niedziela, 4 stycznia 2015

Mój 2014 tatrzańsko

Miniony rok zaczął się dla mnie wyjątkowo cicho i właściwie to nawet całkiem kameralnie. Tatrzańsko. Były schody na tyłach morskoocznego schronu, były kartony na tych schodach, coby tyłki nie pomarzły. Ktoś nas stamtąd wyganiał, ktoś inny częstował wódką. A potem było: "Łooo, to to już północ?!" i szybki wyskok na zewnątrz. Odliczanie, a nawet polifonia nierównych odliczań. Jakiś tam szampan. Rozbłyskujące fajerwerkami niebo, gdzieś daleko, może nad Szczyrbskim. I góry. Mroczne cienie, zwaliste, wypiętrzone kształty. Cisza, majestat i tajemnica.

Mówisz: Nowy Rok, mówię: postanowienia. Wtedy było nade wszystko jedno - wracać. Jak najczęściej, jak najwięcej, do bólu, do granic absurdu kurde, ile wlezie. No i to się w zasadzie udało.
Ach no, jeszcze jedno. Pierdzielić wszelkie imprezy, brokaty, kiecki i paznokcie i za rok znów wylądować mniej więcej w tym samym miejscu. To też zagrało znakomicie :).

Styczeń

No tu był akurat (przymusowy) odpoczynek. Poza noworocznym porankiem w Brzegach, nie było mnie w Tatrach.

Luty

Za to w lutym już się działo. Wprawdzie raptem dwa dni w ulubionych górach, ale tu nie o ilość, a o jakość się rozbija.

Chociaż noooo... z początku to tak z tą jakością, to może bez szaleństw. Pierwszą tatrzańską wycieczką 2014 roku był bowiem około-godzinny spacer na Kopieniec :). W dodatku totalnie rozmemłany pogodowo. Relacja o tutaj ;).

Ale ale. Chmurki, które tak skutecznie odarły Kopieniec, zupełnie niezrozumiale nazywany Wielkim, z widoków wszelakich, jednocześnie tworzyły niesamowite zjawisko trochę powyżej. Ano proszę Państwa, trafiła nam się inwersja. Toteż tego samego dnia było cwane myk myk kolejeczką na szczyt Kasprowego. A tam... coś w rodzaju absolutnego i ostatecznego urwania dupy. Po dziś dzień jestem przekonana, że umarłam tam z zachwytu, a teraz, no nie wiem... reinkarnuję może??? W każdym razie - zostałam tam rozłożona na czynniki pierwsze, tudzież na łopatki. Dużo różnego rodzaju ekstaz doznałam w górach, zwykle wynikały one jednak ze zdobycia czegoś, wylezienia gdzieś, pokonania własnych słabości, bla bla bla. No tutaj tego aspektu zdecydowanie nie było, bom wwiozła tam tyłek i to za niemałe pieniądze. Natomiast było to chyba najpiękniejsze i najbardziej niesamowite COŚ, co jak dotąd udało mi się w górach obejrzeć. Te chmury się tam lały, jak jakiś bez kitu wodospad. No kosmos i jazda jak po tabsach z Biedry. Relacja, zdaje się, że jeszcze troszkę bardziej egzatowana - tutaj :).



Natomiast dzień później wydarzyło się coś, co w zasadzie nie miało prawa się wydarzyć. Wylazłam na Kozi Wierch. Zimą. Ba, mało, że zimą. Nocą. Wcześniej wprawdzie zarzekałam się, że absolutnie, ależ skądże, w żadnym razie i nigdy w życiu zimą nigdzie wyżej nie pójdę, bo:
a) nie
b) się boję
c) nie umiem
d) a właściwie, to po co jest czekan?
e) eee ja to się nie nadaję...
f) a mówiłam już, że nie, bo nie...?
g)... a że się boję?

