wtorek, 7 stycznia 2014

A może bieganie?

Mamy nowy rok (i to odwieczne pytanie, kiedy rok zaczyna się starzeć?) i w ferworze noworocznej gorączki zdarza nam się to i owo postanowić. Zestaw naszych noworocznych postanowień zapewne można by zgrabnie posegregować i wykorzystać w Familiadzie - nie ulega raczej wątpliwości że dieta i ruch znalazłyby się w czołówce.

Nas, górskich zapaleńców, poza niezaprzeczalnymi zdrowotnymi czy ewentualnymi estetycznymi aspektami w ruchu może pociągać coś jeszcze - kondycja. Bo chodzenie po górach jest spoko zawsze, ale jeśli podchodząc na Rysy wypluwamy płuca już nad Czarnym Stawem, albo w drodze do Piątki musimy robić przystanki na "wyzipanie" się co 10 minut, to tak sobie myślimy, że jednak to nasze chodzenie mogłoby być trochę bardziej spoko, gdybyśmy mieli coś, co można by określić choć zaczynami kondycji czy formy.


Ta jednak sama się nie zrobi. Nie możemy raczej liczyć na to, że wyskoczymy ze swoich pracowniczych stanowisk, zwykle ograniczających nas do siedzenia, stania, ewentualnie dreptania, wywieziemy swoje miejskie tyłki w góry, damy sobie dzień na aklimatyzację, pooddychamy zakopiańskim czy dolinkowym powietrzem przez parę godzin, wyśpimy się, a potem to już będziemy fruwać. Znaczy, liczyć na to niby możemy, ale rzeczywistość przywita nas i tak zapewne konkretną zadyszką jeszcze przed schroniskiem, mroczkami przed oczami przy próbie zagryzienia zębów i zrobienia jeszcze paru kroków bez postoju i zakwasami w nogach na drugi dzień takimi, że ooo mamusiu... A dłuższe wyprawy, połączenie dwóch teoretycznie osobnych szlaków w jedną wycieczkę, czy przejście Orlej w jeden dzień będą dla nas wciąż w sferze bajek szaleńczo majaczyć gdzieś pomiędzy księżniczką a smokiem. No chyba, że urodziliśmy się ze stalową kondycją, albo niestraszne nam mroczki ;).

Nie twierdzę bynajmniej, że bez kondycji po górach chodzić się nie da. Da się. Ale z wyrobioną choć trochę kondycją jest łatwiej, przyjemniej i, co tu dużo mówić, jest też szybciej. Zanim podniesie się głośne i złowrogie larum, że zapierdzielanie po Tatrach jest fe, bo je jakoś desakralizuje - wyjaśniam. Nikt nikogo nie zmusza i zmusić nie może do szybkiego chodzenia po górach, a ja nawet nie próbuję zachęcać, bo uważam, że co kto sobie tam lubi, to niech sobie robi. Ja akurat lubię podgonić w miejscach nieciekawych widokowo, czasem chcę też gdzieś szybciej wejść (aby np. uniknąć tłumów), a bardzo często szybciej zejść zwłaszcza, gdy kiepści się pogoda. Jednak nawet jeśli nie zamierzamy się nigdzie spieszyć, to nadal pozostają dwa pierwsze punkty - łatwiej i przyjemniej :).

