z atrakcjami w schronisku, mnie to przekonuje.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak Ty ładnie piszesz. to się nie zmieniło. Fil Gor.

    OdpowiedzUsuń
  5. 17 osób razy 340 to 5780. Nawet po odliczeniu kosztów, podatku, noclegów warto tyle zarobić w weekend. Wcale się nie dziwię, że robi to szef, a nie jakiś młody.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzech ich tam było, szef ogarniał najwięcej, ale w zajęciach pod Betlejemką pomagało dwóch innych gości, a jeden z nich udzielał się też w sobotnich wykładach, jak i szedł z nami pod Zawrat.

      Trzeba też zauważyć, że to nie oni są organizatorami kursu (jest nim Polskie Stowarzyszenie Freeskiingu), a jedynie zleceniobiorcami, albo kimś takim. Tak czy owak, myślę, że dostają za to niezłe pieniądze.

      Być może ratownicy TOPR zasadniczej pensji otrzymują śmiesznie mało (tak się przynajmniej słyszy), ale za to mają wiele możliwości pokaźnego dorobienia sobie. I, moim zdaniem, bardzo dobrze.

      Usuń