czwartek, 27 lutego 2014

Od śmierci w dolinach...? - czyli o ryzyku w górach

Chodzenie po górach jest fajne, dostarcza fantastycznych wrażeń i przeżyć, umożliwia obcowanie z niecodziennym pięknem, pozwala się sprawdzić, stanowi dla wielu ludzi niewytłumaczalną i uzależniającą pasję. Powody, dla których ta aktywność jest podejmowana i jej zalety długo by wymieniać. Wada jest zasadniczo jedna - to hobby może nas zabić.


Sposobów, na jakie możemy pożegnać się niechcący ze światem doczesnym w górach jest parę: upadek, poślizgnięcie, porwanie przez lawinę, porażenie piorunem, pobłądzenie i opadnięcie z sił w bezludnym terenie (choć to ostatnie w dobie telefonii komórkowej zdarza się raczej rzadko). I jeszcze coś by się pewnie znalazło. Myli się ten, kto jest przekonany, że wybierając trasy łatwe, popularne, rozdeptywane co dzień przez tysiące nóg jest w pełni bezpieczny. Wyjście w góry zawsze związane jest z oddaleniem się od miejsc schronienia, podjęciem pewnej gry z naturą. Pioruny lubią rąbać w banalne Kalatówki, a niedźwiedzie czuwają wszędzie : >.

W sumie biorąc pod uwagę skalę ruchu turystycznego w Tatrach - wypadków, zwłaszcza tych śmiertelnych nie zdarza się jakoś szczególnie dużo. Nie dysponuję żadnym profesjonalnym opracowaniem, internet podpowiada mi, że rocznie w tych górach (być może tylko w polskiej części) na skutek różnego typu zdarzeń ginie statystycznie dwadzieścia osób. Tatrzański Park Narodowy chwali się natomiast na fanpage'u, że jest rocznie odwiedzany przez dwa i pół miliona turystów. Rozstrzał pomiędzy tymi liczbami jest tak wielki, że nawet nie umiem policzyć, co który ginie. Oczywiście w tych przeszło dwóch milionach jest bardzo wielu tak zwanych klapkowiczów, niespecjalnie zainteresowanych turystyką pieszą, korzystających w czasie pobytu nagminnie z usług takich jak bryczki, ciuchcio-traktor, czy kolejka. Ich należałoby raczej spod tego typu statystyk wyciągnąć, bo choć koń może kopnąć przy załadowywaniu się na wóz, wagonik kolejki spaść i tak dalej, to jednak trudno byłoby tego typu wypadki rozpatrywać w kategoriach turystyki górskiej. Z drugiej strony, liczbę zgonów w Tatrach można chyba nieco zmniejszyć poprzez odjęcie śmierci naturalnych typu zawał. Zostaje jakieś siedemnaście zabitych osób na około dwa miliony chodzących po Tatrach. Relatywnie mało. Ale...

Ale to się zdarza. Wcale nie tylko tym nieprzygotowanym, w trampkach na śniegu, bez mapy w plecaku i oleju w głowie. Właściwie to z moich obserwacji wynika, że im akurat przydarza się to najrzadziej. Po prostu śmierć w górach czyha, czasem następuje i może przydarzyć się każdemu. Z powodu znajomości praw rachunku prawdopodobieństwa i wniosków płynących z własnego przygotowania i zachowań w górach możemy sobie całkiem zgrabnie i skutecznie wmówić, że nam to nie grozi, że musielibyśmy mieć cholernego pecha, żeby trafić do tych statystyk. Ale ktoś przecież do nich trafia, prawda? Dlaczego niby nie możemy być to my?

Takie hobby, idąc w góry pogódź się z tym, miej świadomość. Chociaż właściwie nie musisz, możesz iść na tak zwaną pałę, i tak w zasadzie wiele zależy od przypadku i zwykłego szczęścia. Czasem kusi się los, a on nic sobie z tego nie robi, a czasem i bez kuszenia jest łubudu i po kliencie.

W takim wypadku po co w ogóle się narażać i tam włazić? Narażać się zresztą nie tylko na śmierć, ale i na ogólnopolskie okrzyknięcie mianem debila na forach wszelakich. Debila, co zamiast usiąść grzecznie na tyłku, odpalić dla relaksu playstation, telewizor, od biedy przeczytać książkę powlókł się w góry i dał się zabić. No bo przecież debil jak nic, nie?