Z tego wyjścia relacje są dwie. Pierwsza to fotorelacja, macie ją tu. Relacji jako takiej miało nie być, bo za mała byłam wobec ogromu tego, czego na tamten moment we własnym odczuciu dokonałam. Oj no, ja wiem, Kozi nie jest taki znowu wielki, straszny i trudny. Ale ja... nigdy wcześniej, czy później nie przełamałam się tak bardzo i znacząco, nic nie było dla mnie do tej pory w górach AŻ TAKIM psychicznym wyzwaniem. Po miesiącu trochę ochłonęłam i jakoś spisałam proces tentegowania w głowie, który mnie doprowadził do podziwiania wschodu słońca na Kozim Wierchu. Zimą kurde! :))) Moje tłumione przez miesiąc emocje, ostatecznie znalazły ujście w relacji - tutaj ;). (P.S. a potem to nią nawet drugie miejsce w pewnym konkursie zajęłam :P)


Marzec

No skoro na Kozim było tak fantastycznie, to napieramy dalej. Napatoczył się Sławkowski. Też zimą, też nocą. Tyle, że tu przegrałam i to nie z czym innym, jak z własną głową, która tyle zniosła miesiąc wcześniej. Ciężko mi to dziś wytłumaczyć, jakieś głupie lęki, jakieś złe przeczucia, jakieś strachy, że wiatr, że śnieg, że słońce coś jakoś świeci za bardzo i ćtapa będzie, oj sama już nie wiem. Pobeczałam się i zlazłam. Z niesmakiem. I żalem, że odpuściłam. Mimo wszystko - miło wspominam. Bo świt był nieziemsko różowy, bo w sumie pięknie było i fajnie, a po tylu miesiącach wali mnie, czy na szczyt dotarłam, czy nie. A z własną głową też się czasem warto bliżej poznać. Z wycofów również bywa, że pisuję relacje, ta jest pod tym linkiem :).


Natomiast dzień po wstydliwym incydencie, jaki mi zafundowała psychika na zboczach Sławkowskiego, była już gloria na Świnicy :). Fakt, że Świnka zdobywana może mało honornie, bo z podwózką kolejki na Kaspro, ale haaalooo... Było troszkę trudniej niż na Kozim. A zatem porachunki z łepetyną wyrównane. Relacja tuuu.


Kwiecień
Maj


Trudna do wytrzymania górska posucha... Ale za to teraz już będzie z miesiąca na miesiąc coraz ciekawiej :).

Czerwiec

Zima 13/14 była generalnie marna. Śniegu tyci tyci, zagrożenie lawinowe oscylujące przez większość czasu w okolicach dwójki, czy nawet jedynki, pierwszy krokus odnotowany w dniu, w którym przekraczałam rubikon, wpierdzielając się na Kozi (końcówka lutego). Natomiast jak w maju rypnęło, jak dosypało, jak dało czadu, tak nie było szans, żeby przed wakacjami marzyć o jakimś tatrzańskim lecie. W połowie czerwca w wyższych partiach szlaków, śniegu zalegała jeszcze istna fura. Mało tego - akurat tak się trafiło, że zaczął padać świeży. Toteż z Koziej Przełęczy, która mi się wtedy właśnie ubździła, nic nie wyszło. No. Nic, poza oczywiście relacją. 

Już sam powrót w Tatry, po prawie trzymiesięcznej nieobecności był satysfakcjonujący. Jednak następnego dnia padła Szpiglasowa Przełęcz iii... pierwszy offroad :>>>. Relacja, a jakże, istnieje i wisi sobie tu. Tatry ogólnie takie hmm, wiosenne, łaciate, błotniste, rozciapciane, średnio urokliwe. Mimo wszystko - wyjazd na plus.


Lipiec

No i lato. Fakt, że kapryśne i upierdliwie bure, ale zawsze lato. Można sobie w końcu przestać zawracać głowę czekanem i rakami. Rozpoczęcie sezonu ma miejsce na Kościelcu - mokrym, śliskim, wietrznym i doprawdy tego dnia wstrętnym, naburmuszonym i niegościnnym. Marznę tam, przemakam do samych gaci i trochę się boję, widoki sobie mogę domalować w fotoszopie, a do schronu dobijam wykończona jak rzadko kiedy. Słowem - było fantastycznie <3. I dotarło do mnie, że wycieczki przy słoneczku, ciepełku, po szlaczku - już nigdy nie będą dla mnie tym, czym były niegdyś.