Pewnie jest wiele sposobów na podciągnięcie swojej kondycji przed wyjazdem w góry (i tak ogólnie też), ja napiszę o bieganiu z tego prostego powodu, że sama trochę biegam. To nie będzie jakiś kompleksowy tekst. Raczej próba zebrania w jedną całość bardzo podstawowych informacji. Pamiętam, że gdy dwa lata temu po raz pierwszy sznurowałam buty do biegania (wtedy mi z tym bieganiem nie wyszło...), jak i przed rokiem, gdy zabierałam się już lekko zniechęcona za ten temat po raz kolejny - nie mogłam znaleźć jakiegoś jednego tekstu, który wyłożyłby mi podstawy, wytłumaczył, co i jak, zachęcił, ale nie przeraził. Wszystko, co czytałam albo kręciło się wokół ogółów nie udzielając mi odpowiedzi na bardziej szczegółowe i przyziemne pytania, albo z kolei bardzo szybko grzęzło w tematyce startów, podbiegów, iterwałów, a ja łapałam się za głowę, nie mając bladego pojęcia, o co w tym właściwie chodzi. I w sumie do tej pory nie natknęłam się na taki tekst (choć faktem jest, że już nie szukam), więc... postanowiłam sama taki stworzyć. Nie mianuję się tu specjalistką od biegania - są w necie specjaliści, maratończycy i ultramaratończycy nawet też, są portale, są profile na fb, są blogi. Jam jest amatorka, która biega raptem od minionej wiosny i której jedynym osiągnięciem jest to, że przegryzła się przez ciężki początek (i to, że dotrzymała noworocznej przysięgi :D). I niczym więcej ten tekst nie będzie, jak tylko zbiorem banalnych i prostych porad od amatorki dla innych amatorów, od których różni mnie tylko to, że ja JUŻ zaczęłam.

Tyle słowem wstępu (taaa, wieeem, dłuuuugieeegooo...).

ZACHĘTA:

- poza wspomnianą, ważną dla nas, górołazów kondycją także....
- zdrowie (!) - bieganie m.in. zmniejsza ryzyko zachorowania na raka, cukrzycę, poprawia pracę układu krążenia, działa antydepresyjnie - to napisałam z pamięci, ale lista sposobów, na jakie bieganie robi nam dobrze jest dłuższa :)
- wygląd - bieganie oczywiście pomaga schudnąć, ponadto jak każdy wysiłek fizyczny wpływa dobrze na cerę, no i tak ładnie zarysowują się mięśnie na nóżkach ;)

PARĘ WAŻNYCH INFORMACJI:

- Jak zacząć? - można w domu lub na siłowni, na początek fajnie sprawdza się skakanka. Ale jeśli chcemy biegać, to raczej kiedyś trzeba wyjść z domu i po prostu ruszyć. Na początek: albo krótki bieg (kilka-kilkanaście minut, co trening odrobinę dłużej) albo marszobieg (chwila biegu - marsz dopóki nie odpoczniemy - chwila biegu - marsz itd. co trening, to odrobinę więcej biegu, a mniej marszu) - podobno marszobieg lepszy, bo przyzwyczaja do dłuższej aktywności.