Nie wytłumaczy się zajawki chodzenia po górach komuś, kto tego nie czuje. Jest w tym coś nieracjonalnego i już. Ale przecież jak w każdej pasji - chodzi po prostu o robienie tego, na co ma się ochotę, o realizowanie się w tym, co się lubi. O doświadczanie radości, satysfakcji, szczęścia - najzwyczajniej w świecie. Ludzie są różni i różne rzeczy lubią. Choć są i tacy, którzy właściwie niczego nie lubią i tu już żadne tłumaczenie przez analogię nie pomoże, ale ja nie o tym. Jeśli ktoś akurat upodobał sobie najszczególniej w świecie pisanie wierszy na rozkwieconej łące, to ma ten komfort, że najprawdopodobniej przy tym nie zginie - choć też nie do końca, bo może na przykład użądlić go szerszeń. Natomiast my, szaleńcy, upodobaliśmy sobie góry. Albo to góry upodobały sobie nas, upatrzyły, wybrały i bezczelnie uwiodły. Ktoś ewidentnie skazał nas na wieczną wędrówkę.

Można oczywiście się tego wyprzeć, dać sobie spokój, skupić się na sprawach codziennych. Zamiast na wariackie podróże wydać pieniądze na nowy mebel i bardziej funkcjonalne żelazko. Iść z dnia na dzień powoli, mozolnie ku... właściwie czasem ku niczemu konkretnemu. Od tego się faktycznie nie umiera. Tyle, że celem życia nie do końca jest przeżycie. Ostatecznie wszyscy będziemy martwi, za lat pięćdziesiąt lub pięć, za miesiąc, a może jeszcze dziś. Teraz jestem stosunkowo młoda, sprawna, chyba zdrowa, więc teoretycznie jeszcze trochę pożyję, bank dałby mi pewnie niemały kredyt. Ale przecież mogę zadławić się jutro rano kapsułką tranu łykaną na odporność. Mogę odpuścić sobie góry, bo to takie diablo niebezpieczne, a w rok po tym odpuszczeniu dowiedzieć się, że umieram na raka.

O ile w górach możemy zginąć na kilkanaście sposobów, o tyle poza nimi możemy zostać unicestwieni na jakiś miliard innych. Śmiertelna choroba, kretyn za kierownicą rozpędzonego samochodu, ukąszenia owadów, poślizgnięcie we własnej łazience, porażenie prądem, morderstwo, katastrofa samolotu i tak dalej. Podobno nawet dodawanie cytryny do herbaty z fusami jest rakotwórcze, life's brutal.

Nie upieram się bynajmniej przy jakimś absurdalnym stwierdzeniu, że aby żyć w pełni trzeba łazić po górach z wariacką manią w oczach. Twierdzę raczej, że w życiu najfajniejsze są te momenty, gdy się to życie naprawdę czuje, gdy się wie, że po to się ciągnie ten wózek, po to się wstaje co rano i robi różne średnio przyjemne rzeczy, aby tych właśnie momentów od czasu do czasu doświadczyć. Dla mnie to są głównie góry, dla kogoś to będzie dotknięcie stopą rozprażonego piasku na plaży w Kołobrzegu, a dla kogoś jeszcze innego ukończenie sklejania modelu samolotu, nieważne. Ważne, żeby robić to, co sprawia radość, bo bez tego życie staje się pasmem patetycznych udręk i cierpień okraszonym bólem pewnej brzydko nazywającej się części ciała i przemożną chęcią zarażania tym bólem innych. Po prostu myślę, że szkoda trochę rezygnować z tego, co w naszym życiu najwspanialsze na rzecz pozornej ochrony czegoś tak kruchego, niestałego, niepewnego i ulotnego jak nasze istnienie.

I to nie chodzi o to, że "jest ryzyko, jest zabawa", że "co nie zabije, to wzmocni", że "od śmierci w dolinach zachowaj nas Panie", że tak się fajnie umiera robiąc to, co się kocha. Trochę to bzdura, bo jak się coś kocha, to chce się to robić dalej, a nie od tego umierać. Nikt o zdrowych zmysłach nie idzie w góry po śmierć, ani nawet po jej ryzyko. W góry się idzie po to, by czuć, że się żyje. 

Oczywiście trzeba uważać, być ostrożnym, dbać o siebie, wykazywać się pewną dozą pokory i rozsądku, bo ta marna egzystencja jest jednak darem. Ale jest takie powiedzenie, że w ostatecznym rozrachunku nie będziemy żałować najbardziej rzeczy, które zrobiliśmy, a tych właśnie, których nie zrobiliśmy. A co ma być, to i tak chyba po prostu będzie...


Cóż, zawsze też możemy się zabunkrować, obłożyć kocami, odizolować i spokojnie przeżyć. Aż do śmierci ;). 

8 komentarzy:

  1. Life's brutal & full of zasadzkas ;) Można, jak mówisz, odizolować się i dożyć aż do śmierci, albo można żyć pełnią życia - np. w górach. Wielu własnie w górach czuje, że żyje. Pewnie dlatego, że tam jest się skazanym często tylko na siebie, można dokopać się głęboko do własnej głowy i nabrać innej perspektywy na życie. Ja za to też kocham góry, nie tylko za piękne widoki.