Sprawdozdanie z poszukiwań polskiego Matterhornu wśród deszczy i mgieł tutaj. Możecie wierzyć lub nie, ale zdjęcie przedstawia Kościelca.




Dzień kolejny przyniósł zlewę tak wybitną i długotrwałą, że starczyło czasu tylko na popołudniowy spacer Doliną Zadnich Koperszadów. Całkiem ładny, zupełnie przyjemny i jak najbardziej krajoznawczy, no ale niestety - tylko spacer. Spacer oczywiście też się da zrelacjonować :P.

I dzień trzeci, jeden z bardzo nielicznych z dobrą pogodą tych wakacji. Za cel obrany Koprowy Wierch, który ma za zadanie widokowo sponiewierać i istotnie to czyni. A tak a propos wycieczek przy słoneczku, w ciepełku, po szlaczku - no to jest właśnie taka. Nieskończenie, irracjonalnie przepiękna, a jednocześnie... taka trochę, jeśli mam być w pełni szczera... nudna...? Klik klik po relację.
Sierpień

Długo oczekiwane około-tygodniowe zakoptowanie się w Bukowinie Tatrzańskiej. Zakoptowanie się w towarzystwie blogowo/administratorsko/facebookowym, wobec czego ekrany przeróżne wieczorami wytwarzały w pomieszczeniach taką, wiecie, niebieskawą łunę. Jak w jakiejś bazie NASA, czy gdzieś. Bo to tak w ogóle była FACEBOOK-owina. I nie tylko.





O pogodzie tego lata, coś już wspomniałam, nie? No więc, było iście do dupy. Prawie przez cały czas pobytu.

Na rozruch (chyba przed wycofami, buhaha) poszła Kozia Przełęcz. Wreszcie zwiedzona dokładnie, dogłębnie, a nawet w obie strony. Albowiem nie przeszliśmy przez nią ot tak, jak
to się zwykło przez przełęcze przechodzić - z jednej strony na drugą. Myśmy ją przeszli w tę i nazad. Wynikało to z transportowo-logistycznego rozgardiaszu wywołanego przez Tour de Pologne (srolon, kuźwa), ale równie dobrze możemy przyjąć, że tacy po prostu byliśmy zajebiści. Relacja tutaj


Kolejny dzień przyniósł jedyny szczyt tego wyjazdu, a mianowicie Mięguszowiecki Szczyt Czarny zdobyty od Przełęczy pod Chłopkiem. Nóżki znów oddaliły się od farby i całkiem im się to podobało. Nie tylko nóżkom zresztą. Lekkie trudności orientacyjne, jakieś tam wahania w psychice, tak ociupinkę. Ogólnie bez fajerwerków, ale fajnie. Relacja też raczej bez fajerwerków, nie miałam weny wtedy, no ale.


Plany zmienialiśmy na bieżąco w zależności od pogody. A że ta następnego poranka była niezła, padło na Młynarza. Oczywiście nikt z nas tego dnia na żadnego Młynarza nie dotarł. Jak nam łomotnęło gdzieś zza grani, gdy byliśmy nad Ciężkim Stawem, to się zastanawialiśmy, czy nie jest zbytnim ryzykiem iść jeszcze nad Zmarzły. A co dopiero jakieś szczyty. Burza nam ostatecznie odpuściła, natomiast od Zmarzłego w dół solidnie nas zlało. Po czym się... no zgadnijcie. Po czym się przecież wzięło wypogodziło, wrrr. Tak, czy owak, było pięknie i zupełnie niecodziennie, więc ten wycof nie był jeszcze aż takim znowu do końca wycofem. Jakieś wspomnienia z Ciężkiej Doliny do pooglądania tutaj.
 