- W co się ubrać? 
Latem (późną wiosną, wczesną jesienią...) w zasadzie wszystko jedno w co - mogą być szorty/leginsy/dresy, bawełniana koszulka/top, jeśli chłodniej, to jakaś lekka bluza, dowolność jest duża. Jeśli zaczynamy biegać ciepłą porą roku, to naprawdę nie musimy się na dzień dobry wykosztowywać na oddychające, szybkoschnące i Bóg wie, jakie jeszcze ciuchy. Chodzi w nich głównie o, to, że gdy się spocimy, to nie przyklejają się do nas i szybko oddają wilgoć na zewnątrz, co przy 25 stopniach na dworze nie jest zbyt istotne. Oczywiście pewnie biega się w nich bardziej komfortowo, ale jeśli nie mamy paru stów na zbyciu, to latem sobie te komforty darujmy, a jeśli mamy, to też sobie darujmy, a kasę wydajmy na wyjazd w góry :). Osobiście tylko odradzam bieganie latem (i w sumie nie tylko latem) w ciuchach, na których widać pot (jak np. szare dresy...).
Zwracamy uwagę na buty, ale bez przesadyzmu. Nie biegamy w tenisówkach, ale nie musimy od razu kupować biegówek za pół tysiąca, czy więcej. Na początek możemy spróbować biegać w zwykłych butach sportowych, jeśli takie mamy, a gdy nam się spodoba ta forma aktywności, kupujemy typowe buty do biegania - są odpowiednio wyprofilowane i lekkie, bardzo często w dużej części uszyte z takich siateczkowych materiałów, dzięki czemu są przewiewne. Nie muszą być bardzo drogie, warto poszukać na przecenach i w outletach (jednak targi, odidosy itp. raczej odradzam) - ja obydwie swoje pary kupiłam za sporo mniej niż 200 zł i biega mi się w nich dobrze.
Gdy robi się chłodniej zaczynają się schody - możemy nadal biegać w bawełnie, ale istnieje ryzyko, że bardzo szybko staniemy się wielką nasączoną i jednocześnie przegrzaną i zmarzniętą gąbką. Latem pot na plecach nie przeszkadza, bo jest ciepło i nie ma nas co zawiać. Jesienią czy zimą nadal możemy wprawdzie naparzać w krótkim rękawku - wtedy się tak nie spocimy, ale takie wychładzanie ciała nie jest zbyt rozsądne i poza przeziębieniem może zaowocować także paskudniejszymi dolegliwościami. Trzeba się ubrać. Tu już przydają się oddychające i niestety droższe ciuchy. Ubierając się na cebulkę w zwykłe materiały ryzykujemy, że wszystkie one nasiąkną szybko naszym potem (bo biegnąc pocimy się zawsze, także podczas mrozu), a następnie wychłodzą się i przykleją do naszych pleców jako zimny kompres. I naprawdę będzie nam i gorąco i zimno na raz.
W czym konkretnie biegać, gdy zimno? Pod dres można założyć getry jako dodatkową warstwę. Na górną część ciała... i tu zapewne zdania są podzielone, ale ja uważam, że nie ma co przesadzać i że do temperatury 0 stopni, to spokojnie wystarcza - koszulka (dobrze jeśli oddychająca) plus softshell. Gdy temperatura spada nieco niżej pod softshell zakładam jeszcze cienką bluzę (też oddychającą). Na razie biegałam przy temperaturze nie niższej niż jakieś -6 stopni (taką mamy zimę) i ten zestaw sprawdza się dobrze. Jesienią, gdy temperatura oscyluje wokół 10 stopni - koszulka plus bluza.
Na spacer bym oczywiście w takim stroju nie wyszła. Jednak przy bieganiu obowiązuje zasada, że ubieramy się tak, aby było nam trochę za chłodno, w chwili, gdy wychodzimy z domu. W czasie biegu szybko się rozgrzejemy :).
Głowa i szyja - można biegać w czapce, ale lekkiej, cienkiej, bo w grubej wełnianej szybko się uparujemy. Osobiście wolę opaskę termoaktywną - można kupić za naprawdę niewielkie pieniądze (jakieś paręnaście złotych na allegro), dobrze przylega do uszu, chroni czoło, grzeje, nie zsuwa się. Ostatecznie zawsze można założyć czapkę na opaskę. Ja owijam też wokół szyi cienki szalik.
Buty - ja na zimę kupiłam nowe między innymi dlatego, że w poprzednich zaczynało mi być zimno przez te siateczki. Na chłodniejsze pory bardziej odpowiednie będą buty bez siatek. Nie uchronią nas przed skutkami wpadnięcia w kałużę czy mokrą zaspę, ale dopóki biegniemy po suchym (także po świeżym śniegu) raczej będzie nam w nich ciepło.
Skarpety, rękawiczki, itp. - ostatnio nawet w DDTVN był materiał o bieganiu, a w nim między innymi o tym, że należy chronić ścięgna achillesa, ale też inne obrzeżne obszary naszego ciała przed chłodem. Zimą więc skarpetki są obowiązkowe i dobrze jest nawet naciągnąć je na getry (jedna taka blogerka, córka polityka pojawiła się ostatnio w sesji biegowej praktycznie bez skarpetek - z niej przykładu nie bierzemy) . Długie rękawy też konieczne. Dłonie hmm... ja na początku zawsze mam rękawiczki, a potem zawsze jest mi w nich gorąco i je ściągam, ale może źle robię.
Tak, czy inaczej - choć mnie samej niegdyś trudno było w to uwierzyć - zimą da się biegać. Podobno też da się zimą ZACZĄĆ BIEGAĆ, choć tego już na pewno nie wiem. Wiem tylko, że ja bym nie zaczęła, no ale ja to ja - zmarźluch i niedowiarek.