    Ps. Wnioskuję o zmianę wyrażenia "wieczną wędrówkę" na "wieczną tułaczkę" ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie napisany tekst. I jest w tym wiele prawdy, że chodzenie po górach jest niebezpieczne. Na szczęście mi osobiście na razie nic się w nich nie stało, ale wśród znajomych mam osoby, które miały już różne wypadki, mniej lub bardziej poważne. Ale jak to napisałaś, najwięcej wypadków zdarza się osobom dużo chodzącym po górach - po prostu są tam więcej niż inni, więc i szansa na wypadek większa.

    OdpowiedzUsuń
  3. "I to nie chodzi o to, że "jest ryzyko, jest zabawa", że "co nie zabije, to wzmocni", że "od śmierci w dolinach zachowaj nas Panie", że tak się fajnie umiera robiąc to, co się kocha. Trochę to bzdura, bo jak się coś kocha, to chce się to robić dalej, a nie od tego umierać. Nikt o zdrowych zmysłach nie idzie w góry po śmierć, ani nawet po jej ryzyko. W góry się idzie po to, by czuć, że się żyje. " Bardzo trafnie i zgrabnie ujęte ;) Tak naprawdę coś złego przytrafić się może człowiekowi wszędzie, w niektórych miejscach trzeba po prostu bardziej uważać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mądrze piszesz. Nikt o zdrowych zmysłach nie idzie w góry, żeby się zabić. A tak swoją drogą, to statystycznie, większe jest prawdopodobieństwo, że zginie się na Zakopiance niż w górach...
    Należy więc korzystać z życia ile się da i realizować swoje pasje (jakiekolwiek by nie były) :D
    pozdro ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem na twoim blogu pierwszy raz, i trafiłam właściwie tutaj przez zupełny przypadek. Ale bardzo spodobał mi się ten wpis, takie mądre słowa :) "Natomiast my, szaleńcy, upodobaliśmy sobie góry. Albo to góry upodobały sobie nas, upatrzyły, wybrały i bezczelnie uwiodły. Ktoś ewidentnie skazał nas na wieczną wędrówkę." Szczególnie upodobałam sobie te słowa. Będę tutaj zaglądać częściej. Pozdrowionka

    OdpowiedzUsuń
  6. Mądrze piszesz Gosica- masz świetne spojrzenie na pasję wędrówek czy bardziej wspinaczek górskich.To góry mnie uwiodły to one to sprawieły góry moje góry.. już nie chodzę tak jak TY po tych wysokich szczytach najwyżej byłem 20 lat temu na przełęczy Waga- Świnicy i Granatach. Ale po górach będę szedł póki będę żyw i w miarę sprawny.Tylko tam doznaje jakiegoś wręcz ukojenia po zwykłym coraz bardziej nerwowym dzisiejszym życiu. Idę- idę mam doskonały piękny cel przed sobą-szczyt. Z każdym krokiem widzę go inaczej i coraz bliżej.Po drodze piękne widoki i setki myśli których nie ma w domu w betonie. Wczoraj wróciłem właśnie z Tatr i zdobyłem w mini raczkach dla mnie aż Nosal zimą.Podzielam i zgadzam się z każdym zdaniem co napisałaś-pozdrawiam no hej Fajny blog świetne foty a najbardziej konkretne to te jak jesteś w tych klapkach- kapitale

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za ciekawy komentarz i uznanie :)

      Usuń
  7. O rany, nareszcie :) Ja mam w sercu niskie góry - Sudety, bo przede wszystkim kocham samotność i to cudowne uczucie zmęczenia w nogach wieczorem po długiej wędrówce, niekoniecznie na najwyższe szczyty. Przyznam, że obserwuję osobiście odwrotne reakcje - jak w góry to na OP, a jak chodzisz w niskie to weź się schowaj. Teraz właśnie pokochałam Tatry Zachodnie - zielone, długie szlaki, mało ludzi (nawet puste szczyty się trafiają). Taki instynkt - ubrać buty, założyć plecak i iść przed siebie, a żeby nie było za nudno to raz pod górę, raz w dół. Nie wyobrażam sobie innego urlopu. Także to są 2 strony medalu - jedni hejtują Was za podejmowanie ryzyka, a inni takich jak ja, za niepodejmowanie ryzyka i wybieranie łatwych szlaków. Całe szczęście, człowiek już nie taki głupi i mimo wszystko robi swoje, bo to uwielbia. Wszystkich nie zadowolimy :)

    OdpowiedzUsuń