Nazajutrz miały być Liptowskie Mury. I nawet była zalana słońcem i upałem Piątka. Błękit nieba, miraże nad stawami, takie tam. Maleńkie, bieluteńkie, niewinne obłoczki. A z tych obłoczków po paru minutach przepaskudne, ciemne i upiorne chmurzysko. Gładka Przełęcz. I strach przed ruszeniem się choćby na Wierch. Burza na grani...? To my jednak podziękujemy. Odwrót do Pięciu Stawów. A stamtąd leniwe obserwowanie... poprawiającej się pogody. No żesz... (relacji brak, bo w sumie nie bardzo było co relacjonować, natomiast zbieram się do przebrania i wrzucenia jakichś zdjęć)



Dzień następny: jakieś deszcze, jakieś ogarnianie się koło południa i wyjazd na Słowację, jakieś pomysły na zachód słońca na Kieżmarskim. Z Kieżmarskiego się robi, nie wiedzieć czemu, Terinka. Tam jakieś idee, coby kimać na Małym Lodowym. Ale deszcz siąpi, kaszanka spowija niebo. Nic poza posiadówką w cichym, nastrojowym, otulonym mgłą schroniskiem tego popołudnia nie staje się naszym udziałem.




Poranek nie zaskakuje niczym nowym. Jest mokro i inaczej nie będzie. Niesie nas zatem do kościeliskich jaskiń. Raptawickiej, Mylnej i Smoczej Jamy, a co się będziemy rozdrabniać. 


Dochodzimy do wniosku, że tak być dłużej nie może, że to zwyczajnie niemożliwe i nieprawdopodobne, że do ciężkiej cholery, pech się musiał już wyczerpać i że jutro już z pewnością coś nam się uda. Uderzamy zatem na Baranie Rogi od Zielonego Stawu Kieżmarskiego. Uderzanie się kończy błądzeniem nad tym stawem przez jakieś półtorej godziny, oglądaniem z wyjątkowo bliska tamtejszych wodospadów i prawdopodobnie byciem kolorową, ruchliwą ciekawostką dla tych, co nas musieli widzieć z okien schronu, gdy się czasem rozwiewało mleko. Ach, no i jeszcze furkotem kamieni, lecących z domniemanej poszukiwanej grzędy, na głowy co poniektórych. Tam było w zasadzie tak śmiesznie, że nawet się wzięłam niedawno za pisanie relacji. Kiedyś pewnie się pojawi.

LOST :D

A pooooteeeeem... Potem był wieczór z perspektywą nadciągającego jeszcze jednego zapyziałego dnia. A zatem poniósł nas nieco melanż. Poniósł nas solidnie, bo aż na oddaloną o kilka kilometrów stację benzynową. A ponieważ rano (o 10-tej, po jakichś trzech godzinach od pójścia spać), zbudziłam się przed wszystkimi i nudziłam niesłychanie, zaczęłam o nocnych wędrówkach w formie pisemnej opowiadać. I chyba wyszło nawet śmiesznie. Pokonywanie Orlen Perci, schronisko na Orlen Peaku i takie tam ;).

Generalnie impreza do kolorowego rana ;)

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o wielkie bukowińskie wakacje. Wybujałe plany boleśnie zweryfikowała pogoda, ale cośmy się ołomżingowali i ozdobywali Tatr - tych z żółtą etykietą - to zdecydowanie nasze. A w ogóle, to jak skwitowała Madzia: "Ejjj, wiecie, jeszcze tydzień temu piwo miało gorzki smak..." ;).


Ale nie byłoby to na tyle, jeśli chodzi o sierpień, bo pod koniec tego miesiąca przebrykałam się jeszcze przez grań łączącą oba wierzchołki Świnicy, wstąpiłam na Świnicką Kopę i odwiedziłam Zawrat. Tym samym zdobyłam w ciągu jednego dnia trzy szczyty oraz przełęcz, co stanowiło skuteczne odreagowanie wcześniejszych porażek. Sama grań natomiast, mimo że króciutka, wcale nie była dla mnie łatwa i okazała się być w sumie niezłym wyczynem. Opowieści dziwnej treści tutaj.