- Czy to bezpieczne i zdrowe? - po wydarzeniu w czasie "Biegnij Warszawo", jakim była śmierć uczestnika praktycznie na mecie, rozgorzała w mediach dyskusja o tym, czy tak modne ostatnio bieganie jest oby bezpieczne. Media, zwłaszcza te 24-godzinne muszą o czymś pytlować, więc prędko podłapały temat i zaczęły ferować swoje nieomylne wyroki. Zaroiło się od specjalistów z Piotrem Kraśko na czele, a w sumie temat jak szybko się pojawił, tak jeszcze szybciej zapadł się pod ziemię zostawiając środowisko biegowe w lekkim niesmaku, środowisko amatorko-biegowe w lekkim przestrachu, a ogólnie rozumianą opinię publiczną z gromkim okrzykiem "zakazać!" na ustach. Bieganie tymczasem zasadniczo JEST zdrowe i generalnie jest bezpieczne. Śmierci w czasie biegów ulicznych się czasem zdarzają (także w Polsce nie było to bynajmniej pierwsze takie zdarzenie) i zwykle wynikają z niewykrytych wad serca. Wypłynął jeden słuszny wniosek z całej tej chwilowej medialnej paplaniny - wniosek, że warto przez rozpoczęciem biegania (czyli jakby nie patrzeć uprawiania sportu) się przebadać. Bo zapewne warto, choć niewykryte wady serca mają to do siebie, że nie tak łatwo dają się wykryć. Tak, czy owak - jeśli się czegoś obawiamy, jeśli mamy taką ochotę - możemy się przebadać. Jakkolwiek, wystarczyło się w okresie tuż po "Biegnij Warszawo" zagłębić się nieco w fora o tematyce biegowej, aby przekonać się, że większość osób, które biegają nie bada się. A żyje, ma się dobrze, biega dalej.

Odnośnie konotacji ze zdrowiem - ja miałam obawy, że jak się bodaj raz przebiegnę przy zerowej temperaturze, to rozwalę się na 3 tygodnie, utonę we własnych smarkach, a zatoki będą mi o tym biegu przypominać do maja. Nic z tych rzeczy. Przeciwnie - miniona jesień była pierwszą od wielu lat, kiedy nie złapałam przeziębienia (zwykle łapałam jakieś 2-3 razy). Bieganie działa pozytywnie na odporność organizmu, hartuje.

Natomiast osoby, które biegają są niestety narażone na kontuzje. Przy czym kontuzja to nie jest wywrócenie się i zbicie kolana. Kontuzja to coś, co dzieje się wewnątrz, zwykle naciągnięcie lub naderwanie czegoś tam w środku ;). Początkującym, dreptająco-truchtającym raczej nie grozi. Ważne jest stopniowe zwiększanie kilometrarza, nie przesilanie się, dawanie sobie dni na odpoczynek i regenerację. Jak się wciągamy - czytamy o tym więcej i więcej, na początek tyle informacji wystarczy, nie ma co straszyć ;).

