środa, 20 sierpnia 2014

Nocne wyrypy pewnej ekipy - ORLEN PERĆ




Tekst: Gosia, czyli ja ;), większość zdjęć: Madzia czyli Wieczna Tułaczka :)))
Pewnego wieczora morale wycieczki boleśnie podupadło. Cóż, jak to mówią, klimat był zawsze raczej przeciwko nam. Jednak kolejne przemoknięcie skutecznie nadwątliło, do tej pory jeszcze jako tako niezłe i pełne niegasnącej nadziei nastroje. Seria wycofów ciążyła nad nami niczym gęste chmury, które te wycofy powodowały. Potrzebowaliśmy zatem celu – ambitnego, jak zwykle, ale możliwego do zrealizowania tu i teraz, zaraz i natychmiast.

Jakoś tak się złożyło, że działo się to wszystko o godzinie trzeciej w nocy. Zupełnym przypadkiem jest, że akurat wtedy skończyło nam się piwo.
Tatry tego wieczora były dla baaardzo zaawansowanych...

Madzia z profesjonalną odznaką Klubu Wysokogórskiego "Łowcy Tatr"


I Gosia w naturalnym środowisku (fot. Wieczna Tułaczka)


Facebook sprawdzony już jakieś pierdyliard razy, może byśmy gdzieś poszli... (fot. Wieczna Tułaczka)

Zmącone późną godziną (wyłącznie) umysły nie ugięły się i nie strwożyły pod ogromem majestatu planu, który wyklarował się samoistnie z panującej na stole pustki. Żądni szybkiego sukcesu, zdobycia w tym tygodniu czegokolwiek innego niż dolina czy przełęcz postanowiliśmy wyruszyć na nocną wyprawę trudną i wymagającą tatrzańską granią. Granią ORLEN Perci.

Przygotowania poszły sprawnie. Jako wprawieni w bojach Łowcy Tatr odrzuciliśmy w kąt szpej (jak choćby plecaki) czy zapas prowiantu. Nie zapomnieliśmy za to o aparatach i odpowiednim zasobie mamony. W kilka minut po podjęciu jakże przemyślanej decyzji o wyruszeniu na szlak, podążaliśmy już dziarsko w dół, stromym i prawie że eksponowanym grzbietem Wierchu Spiskiego.

Janusz na ostrzu grani (fot. Wieczna Tułaczka)

Daleko jeszcze?! (foto i niezbędny retusz :))) Wieczna Tułaczka)

Nogi drżały i plątały się nieco od mozolnego wysiłku (wyłącznie). Z okalających nas ciemności dobiegały porykiwania niedźwiedzi, nie wiedzieć czemu trochę przypominające szczekanie psów. Gdy teren wyrównał się i wypłaszczył rozpoczęliśmy poszukiwania grzędy, na którą mieliśmy się wbić, aby dotrzeć do celu. Wytężaliśmy zatem wzrok w poszukiwaniu ogórków lub marchewek. Nie znalazłszy grzędy, nie załamaliśmy się. Pełni determinacji poczęliśmy wytyczać nową drogę, prowadzącą żlebem, gotowi w razie potrzeby zakładać stanowiska asekuracyjne w asfalcie. 

Wyjątkowo ładnie urzeźbiony asfalt. Ale grzędy ni cholery nie widać. (fot. Wieczna Tułaczka)

Kondycja wyrobiona w czasie rozlicznych wycofów z ostatnich dni, pozwoliła nam znacznie przegonić czas mapowy. Mniej więcej wtedy właśnie, gdy upajaliśmy się poczuciem naszej ogólnej zajebistości oraz wiatrem mierzwiącym nam włosy w tym śmiałym pędzie tatrzańską granią, oczom naszym ukazała się długo wyczekiwana pobłyskująca na czerwono destynacja. 