Wrzesień

Rozpoczęty całkiem przyjemnym pogodowo weekendem, podczas którego odbyłam swój pierwszy w życiu biwak, taki od razu z grubej rury - przy szlaku na Rysy, w kolibie, przy wtórach plączącej się nieopodal burzy. Whatever. Potem były Niżnie Rysy, które przeokrutnie mi się spodobały. I na które, zdaje się, wytyczyliśmy niechcący własną drogę :D. Relacja tu.

Zakończony natomiast odwiedzinami na Łomnicy przy absolutnej pogodowej kiszce. Co jeszcze parę dni temu uznałabym za wyrypę roku, no ale trochę się pozmieniało :P. W każdym razie - było ciężko. Zimno, mokro, wysoko, całkiem trudno, w śnieżnej brei i mokrych rękawiczkach. Brrr. Przez większość czasu było też najzwyczajniej w świecie paskudnie, ale za to jak się potem rozwiało, to baaajka. Relacja.


Październik


Powrót, a może dopiero nadejście złotej jesieni. Weekendowy wyjazd wyryty w mojej pamięci jakoś tak szczególnie, bo przepięknie było wówczas w Tatrach. A jesienne kolory podkreślone wschodzącym słońcem - mmmmmmmmm.... Ponadto - wyszedł z tego w sumie wypad bez spiny, bez szarpania się na wysokie szczyty i mocowania z nieprzyjaznymi warunkami. Dnia pierwszego to w ogóle tylko wieczorny spacerek na Świstową Kopę. Nooo i jeszcze pięciostawiańskie "móóóój jest ten kawałek podłoooogiiii"... Do poczytania tu.

Dnia kolejnego natomiast cel bardzo fajny, ale zdobyty tak cudownie niespiesznie i spacerowo. Pożerany nie na łapu capu, byle zdążyć przed zmrokiem/burzą/zamarznięciem, ale wręcz przeciwnie wchłaniany powolutku i z namaszczeniem jak ciastko na diecie :D. No, poza tym, że w Wrót zbiegałam, bo na autobus jednak chciałam zdążyć. A celem była Szpiglasowa Grań.


Listopad

Dosyć intensywny wypad weekendowy z odwiedzeniem dwóch szczytów z WKT i całkiem niekiepską imprezą w Terince pomiędzy. Warunki letnio-jesienne: chłodno, ale bez śniegu (sprzęt się pobujał przytroczony do plecaka), wietrznie, mgliście. Pierwszego dnia długo planowane Baranie Rogi, drugiego nieco bardziej spontanicznie Lodowy Szczyt. Fajne i całkiem emocjonujące wycieczki. A zwłaszcza moment mierzenia się z Lodowym Koniem ;). Relacje TU i TU



Grudzień

Uffff się już zmęczyłam :P. Grudzień przyniósł pożegnanie starego roku z prawdziwym przytupem. Od ostatniego pobytu upłynęły prawie dwa miesiące, odwykłam od gór, wpadłam w monotonię codzienności i tak zupełnie szczerze, to średnio chciało mi się jechać, zwłaszcza, że prognozy przewidywały kilkudziesięcio-stopniowe mrozy. Ale znam już siebie, no, przynajmniej tak trochę, wiedziałam, że leń leniem, a jechać trzeba, bo będzie szał, nowa przygoda życia i podreperowanie ogólnego nastroju.

A zatem. Na początek poszedł Krywań. Górka jak górka. Ale zdobywana tym razem granią, z taką ładniusią przepaścią tuż obok ;). No i przede wszystkim - w zupełnym, szaleńczym pogodowym extremum. Było coś z minus dwadzieściaparę, do tego wiało i bezustannie padał drobny śnieg. Relacja dopiero będzie, tam się wyżyję, uzewnętrznię, wyekstrawertuję i mentalnie zekshibicjonuję. 