- Bieganie a dieta - to zabrzmi banalnie, ale nie dla wszystkich jest oczywiste - żeby biegać trzeba jeść, głodzenie się - odpada. Bardzo często decyzję o aktywności biegowej podejmujemy łącznie z decyzją o wzięciu się za siebie, czyli schudnięciu, a tę z kolei z decyzją o zmianie swoich przyzwyczajeń żywieniowych. I spoko. I nawet spoko, że decydujemy się na najbardziej niezawodną ze wszystkich diet, czyli Mniej Żreć. Ważne tylko, żeby przy bieganiu coś jednak żreć i żeby było to coś więcej niż listek sałaty. Do tak dużego wysiłku, jak kilkunasto czy kilkudziesięciominutowy bieg nasze ciało potrzebuje po prostu paliwa. Bieganie na głodzie to prosta droga do szpitala.

Co jeść, gdy biegamy? Zasada jest prosta i warta wdrożenia nawet jeśli nie biegamy - po prostu jeść zdrowiej - pieczywo ciemne zamiast białego, mąka pełnoziarnista zamiast zwykłej, woda lub herbata zamiast słodkich napojów, owoce zamiast słodyczy, dużo warzyw, orzechy, owsianki, płatki, kasze, produkty naturalnego pochodzenia. Ci, co biegają dużo potrzebują też dużo węglowodanów (ale tych fajnych węglowodanów jak np. z pełnoziarnistego makaronu, a nie z czekolady), ale my tu dziś nie o tych, co dużo, a o tych, co dopiero zaczynają. A więc - jak już napisałam - na fali noworocznej odmiany samego siebie warto też pewne produkty z jadłospisu wywalić a przywitać z uśmiechem nowe. No, ale - co warto, to warto, a co zrobimy, to zrobimy. Są tacy, co biegają przestrzegając ściśle narzuconej sobie diety, a są tacy, co jedzą naprawdę wszystko jak leci, a biegają właśnie po to, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia po tym, co zjedli. Z tego, co czytałam w necie - da się biegać także odżywiając się głównie nutellą, frytkami i żelkami.

Pora posiłku a pora biegania - jak już wspomniałam, na głodzie raczej nie biegamy. Jeśli biegamy rano - warto przekąsić coś lekkiego (płatki, owoc...), a potem zjeść normalne śniadanie. Jeśli biegamy po południu lub wieczorem, należy odczekać około 2-3 godziny od obiadu (bo tuż po jedzeniu też nie biegamy). Dobrze jest wyczuć moment, kiedy już nie czujemy się pełni po posiłku, ale jeszcze nie zaczynamy być głodni. Po bieganiu trzeba uzupełnić płyny i warto coś zjeść.

- Prędkość, czas treningu - gdy zaczynamy biegać może nas wciągnąć internetowy wir stron i profili związanych z bieganiem, wiadomo, czytamy, obserwujemy, a jak jesteśmy na fejsie lajkamy co się tylko zaczyna na "bie" choćby to miała być "biegunka". To obserwowanie i lajkanie zwraca nam się bardzo szybko masą (dla nas dosyć chaotycznych) informacji, spośród których wyzierają różne niezrozumiałe pojęcia, ale nade wszystko - rekordy innych biegaczy. Profile portali biegowych co i rusz pytają: "Była dziś dyszka?", a ludzie odpisują, że dyszka była, a nawet i więcej niż dyszka. Albo pojawiają się te zabawne motywatory, w stylu: "jeśli przebiegniesz dziś 15 km, to prysznic po treningu weźmie z Tobą Jonny Depp" i człowiek tak sobie myśli, że kurczę, Johnny Depp Johnnym Deppem, ale dyszkę to można spróbować przebiec, skoro inni tak z palcem w nosie to robią. Jedna na to rada - spokojnie, nie wszystko od razu. Grunt, żeby się nie nastawiać na natychmiastowy efekt, nie przesilać, nie próbować w ciągu miesiąca dorównać komuś, kto trenuje od paru lat... Podobnie z prędkością - ludzie starujący w biegach ulicznych często stawiają sobie jakąś poprzeczkę (mówi się o "łamaniu" czasów) - na początku drogi biegacza nie ma się co sugerować tymi czasami, tylko spokojnie sobie truchtać tak, aby sprawiało nam to przyjemność (bo bieganie sprawia przyjemność) i było dla nas bezpieczne.