Orlen Peak...
Cel tuż tuż - humory dopisują! (fot. Wieczna Tułaczka)

Niezmiernie byliśmy ukontentowani pełnym zrealizowaniem zaplanowanej trasy. Gratulacjom, uściskom i gromkim wybuchom śmiechu nie było końca. Spontanicznie, w ramach chęci uczczenia odniesionego sukcesu (wyłącznie) zakupiliśmy parę puszek bursztynowego napoju. Wydania hot-dogów chatar Schroniska na Orlen Peaku odmówił. Nasz wynikły z tego faktu chwilowy żal skwitował stwierdzeniem, iż generalnie wyglądamy na zadowolonych.

No ba. Kto by się nie cieszył z przebycia nocą grani ORLEN Perci?
Można rzec, że dotarliśmy do źródeł...

 Tak cieszy się Madzia po zrealizowaniu szczwanego planu

Wiekopomna chwila (foto i pączek Wieczna Tułaczka)

Po tym krótkim entuzjastycznym świętowaniu, cyknięciu paru pamiątkowych fotek i wykonaniu telefonów do rodziny i znajomych, przyszedł czas na wyruszenie w drogę powrotną. Pomni na słowa, że góra należy do nas dopiero wówczas, gdy z niej zejdziemy – nie zaniechaliśmy ostrożności i wzmożonej uwagi. Powrót na grań niejednemu z nas dał w kość. Grupa rozpierzchła się wzdłuż ścieżki, prowadzącej nie wiadomo, dokąd, a przede wszystkim – po co. Walczyliśmy o każdy oddech, kamienie leciały jak głupie, niedźwiedzie wciąż poszczekiwały.



Do kwatery powróciliśmy upojeni naszym wspólnym sukcesem (wyłącznie). Trudno było zasnąć po tak emocjonującym wyrypie, toteż postanowiliśmy poczekać na wschód słońca. Mieliśmy go niby pierwotnie oglądać z Niżnich Rysów, ale uznaliśmy, że taras też jest w sumie całkiem spoko. Do świtu jeszcze trochę czasu było, toteż z zadowoleniem wspominaliśmy wrażenia mijającego wieczoru. Herbatka, ciasteczka, ploteczki.

A potem ni stąd ni zowąd pierwsze promienie budzącego się do życia nowego dnia. Wzruszenie, łzy stojące w oczach, ekstaza, pierwsze symptomy kaca. Pochwyciliśmy w dłoń nasze aparaty i wszyscy poczuliśmy się wyjątkowo. Już nie jak marne administratorzyny, ale jak prawdziwe fotografy. Niejedno dobre światło padło tego złocistego górskiego poranka naszym łupem.

Wszyscy jesteśmy... :D (fot. Wieczna Tułaczka)


Brzask nowego dnia kusił do przeciągnięcia imprezy. Tylko wrodzone poczucie przyzwoitości skłoniło nas do oddania się w objęcia Morfeusza. No może jeszcze podchodzące pod kwaterę dzikie zwierzęta:


Posta sponsorowały Tabsy z Biedry ;)

10 komentarzy:

  1. Hehe, świetnie napisane :-P
    Tobie pogratuluję tekstu, bo czyta się go na prawdę bardzo dobrze :) Te Tabsy z Biedry są jakieś rewelacyjne ;)

    Tatr nie mieli w schronie na Orlen Peak? ;P

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahaha :D Żubr w promieniach słońca... Bezcenne :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Super tekst, a przygoda jeszcze lepsza! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. dobre !!!! Przygoda prawie jak w Piątku* w piątek na Orlenie, gdzie okoliczna młodzież spędza swój wolny czas i hucznie świętuje nadejście weekendu :-) ha ha
    * - Piątek w wieś w woj. łódzkim

    OdpowiedzUsuń
  5. Orlen Peak rulez! :) Zdobyczne piwo-paliwo smakuje najlepiej, a z taką ekipą to już w ogóle. Wasze teksty wrzucam do zakładek, coby mieć się z czego obśmiewać w chwilach ciężkich i na górską tęsknotę podatnych.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ubawiłem się....dooobry ten Orlen Peak,ha,ha Z właściwymi ludźmi nawet zdobycie piwa na Orlenie może być przygodą:-))

    OdpowiedzUsuń