Po Krywaniu na drugi ogień miała pójść Wysoka. Pogoda się poprawiła, niestety gorzej było z sytuacją śniegową. No, dobra, i tak byśmy próbowali, gdybyśmy znaleźli ścieżkę do Złomisk :P. No ale, jak się umie korzystać z mapy tak jak się umie, to tak to wychodzi :D. Nie ma jednak tego złego. Dzień był w zasadzie typowo restowy, bo ograniczył się do offroadowych spacerów po Dolinie Mięguszowieckiej (plus jakieś tam czajenie się na Wołowca Mięguszowieckiego). Było słoneczko, bielutki śnieżek, kózki, chmurki, mgiełki. A następnego dnia błogosławiliśmy ten dany sobie niechcący odpoczynek. 


Ostatni dzień roku przyniósł bowiem niecodzienną przeprawę przez Tatry, z jednej noclegowni do drugiej, a mianowicie ze Schroniska nad Popradzkim Stawem do naszej polskiej Piątki. Niby takie nic, niby ot - dolinki i przełączki. A było grrruuuubooo, że hej. 12 godzin, coś coś prawie jak wspinaczka w lodzie, przeszło dwugodzinne zagubienie, przedzieranie się przez kosówki, noc zastająca nas gdzieś po przebyciu dwóch trzecich trasy i wychodząca po nas "misja ratunkowa" z herbatą z prądem w Pięciu Stawach :D. Jeszcze będę opowiadać ;).


Mój prywatny 2014 rozpoczął się i zakończył nieomal w tym samym miejscu, w dwóch sąsiadujących ze sobą dolinach. Z tym, że skończył się zdecydowanie głośniej, bo w Piątce już uczestniczyłam w regularnej imprezie.


Nim Ziemia okrążyła Słońce i powróciła w to samo miejsce, spędziłam w Tatrach 27 dni. Szczytów nie liczę, bo nie szczyt się liczy, a droga nań.

To nie miejsce na wycieczki osobiste, dość stwierdzić tyle, że pod tym względem akurat 2014 był raczej do kitu. Tu sobie podsumowuję Tatry, a tatrzańsko - było wybornie. Noszę w sobie niesamowite bogactwo wspomnień, przeżyć, wrażeń, obrazów, uczuć i doświadczeń, których żadna relacja tak naprawdę w pełni nie odda. Pulsującą pasję, wybudzającą od czasu do czasu z marazmu i pozwalającą ze szczerą ciekawością oczekiwać, co też mnie czeka za kolejnymi zakrętami. I wierzyć, że to, co czeka - może być fajne.

Dobrze, że są góry.


Podsumowanie było takie poniekąd bezosobowe, no to teraz hurtem! Ej Ludziska, coście ze mną te wszystkie szlaki i pozaszlaki, śniegi i kosówki przemierzali! Coście ze mną odczyniali gorzki smak piwa i innych trunków. Ogromniaste, ciepluchne, choć z mojego zimnego serca płynące DZIĘ-KU-JĘ! Za towarzystwo i wszelką życzliwość, choć nie wiem, czy nie troszeczkę bardziej - za przefantastyczne poczucie humoru i dystans, które sprawiają, że poznanych w górach ludzi lubi się bezwarunkowo i natychmiast. :)

A drugie, jednak niemniej ważne i niemniej gorące DZIĘ-KU-JĘ leci do tych, których nie znam osobiście (może tylko JESZCZE nie znam), ale którzy szwędają się tu od czasu do czasu, zostawiają ślady w postaci polubień i komentarzy, czasem sypną słowem tak miłym, że aż się rumienię. Mówiąc krótko - którzy mnie czytają. Bo ja lubię pisać, ale gdyby nikt nie czytał, to to nie miałoby zbyt dużego sensu.

Łapcie tatrzańskie serducho i lecimy dalej z tym koksem, tym razem w 2015!