- Mit 30 minut - często można spotkać się ze sformułowaniem "30 minut ciągłego biegu". Te 30 minut bywa stawiane za cel, istnieją artykuły opracowujące plan osiągnięcia tych 30 minut. Czy coś szczególnego się po tych 30 minutach dzieje? Nic. Po osiągnięciu możliwości biegania przez 30 minut zazwyczaj ten czas po prostu stopniowo się wydłuża (tak jak wydłużał się i przedtem) i tyle. 

- Mit 40 minut - że niby nie ma sensu krócej biegać czy ćwiczyć, bo dopiero po 40 minutach zaczynamy chudnąć. W sumie chyba tak jest, że dopiero po tych 40 minutach organizm czerpie energię z rezerw odłożonych w warstwach tłuszczyku, ale już wcześniej robimy duuuużo dla swojego zdrowia i ładnie rzeźbimy sylwetkę. Poza tym - to nie musi być bieganie przez 40 minut - może to być trening złożony np. z ćwiczeń, biegania i marszu.

- Rozgrzewka i rozciąganie - co do rozgrzewki zdania są podzielone - istnieje oczywiście pogląd, że jest konieczna, napewno jest wskazana, ale... jest też teoria, że rozgrzewkę można zastąpić lekkim truchtem na początku biegu, stopniowo zwiększając prędkość do normalnej. I ja się tej teorii trzymam, bo tak mi wygodnie, ale czy robię dobrze, to się upierać nie będę. Ćwiczenia na rozgrzewkę do poszukania w necie.

Rozciąganie - po intensywnym wysiłku mięśnie nóg się kurczą i należy je rozciągnąć, aby zmniejszyć prawdopodobieństwo kontuzji. Rozciąganie jest bardzo wskazane już na początku naszej przygody z bieganiem. Jest... nudne, to fakt, ale chyba warto jednak się do niego zmobilizować. Ćwiczenia rozciągające do znalezienia w czeluściach internetu.

- Inne takie takie:

Pulsometr... pewnie fajna i przydatna zabawka, ale nie musimy go mieć, aby biegać, przynajmniej na pewno nie na początku.

Aplikacje biegowe - jeśli mamy smartfona warto pobrać sobie za darmo jedną z nich - zapamięta i pokaże na mapie naszą trasę, a także to, przy jakich warunkach biegaliśmy, obliczy kilometry, tempo, czas, wszystko nam pięknie podsumuje i nawet powie, ile hamburgerów spaliliśmy w czasie naszych treningów i jaką część drogi na Księżyc pokonaliśmy :).

Muzyka - fajnie się biega przy ulubionych utworach (raczej tych energetyzujących niż uspokajających ;) ). Bieganie to w ogóle może być chwila na relaks dla umysłu, chwila dla siebie, przemyślenie różnych spraw...



Rozpisałam się, bo ja się lubię rozpisywać, jednak z całą pewnością nie wyczerpałam tematu. Starałam się spisać to, co sama chciałabym przeczytać będąc na początku biegowej drogi. Co mogę napisać więcej? Bieganie jest fajne :). Na początku to droga przez mękę, ale szybko przyzwyczajamy się do wysiłku i staje się on dla nas przyjemny, a nawet potrzebny, a te endorfiny tuż po biegu, ach - po górach to wtedy nie tyle można biegać, co je przenosić :). I - ponieważ wyszłam od kondycji, to kondycją zakończę - w tym względzie bieganie zdecydowanie działa. To już jest inne chodzenie po górach. W wyłącznie dobrym znaczeniu tego słowa.