15 komentarzy:

  1. Świetnie się czytało i z niecierpliwością czekam na niesamowite relacje. Zazdroszczę odwagi i determinacji w zdobywaniu niełatwych szczytów i życzę owocnego w wędrówki 2015 roku! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję wielu sukcesów w 2014 roku! :)
    www.silazgor.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za rok wspaniałej lektury. Mieszkam 1km od Bałtyku więc w Tatrach jestem raczej rzadko, ale fajnie było kibicować Tobie i sprawdzać sobie wieczorami bloga - "ciekawe gdzie ona tym razem wlazła" :)
    Fajnie mieć wspólną pasję z innymi ludźmi... :)

    W 2015 roku życzę Ci przemierzenia wielu górskich dróg i zdobycia kolejnych szczytów - szczególnie zaś życzę Ci zdobycia moich ulubionych czyli wszystkich Mięguszy (na Czarnym już byłaś, to może dla odmiany drogą Karłowicza? :)) oraz Cubrynki :)
    Być może do zobaczenia na szlaku w wakacje - uprzedzam, będę prosił o autograf :D
    Szymon

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o jeeeejuuuu jak ja lubię takie komentarze :)))

      pozdrawiam! ale autografu nie dam! :P

      Usuń
  4. Super podsumowanie :) Z niecierpliwością czekam na opis ostatniej w 2014 roku :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobrze, że lubisz pisać, bo fajnie się czyta :)
    Janek

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetna, dość długa wraz w podpiętymi relacjami lektura, odpowiednia na dzisiejszy wieczór :)
    Świetnie piszesz !
    Pozdrawiam, Maciek :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Gosiu, wszystkiego najlepszego w 2015! i jeszcze więcej wycieczek w góry;-) odkąd odkryłam bloga, czekam na nowe relacje,mimo,że robią się coraz bardziej zaawansowane (więc nie pójdę w Twoje ślady) Pisz dalej, do zobaczenia na szlaku ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Fajnie Ci się ten rok rozwinął, biorąc pod uwagę, jak nieśmiało się zaczął :) Gratuluję i życzę kolejnych udanych tatrzańskich podbojów w 2015.

    OdpowiedzUsuń
  9. dlaczego podjęłaś się pójścia zimą na kozi bez umiejętności hamowania czekanem i lawinowego ABC? Pytam serio, bo sama nie mam kursu turystyki zimowej i nie wyobrażam sobie wyjść wyżej niż na kasprowy bez ww umiejętności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Długo się zastanawiałam i nadal nie wiem, co odpisać. Dlaczego...? Hmmmm... A dlaczego poszłam na Krywań przy trzydziestu stopniach mrozu, mając pełną świadomość, że jeśli zrobię sobie jakiekolwiek kuku, to prawdopodobnie nie doczekam pomocy, uprzednio zamarzając? Nie wiem, zuchwałość, głupota, niepohamowana siła pasji?

      Inna sprawa, że nie sądzę, aby kontrolowane przećwiczenie hamowania czekanem w bezpiecznym terenie dawało jakąkolwiek pewność, że się to będzie umiało zrobić w przypadku, gdy naprawdę zajdzie taka potrzeba. Co do lawin - lawina nie wie, że jesteś od niej specjalistą :P. Nie twierdzę, że wypada być w tym względzie totalnym ignorantem, bo raczej nie. Zagrożenie nie było duże, szłam z jako tako kumatą zimowo osobą. Kursy i szkolenia nie zagwarantują mi, że nigdy się nie właduję w sytuację beznadziejną. Generalnie staram się na siebie uważać, uczyć, dowiadywać, ogarniać. A co ma być, to będzie.

      Usuń
  10. Ych, no nie będę kilka razy pisać tego samego :P. Dzięki Wszystkim za miłe słowa i życzenia i ja też życzę dużo duuużo górskich wędrówek w nowym roku :).

    OdpowiedzUsuń
  11. No to jakie plany na ten rok? Czuję w kościach, że będzie się działo. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem najlepsza w planowaniu. Się zobaczy :).

      Usuń