Na nowy rok w obecnym położeniu raczej czekać nie należy (mamy 7 stycznia...),więc nawet jeśli zaniedbaliśmy ostatni tydzień, to nic, to nieważne - nic nie stoi na przeszkodzie, aby zacząć coś nowego od jutra. Może bieganie? :)

7 komentarzy:

  1. No rozpisałaś się. ;) Ale w sumie też zaczynając chodzić po górach próbowałem kilka razy wdrożyć bieganie w życie. Właściwie u mnie to nawet nie chodziło oto, żeby szybciej chodzić, bo i tak cykam zdjęcia, robię przerwy jakieś tam, ale sam fakt tego jak się przy tym męczę mnie drażnił bardzo. Bo nawet jakbym szedł tyle samo czasu ten sam szlak, ale się przy tym zmęczył 3 razy mniej to byłbym mega szczęśliwy. No i od dwóch lat już też 3 razy próbowałem i zawsze kończyło się to na około 2 miesiącach, ale efekty w górach były bardzo zadowalające, więc wpływ ma to duży. Poza tym masa innych właśnie plusów, takich codziennych, lepsze samopoczucie, jakiś taki człowiek bardziej żywy i chętny do życia i w ogóle. Też mam właśnie z nowym rokiem takie postanowienie, ale tym razem wytrzymam na pewno dłużej niż 2 miesiące. Pech tylko taki, że właśnie jestem chory i się wkurzam, bo znów zacząć nie mogę. :P Ale od poniedziałku powinno dać już radę. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie o to chodzi, żeby męczyć się w górach trochę mniej :). No i nogi tak nie bolą!

      Powodzenia więc :).

      Usuń
  2. Jak dla mnie naprawdę super, kiedy nie dostajemy 6 zawałów na podejściu, donośne sapanie nie zagłusza wszystkiego dookoła, a nogi ni są jak z galarety, gdy już jakoś doczłapiemy na górę... Przy jako takiej kondycji chodzenie po górach staje się o wiele fajniejsze! Bieganie jest super, też praktykuję :) Zaczynałam, tak jak pisałaś, od skakanki (i w sumie dalej jest w użyciu ), jazda na rowerze też później całkiem fajnie procentuje na szlaku ;) Zresztą, ruch procentuje zawsze - jak przyjdzie nam po schodach zdobyć kiedyś jakiś wieżowiec, to też człowiek się ucieszy w duchu, że jednak kiedyś tam zdecydował się trochę pomęczyć i zaczął np. bieganie :) Zauważyłam u siebie na uczelni taką rzecz, że sporo młodych ludzi nie ma ochoty wejść o własnych nogach nawet na piętro wyżej i niczym za pomocą wewnętrznego gpsu od razu kierują się do windy. Bardzo fajny i przydatny wpis. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Podobno też da się zimą ZACZĄĆ BIEGAĆ, choć tego już na pewno nie wiem." - da się. Zacząłem zimą w zeszłym roku i biegało mi się najlepiej przy -10st :-P Co prawda później bieganie "skończyłem" (ciężko mi było zgrać dzień wolny od biegania z wyjazdami itp no i za ciepło mi się zrobiło latem ;-) ). Ale kiedyś na pewno do tego wrócę.

    A wpis bardzo interesujący :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bieganie po górach... w górach... to dopiero jest frajda... Cała dolina Chochołowska truchtem to 35-40 minut itd.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja natomiast zauważyłem, że u mnie najlepiej sprawdza się biegania ok 6-10km 2-3 razy w tygodniu oraz do tego marsze, takie po 8-15 km jak najczęściej się da (w praktyce ok 3-6 razy w tygodniu). Samym bieganiem nie dałem rady tak rozbudować kondycji jak takim właśnie połączeniem.

    OdpowiedzUsuń
  6. A co zamiast biegania???
    Nie cierpię tej formy aktywności!!! :((
    Poza tym to szkodzi na stawy i kręgosłup ;)
    Wolę rower i pływanie - pewnie to lepsze niż nic, ale jak efektywnie to wykorzystać, żeby później na szlaku było lżej?

    OdpowiedzUsuń